-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać287 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać12 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać11
Biblioteczka
2021-10-13
2020-11-29
Pierre Tucco-Chala (1924-2015) był francuskim historykiem, znawcą dziejów średniowiecznej Francji, ale również regionalistą, popularyzatorem wiedzy o południu kraju nad Loarą. Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1979 roku, a jej drugie wydanie dwie dekady później. To wydanie jest wznowieniem książki z 1999 roku i ukazało się w ramach serii Éditions des Régionalismes. W stosunku do pierwszych edycji niewiele tutaj uległo zmianie, zmieniono zapewnie tylko layout i okładkę. Książka broszurowa.
Uzdrowiskowe zalety Pau były znane jeszcze przed narodzinami turystyki na szerszą skalę. Pierwsze wzmianki historyczne o anglosaskich kuracjuszach w tym mieście sięgają drugiej dekady XIX w., ale prawdziwą popularność Pau zyskało w okresie wiktoriańskim. Wtedy właśnie stało się tytułowym „ville anglaise” – „angielskim miastem”, głównie za sprawą niezwykle aktywnych promotorów uzdrowiskowych zalet kurortu tj. dr Alexander Taylor (lekarz), madame Sarah Ellis (rysowniczka, autorka książek). Sukces ośrodka nie byłby zapewne możliwy gdyby nie rozwój XIX-wiecznego upowszechnienia się druku, a zwłaszcza litografii, którą Taylor skrzętnie wykorzystywał, by promować ośrodek w Pirenejach.
W przeciągu kilku dekad Pau stało się synonimem bon tonu, wyznacznikiem prestiżu i wysokiego statusu. Powstałe w tamtym czasie kosmopolityczne miasto było sławne na skalę europejską i ściągało bogaczy z różnych zakątków kontynentu, którzy nierzadko przybywali tam nie w celach leczniczych, ale po to, by się pokazać i dobrze zabawić. Wraz z pojawieniem się zamożnej klienteli jak grzyby po deszczu w kurorcie pojawiali się ludzie najróżniejszych profesji, którzy oferowali jej swoje usługi, m.in. dotyczące gospodarstwa domowego, gastronomii, odzieży, edukacji czy rozrywek. Pracy wówczas nie brakowało, gdyż potrzeby kuracjuszy były niemałe – wiktoriańskie społeczeństwo nie wyobrażało sobie bowiem życia bez wszelkich udogodnień, jakie posiadali w swoich domach.
Pierwszą znaczącą personą, która przybyła do Pau w celu leczenia gruźlicy był brytyjski arystokrata i kolonizator Kanady, Thomas Douglas, 5. hrabia Selkirk. O jego historii związanej z uzdrowiskiem traktuje pierwszy rozdział książki (s. 25-44). Autor prezentuje kulisy pojawienia i śmierci Douglasa w Pau, słusznie zauważając, że był to kamień węgielny pod brytyjskie zainteresowanie Pau jako stacją klimatyczną. Wskazuje również na ogromną rolę towarzyszącego Selkirkowi George’a W. Lefèvre, szkockiego lekarza, który zainicjował zainteresowanie kręgów naukowych klimatem Pau.
Drugi rozdział, dzielący się na 3 chronologiczne podrozdziały (1838-1848, 1848-1870, 1870-1879) został poświęcony osobie następcy Lefèvre’a, doktorowi Alexandrowi Taylorowi (s. 45-99). Na początku Tucoo-Chala opowiada o uzdrowisku w czasach monarchii lipcowej i wiele uwagi skupia na problemie jego popularyzacji. Omówione są okoliczności pojawienia się w Pau Taylora oraz metoda statystyczna, którą wykorzystywał, by udowodnić, że śmiertelność w mieście jest mniejsza niż innych miejscach uchodzących za uzdrowiskowe. Pokazuje również jak wykorzystywano dane historyczne dotyczące chorób tj. epidemia dżumy w średniowieczu, ale i XIX-wiecznych pandemii grypy czy cholery, które tę miejscowość rzeczywiście omijały.
Argumentacja Taylora nie była przyjmowana bezkrytycznie przez świat naukowy. Niektórzy podważali w ogóle sens leczniczych właściwości zmiany klimatu na cieplejszy, ale generalnie nie podważano jego tezy o pozytywnym wpływie kuracji w Pau na zdrowie. Czasy II Cesarstwa stanowiły dla Pau okres największego prosperity. Był to niewątpliwie okres wzrostu popularności uzdrowiska, przybyli goście zostawiali w kurorcie nawet do kilku milionów franków rocznie, a liczba mieszkańców Pau w ciągu dwóch dekad uległa podwojeniu. Wraz ze wzrostem rozgłosu ośrodka środowisko lekarskie zastanawiało się, czy klimat Pau na pewno sprzyja zdrowiu, ponieważ niektórzy z gości na własnej skórze przekonali się, że górski klimat niekoniecznie wywiera korzystny wpływ na kondycję osób chorych na gruźlicę. Wówczas na łamach prasy specjalistycznej zaczęły pojawiać się echa krytyki w stosunku do tez głoszonych przez Taylora, lecz nie umniejszyły one popularności kurortu.
Wojna francusko-pruska (1870-1871) doprowadziła do wstrzymania ruchu turystycznego we Francji. Niepokój wojenny sprawił, że kurort zamarł w tamtym okresie, a część klienteli ewakuowała się z kraju, w którym toczył się konflikt zbrojny. Spadek gości okazał się jednak chwilowy, ponieważ po ustaniu walk Taylor wespół z lokalnymi władzami wznowił intensywną promocję ośrodka.
Pozostałe rozdziały mają nieco inny charakter od dwóch początkowych – trzeci poświęcony został kulisom powstania Parku Beaumont w latach 1876-1879 (s. 100-117), czwarty opowiada o Grand Hôtel Gassion w latach 1867-1880 (s. 117-150), w piątym autor analizuje bilans sezonu turystycznego 1878-1879 (s. 151-205). Praca kończy się próbą ogólnego podsumowania dorobku XIX-wiecznego Pau (s. 206-226). Na końcu zamieszczono posłowie dotyczące przeistoczenia się miasta z „angielskiego” w „amerykańskie” (s. 227-235).
