rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , ,

"Cze, znamy się już piętnaście minut i mam takie pytanko, może mondre może gupie, nie wiem. Lubisz się ruchać? No bo ja lubię."

"Cze, znamy się już piętnaście minut i mam takie pytanko, może mondre może gupie, nie wiem. Lubisz się ruchać? No bo ja lubię."

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Gdy zobaczyłem na okładce nazwisko Wojewódzkiego zachwalającego książkę pomyślałem - będzie ciężko. Muszę jednak przyznać, że nie było aż tak źle jak się początkowo spodziewałem, co nie znaczy też że było dobrze.

W zasadzie Dragan pisze ok i czyta się go lekko. Niestety to chyba wszystkie z pozytywów. Sam tytuł to już pułapka, bo "Kwantechizm" sugerowało, że będzie to poważna i pogłębiona (aczkolwiek, miejmy nadzieję, przystępna) synteza na temat fizyki kwantowej. Nic bardziej mylnego. Bardziej adekwatny byłby tytuł "Jechałem na zardzewiałym rowerze i był tam taki Paweł"
Zgadza się, Dragan już na wstępie się tłumaczy, że to zupa śmietnik, no ale właśnie - czy to wystarczająca linia obrony? No nie bardzo. Bo w sumie ani ja nie wiem ani sam Kwantechizm nie wie czym jest. Na książkę popularnonaukową za dużo tu chaotycznych anegdotek często nijak związanych z tematem. Na autobiografię z kolei za mało biografii. Gdybym chciał być bardzo pobłażliwy wobec Dragana, mógłbym zasugerować że on sam zachował się jak foton wybierając wszystkie ścieżki na raz, bo nikt mu nie patrzył na ręce gdy pisał. Ale niestety nie podejrzewam go o taki literacki spryt.

Przykro mówić, ale to co z jego biografii tu mamy bardzo śmierdzi samochwalstwem i autokreacją obrazu ekscentrycznego buntownika. Myślę, że to zadanie dla biografów, nie samego autora, który w ciągu całej książki próbuje być edgy, cool i dowcipny. Niestety w większości przypadków chybia. Zbyt często też powtarza te same bon moty. Cóż, Feynmanem to on - przynajmniej na razie - nie jest.
Fragmenty o fizyce są ok, napisane przystępnie, choć szczerze mówiąc nie czułem ciężaru znaczeniowego rewelacji np. z fizyki kwantowej. Co więcej, miałem wrażenie jakby Dragan przedstawiając jakieś zjawisko za każdym razem szeptał mi jednocześnie do ucha "opadła ci szczena, co nie? no powiedz, że ci opadła, no powiedz". No ale nie opadła, ale z czego to wynika nie będę wyrokował.

Niestety spora część książki to fragmenty z fizyką niezwiązane (lub związane wyłącznie symboliczne) i tutaj robi się już dosyć kiepsko. Pada multum dziwacznych zdań, np. w ostatnim rozdziale poświęconym głównie ewolucji (notabene nie mam pojęcia dlaczego ten rozdział tam w ogóle jest i jaki ma bezpośredni związek z tematem) Dragan pisze:
"W końcu każda obecna na Ziemi bakteria żyje już kilka miliardów lat! Dzieliła się ona od zarania dziejów i dzieliła. [...] lecz w gruncie rzeczy, wzdłuż całej swojej skomplikowanej kariery genealogicznej, a n i r a z u nie umarła!"
Zaiste, niesamowita sprawa. To oczywiście w przeciwieństwie do tych organizmów, które umarły kilka razy, ale żyją? Dziwne, zawsze myślałem że kto umarł, ten nie żyje (Pasikowski mnie oszukał??).

Prawie zapomniałbym o istotnej sprawie - w całej książce nie ma ANI JEDNEGO przypisu, Dragan nie podaje ANI JEDNEGO źródła, nie poleca ANI JEDNEJ książki, która mogłaby służyć do pogłębienia wiedzy w temacie, cytuje wielokrotnie różnych autorów, ale nie podaje ANI RAZU skąd pochodzi cytat, wspomina o konkretnych pracach naukowych, ale nigdy nie podaje ich tytułów. Co jest dla mnie całkowicie dyskwalifikujące Kwantechizm jako pracę nawet popularnonaukową.

Niby inteligentny człowiek, a potrafi nieraz wypalić z opinią graniczącą z ignorancją. Na temat stawiania znaku równości między zmatrwychwstaniem a voodoo spuszczę zasłonę milczenia, ale dla przykładu pisze o religii, która jego zdaniem "świetnie trafia swoimi tezami w o c z e k i w a n i a wiernych i jest z nimi zadziwiająco zgodna". Gdyby tak świetnie trafiała i była tak zgodna, to jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że istniałaby tylko jedna religia. I w sumie pewnie nic więcej. (chociaż wydaje mi się, że dla Dragana religia jest Jedna, bez różnicy jaką ma nazwę). Ponadto, wedle jego słów zadaniem religii jest: "ukojenie ludzkich lęków przed nieznanym. Oraz usatysfakcjonowanie jasno sprecyzowanych człowieczych oczekiwań co do mechanizmów działania świata, sensu istnienia i tym podobnych." To oczywiście podręcznikowy przykład skrajnego redukcjonizmu religijnego, do którego ma pełne prawo. Ale jeśli faktycznie odkrył jakie są te "jasno sprecyzowane człowiecze oczekiwania" to chyba powinni mu dać nobla, choć raczej nie z fizyki a filozofii.

