-
Artykuły
Wielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Jon Frederickson i jego książka „Kłamstwa, którymi żyjemy”, czyli o poznaniu samych siebie oczami psychoterapeuty
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytelnicy wybrali Książki Roku 2025. Oto zwycięzcy
LubimyCzytać94 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 13 marca 2026
LubimyCzytać512
Biblioteczka
Tę tolkienistyczną książkę, rzeczowo zbierającą fakty i przypuszczenia o tym, jak środowisko i podróże Tolkiena kształtowały jego wyobraźnię i twórczość, potraktować można jak album - nie tyle do czytania od deski do deski, co do kartkowania i przeglądania interesujących nas aspektów inspiracji Tolkiena. Wydanie jest przepiękne, pełne współczesnych i dawnych zdjęć miejsc, które były źródłami inspiracji Profesora, oraz rozmaitych dokumentów źródłowych, w tym mało znanych rysunków samego Tolkiena. Nie ma stronnicy, gdzie czytelnik uświadczyłby samego tylko tekstu. Świetny nabytek na półkę jako dobre opracowanie tematu, estetyczna uczta oraz źródło własnych inspiracji, choćby przy planowaniu wakacyjnych wycieczek!
Tę tolkienistyczną książkę, rzeczowo zbierającą fakty i przypuszczenia o tym, jak środowisko i podróże Tolkiena kształtowały jego wyobraźnię i twórczość, potraktować można jak album - nie tyle do czytania od deski do deski, co do kartkowania i przeglądania interesujących nas aspektów inspiracji Tolkiena. Wydanie jest przepiękne, pełne współczesnych i dawnych zdjęć miejsc,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZnakomita pisarka podjęła się w tej książce monumentalnego dzieła ułożenia biblijnej historii Abrahama w spójną rozbudowaną narrację. Po pierwsze - zadbała o historyczne tło, umieszczając opowieść w czasach Hammurabiego, nie szczędząc żywych szczegółów starożytnej kultury mezopotamskiej, egipskiej i kanaańskiej. Po drugie - nadała biblijnym bohaterom charakteru i życia, a Ab-Ramowi niezwykłej głębi. Z przejęciem śledzi się ich zewnętrzne i wewnętrzne drogi poprzez strony powieści, ich walki i rozterki są prawdziwe i namacalne. Najciekawsza jest oczywiście droga Ab-Rama do poznania Boga Jedynego w świecie na wskroś politeistycznym. Najpierw jest rozumowo przeczuwany, potem doświadczony jako nieodgadniona siła, objaśniony przez mędrca na podobnej drodze poznania (rozmowa z Nergal Sarem i następująca po niej wizja na zawsze pozostaną jednym z moich ulubionych fragmentów literatury), w końcu objawiony. Próbą są jednak długie lata milczenia i ludzkie upadki. Zaś ostatnia próba na Morii staje się namacalnym dramatem, na który autorka trochę w stylu Kierkegaarda nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Książka jest głęboko osadzona w Biblii, nie tylko w Księdze Rodzaju, której wydarzenia adaptuje, ale śmiało sięga po motywy i cytaty z ksiąg kolejnych, aż do Nowego Testamentu w postaci przeczuwanej nadziei mesjańskiej. Wydarzenia "fantastyczne" Kossakówna opisuje w swoim stylu - uprawdopodabniając je, czyniąc możliwymi do racjonalizacji, ale mimo wszystko towarzysząca im aura niesamowitości i mistycyzmu sprawia, że wiara świadków tych wydarzeń udziela się czytelnikowi.