„Pau: ville anglaise” to publikacja popularnonaukowa, opatrzona skromnym aparatem naukowym. Autor w wielu miejscach powołuje się na relacje postaci z epoki i artykuły prasowe, nierzadko bardzo długie. Szkoda, że podawał dokładniejszych odsyłaczy do źródeł, z których korzystał. Praca napisana jest przystępnym językiem. Zawiera kilkanaście ilustracji.
Nie jest to może kompendium wiedzy na temat Pau w XIX-wieku, a raczej zbiór esejów z historii miasta. Temat tego kurortu w naszym piśmiennictwie pozostaje nietknięty, dlatego dla osób chcących dowiedzieć się czegoś więcej o Pau jest to chyba pozycja wyjściowa.
Robert Stasiak
Pierre Tucco-Chala (1924-2015) był francuskim historykiem, znawcą dziejów średniowiecznej Francji, ale również regionalistą, popularyzatorem wiedzy o południu kraju nad Loarą. Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1979 roku, a jej drugie wydanie dwie dekady później. To wydanie jest wznowieniem książki z 1999 roku i ukazało się w ramach serii Éditions des Régionalismes....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2020-11-14
Historia Harrego, Hercki Hafta nie byłaby do dziś znana w Polsce, gdyby nie książka opublikowana w 2006 roku na rynku wydawniczym w Stanach Zjednoczonych za pośrednictwem Syracuse University Press. Właściwie dopiero fakt pojawienia się książki o Hafcie wyjawił opowieść o nim szerszej publiczności i przyczynił się do ukazania się wydania polskiego. Gdyby książka nie powstała, pewnie nigdy w Polsce nie dowiedzielibyśmy się, że żył ktoś taki jak Harry Haft pochodzący z Bełchatowa.
Autor, najstarszy syn głównego bohatera, podjął decyzję o napisaniu biografii ojca pod koniec jego życia. Dopiero jesienią 2003 roku przeprowadził z nim zaledwie dwudniowy wywiad, który wraz z informacjami zasłyszanymi od osób trzecich stał się podstawą do napisania tej książki. Te okoliczności wiele mówią nam o podstawie źródłowej przedstawionej opowieści. Harry Haft pod koniec życia nie cieszył się najlepszą pamięcią, w wielu miejscach go zawodziła, do tego stopnia, że nie pamiętał już nawet nazwisk osób, którym wiele zawdzięczał choćby w okresie wojny. Na domiar złego, o niektórych wątkach swojego życia nie chciał mówić, zasłaniając się traumą lub nie chcąc poruszać niechlubnych wątków swojego życia. To powinien być jasny sygnał do tego, by nie traktować zawartych w książce informacji do końca serio i zachować pewien dystans wobec zawartych w niej informacji. Tak skromna podstawa źródłowa, jaką dysponował Alan Scott wymusiła na nim przedstawienie historii ojca właściwie w formie zbeletryzowanej i myślę, że tak należy traktować treść tej książki – jako beletrystykę z fragmentami dokumentu.
Książka dzieli się na trzy zasadnicze części:
1) przedmowę autorstwa Johna Radzilowskiego Życie Żydów w Polsce (s. 13-29) i Mike’a Silvera Nowy Jork, mafia i zawodowy pięściarz Harry Haft (lata 1948-1949) (s. 30-42),
2) tekst autorstwa Alana S. Hafta – prolog (s. 45-49), część pierwszą (s. 51-147), część drugą (s. 149-227), posłowie (s. 229-232),
3) część dokumentalno-aneksową – wywiad z Harrym Haftem z lat 90. (s. 233-242), tłumaczenia kilku tekstów zamieszczonych w tekście głównym (s. 243-249), wykaz ilustracji pojawiających się w książce (s. 251).
Teksty tworzące przedmowę dobrze wprowadzają czytelnika w zagadnienie. Pierwszy odnosi się do pierwszej części tekstu głównego zatytułowanej „Koszmary” i obejmuje lata przedwojenne i wojenne, aż do wyjazdu do Ameryki. Drugi jest wprowadzeniem do części drugiej zasadniczego tekstu pod nazwą „Marzenia”, gdzie autor opisał historię ojca głównie w pierwszych latach pobytu w Ameryce wraz z krótkim epilogiem niewydzielonym w strukturze pracy (s. 215-227).
Główna część książki składa się z 19 krótkich podrozdziałów. Napisana jest prostym językiem, opisy są niezbyt rozbudowane, a dialogi miejscami uproszczone do granic możliwości, choć trzeba przyznać, że wpisują się w klimat narracji i podczas lektury oczami wyobraźni dobrze widzi się tę opowieść w kadrach komiksowych.
Część aneksowa, zwłaszcza wywiad z Harrym dobrze pokazuje jego mentalność – to człowiek zamknięty w sobie, odpowiadał zwięźle, nie pozwalając sobie na zbytnią wylewność.
Na odrębną uwagę zasługuje tłumaczenie listu: „Otrzymałem Twój listy i cieszyć się, że pan Spiegler z Brooklinu Cię odwiedzić.” (s. 243) – „I have got your letter and be glad, that Mr. Spiegler of Brooklin has visit you.” (s. 144). Wprawdzie w dalszej części tekstu tłumaczenie wydaje się poprawne, lecz taki błąd podaje w wątpliwość tłumaczenie tej pracy w ogóle.
Na kartach publikacji można miejscami spotkać pewne nieścisłości i fakty budzące wątpliwości.
Po lekturze odnoszę wrażenie, że Polacy są przedstawiani w niej w trochę niekorzystnym świetle, zwłaszcza w okresie okupacji niemieckiej pokazuje się ich jako osoby lepiej usytuowane, niemal współpracujące z Niemcami, których trzeba przekupywać racjami żywnościowymi jak to było w przypadku polskich brygadzistów w kopalni (s. 106).