Co byłoby bardzo przewrotne, bo skoro już o filozofii mowa, to mamy tutaj jakąś dziwną i głęboką nienawiść w stosunku do tej dziedziny. Jest to o tyle absurdalne, że aktywność Andrzeja Dragana (jako fizyka teoretycznego, którym sam się określa) w stu procentach wpisuje się w definicje filozofii zarówno podręcznikową (jeśli przyjąć definicję mówiącą, że filozofia to nieempiryczna, systematyczna refleksja nad podstawowymi problemami i ideami, dążąca do poznania ich istoty, a także do całościowego zrozumienia świata) jak i potoczną (mędrkowanie, niestety mierne). Dragan daje niestety vibe studenta politechniki, który z parsknięciem oburza się i mówi, że on nie jest żadnym tam humanistą, tylko umysłem ścisłym.
Inna sprawa, że gdyby nie filozofia nauki by nigdy nie było, ale czemu ja mam tłumaczyć taki truizm?

Swoją drogą, wydaje mi się, że Dragan nie rozumie problemu jego dziedziny nauki - rozprawy na temat ciał poruszających się z 99,9999% prędkości światła dla większości z nas to ciekawostki z tej samej półki co ta, że słonie nie potrafią skakać. Póki ciała te nie przyspieszą podgrzewania zupy w mikrofali dla ogółu nie znaczy to praktycznie nic. Posłużę się analogią Draganowską (choć ja nie użyję "starej baby" ani "zgniłego jajka") - gdyby wszechświat był samochodem, to fizycy badają obecnie z czego jest zbudowany, które części wpływają na inne i jak szybko jedzie. Ale wszystko to nie daje nam żadnej odpowiedzi na pytanie dlaczego jedzie (tzn. przyczyna, czemu wyruszył w drogę, nie to że spala i jakie paliwo) i w którą stronę (jego finalna destynacja, nie kierunek/zwrot). Stąd też - pewnie ku niepocieszeniu Andrzeja Dragana - religia nadal będzie istnieć (taka czy inna).

A na koniec coby przyczepić się bardziej prozaicznych rzeczy: nie ma żadnych dowodów na to, by Napoleon sypiał z głową na północ. A już z pewnością w tym apokryfie nie chodzi o pole magnetyczne ziemi a prędzej o symbolikę północ-południe jak np. w przypadku cesarzy chińskich i orientacji tronu w stronę słońca. Idąc dalej, HAL 9000 z Odysei kosmicznej wcale nie "uzyskuje spontanicznie świadomości i buntuje się przeciwko załodze". Zachowanie HALa wynikało z błędu w programowaniu tj. dostał dwa sprzeczne ze sobą polecenia.

No i na sam koniec: "precedensowy" i "bezprecedensowy", wbrew temu co twierdzi Dragan, nie są słowami o takim samym znaczeniu. Tj. potocznie ludzie stosują je zamiennie. Ale są to przymiotniki o innej jakości, stosowane do opisu zjawisk o różnej funkcji. Zjawisko bezprecedensowe to takie, które nie miało wcześniej miejsca. Zaś zjawisko precedensowe, to takie które nie miało wcześniej miejsca, ale od tego momentu będzie wyznacznikiem dla oceny kolejnych podobnych zdarzeń. To że akurat naukowiec, fizyk kwantowy, nie widzi tego typu różnicy jest naprawdę bardzo... niecodzienne. Więc niech Dragan się potem nie dziwi, jak jego hipotezę o nadświetlnych obserwatorach ludzie potocznie będą nazywali Panem Bogiem 2.0.

Także w kilku krótkich słowach: książka chaotyczna, mało profesjonalna, o nierozpoznanej mi funkcji, trochę fizyki jest, to dobrze, ale za mało by się nazywać katechizmem fizyki kwantowej. Ani to Feynman ani to Russell.


Ps. Hmm, może faktycznie Wojewódzki porównując Dragana do Patryka Vegi wcale nie minął się z prawdą.

Gdy zobaczyłem na okładce nazwisko Wojewódzkiego zachwalającego książkę pomyślałem - będzie ciężko. Muszę jednak przyznać, że nie było aż tak źle jak się początkowo spodziewałem, co nie znaczy też że było dobrze.

W zasadzie Dragan pisze ok i czyta się go lekko. Niestety to chyba wszystkie z pozytywów. Sam tytuł to już pułapka, bo "Kwantechizm" sugerowało, że będzie to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Oddać należy sprawiedliwość Dudzie, że książkę czyta się lekko i jest dobrze napisana. I wskutek tego umiejętnie przykrywa fakt, że nie opisuje nic ciekawego. Tzn. nic czego osoba jako tako śledząca wydarzenia na świecie by nie wiedziała. Jeśli chodzi o styl, to jedynie kłują w oczy (nieliczne) sceny z Jarosławem Kaczyńskim, które brzmią zupełnie nienaturalnie.