Znakomita pisarka podjęła się w tej książce monumentalnego dzieła ułożenia biblijnej historii Abrahama w spójną rozbudowaną narrację. Po pierwsze - zadbała o historyczne tło, umieszczając opowieść w czasach Hammurabiego, nie szczędząc żywych szczegółów starożytnej kultury mezopotamskiej, egipskiej i kanaańskiej. Po drugie - nadała biblijnym bohaterom charakteru i życia, a...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKolejne dwa regiony meekhańskiego pogranicza okazały równie ciekawe co poprzednie. Wschód to fantastyczna wariacja Dzikich Pól z wielkimi stepami, tatarskimi harcami i cygańskimi karawanami. Zachód z kolei - wielkie portowe miasto, będące teatrem igrzysk o władzę wielkich świątyń, arystokratycznych rodów i złodziejskich gildii. Światotwórczo jest bardzo ciekawie, zwłaszcza przy historii wozaków. Niestety fabularnie nie bawiłem się tak dobrze jak przy pierwszym tomie Owszem, trafiają się interesujące zwroty i satysfakcjonujące zwieńczenia - ale nie zawsze. Kulminacji zabrakło Wschodowi, gdzie czwarte opowiadanie było po prostu prologiem do kolejnego tomu. Kulminację miało pierwsze opowiadanie Zachodu, ale tu z kolei zabrakło jej politycznych czy religijnych konsekwencji. Drugi mój zarzut dotyczy ekspozycji - u Wegnera bardzo szczegółowej, natarczywej wręcz, dbającej o to, by czytelnik nie pogubił się w bogatym świecie, czyli np. jeden bohater zaczyna opowiadać drugiemu historię ostatnich lat czy miesięcy. Zdawać by się mogło - po co? Przecież drugi bohater też pochodzi z tego miasta, zatem jego historię zna. Otóż po to, że to nie drugi bohater jest adresatem tej ekspozycji, ale czytelnik. Trochę to niezręczne, ale spełnia swoją rolę i nie mam z tym problemu. Problem mam z czym innym - z momentami, kiedy Wegner tej ekspozycji zaniechuje. Mamy bowiem w opowiadaniach Zachodu masę przebitek z mitycznych wojen bogów, im bliżej końca, tym więcej, aż do nieprzyzwoitej wręcz ilości. Przebitek kryptycznych, niezrozumiałych dla czytelnika na tym etapie, a okupujących wielką część narracji. Przyznam, że właśnie przez ową kryptyczność wątek wojen bogów najmniej mnie w serii na tę chwilę zaciekawił. Poza tym drugi tom nie rozwiązał problemu, który towarzyszył pierwszemu - braku postaci, które można ocenić wyżej jak poprawne.
Kolejne dwa regiony meekhańskiego pogranicza okazały równie ciekawe co poprzednie. Wschód to fantastyczna wariacja Dzikich Pól z wielkimi stepami, tatarskimi harcami i cygańskimi karawanami. Zachód z kolei - wielkie portowe miasto, będące teatrem igrzysk o władzę wielkich świątyń, arystokratycznych rodów i złodziejskich gildii. Światotwórczo jest bardzo ciekawie, zwłaszcza...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Już po pierwszym tomie przyznać trzeba, że opowieści z meekhańskiego pogranicza należą do ścisłej czołówki polskiej fantastyki. Cieszy mnie, że - podobnie jak Wiedźmin - seria rozpoczyna się zbiorami opowiadań, na Północy z grubsza od siebie niezależnych (poza spinającymi je bohaterami z szóstej kompanii), na Południu łączących się w pewien przyczynowo-skutkowy cykl. Taka forma debiutu serii pozwala od razu ocenić narracyjne umiejętności pisarza. Skoro w krótkiej formule zdołał zgrabnie rozstawić figury, zagrać nimi ciekawą partię i dostarczyć satysfakcjonującego, a czasem szokującego, zakończenie, to z miejsca budzi w nas zaufanie, że i w większej skali serii mu się to powiedzie, dlatego natychmiast sięgnąłem po tomy następne.
Język Wegnera jest twardy i konkretny, ale od czasu do czasu potrafi zaskoczyć jakimś poetycko ładnym zdaniem. Ujawnia się też talent do patosu, który szczególnie zabłysł w drugim opowiadaniu. Gore się pojawia (w pierwszym opowiadaniu wręcz poczułem jego przesyt, później autor zdecydowanie lepiej je tonował), za to Wegner nie popada w wielką zmorę współczesnej fantastyki (reprezentowaną chociażby przez Martina), jaką jest niesmaczna seksualizacja. W sprawach intymnych książka jest stonowana, bez pruderyjności z drugiej strony.