Dość naiwne są fragmenty pracy, które sugerują, że wywodzący się z biednej polskiej rodziny żydowskiej Haft znał język niemiecki i porozumiewał się swobodnie z Niemcami czy prezentujące wyjątkową hojność oficerów względem Hafta, wyrażającą się choćby przekazywaniem mu w zamian za boksowanie butelek z whisky czy racjami żywnościowymi ponad potrzeby jednej osoby.
Nieco wyidealizowany wydaje się również wątek miłosny przedstawiony w książce. W wielu miejscach powraca motyw młodzieńczego zakochania do Lei Pablańskiej z Bełchatowa, z którą Haft miał się ożenić. Zawierucha wojenna rozdzieliła drogi Hercki i Lei. Haft miał myśleć o dziewczynie nieustannie, do tego stopnia, że postanowił zostać bokserem w celu zdobycia popularności i rozgłosu, które to ułatwiłyby mu nawiązanie kontaktu z dawną miłością. Ten wątek wydaje się bardziej fikcją literacką niż rzeczywistą bolączką żydowskiego boksera, który zresztą ożenił się z kim innym.
Historia Harrego Hafta to opowieść o człowieku, który klepiąc biedę przed wojną i tuż po wojnie, nie mając nic do stracenia, postanowił wyruszyć do Ameryki. Szczęśliwym trafem przybył do niej w czasie popularności boksu i do pewnego dobrego poziomu amatorskiego dawał sobie radę, ale gdy przyszło mu stoczyć walki z zawodowcami dostrzegalne były jego liczne braki warsztatowe. Po porażce z Marciano odwiesił rękawice bokserskie na kołek i zajął się handlem warzywami, na którym notabene lepiej wyszedł.
Sam autor nazwał swego ojca „prymitywnym, porywczym i nieprzewidywalnym drabem” (s. 230), w dodatku posługującym się łamaną angielszczyzną. I ta opinia nie jest chyba przesadzona, bo opowieść o Hafcie zdaje się ją potwierdzać. Książka ta jest poniekąd próbą zrozumienia i pokochania ojca przez autora, który z racji na swoje przeżycia był trudnym w obyciu człowiekiem.
Na koniec kilka słów o wydaniu – książka jest przyzwoicie przygotowana: oprawa twarda, szyta, papier o gramaturze 70 g wydaje się wystarczający. Edytorsko praca prezentuje się dobrze, choć zdarzyły się wpadki jak zbędne pogrubienie czcionki (s. 241) czy zły rozmiar czcionki w wyróżnionym cytacie (s. 210).
Czy jest to książka warta polecenia, czy czegoś pouczającego można się z niej nauczyć? Nie jest to na pewno literatura najwyższych lotów, ale jeśli ktoś interesuje się kolejami losów byłych więźniów obozów koncentracyjnych, to może być zainteresowany. Warstwa informacyjna pozostaje pod dużym znakiem zapytania.
Robert Stasiak
Historia Harrego, Hercki Hafta nie byłaby do dziś znana w Polsce, gdyby nie książka opublikowana w 2006 roku na rynku wydawniczym w Stanach Zjednoczonych za pośrednictwem Syracuse University Press. Właściwie dopiero fakt pojawienia się książki o Hafcie wyjawił opowieść o nim szerszej publiczności i przyczynił się do ukazania się wydania polskiego. Gdyby książka nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2020-11-04
Książeczka cieniuteńka, ale do najłatwiejszych nie należąca. Przeczytałem ją, by nieco odetchnąć od prozy i muszę przyznać, że z trudem przychodziło mi zrozumienie autora. Treść tej poezji jest wyrafinowana, dotyka wątków, których nie sposób dobrze zrozumieć bez wcześniejszego wprowadzenia literaturoznawcy, a tego w książeczce nie ma – szkoda. Zainteresowanym poleciłbym sięgnięcie po jakieś rozszerzone wydanie.
Robert Stasiak
Książeczka cieniuteńka, ale do najłatwiejszych nie należąca. Przeczytałem ją, by nieco odetchnąć od prozy i muszę przyznać, że z trudem przychodziło mi zrozumienie autora. Treść tej poezji jest wyrafinowana, dotyka wątków, których nie sposób dobrze zrozumieć bez wcześniejszego wprowadzenia literaturoznawcy, a tego w książeczce nie ma – szkoda. Zainteresowanym poleciłbym...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2020-06-14
Czym jest dzisiejsza kursywa, wie chyba każdy, kto korzysta z dowolnego edytora tekstu. Czy jednak zawsze była tym, za co ją uznajemy? Książka ta podejmuje refleksję nad powstaniem i zastosowaniem pisma kursywnego w dawnym piśmie odręcznym, jak i jego rozwoju aż do czasu upowszechniania się druku, kiedy to kursywa przestała być odrębnym krojem pisma, stając się pomocniczym.
Autor jest projektantem i typografem, a ta publikacja to jego praca dyplomowa. Pismo kursywne omawia pod kątem jego historycznego rozwoju i przyglądając się zachodzącym od czasów powstania pisma humanistycznego zmianom, stawia przed sobą jedno z głównych pytań – jakimi kryteriami powinni kierować się projektanci podczas tworzenia kursywy?
Treść historyczna książki jest tylko zarysem tematu, podobnie jest zresztą w przypadku uwag do technicznych aspektów pisma, którym Weber poświęca stosunkowo mało miejsca. Interesujący jest ostatni rozdział dotyczący konstrukcji formalnej pisma. Ze względu na prezentowaną treść jest to więc pozycja przeglądowa, wpisująca się w nurt pozycji popularnonaukowych.
W środku znajduje się 112 ilustracji, skromne przypisy końcowe i wykaz literatury. Poza tym dodano również krótki słowniczek terminów i cytowanych w tekście kaligrafów/typografów.