Jeżeli by brać dosłownie słowa, że książka jest "bez upiększeń i cenzury" to stanowisko prezydenta RP jest nam zupełnie do niczego nie potrzebne. Bardziej adekwatnym tytułem byłoby "Tu byłem a z tym gadałem", bo w znacznym procencie jest to wypis wyjazdów zagranicznych i strzępki z kurtuazyjnych rozmów z zagranicznymi politykami a druga część to spotkania z kombatantami, chorymi dziećmi i paniami Basiami, Zosiami itp.

Polityka wewnętrzna zupełnie nie istnieje. No, chyba że chodzi o Tuska, to wtedy Tusk tusk tusk TUSK TUUUSK. No tak, przecież Tusk rządził całe 1,5 roku jego prezydentury. Morawiecki? A kto to taki? Szydło, no, premierem faktycznie była. Pandemia? Tego też nie znam, to chyba nie w Polsce. Covid pojawia się tylko(!) raz(!!) w kontekście tego, że jakaś osoba na niego umarła. Wiadomo, że coś tam napomina o PiSie, tu i ówdzie... choć w zasadzie to nie - nie pisze o PiSie a o Zjednoczonej Prawicy. Niby zabieg kosmetyczny, ale idea za tym stoi taka, że Duda kreuje się na prezydenta prawicowego a nie PiSowskiego. No i wiadomo, rozkład znany: Zjednoczona Prawica to patrioci i dobrze robią/robili a Polak dzięki nim wreszcie stał się wolny, zamożny i szczęśliwy. A kto sądzi inaczej jest zmanipulowany przez media (jeśli dobrze pamiętam to 3 razy pada taka sugestia). Eh gdyby tylko nie ten Tusk... Inną sprawą jest, że czytając te ponad 600 stron można odnieść wrażenie, że nie było żadnej relacji na linii rząd PiS-Prezydent przez 8 lat (nie licząc stworzenia WOTu). Ani wspierającej ani doradczej ani krytycznej. A jeśli jesteście ciekawi, to również nie przeczytacie żadnej faktycznej opinii na temat jakiegokolwiek polskiego polityka innego niż Tusk (tych paru słów o Bosaku, Mentzenie i Zandbergu że młodzi, ciekawi nie zaliczam jako prawdziwej opinii).

Jarosław Kaczyński pojawia się jako aktywna postać chyba tylko w jednym rozdziale. W dwóch pozostałych jako postać w tle (no bo Smoleńsk). Ciekawe jest to, że tytułuje go "Jarosławem". Nie Jarkiem, nie Kaczyńskim, nie Jarosławem Kaczyńskim, tylko "Jarosławem". Bo wszyscy wiemy o którego chodzi. Brzmi to śmiesznie, jakby po 10 latach nadal nie potrafił określić przed sobą samym jaka jest hierarchia między nimi. I ten właśnie rozdział z Jarosławem Kaczyńskim jest jedynym naprawdę interesującym z całej książki.

O ile Jarosław Kaczyński to rzadki gość na stronach tej książki, to Lech Kaczyński odmieniany jest przez absolutnie wszystkie przypadki. Sam Duda mianuje się spadkobiercą i powiernikiem jego woli. Oczywiście aktywnie dokładając cegiełki do budowy złotej legendy Lecha Kaczyńskiego. Wszystko co Duda robi jest przyklepane jego autorytetem, bo "taka wola LK", bo "tak LK twierdził", "tak LK chciał" i tak dalej. Dobra Andrzej, możesz sobie uważać że ty nie z PiSu, że ty od Lecha Kaczyńskiego, to już twoja sprawa.

Duda próbuje ukazać, że ma kontakt z prawdziwymi ludźmi, zwykłymi, sam chodzi do sklepu itp., ale nie da się nie odnieść wrażenia że jest odklejony od polskiej rzeczywistości a wiedzę czerpie tylko z tego, co mu ktoś powie. Ale Andrzej Duda uwierzył w wizerunek, który stara się wcisnąć wszystkim dookoła. Jest tak niezależny, że przez 10 lat tylko jeździł, załatwiał polskie sprawy i rozmawiał z normalnymi prawdziwymi Polakami. Nie miał czasu na żadne gierki wewnętrzne. Gdyż jak widać - nic od niego nie zależało. Bo by się chyba pochwalił. Wnioskuję, że nie ma czym. No, ok, jest rozdział o reformie i chaosie w sądownictwie - akurat o temacie, gdzie ma się mu najwięcej do zarzucenia.

Oczywiście nie mogłoby się obejść bez laurki dla Donalda Trumpa ("Cholera, co za gość!"). Dudzie imponują też arabscy szejkowie (tacy nowocześni a jednocześnie tradycyjni), chińska hierarchia władzy i autorytet Xi Jingpinga oraz państwo Izrael (a tak, szybkie wybielanko Izraela i Netanjahu też jest). Także niewątpliwie jest to ciekawy przekrój zainteresowań.