Autor bardzo poważnie traktuje swój świat, który działa i w ogóle i w szczególe: polityka, graniczne konflikty, stosunki w armii i w wywiadzie, etniczne różnice, realistycznie przemyślana rola magów w wojsku i gdzieś tam z tyłu, jeszcze przykryte mgłą tajemnicy, echa dawnej (a być może rozpoczynającej się na nowo) wojny bogów i ich wpływu na świat. By jednak przekazać całe to światotwórcze bogactwo, fabuła musi poświęcać sporo miejsca ekspozycji, która momentami jest po prostu tzw. lore dropem - postać ni z tego, ni z owego postanawia opowiedzieć całą historię swego ludu. Wymaga to skupienia i niektórych może odrzucać. Plusem takiego zabiegu jest jednak to, że jako czytelnicy wiemy, na czym stoimy. Autor nie rzuca nas na głęboką wodę, w której sami mamy się nauczyć pływać (mój problem z ,,Malazańską księgą poległych"), ale od razu daje nam punkty zaczepienia i stopniowo odkrywa coraz szersze warstwy swojego arcyciekawego świata.
Jeśli miałbym wskazać jakieś braki, wskazałbym na bohaterów - póki co brak szczególnie głębokich i zapadających w pamięć (najbliżej tej kategorii chyba Yatechowi i Aerinowi, choć to wciąż jeszcze nie to). Znacznie lepiej wychodzą autorowi bohaterowie zbiorowi (tu szczególne wyróżnienie należy się wiosce nad jeziorem z czwartego opowiadania).
Już po pierwszym tomie przyznać trzeba, że opowieści z meekhańskiego pogranicza należą do ścisłej czołówki polskiej fantastyki. Cieszy mnie, że - podobnie jak Wiedźmin - seria rozpoczyna się zbiorami opowiadań, na Północy z grubsza od siebie niezależnych (poza spinającymi je bohaterami z szóstej kompanii), na Południu łączących się w pewien przyczynowo-skutkowy cykl. Taka...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOkropnie przeciągnięta książka. Przez większą jej część nie byłem w stanie zżyć się z bohaterami, ani specjalnie zainteresować intrygami. Również centralny w książce romans ani mnie grzał, ani ziębił. Kilka ciekawszych akcji - dialogi z załogą Blackthorne'a, ucieczka z Osaki, końcówka wątku Yabu i finałowy monolog Toranagi - to było za mało, by przełamać ogólną nudę powieści. Chyba pierwszy raz w swej czytelniczej karierze muszę powiedzieć, że ekranizacja (zeszłoroczny serial) była lepsza od oryginała, bo ciekawie udramatyzowała przeciągniętą treść książki (choć też uprościła).
Okropnie przeciągnięta książka. Przez większą jej część nie byłem w stanie zżyć się z bohaterami, ani specjalnie zainteresować intrygami. Również centralny w książce romans ani mnie grzał, ani ziębił. Kilka ciekawszych akcji - dialogi z załogą Blackthorne'a, ucieczka z Osaki, końcówka wątku Yabu i finałowy monolog Toranagi - to było za mało, by przełamać ogólną nudę...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRównież w krótszej formie proza Kossakówny błyszczy wszystkim, co w niej najlepsze - wartką i ciekawą fabułą, jasnością formułowanych myśli, przepięknym stylizowanym językiem i przemyślaną mądrością, zwłaszcza religijną. Realistycznie opisana depresja Sapiehy (choć nienazwana tak wprost) smuci, rozmowa o cudach porusza, obrazowy i żywy opis zimowego polowania na podlaskie wilki dostarcza prawdziwej frajdy. Powieści Zofii Kossak to zawsze fascynująca przygoda.
Również w krótszej formie proza Kossakówny błyszczy wszystkim, co w niej najlepsze - wartką i ciekawą fabułą, jasnością formułowanych myśli, przepięknym stylizowanym językiem i przemyślaną mądrością, zwłaszcza religijną. Realistycznie opisana depresja Sapiehy (choć nienazwana tak wprost) smuci, rozmowa o cudach porusza, obrazowy i żywy opis zimowego polowania na podlaskie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Po wielką mitologię Ardy sięgnąłem pierwszy raz w latach szkolnych i podzieliłem los wielu, którzy na fali zachwytu Hobbitem i Władcą Pierścieni siadają do Silmarillionu, bo odbić się od skali opowieści, litanii genealogii i encyklopedycznych opisów. Dlatego kiedy po latach zasiadłem ponownie do tej książki, nie spieszyłem się, skutkiem czego lektura trwała kilka lat, co być może jest właściwe, zważywszy, że czas opowieści obejmuje tysiąclecia. Każda chwila z tą monumentalną opowieścią dostarczała ukojenia, kreśląc przepiękne, inspirujące obrazy: stworzenie świata w Pieśni Ainurów, dwa wielkie Drzewa Valinoru, świecące Krainie Nieśmiertelnych (najpiękniej chyba oddane w ewidentnie zainspirowanym Złotym Drzewie w grze Elden Ring), w końcu tajemnicze pojawienie się elfów w Śródziemiu, nieznającym słońca i księżyca, pod rozgwieżdżonym niebem. Nie rezonowała ze mną bardzo historia Feanora, za to opowieści z końca epoki Beleriandu są jednymi z najpiękniejszych w kulturze: Beren i Luthien (tak ważni dla Tolkiena, że ich imiona wyryte są na grobie Profesora i jego żony), naznaczone tragicznym fatum Dzieci Hurina oraz niosący nadzieję Eärendil. Doniosłym mitem o ludzkiej pysze i upadku jest historia Numenoru, tak bardzo przywodząca na myśl Księgi Królewskie Starego Testamentu.