Podsumowując, książka ta jedynie zarysowuje problem, stanowiąc obszerne wprowadzenie do tematu. Została napisana przystępnym językiem. Najważniejszą jej funkcją jest chyba zwrócenie uwagi na to, byśmy do problemu czcionek nie podchodzili bezkrytycznie, co w dobie pisania komputerowego, przy równoczesnym zaniku kaligrafii, bardzo łatwo zrobić. Pismo kursywne, wywodzące się z ozdobnego pisma odręcznego, poprzez pryzmat swojej ewolucji i użycia w praktyce jest najlepszym dowodem na to, że projekt czcionki odzwierciedla ducha swoich czasów, gusta czytelników i – choć rzadko się nad tym zastanawiamy – ma w sobie coś ze sztuki.
Robert Stasiak
Czym jest dzisiejsza kursywa, wie chyba każdy, kto korzysta z dowolnego edytora tekstu. Czy jednak zawsze była tym, za co ją uznajemy? Książka ta podejmuje refleksję nad powstaniem i zastosowaniem pisma kursywnego w dawnym piśmie odręcznym, jak i jego rozwoju aż do czasu upowszechniania się druku, kiedy to kursywa przestała być odrębnym krojem pisma, stając się...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2020-05-18
Autorka jest etnologiem, muzealnikiem, związanym na co dzień z Szczawnicą. Napisany przez nią przewodnik jest nie tyle przewodnikiem turystycznym, co historycznym. Praca jest obecnie najsolidniejszym opracowaniem nt. historii Szczawnicy. Autorka umówiła historię miejscowości w kontekście zmian zachodzących w regionie, co pozwala nam spojrzeć na jej dzieje w szerszy sposób.
Książka nie tylko gromadzi i porządkuje wiedzę na temat miejscowości, ale prowadzi nas przez jej dzieje - przez historię miejsc, ale i ludzi. Czyta się ją dobrze, choć trzeba nadmienić, że nie do końca precyzyjny układ treści sprawił, iż niektóre informacje powielają się w poszczególnych rozdziałach.
Przewodnik po Szczawnicy został oparty na opracowaniach, przewodnikach, szczątkowo prasie, a nade wszystko rękopiśmiennych zbiorach Muzeum Pienińskiego. Te ostatnie wyraźnie ubogaciły pracę.
Robert Stasiak
Autorka jest etnologiem, muzealnikiem, związanym na co dzień z Szczawnicą. Napisany przez nią przewodnik jest nie tyle przewodnikiem turystycznym, co historycznym. Praca jest obecnie najsolidniejszym opracowaniem nt. historii Szczawnicy. Autorka umówiła historię miejscowości w kontekście zmian zachodzących w regionie, co pozwala nam spojrzeć na jej dzieje w szerszy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2020-05-18
Wspomnienia Jana Bispiniga, ordynata w Massalanach są bardzo interesującym przykładem kresowego piśmiennictwa pamiętnikarskiego. Ich autor pochodził ze sfer arystokratycznych wywodzących się z terytoriów dzisiejszych państw nadbałtyckich – Litwy, Łotwy, Estonii. Spisywane były przez Bispinga pod koniec jego życia i obejmują lata 1842-1892. Z założenia miały posłużyć jako źródło rodzinnej wiedzy dla przyszłym pokoleń.
Opracowanie profesora Pająka i Szczepańskiego dość wyczerpująco wyjaśnia czytelnikowi poszczególne wątki pojawiające się w opracowaniu. We wstępie redaktorzy wyjaśnili, kim byli Bispingowie, przybliżyli czytelnikowi m.in. kontekst powstania źródła i jego historyczną wartość. Treść pamiętnika jest interesująca, ze względu na pochodzenie autora i koneksje rodzinne oraz towarzyskie dostarcza nam wielu ciekawych informacji. Opracowujący źródło zespół, część treści, głównie zapisanej po francusku, zamieścił w aneksie końcowym, do którego dołączył również kilka związanych z autorem dokumentów.
Wydanie ukazało się w twardej oprawie oraz wersji elektronicznej. Zostało opatrzone licznymi ilustracjami, które ubogacają treść. Książka posiada indeksy osobowe i geograficzne.
Choć całość wydana jest schludnie, w publikacji natkniemy się na drobne potknięcia, tj. literówki popełnione najpewniej na etapie składu, brak pełnej konsekwencji w kwestii wyjaśnień w przypisach dolnych czy różnego sposobu zapisu słów w językach obcych. W jednym miejscu wychwycić można dość np. dziwny zapis znanej w literaturze historycznej postaci – Karol de Talleyrand-Périgord (zamiast Charles-Maurice), podczas gdy jego syn, pisany jest już jako Alexander.
Nie zmienia to faktu, że książka jest warta polecenia, zwłaszcza że podobnych pamiętników zachowanych do dziś lub wydanych drukiem nie posiadamy zbyt wiele. Stanowi cenne źródło informacji biograficznych.
Robert Stasiak
Wspomnienia Jana Bispiniga, ordynata w Massalanach są bardzo interesującym przykładem kresowego piśmiennictwa pamiętnikarskiego. Ich autor pochodził ze sfer arystokratycznych wywodzących się z terytoriów dzisiejszych państw nadbałtyckich – Litwy, Łotwy, Estonii. Spisywane były przez Bispinga pod koniec jego życia i obejmują lata 1842-1892. Z założenia miały posłużyć jako...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2020-05-18
Książka ta z założenia podejmuje temat uzdrowisk z punktu widzenia historii kultury materialnej, jest to praca popularnonaukowa. Zawiera nieco ponad 100 stron opracowania plus aneksy, obejmujące spisy polskich zdrojowisk i stacji klimatycznych, zalecenia żywieniowe dla kuracjuszy, cenniki restauracyjne czy kąpieli.