A co do Dudy prywatnie - jest kilka rozdziałów o życiu rodzinnym, ale absolutnie nie ma w nich nic ciekawego. W przeszłości Dudy nie ma żadnych problemów (no może oprócz problemów z wagą) innych niż te obiektywne (typu: w latach 90 była bida, ale już nie ma). A w ogóle to wcale nie było tak że Agacie nie podobało się bycie pierwszą damą.

Konkludując już, bo i tak bredzę za długo, nie jest to opowieść ani szczera ani bez cenzury. Ponadto "To ja" jest obrazem statycznym. Andrzej Duda nie przechodzi żadnej drogi, prezydentura niczego go nie uczy (ok, to nie do końca prawda - nauczył się dobrze jeździć na nartach). Nie ma żadnego "kiedyś sądziłem X ale teraz wiem Y". Nie wiemy jakie aspekty prezydentury były dla niego trudne, nie wiemy jak wyglądała praca prezydenta na co dzień. Nie spogląda na siebie sprzed 10 lat, jest obecnym Andrzejem Dudą przez cały czas swojej prezydentury. Między innymi stąd też odnoszę wrażenie, że w głowie tego człowieka - Andrzeja Dudy - nie zakiełkowała nigdy żadna oryginalna myśl ani nie zrodziła się żadna głębsza refleksja. Dziś jednak jego ego jest na tyle napompowane, że obdarza nas swoją opowieścią, która trochę jest krzykiem rozpaczy "Ja też byłem ważny! Zobaczcie ile zrobiłem", gdyż jego własne czyny nie są tego świadkami. Niestety Andrzej Duda to podręcznikowy przykład przeciętnego człowieka wyniesionego na zbyt wysokie stanowisko względem swoich zdolności. Bo jak sam przyznaje - na prezydenta został mianowany. Owszem - wybrany przez ludzi, ale przenigdy sam o własnych siłach by nie wywalczył sobie kandydatury na prezydenta. A od szeregowego członka PiSu odróżnia go tylko to, że przyczepił sobie do piersi Lecha Kaczyńskiego, o którym w partii chyba już nikt prócz jego brata nie myśli.

Oddać należy sprawiedliwość Dudzie, że książkę czyta się lekko i jest dobrze napisana. I wskutek tego umiejętnie przykrywa fakt, że nie opisuje nic ciekawego. Tzn. nic czego osoba jako tako śledząca wydarzenia na świecie by nie wiedziała. Jeśli chodzi o styl, to jedynie kłują w oczy (nieliczne) sceny z Jarosławem Kaczyńskim, które brzmią zupełnie nienaturalnie.

Jeżeli by...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Chłop odklejony. Każda kolejna przeczytana książka McKenny utwierdza mnie w tym przekonaniu. Ta jest znowu pełna niestworzonych teorii, które może nie wykluczają się nawzajem, ale jakoś niespecjalnie się łączą. Zresztą, cała ta książka składa się w sumie tylko z rozrzuconych losowo buzz-wordów bez głębszych wyjaśnień o co mu w sumie chodzi. Co gorsza powtarza te hasła wielokrotnie na przestrzeni kolejnych artykułów i wywiadów, tak że w zasadzie od połowy książki nie pada już żadna nowa myśl.

Inna sprawa: czytając książkę dowiemy się, że w 1968 roku prezydentem był Reagan a rachunek różniczkowy wynalazł Kartezjusz - nie świadczy to zbyt dobrze o merytoryce i kto wie co jeszcze pomylił albo nazmyślał. Bardziej jednak dziwi, że tłumacz nie wyrzucił tego w przypis wraz ze sprostowaniem.

Swoją drogą, rzekomo taki mądry był ten grzyb, co rozmawiał z McKenną, tyle gadał mu o przyszłości, kosmosie i innych wymiarach... ale tego że McKenna ma guza mózgu to już mu nie powiedział sukinkot.

Moja "zwariowana teoria" jest taka, że to nie grzyb gadał do McKenny a właśnie jego guz mózgu:

Guz mózgu: Halo, Terrence?
Terrence McKenna: Co? Kto to mówi?
GM: Gu...Grzyb
TM: Grzyb?
GM: Eee no tak, grzyb... grzyb ee.. z kosmosu.
TM: Ucz mnie mistrzu.

Chłop odklejony. Każda kolejna przeczytana książka McKenny utwierdza mnie w tym przekonaniu. Ta jest znowu pełna niestworzonych teorii, które może nie wykluczają się nawzajem, ale jakoś niespecjalnie się łączą. Zresztą, cała ta książka składa się w sumie tylko z rozrzuconych losowo buzz-wordów bez głębszych wyjaśnień o co mu w sumie chodzi. Co gorsza powtarza te hasła...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dużo gadał, ale niewiele powiedział. Ślinotok starej konserwy na myśl o tym, jak to mocne chłopy robiły dobrze a nawet jak robiły źle to przynajmniej szczerze. Laurka dla Cromwella co najmniej nieprzekoująca.

Dużo gadał, ale niewiele powiedział. Ślinotok starej konserwy na myśl o tym, jak to mocne chłopy robiły dobrze a nawet jak robiły źle to przynajmniej szczerze. Laurka dla Cromwella co najmniej nieprzekoująca.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dla osób skłonnych do kupienia tej książki - uwaga, to jest tylko i wyłącznie pierwsza księga z całego pięciotomowego "Bogactwa narodów". Bardzo nieładne - można nawet rzec nieuczciwe - zachowanie ze strony wydawcy, że w żadnym miejscu o tym nie informuje.