W Silmarillionie Tolkien chciał stworzyć mitologię Anglii, której nie przekazała historia - stąd mamy elfów, opowieści o cudownej krainie na Zachodzie (niczym w Żegludze św. Brendana), anglosaskie przeznaczenie i metafizykę, pozostawiającą miejsce chrześcijaństwu (polecam podcasty lub książkę ks. Staszka Adamiaka na temat chrześcijańskich motywów u Tolkiena). Jak przystało na mitologię, jest tu zarazem etiologia (tj. funkcja wyjaśniająca rzeczywistość - jak powstał świat? słońce i księżyc? dlaczego Ziemia jest okrągła? dlaczego już nie ma elfów?) oraz poszukiwanie sensu, transcendencji, sacrum.
Po wielką mitologię Ardy sięgnąłem pierwszy raz w latach szkolnych i podzieliłem los wielu, którzy na fali zachwytu Hobbitem i Władcą Pierścieni siadają do Silmarillionu, bo odbić się od skali opowieści, litanii genealogii i encyklopedycznych opisów. Dlatego kiedy po latach zasiadłem ponownie do tej książki, nie spieszyłem się, skutkiem czego lektura trwała kilka lat, co...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Temat przenikania się dawnych wierzeń z chrześcijaństwem fascynował mnie, odkąd przeczytałem w Beowulfie, że olbrzymy, elfy i inne mroczne istoty pochodzą z rodu biblijnego Kaina. Podobne przykłady łączenia elementów dawnych z nową religią we wspólnym imaginarium analizuje autorka pracy. Najczęściej, jak w przypadku tego fragmentu Beowulfa, adaptacja była negatywna - bogów i inne postacie mitologiczne postrzegano jako diabły i demony, ale zdarzały się też interpretacje pozytywne. Częste wyobrażenie mitu o Sygurdzie na kościołach miało obrazować nadzieję Skandynawów na zbawienie pogańskich, lecz cnotliwych, antenatów przez zstępującego do piekeł Chrystusa. Z kolei mit o walce Thora z wężem Midgardsormem, również obecny w sztuce chrześcijańskiej, mógł stanowić figurę Chrystusa. Anglosasi zaś pięknie zaadaptowali dawny termin Earendel, związany z mitologiczną postacią i oznaczający gwiazdę poranną. W staroangielskim poemacie Christ autorstwa Cynewulfa stał się on najjaśniejszym z aniołów, symbolem Chrystusa przychodzącego jako Wschód. To właśnie było inspiracją dla postaci Eärendila z tolkienowskiego legendarium.
W książce autorka łączy wysoką wartość merytoryczno-naukową (w końcu to praca doktorska) z bardzo dobrym piórem i jasnością wywodu, co czyni dzieło przystępnym dla czytelników spoza świata naukowego, zwyczajnie zafascynowanych tym arcyciekawym zagadnieniem.
Temat przenikania się dawnych wierzeń z chrześcijaństwem fascynował mnie, odkąd przeczytałem w Beowulfie, że olbrzymy, elfy i inne mroczne istoty pochodzą z rodu biblijnego Kaina. Podobne przykłady łączenia elementów dawnych z nową religią we wspólnym imaginarium analizuje autorka pracy. Najczęściej, jak w przypadku tego fragmentu Beowulfa, adaptacja była negatywna - bogów...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to