Bazą źródłową publikacji są gazety codzienne i periodyki lekarskie, wykorzystane raczej pobieżnie. Ich treść uzupełniały prace ówczesnych lekarzy zdrojowych i przewodniki. Ponadto autorka sporządziła swój tekst na literaturze przedmiotu, zresztą wybiórczej, bez uwzględnienia najnowszej literatury, choć praca została wydana w 2016 roku. Książka zawiera 76 rycin i indeks nazwisk.
W rozdziale 1 i 2 przedstawiono bardzo skrótowy zarys historii każdego uzdrowiska w Galicji, Królestwie Polskim i tzw. ziemiach zabranych. W rozdziale 3 i 4 autorka opisała codzienność kuracjuszy dla każdej z miejscowości, o których była mowa we wcześniejszej części książki. Tutaj również autorka nie rozpieszcza nas ilością informacji, właściwie nie opracowała ona codzienności kuracjuszy, a wybrane aspekty z tej codzienności. Są to: dojazd do uzdrowiska, wyżywienie i rozrywka. Wstęp i zakończenie – skromniuchne.
Oprócz wyżej wskazanych ograniczeń książka posiada też mankamenty w edycji końcowej. Najgorsze jest chyba to, że treść książki nie odpowiada jej tytułowi i nie traktuje tematu kompleksowo. Nie tego spodziewałbym się po publikacji, która ukazała się pod auspicjami Polskiej Akademii Nauk.
Robert Stasiak
Książka ta z założenia podejmuje temat uzdrowisk z punktu widzenia historii kultury materialnej, jest to praca popularnonaukowa. Zawiera nieco ponad 100 stron opracowania plus aneksy, obejmujące spisy polskich zdrojowisk i stacji klimatycznych, zalecenia żywieniowe dla kuracjuszy, cenniki restauracyjne czy kąpieli.
Bazą źródłową publikacji są gazety codzienne i periodyki...
O autorze
Selerowicz Witold i Andrzej nie są anonimowi dla części bełchatowskich pasjonatów historii. Witold Selerowicz jest autorem licznych popularyzatorskich artykułów nt. historii Bełchatowa i okolic, zresztą nierzadko udanych, a nadto kilku książek, o których zapewne za jakiś czas pojawią się kolejne recenzje.
W kontekście tego wpisu bardziej będzie nas interesował Andrzej Selerowicz (brat Witolda?), w młodości zadeklarowany działacz na rzecz ruchu LGBT, pisał do czasopism skierowanych do kręgów homoseksualnych, od lat 90. ubiegłego wieku zaczął pisać, czym w pewnym zakresie trudni się chyba do dzisiaj. Zadebiutował tłumaczeniem książki „City and the Pillar” Gore’a Vidala (1990), następnie przełożył z angielskiego „Giovanni’s Room” Jamesa Baldwina (1991). Później wydał napisany przez siebie „Leksykon kochających inaczej” (1993), książkę niewielką i nie za specjalną jeśli chodzi o treść, gdzie dopuścił się zresztą nadinterpretacji w biogramach niektórych znanych postaci historycznych celem ukazania ich jako wprost homoseksualne lub posiadające takie epizody w swoim życiu. Andrzej Selerowicz jest także autorem kilku pozycji beletrystycznych, które nie są jednak interesujące z punktu widzenia mojego wpisu.
Co najważniejsze Andrzej Selerowicz w stosunkowo niedługim czasie napisał trzy prace o charakterze historycznym: „Żydzi z Bełchatowa i okolic” (2018, wraz z E. Pirucką-Paul), „Było sobie miasteczko” (2019), „Cud, że przeżyliśmy... Losy bełchatowskich Żydów ocalałych z Holokaustu” (2021). Ten wpis będzie dotyczył tej ostatniej, najnowszej pozycji, która swoją premierę miała w sierpniu br.
Potencjalni odbiorcy
Sporządzając recenzję książki w pierwszej kolejności należałoby zastanowić się nad tym, czym ona w zasadzie jest, do kogo jest adresowana, kto ją napisał? Myślę, że wystarczająca odpowiedź na ostatnie pytanie została zawarta powyżej. Czym jest ta książka? Sam tytuł wydaje się wszystko wyjaśniać i jest bardzo obiecujący, zwiastując wprawdzie tragiczne, lecz i niezwykle ciekawe historie, bo wiadomo – takie czasy, a opowieściom o ofiarach Holokaustu, którym udało się ujść z niego z życiem zawsze towarzyszy olbrzymi ładunek emocjonalny i współczucie dla pokrzywdzonych. Pozornie książka sprawia wrażenie, że to jednolita opowieść o losach bełchatowian wyznania starozakonnego, ale nic z tych rzeczy – publikacja ta to swoista mieszanka słownika biograficznego z swobodną opowieścią o losach Żydów z Bełchatowa, którym udało się przetrwać lub zginąć w czasie wojny. Praca ta, choć aspiruje do poszerzenia naszej wiedzy o starozakonnych w omawianym okresie, w gruncie rzeczy oferuje nam dość niewielkie spektrum faktów, wiele jest w niej domysłów i spraw budzących wątpliwości, stąd nie można tej publikacji nazwać inaczej niż popularnonaukową. Do kogo natomiast jest kierowana? Czy dla historyków, czy dla mieszkańców Bełchatowa? Wydaje się, że podejmowany w książce temat powinien być interesujący dla ogółu osób czytelników zainteresowanych historią Bełchatowa, niemniej przekaz publikacji nosi znamiona jednostronności, trudno oprzeć się wrażeniu, że to książka od żydów dla żydów. Społeczność żydowska w przeważającej mierze jest ukazana w książce jako odrębna, wyłączona od ogółu polskich obywateli, a przez to wyalienowana, zdana na własny los i pokrzywdzona przez wszystkich, zarówno przez nazistowskich oprawców, jak i dawnych współobywateli.
Układ treści i kompozycja książki
Książka składa się z 9 części: „Przedmowa” (s. 7-8), „Miejsca tragedii” (s. 9-17), „Biogramy” (s. 19-161), „Podsumowanie” (s. 163-165), „Bibliografia” (s. 167), „Plany miasta Bełchatowa sprzed 1939 r.” (s. 169), „Nazwy bełchatowskich ulic” (s. 171-172), „Lista ocalałych Żydów z Bełchatowa” (s. 173-182), „Indeks nazwisk żydowskich” (s. 183-186).