Dla osób skłonnych do kupienia tej książki - uwaga, to jest tylko i wyłącznie pierwsza księga z całego pięciotomowego "Bogactwa narodów". Bardzo nieładne - można nawet rzec nieuczciwe - zachowanie ze strony wydawcy, że w żadnym miejscu o tym nie informuje.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Przestarzałe - to jasne, ale przede wszystkim nieciekawie zredagowane. Początek napisany dość interesująco, no ale reszta rozdziałów sucha jak Pompejanie. Nie ma sensu tego czytać, kiedy mamy po polsku np. Pompeje Mary Beard.

Przestarzałe - to jasne, ale przede wszystkim nieciekawie zredagowane. Początek napisany dość interesująco, no ale reszta rozdziałów sucha jak Pompejanie. Nie ma sensu tego czytać, kiedy mamy po polsku np. Pompeje Mary Beard.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Dość ciekawe zestawienie mitów wraz z bardzo obszernymi nieraz interpretacjami. Jednak przy temacie nie zbadanym tak dokładnie jak niektóre inne mitologie (a może raczej przy braku dużej ilości źródeł) niemało tu poszukiwania paralel w wierzeniach innych ludów indoeuropejskich (i nie tylko). Odnoszę wrażenie, że momentami autorka trochę do przesady forsuje inicjacyjną symbolikę sporej części mitów i interpretacje wydają się niekeidy naciągane. To jest jednak wrodzony problem dziedziny - kiedy podchodzisz do tematu z zamiarem udowodnienia pewnego wstępnego założenia, to z dużym prawdopodobieństwem uda ci się je udowodnić, jeśli tylko bardzo chcesz. Antropolodzy i mitoznawcy muszą zakładać, że dana figura czy symbol znalazły się tu czy tam intencjonalnie ze względów programowych czy ideologicznych a nie były wyborem jedynie czysto estetycznym. Bez tego nie da się badać mitów (bo można by z góry założyć niemożność interpretacji czegokolwiek). Mam świadomość tego, że z perspektywy czasu nie da się udowodnić, że jakiś anonimowy Pers trzy tysiące lat temu pomyślał sobie, że np. koń z rogami wygląda po prostu całkiem cool i nic więcej, ale z drugiej strony wciskanie i na siłę podpinanie fragmentów mitów w taki motyw czy inną interpretację sprawia, że od razu widać gdzie i co się ledwo klei (albo wcale).

Dość ciekawe zestawienie mitów wraz z bardzo obszernymi nieraz interpretacjami. Jednak przy temacie nie zbadanym tak dokładnie jak niektóre inne mitologie (a może raczej przy braku dużej ilości źródeł) niemało tu poszukiwania paralel w wierzeniach innych ludów indoeuropejskich (i nie tylko). Odnoszę wrażenie, że momentami autorka trochę do przesady forsuje inicjacyjną...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Czy jest ktoś w stanie mi wyjaśnić jak to jest być "pewnym siebie jak pies albo jak skrzynka pocztowa"?

Paulo Coelho Turbo 3000 XXL wersja Deluxe. Pierdololo o paskudnych i pretensjonalnych ludziach co prowadzą dysputy o jazzie, Awerroesie i Heisenbergu, ale żyją całą bandą w wielkim obłoku wyziewów wódy, mają brudne nogi i śmierdzą im dupy (no dobra, to już dodatek ode mnie). Ale kobieta bezdomna to dla nich już żulica. Hipokryzja.

Ciekawość skłoniła mnie ostatecznie - jak ta gra w klasy może działać? Otóż spieszę z wyjaśnieniami - nie działa.

To znaczy, żeby być ścisłym: nie może działać coś, co nie istnieje. Gra w klasy jest po prostu zwykłym oszustwem. Raz, że te "dodatkowe" rozdziały, których czytać "nie trzeba" są nie więcej niż jakimiś odpadami poprodukcyjnym. Literackie trociny - ot, nic ponadto. Po drugie, czy przeczytasz wspak, od środka, do góry nogami czy w poprzek - nie ma to żadnego znaczenia. Będzie to wciąż zlepek - w większości - losowych scen z życia nieznośnych osób.

Porwę się nawet na stwierdzenie, że można by każdorazowo tasować wszystkie zdania tej książki - też za każdym razem będzie "inna" - i nawet nie zauważyć różnicy.


Ps. Mój ulubiony fragment:
" - Miałeś kiedyś mokre nogi o północy? Bo Jelly Roll miał, widać po tym, jak śpiewa. To się czuje, stary.
- Mnie się lepiej maluje, jak mam suche nogi"

Czy jest ktoś w stanie mi wyjaśnić jak to jest być "pewnym siebie jak pies albo jak skrzynka pocztowa"?

