Szwecja – nie taki raj, jak go malują

nextdooralice
09.01.2020
Okładka książki Dziennik mojego zniknięcia Camilla Grebe
Średnia ocen:
7,1 / 10
152 ocen
Czytelnicy: 368 Opinie: 35

Grudniowe, długie i zimne wieczory powodują, że czasem ma się ochotę na coś mroczniejszego do lektury niż „feel good”. Skandynawskich kryminałów jest bez liku, a tych dziejących się w grudniu jeszcze więcej, ale już kryminałów zaangażowanych społecznie – nie tak wiele. Uchodźcy owszem, temat nośny i wałkowany wiele razy, ale choroba Alzheimera, utrata pamięci już nieco mniej. Taki ciekawy mix proponuje nam Camilla Grebe w „Dzienniku mojego zniknięcia”. Co więcej, jest to powieść, która została w 2018 roku uhonorowana Szklanym Kluczem – nagrodą za najlepszy kryminał w krajach nordyckich. Czy słusznie?

Akcja dzieje się w małej sormlandzkiej wsi Ormberg, gdzie panuje bieda i wykluczenie spowodowane brakiem pracy i przemysłu, który upadł wraz z przenosinami produkcji do tanich krajów Azji. Młoda policjantka Malin jest pełna zapału, jednak niepozbawiona dylematów moralnych, czy bycie policjantką to na pewno to, co chce robić. W międzyczasie przygotowuje się do ślubu z Maxem, bogatym specem od ubezpieczeń, z którym planuje zamieszkać jak najdalej od rodzinnej miejscowości – w Sztokholmie. Znajomość Ormberga powoduje, że zostaje oddelegowana do pracy nad wznowionym po wielu latach śledztwem w sprawie zamordowania 5-letniej dziewczynki, której zwłoki odkryła przypadkowo Malin właśnie 8 lat temu. Malin z ogromną niechęcią wraca do rodzinnej miejscowości ze względu na kolejną traumę związaną ze śmiercią swojego chłopaka z młodości i ojca. Czy uda jej się być obiektywną w sprawie martwej dziewczynki?

Do jej zespołu, oprócz Manfreda, dowódcy, dołącza para policjantów ze Sztokholmu – Hanne i Peter. Peter ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, a Hanne, niegdyś wybitna psycholog policyjna, zostaje znaleziona boso błąkająca się przy drodze, bliska śmierci i bez oznak pamięci. Okazuje się, że chciała zatuszować swoją postępującą chorobę, a wszystko odnośnie do śledztwa ma zapisane w dzienniku, który zaginął. Równocześnie poznajemy Jake’a – wychowywanego samotnie przez ojca alkoholika chłopca, który bardzo wstydzi się swojej tajemnicy, a mianowicie, że lubi przebierać się w sukienki po starszej siostrze i zmarłej matce. Jake znajduje dziennik Hanny i dzięki temu, że czyta go regularnie, wspólnie z nim pomału odkrywamy kolejne tropy wielowątkowego śledztwa, a także historię związku Hanne i Petera. Wkrótce Malin z zespołem znajdują kolejne ciało, tym razem zamordowanej kobiety. Śledztwo nabiera tempa, a lista mieszkańców koło miejscowego feralnego kopca stopniowo się zawęża i wszystko wskazuje na to, że główną osią obu zabójstw są tajemnicze wydarzenia sprzed lat w lokalnym ośrodku dla uchodźców.

Ta wielość perspektyw to główny atut powieści Grebe. Tak naprawdę, w moim odczuciu, Malin jest dość irytującą bohaterką, a zdecydowanie lepiej czytało mi się części związane z Jakiem, Hanne czy innymi nietuzinkowymi postaciami zamieszkującymi Ormberg. Minusem dla niektórych może natomiast być fakt, że wiele wątków starano się upchnąć w drugiej połowie lektury, gdy dotychczas akcja biegła stosunkowo nieśpiesznie. Z tego względu można pokusić się nawet o stwierdzenie, że „Dziennik mojego zniknięcia” to nie jest typowy kryminał, a powieść psychologiczna z rozbudowanym wątkiem kryminalnym.

Nie jest to jednak tylko powieść o arendtowskiej „banalności zła”, która potrafi dotknąć nawet zapomniany przez Boga nudny Ormberg, gdzie wszyscy się znają i pozornie nikt nie ma nic do ukrycia. Nie chcę nazywać „Dziennika mojego zniknięcia” literaturą zaangażowaną, bo jednak tło uchodźcze z krajów byłej Jugosławii jest ledwo zarysowane, ale z pewnością autorka uderza w czułe struny współczesnej Szwecji – kraju, który nie jest wolny od krzywdzących stereotypów wobec „obcych”, jak Nemira i Azra, wobec tych o innej orientacji płciowej czy seksualnej, jak Jake. A jednocześnie, pomimo wydaje się oczywistego stosunku autorki do odmienności, czyli szeroko promowanej tolerancji, nie odpowiada się tu na pytanie, czy tym „innym” powinno pozwalać się na więcej wobec rodzimych mieszkańców. Na to pytanie już każdy z czytelników powinien odpowiedzieć sobie sam.

Na koniec wypada tylko podkreślić, że czytało mi się bardzo dobrze i choć główna zagadka może nie powala złożonością, to nordycki klimat klaustrofobicznej, ciasnej lokalnej społeczności pośród nieprzebytych mroźnych lasów opisany został wiarygodnie w stu procentach. Dodatkowo kreacja Jake’a jest w mojej ocenie jedną z lepszych postaci dziecięcych, z jakimi spotkałam się w całym czytelniczym roku. Jednym zdaniem, dobra lektura!

Alicja Klebba

Kup książkę

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
zgłoś błąd