„Przedmowa” nie wnosi zbyt wielu informacji. Jest w zasadzie apelem o to, by przywrócić i zadbać o pamięć bełchatowskich Żydów. Z kolei krótkim rozdzialiku wprowadzającym pt. „Miejsca śmierci” o bełchatowianach spotykamy jedynie wzmianki, a omawiane są wydarzenia ogólne, które miały miejsce w kraju i wiązały się ze zjawiskiem Holokaustu.
Nie będę komentował samej treści biogramów. Są one sporządzone raczej na podobnym poziomie. Większość zawartych w nich informacji nie ma co poddawać dyskusji, choć zdarzają się ich fragmenty, które mogą budzić zastrzeżenia, o czym szerzej napisałem poniżej.
Jak widać nie jest to książka nazbyt gruba, jej układ sugerowałby nawet, że została dobrze przemyślana, ale niestety posiada techniczne mankamenty, których należało się pozbyć na etapie redakcji. Po pierwsze do części z biogramami dołączono dwa niewielkie teksty godzące w ich koncepcję: „Ocalali bełchatowianie na Dolnym Śląsku” i „Bełchatowianie w Argentynie” (s. 158-161). Powinny one zostać wydzielone jako odrębny rozdział. Po drugie, i dużo poważniejsze, autor nie skonstruował solidnego i logicznego wstępu, który wyjaśniłby wszystkie techniczne aspekty przygotowanej przez niego książki, przez co m.in. w niektórych biogramach, w formie dygresji otrzymujemy ważne informacje techniczne, z którymi zapoznać się powinniśmy na samym początku książki, by zdawać sobie z pewnych faktów sprawę. Jest to tym bardziej poważne, że książeczka ta jest czymś na kształt słownika biograficznego, a takich rzeczy nie czyta się „od dechy do dechy”, poprzestając raczej na poszukiwaniu konkretnych, precyzyjnych informacji na temat danych osób. Andrzej Selerowicz nie przestrzega jednak takich reguł jak techniczny wstęp, co jest minusem tej książki.
Uwagę historyka musi zwrócić również bibliografia, a ta, wprawdzie zawierająca nowe pozycje książkowe, jest mimo wszystko bardzo skromna. Wykonana też niechlujnie, bez zachowania konsekwencji zapisu. Tym bardziej rzuca się to w oczy, gdy weźmiemy pod uwagę, że autor pozwolił sobie na niekonsekwencję wykonując zapis bibliograficzny własnej książki.
Bardzo ciekawą częścią publikacji jest „Lista ocalałych Żydów z Bełchatowa”, którą autor opracował w formie tabeli. Należy jednak zastrzec, że tak jak w wielu miejscach na przestrzeni całej książki, próżno poszukiwać tutaj precyzyjnych informacji o źródłach, z których zaczerpnął wiedzę p. Selerowicz. Tak więc, albo musimy mu wierzyć „na słowo”, albo musimy zachować dozę ostrożności co do prezentowanych informacji i próbować dotrzeć do materiału źródłowego (część rzeczy można sprawdzić via internet).
W przypadku części „Plan miasta Bełchatowa sprzed 1939 r.” próżno szukać źródeł pochodzenia map (s. 169, 172). Podobnie sprawa wygląda w spisie nazw bełchatowskich ulic (s. 171), gdzie autor nie zaznaczył, skąd pochodzi przywoływany materiał, ale w książce go wykorzystał.
Niedoróbki i błędy
Błędów w tej niewielkiej książce jest sporo. Odnotowałem co najmniej kilkanaście samych uchybień interpunkcyjnych m.in. na stronach: 26, 29, 30, 33, 49, 64, 82, 88, 152, 160. Nie są to zapewne wszystkie, ponieważ nie jest też moją rolą poprawiać tej książki. Na kartach „Cud, że przeżyliśmy...” spotkamy jednak więcej błędów różnego kalibru.
Pierwszej poważnej wpadki w książce nie musimy szukać daleko, bo już w „Przedmowie” (s. 7). Zamiast o Bełchatowie autor napisał o Bełchowie (wieś w pow. łowickim). Pal licho z błędem, ale to przeinaczenie zupełnie zmienia sens całego akapitu.
Na stronie 10 autor nie wyjaśnił, że nazwy ulic, które wymienił, by zarysować obszar getta, to nazwy dawne, choć pokusił się wskazać, że Stary Rynek to dzisiejszy Plac Narutowicza. Z kolei nie wskazał, że ulica Ewangelicka to dzisiejsza Marii i Lecha Kaczyńskich, a Piotrkowska, to ulica Piłsudskiego, a Fabryczna, to ulica Bawełniana.
Na stronie 14 dowiadujemy się, że „Z dokumentów archiwalnych wynika, że w getcie Litzmannstadt znalazły się łącznie 1063 osoby pochodzące z Bełchatowa”. Ale żeby wspomnieć coś o tym, co to za dokumenty, skąd pochodzą? Tego się nie dowiemy.
W książce znajduje się szereg niedoróbek i niezbyt trafnych określeń: „część zastrzelono nad leśnymi mogiłami” (s. 24), „W archiwum Arolsen, głównych informacji o okupacyjnych (...)” (s. 27), „Napięcie przed wybuchem wojny stale odsuwało w czasie jego demobilizację” (s. 28), „(...) tylko wtedy, gdy kogoś dobrze się znali (...)” (s. 32), „był z zawodu był szlifierzem” (s. 40), „zaskakująco niski rok jej urodzenia” (s. 40), „w Izraelue” (s. 94), „dotarła do celu podroży” (s. 96), „Obozów pracy przymusowej było w Wielkopolsce wiele, o różnym poziomie trudności (i brutalności)” (s. 112), „przeniosła się do pobliskiego Belchatowa” (s. 119), „takie nazwisko Mendel przyjął do osiedleniu się w Izraelu” (s. 137), „Bełchatowian” (s. 155, 160 – wcale nie na początku zdania).