Paulo Coelho Turbo 3000 XXL wersja Deluxe. Pierdololo o paskudnych i pretensjonalnych ludziach co prowadzą dysputy o jazzie, Awerroesie i Heisenbergu, ale żyją całą bandą w wielkim obłoku wyziewów wódy, mają brudne nogi i śmierdzą im dupy (no dobra, to już dodatek ode...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Paplanina. Hipertroficzna nadinterpretacja seksualności godna starego libertyna. Sto stron więcej i by udowodnił, że mycie rąk i zbieranie orzechów należy do sfery ludzkiej seksualności (albo i niezbieranie - jako praktyka wstrzemięźliwości).

Ale, ale. Jeszcze należy odnieść się do tytułu, bo "Historia seksualności" historią seksualności nie jest. Jest to najwyżej "Seksualność w antyku", bo właściwie poza ten czas nie wybiega. Ja rozumiem, że umarł i nie skończył, ale można było na tytuł dać stan faktyczny (albo dodać choćby "Część I, kolejnych nie ma" w podtytule) a nie ordynarnie oszukiwać uczciwych ludzi.

Idąc dalej, jest to najwyżej "Seksualność mężczyzn w antyku", bo perspektywa jest tu w 100% męska. Zdaję sobie sprawę, że ubogość materiału źródłowego w temacie seksualności kobiet w starożytnej Grecji graniczy z niebytem, ale wspomnieć o Safonie można było.

Notabene, ja gdybym chciał opisać ewolucję seksualności, która doprowadziła do wykształcenia seksualności współczesnego człowieka z kręgu kultury Europy zachodniej zacząłbym jednak od czasów starotestamentalnych. No, ale może miał w planach wrócić do tego w kolejnych tomach, kto go tam wie.

Koniec końców - może i dobrze, że nie skończył. Bo czy faktycznie potrzeba nam słuchać wykładów o seksualności od człowieka, który w 1977 podpisał się pod petycją w obronie oskarżonych o seks z nieletnimi, umarł na AIDS a zupełnie niedawno zarzucono mu dokonywania nikczemnych czynów w Tunezji w latach sześćdziesiątych?

(w kontekście tych ostatnich każde wspomnienie o seksualności dzieci w jego pismach wygląda podejrzanie)

Paplanina. Hipertroficzna nadinterpretacja seksualności godna starego libertyna. Sto stron więcej i by udowodnił, że mycie rąk i zbieranie orzechów należy do sfery ludzkiej seksualności (albo i niezbieranie - jako praktyka wstrzemięźliwości).

Ale, ale. Jeszcze należy odnieść się do tytułu, bo "Historia seksualności" historią seksualności nie jest. Jest to najwyżej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Można narzekać, że długie, nuda, nic się nie dzieje, droga... chyba na Davos-Wieś. Ale jak widzisz setki stron a dosłownie na samym początku pada stwierdzenie, że w sanatorium najmniejszą jednostką czasu jest miesiąc - czego innego się spodziewać? Napisane z elegancją, przetłumaczone zgrabnie. Po tekście się niemalże płynie. Bogiem a prawdą, książka mogłaby jednak być o - powiedzmy - 1/4 objętości krótszą. Niestety odnosi się wrażenie, że niektóre z rozdziałów (szczególnie z tych dalszych) to tylko zapychacze.

Książka ma niewątpliwie swój urok, ale czy jest fenomenalna? - na mnie takiego wrażenia nie zrobiła.

W zasadzie od czytelnika wymaga tylko czasu i cierpliwości, bo jest to lektura z kategorii: coś ty taki chytry?, to trzeba na spokojnie usiąść i poczytać.

Można narzekać, że długie, nuda, nic się nie dzieje, droga... chyba na Davos-Wieś. Ale jak widzisz setki stron a dosłownie na samym początku pada stwierdzenie, że w sanatorium najmniejszą jednostką czasu jest miesiąc - czego innego się spodziewać? Napisane z elegancją, przetłumaczone zgrabnie. Po tekście się niemalże płynie. Bogiem a prawdą, książka mogłaby jednak być o -...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię to czytanie Fostera Wallace'a.

Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię to czytanie Fostera Wallace'a.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Będąc szczerym, tylko dwa opowiadania ze zbioru mnie nie zmęczyły. Wallace notorycznie popada w przesadę budowania zdań wielo-wielo-krotnie złożonych, są to wręcz zdania totalne, wielokrotnie totalne, wręcz karykaturalnie monumentalne. Z tego powodu pierwsze opowiadanie jest całkowicie aczytalne. Lektura autentycznie sprawia ból. Ten, kto wybrał je na opowiadanie otwierające zbiór był albo sadystą albo cynicznym gatekeeperem, pragnącym ochronić twórczość Wallace'a przed niepożądanymi masami zwyczajnych czytelników, by móc się delektować Wallaszczyzną w elitarnym gronie smakoszy.