W publikacji obecne są mniejsze lub większe niekonsekwencje. Irytujące wręcz są zdania z powtórzeniami z użyciem „niestety” w funkcji członu inicjalnego. Autor używa kursywę lub cudzysłów po skrócie tzw. w sposób dowolny. „Marsz śmierci” pisze z dowolnością raz dużą, raz małą literą. Podobnie w przypadku słowa „ocalały”. Autor w kontekście 1945 roku wymiennie korzysta ze zwrotu „żołnierzy radzieckich” (s. 111) i „oddziałami Armii Czerwonej” (s. 114) – skądinąd do końca II wojny światowej możemy mówić o żołnierzach Armii Czerwonej, a nie radzieckich. Z innej beczki natomiast należy poczynić uwagę, że w przypadku niektórych odsyłaczy do porównania ze sobą biogramów dopuszczono w warstwie edytorskiej do zaniedbań i czcionka jest większa niż powinna (s. 79 i in.).
Wśród przykładów „naginania” rzeczywistości możemy wymienić dwa przypadki. Pierwszy to ten, w którym autor stara się przypisać rodzinom żydowskim z Bełchatowa rodowód sięgający połowy XVIII wieku. Jest to ze strony autora nadinterpretacja, ponieważ w 1808 r. na 155 mieszkańców jedynie 17 było Żydami, a dane z wcześniejszego okresu wskazują, że ludności w Bełchatowie było jeszcze mniej, więc i samych Żydów zapewne było mniej. Ponadto przed objęciem władzy nad miasteczkiem przez Kaczkowskich Żydzi nie mieli zapewnionych choćby podstawowych warunków, by móc osiedlać się w Bełchatowie i nie było powodu, by konkretnie tutaj się osiedlali. Jest to więc nadinterpretacja. Innym przykładem jest koloryzowanie biografii niektórych osób jak tutaj: „Ojciec prowadził sklep mięsny, z zawodu był rzeźnikiem, ale jednocześnie wykształconym człowiekiem, nie tylko pod względem religijnym. Moszek chodził z tatą regularnie do synagogi, gdzie śpiewali razem z kantorem Lejbusiem Młotem” (s. 115). I tyle, to są przesłanki świadczące o tym, że delikwent był „wykształconym człowiekiem, nie tylko pod względem religijnym”? Coś tutaj nie gra. Podobnych, ale mniej rzucających się w oczy przypadków jest jeszcze kilka, ale uznajmy, że nie budzą większych kontrowersji, autor chciał po prostu dobrze i z szacunkiem pisać o Żydach.
W jednym miejscu autor dopuścił się klasycznego błędu przypisywania pewnym wyrażeniom i związkom frazeologicznym statusu „przysłowiowego”. Tak jest w tym przypadku: „O szansie na przetrwanie decydował więc wiek, ale i przysłowiowy łut szczęścia” (s. 163).
Błędem innego kalibru jest pomyłka w jedynym przypisie w książce, w którym autor odsyła czytelnika do książki swojego brata. Jest w publikacji: „Selerowicz W., Ocalał z Zagłady. Okupacyjne przeżycia Mońka Kaufmana, Zelów 2020”. Powinno być: „Selerowicz W., Ocalał z Zagłady: wojenne przeżycia Mońka Kaufmana z Bełchatowa, Zelów 2020” (s. 91). Żeby mieć w książce jeden przypis i jeszcze popełnić w nim błąd, to trzeba naprawdę się postarać!
Kontrowersyjne fragmenty
Mimo stosunkowej neutralności większości wpisów w treści niektórych z nich jest wyczuwalny sposób narracji historycznej charakterystyczny dla ukazywania Holokaustu w głównym nurcie piśmiennictwa żydowskiego. Mało tego, nie brakuje wpisów tendencyjnych lub stawiających Polaków w złym świetle. O czym mowa? Już niemal na samym wstępie możemy spotkać się z takim fragmentem: „Zazwyczaj myślimy, że Zagłada zabrała wszystkich, co na szczęście nie jest prawdą. Statystycznie zakłada się, że zamordowano 90% polskich Żydów, a to oznacza, że 10% przeżyło. W przypadku Bełchowa [sic!] było ich jeszcze o połowę mniej. By to sobie lepiej wyobrazić, pomyślmy tylko, jak wyglądałoby to miasto, gdyby przeżyło w nim jedynie 280 katolików, a ponad 4000 by zgładzono! Tymczasem w polskiej grupie etnicznej straty wyniosły 30-40 osób, a mimo to powszechnie uznaje się wojnę i okupację za wielką tragedię narodu polskiego, mając na myśli wyłącznie katolików” (s. 7). Stwierdzeń w podobnym tonie jest więcej: „Dopiero z czasem zainteresowali się syjonizmem i przemyśliwali o emigracji do Palestyny. Z pewnością narastający antysemityzm nacjonalistycznych katolików z Bełchatowa też nie pozostawał bez znaczenia” (s. 24), „Przy tej okazji należy stwierdzić, że w powszechnie panującej opinii, iż Żydzi nigdy nie byli żołnierzami, nie ma krzty prawdy” (s. 31), „Zysla odpowiada po namyśle, że w szkole rzucano za nią czasami kamieniami, ale bardziej nieprzyjemne były w jej odczuciu hałaśliwe, patriotyczno-religijne przemarsze Polaków pod oknami żydowskich domów w centrum miasteczka. Żeby tego nie obserwować, po prostu zasuwano zasłony” (s. 84), „Nie powinno się także bagatelizować wyczuwalnego antysemityzmu chłopów, nierzadko głęboko religijnych, aż do granic dewocji” (s. 131), „«Duży obrót, mały zysk, a będziesz miał zawsze pełny pysk». Tak pogardliwie mówili o nich polscy klienci, szydząc z żydowskiej pracowitości i sknerstwa” (s. 155). Taki między innymi obraz Polaków w międzywojniu kreśli autor książki, co ciekawe nie podejmując w ogóle tematu stosunków żydowsko-ewangelickich, które zwłaszcza w latach 30. XX wieku mogły przybierać niezwykle napięty charakter, nie wspominając już o tym, co działo się w czasie wojny, gdy to ludność ewangelicka zaczęła rządzić w mieście.