Będąc szczerym, tylko dwa opowiadania ze zbioru mnie nie zmęczyły. Wallace notorycznie popada w przesadę budowania zdań wielo-wielo-krotnie złożonych, są to wręcz zdania totalne, wielokrotnie totalne, wręcz karykaturalnie monumentalne. Z tego powodu pierwsze opowiadanie jest całkowicie aczytalne. Lektura autentycznie sprawia ból. Ten, kto wybrał je na opowiadanie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Przede wszystkim - za długie. Można było zawrzeć wszystko to w 1/3 objętości ze sporym zyskiem dla czytelnika (nie dziwi mnie nic a nic, że dzieło Kanta z początku nie cieszyło się popularnością). Rozwlekłość i pedantyczność wnioskowania Kanta jest momentami wręcz kontrproduktywna. Można po prostu zagubić się w dżungli tekstu najeżonego pojęciami czy to od podstaw ukutymi przez Kanta czy też przez niego przetransformowanymi. A połączenie tego z tłumaczeniem Chmielowskiego tworzy mieszankę momentami bardzo wymagającą (z braku lepszego określenia). Nie powiedziałbym, że literacko jest to jakiś cymes. 

Podczas lektury jednego dnia wszystko wydawało mi się zrozumiałe, bym następnego nie rozumiał w zasadzie nic i tak na zmianę przez całe 700 stron. Ale czy tę część, którą zrozumiałem faktycznie zrozumiałem dobrze - nie wiem. Mogę się nie zgadzać z Kantem, że przestrzeń nie jest w ogóle pojęciem empirycznym lub zgadzać z jego krytyką rozumowych dowodów na istnienie Boga, ale będąc w pełni szczerym - czytałem Krytykę bardziej dla kontemplacji (medytacji?) i inspiracji niż faktycznej treści kantowskich wywodów (a inspirująca do mysli przeruznych jest niewątpliwie).

Czy warto się za to zabierać? Jeśli ma się za dużo wolnego czasu - można. Jeśli chce się tylko poznać filozofię Kanta - lepiej przeczytać jakieś opracowanie. 

Przede wszystkim - za długie. Można było zawrzeć wszystko to w 1/3 objętości ze sporym zyskiem dla czytelnika (nie dziwi mnie nic a nic, że dzieło Kanta z początku nie cieszyło się popularnością). Rozwlekłość i pedantyczność wnioskowania Kanta jest momentami wręcz kontrproduktywna. Można po prostu zagubić się w dżungli tekstu najeżonego pojęciami czy to od podstaw...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Książki z tej serii zawsze skupiają się na niewielkim czasowo wycinku historii jakiejś kultury czy narodu. Często wiek, panowanie jakiegoś władcy, szerzej może - jakiejś konkretnej epoki w dziejach danych ludzi. Tutaj inaczej - na nieco ponad 300 stronach mamy próbę uchwycenia życia codziennego począwszy od IX aż do końca XIX wieku. Chyba można się domyśleć jak karkołomne jest to zadanie. Autor skacze z Rusi Kijowskiej w X wieku do Moskwy w XVI wieku a potem do Petersburga w 1850 i cała ta Ruś/Rosja zawieszona jest w bezczasie antropologicznego teraz, kiedy do ślubu jednocześnie idzie ruski kniaź, moskiewski bojar i carski urzędnik. Owszem, może to ukazywać ciągłość pewnych tradycji, ale w większym stopniu tworzy jednak złudzenie, że na wschodzie przez tysiąc lat nic zasadniczo się nie zmieniło. Tym bardziej, że mowa tu konkretnie o miastach a nie o życiu na wsi. Za mało było materiału żeby się skupić tylko na jednej epoce?

No i oczywiście nie mogło się obejść bez cytatów z Lenina, Marksa i Engelsa. Rozumiem, że to był w USSR wymóg, żeby dało się cokolwiek opublikować?

Książki z tej serii zawsze skupiają się na niewielkim czasowo wycinku historii jakiejś kultury czy narodu. Często wiek, panowanie jakiegoś władcy, szerzej może - jakiejś konkretnej epoki w dziejach danych ludzi. Tutaj inaczej - na nieco ponad 300 stronach mamy próbę uchwycenia życia codziennego począwszy od IX aż do końca XIX wieku. Chyba można się domyśleć jak karkołomne...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Forma dobra czy niedobra? Eksperymentalna, na pewno. Ja jestem na nie. Pół strony o chodzeniu chodzeniu, inne pół strony o robieniu bach bach bach - po 1/3 książki (niedługiej przecież) moje zaintrygowanie niecodzienną formą ustąpiło wpierw znużeniu a potem frustracji. Gombrowicz na niewielkiej przestrzeni objętości Trans-Atlantyku wielokrotnie stosuje dokładnie te same sztuczki. Nie kupuję narracji o parodii stylu Mickiewicza i Chryzostoma Paska. Chłopy sto lat wcześniej pisały pompatycznie - no rzeczywiście co za kuriozum.

No i właśnie ta forma, w zasadzie miejscami nie różniąca się od bredzenia żula wyższej klasy, sprawia że cała rzekoma satyra na polskość wydaje mi się taka nie bardzo. Pomijając pewne wątki oczywiste reszta zbyt głęboko została zakopana w bełkotliwym słowotoku, przestylizowana, o jeden poziom (albo i dwa) nazbyt absurdalna. Patrz na ten bełkot i doszukuj się znaczeń, prawie jakby w plamach na ścianie wypatrywać oblicza matki boskiej. A może to po prostu ja zbyt często przewracałem oczami widząc kolejne bachbachbach przez co mi sporo umknęło.

Ale nie powiem, miejscami nawet śmieszne.

Forma dobra czy niedobra? Eksperymentalna, na pewno. Ja jestem na nie. Pół strony o chodzeniu chodzeniu, inne pół strony o robieniu bach bach bach - po 1/3 książki (niedługiej przecież) moje zaintrygowanie niecodzienną formą ustąpiło wpierw znużeniu a potem frustracji. Gombrowicz na niewielkiej przestrzeni objętości Trans-Atlantyku wielokrotnie stosuje dokładnie te same...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Nie wiem co sądzić do końca o snergowskim Robocie, bo
a. pomysły ciekawe
b. atmosfera świata wykreowanego niewątpliwie wzbudza zainteresowanie
c. pomimo tego, co napiszę dalej jest to wciąż porządne hard science fiction

Ale z kolei co do zarzucenia mam Robotowi to
a. gmatwanina opisów momentami odrzuca i wręcz zaciemnia to, co chciał Snerg opisać. Wliczam w to wszelkie kalkulacje na podstawie praw fizyki, które dla mnie jako czytelnika, nic nie wnoszą i - szczerze mówiąc - mógłby je całkiem pozmyślać, bo przecież się na tym nie znam.
b. tematów jest tu co najmniej na 3 różne książki, a żaden z nich nie został jednak pociągnięty do końca w satysfakcjonujący sposób - choćby wątek "spowolnionego" miasta
c. niektóre wydarzenia dla mnie wciąż pozostają niejasne. I myślę, że mamy tu jednocześnie do czynienia z trzema źródłami tego stanu: po prostu niektórych rzeczy nie zrozumiałem, niektóre zostały opisane w niewystarczający sposób a niektórych wyjaśnień po prostu nie ma.

Bez wątpliwości to wysoki próg wejścia do lektury sprawił, że Robot Snerga obrósł legendą. Zadanie pytania o to "czy słusznie?" tak naprawdę zawiera już w sobie odpowiedź.

Nie wiem co sądzić do końca o snergowskim Robocie, bo
a. pomysły ciekawe
b. atmosfera świata wykreowanego niewątpliwie wzbudza zainteresowanie
c. pomimo tego, co napiszę dalej jest to wciąż porządne hard science fiction

Ale z kolei co do zarzucenia mam Robotowi to
a. gmatwanina opisów momentami odrzuca i wręcz zaciemnia to, co chciał Snerg opisać. Wliczam w to wszelkie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

No takie nie za bardzo. Reportaż z za dużą ilością nazwisk i kolejnych historyjek a ja już nie pamiętam który jest synem kogo. Nie ma tu życia codziennego: nie dowiedziałem się jak mafiozi mieszkali, na co wydawali pieniądze, co robili między bandyterką a spaniem, jak żyły ich kobiety i dzieci itp. A w ogóle to gros książki dotyczy lat 80 także tytuł trochę nad wyraz. No i zakończenie trzeba doczytać na Wikipedii.

No takie nie za bardzo. Reportaż z za dużą ilością nazwisk i kolejnych historyjek a ja już nie pamiętam który jest synem kogo. Nie ma tu życia codziennego: nie dowiedziałem się jak mafiozi mieszkali, na co wydawali pieniądze, co robili między bandyterką a spaniem, jak żyły ich kobiety i dzieci itp. A w ogóle to gros książki dotyczy lat 80 także tytuł trochę nad wyraz. No i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Co prawda styl autora może nie jest najprzystępniejszy do czytania, ale w sumie to dosyć ciekawy zbiór jakuckich mitów.

Co prawda styl autora może nie jest najprzystępniejszy do czytania, ale w sumie to dosyć ciekawy zbiór jakuckich mitów.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Pozostaje mi jedynie wyrazić oburzenie, że na polski przetłumaczono tylko dwa tomy z trzech. No ale rzecz oczywista, że w latach 70 (kiedy to tłumaczono pierwsze dwa tomy) ksiązka ta, w dużej mierze o II wojnie światowej z perspektywy Finów, musiała komuchom przeszkadzać. Więc w zasadzie zanegowano istnienie trzeciego tomu. Szczerze mówiąc, drugi tom chyba jedynie przeszedł cenzurę ze względu na ukazanie białego terroru. Bo pomimo sympatii autora do socialistów rewolucja w Finlandii przedstawiona w książce ani nie jest chwalebna ani przemyślana a sami czerwoni do świętych nie należą. No nic, kontynuacji po polsku i ostatniego rozdziału sagi Koskelów najpewniej już nie doczekamy. Pozostaje przeczytać skrót na obcojęzycznej wikipedii, polować na amerykańskie wydanie na ebayu za 300$ albo nauczyć się fińskiego.

Pozostaje mi jedynie wyrazić oburzenie, że na polski przetłumaczono tylko dwa tomy z trzech. No ale rzecz oczywista, że w latach 70 (kiedy to tłumaczono pierwsze dwa tomy) ksiązka ta, w dużej mierze o II wojnie światowej z perspektywy Finów, musiała komuchom przeszkadzać. Więc w zasadzie zanegowano istnienie trzeciego tomu. Szczerze mówiąc, drugi tom chyba jedynie przeszedł...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to