Podsumowanie
Lektura tej książki jest raczej nużąca. Słowniki biograficzne itp. opracowania z reguły są skierowane nie tyle do potencjalnego czytelnika „dla rozrywki”, co do osób chcących poszukać informacji o danej postaci. Objętość biogramów jest zróżnicowana, głównie w zależności od ilości informacji. Ich cechą jest wiele podobieństw w sylwetkach każdej postaci. Większość, jeśli nie całość, wywodziła się z kręgów bełchatowskiej biedoty. Przejścia każdej postaci łączyły się z innymi, co podczas lektury sprawia wrażenie licznych powtórzeń i wałkowania tego samego tematu. Możliwe, że lepszym rozwiązaniem byłoby napisanie czegoś w rodzaju portretu zbiorowego Żydów z Bełchatowa, którzy przeżyli II wojnę światową niż rozwijanie tych samych wątków w przypadku kilku, a nawet kilkunastu biogramów. W takim przypadku część biograficzną można było potraktować jako wykaz „suchych” faktów, informacji zawartych w dokumentach źródłowych, bez zbędnych domysłów i z podaniem źródła pochodzenia informacji. Do koncepcji biogramów niepotrzebnie wpleciono liczne dygresje, domysły, opinie prywatne autora, a także fragmenty wspomnień (tak, są miejscami wplecione w treść biogramów), wprawdzie interesujących, ale zaburzających koncepcję książki, zwłaszcza jeśli chodzi o objętość niektórych biogramów i samą ilość cytatów, które miejscami dominowały nad całym biogramem.
W książce brakuje też trochę wątków dotyczących najważniejszych przedstawicieli społeczności żydowskiej w przedwojennym Bełchatowie: właścicieli fabryk, przedstawicieli gminy, działaczy społecznych, którzy bez cienia wątpliwości wywierali przemożny wpływ na sytuację współziomków w miasteczku. Bo któż inny, jak nie oni, zapewniał miejsca pracy dla rzeszy starozakonnych? Któż inny stał na czele kilkutysięcznej społeczności, dając przykład postępowania? Biogramy zawarte w publikacji to przede wszystkim biogramy zwykłych, przeciętnych ludzi, których wyróżnia to, że przetrwali Holokaust lub byli jego śmiertelnymi ofiarami.
Biogramy są utrzymane w konwencji opowiastki z dodatkiem faktów. Miejscami autor sięga chyba nadmiernie do języka potocznego. Co już wcześniej zaznaczałem, wielkim minusem tego opracowania jest brak precyzyjnych informacji o źródłach, co nie ułatwi pracy historykom, którzy mieliby zająć się tematem, a i też bardziej dociekliwemu czytelnikowi może nie dać spokoju fakt, że nie znajdziemy tutaj bezpośrednich odsyłaczy do źródeł. Na szczęście autor na końcu książki, w podsumowaniu, wypunktował miejsca, z których w dużej mierze czerpał wiedzę, co daje szanse na zrobienie kwerendy.
Na zakończenie należałoby też wspomnieć o tym, że w książce znajdziemy sporo ilustracji, część z nich podpisano, część nie. Dużo stratą są ich rozmiary i nierzadko rozdzielczość, zwłaszcza jeśli chodzi o dokumenty, które gdyby były większe dałoby się przeczytać.
Mimo tych krytycznych uwag myślę, że pojawienie się tej książki jest pozytywnym zjawiskiem, gdyż przynajmniej skrótowo przybliża ona życiorysy bełchatowian należących do narodu żydowskiego, a gdyby nie zainteresowanie samych Żydów tym problemem, pewnie nikt by się tym nie zajął. Tak to już jest, że jeśli dany problem nie dotyczy nas osobiście, to z trudem znajdzie się ktoś, kto zadba o pielęgnację danej historii. Niemniej wykazałem w stosunku do owej publikacji sporo zastrzeżeń. Wydaje mi się, że dużej części błędów udałoby się uniknąć, gdyby książka przeszła przez ręce sumiennego redaktora, ale współcześnie jest z tym coraz gorzej. Na samej ocenie też powinien zaważyć fakt, iż autor nie jest historykiem, a pisarzem, a chyba w jeszcze wyższym stopniu po prostu gawędziarzem. Jego twórczość (przynajmniej po tej lekturze) należy chyba usytuować właśnie gdzieś pomiędzy popularyzacją historii a snuciem opowieści o dawnych czasach. Ktoś zachęcił go do napisania tej książki i zrobił to tak, jak potrafił. Trzeba też stwierdzić, że jak na poziom publikacji dotyczących problematyki regionalnej może nie jest to książka zła, lecz ze względu na specyfikę przekazu (żeby wspominać o dozie tendencyjności), brak dokumentacji i liczne niedociągnięcia, nie można jej jednak uznać za publikację, która mogłaby stać się fundamentem naszej wiedzy o Żydach bełchatowskich w czasie II wojny światowej i tuż po niej. Chyba należałoby oczekiwać czegoś więcej, by zamknąć ten temat.
Robert Stasiak
O autorze
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSelerowicz Witold i Andrzej nie są anonimowi dla części bełchatowskich pasjonatów historii. Witold Selerowicz jest autorem licznych popularyzatorskich artykułów nt. historii Bełchatowa i okolic, zresztą nierzadko udanych, a nadto kilku książek, o których zapewne za jakiś czas pojawią się kolejne recenzje.
W kontekście tego wpisu bardziej będzie nas interesował...