O historii i pasji. „Niech stanie się światłość” Kena Folletta – wywiad z pisarzem

LubimyCzytać
29.09.2020

„Niech stanie się światłość” to wyczekiwany prequel trylogii „Filary Ziemi”, już dostępny w księgarniach. Z tej okazji przypominamy wywiad z Kenem Follettem, podczas którego pisarz opowiadał o procesie powstawania najnowszej powieści oraz opisywanej w niej walce o sprawiedliwość i wolność. Ken Follett zdradza także, dlaczego chciałby spotkać się z Szekspirem oraz jaki smak miał szampan, który kupował za honoraria wypłacane za swoje pierwsze książki.

O historii i pasji. „Niech stanie się światłość” Kena Folletta – wywiad z pisarzem

Ken Follett to jeden z najpopularniejszych pisarzy na świecie – sprzedał ponad 170 milionów egzemplarzy swoich książek, jego powieści przetłumaczono na 33 języki, a większość z nich doczekała się miana międzynarodowych bestsellerów. Jest znany jako mistrz epickich thrillerów oraz powieści historycznych, które zapewniają rozrywkę na najwyższym poziomie.

Z pisarzem rozmawialiśmy w czerwcu, jeszcze przed premierą książki „Niech stanie się światłość” –prequela trylogii „Filary Ziemi”. Spotkanie poprowadziła Justyna Dżbik-Kluge, dziennikarka związana z Radiem ZET.

[Opis wydawcy] Nowa powieść jednego z najlepszych współczesnych pisarzy – Kena Folletta. Historia poprzedzająca wydarzenia opisane w Filarach Ziemi, osadzona w Anglii u zarania nowej epoki: średniowiecza.

Jest rok 997 naszej ery, koniec wieków barbarzyństwa. Anglia na zachodzie mierzy się z atakami Walijczyków, a na wschodzie – wikingów. Lokalni przywódcy naginają królewskie zarządzenia do swoich celów, sprzeciwiając się władzy i nie dbając o los prostych ludzi. Ponieważ w kraju nie ma ściśle wytyczonego prawa, króluje chaos.

W tych burzliwych czasach splatają się losy trójki bohaterów. Życie młodego szkutnika zmienia się w chwili, gdy jego dom zostaje zniszczony przez wikingów, a jego rodzina musi uciekać do miejsca, w którym traktowani są jak intruzi… Pewna kobieta wychodzi za mąż z miłości i płynie z Normandii do Anglii, kraju swojego małżonka. Szybko jednak przekonuje się, że wśród zupełnie innych obyczajów i ludzi stale zaangażowanych w walkę o wpływy musi uważać na każdy swój krok… Mnich marzy o przekształceniu opactwa w centrum nauki, które będzie podziwiane w całej Europie. Każde z nich wejdzie w niebezpieczny konflikt z przebiegłym i bezwzględnym biskupem, który złamie każde przykazanie, aby zwiększyć swoją władzę i bogactwo.

Justyna Dżbik-Kluge: Jak się pan czuje w obecnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa? Ciekawa jestem, jak pan postrzega i co myśli o tym, co obecnie dzieje się z człowiekiem?

Ken Follett: Mówiąc szczerze, moje życie niespecjalnie się zmieniło i wygląda tak samo, jak do tej pory. Siedzę w domu i piszę – i tak to wygląda od 45 lat. Oczywiście nie mogę spotkać się z ludźmi, nie chodzę na kolacje do przyjaciół, nie odwiedzam tak często moich dzieci i wnuków. Widzę się oczywiście z Barbarą, czyli moją żoną, co jest oczywiście bardzo miłe, ale czasami miło byłoby spotkać się również z innymi ludźmi. Jednak kiedy spojrzymy w przyszłość, to jest ona niepokojąca – wszystkie gospodarki w Unii Europejskiej cierpią przez sytuację związaną z wirusem i chorobą, której nie potrafimy pokonać, której nie rozumiemy go do końca. Nie mamy szczepionki, nie wiemy nawet tak naprawdę, jak odpowiednio leczyć pacjentów, a końca tej sytuacji na razie nie widać. Jeżeli chodzi o moje osobiste życie – uwielbiam teatr i niekiedy zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś pójdę do teatru. Czy w przyszłości będzie to wyglądało tak samo: zasiadam na swoim miejscu, obok innych widzów, a powietrze między nami jest pełne bakterii pięciuset osób siedzących na widowni?

Jak być może wiedzą czytelnicy Kena Folletta, pisarz studiował filozofię, jest też specjalistą z zakresu historii, pozwolę sobie więc w nieco szerszym, filozoficznym kontekście zapytać – czy przypadkiem ta pandemia to nie jest lekcja, jaką dostajemy?

Na pewno bardzo wiele uczymy się z historii, ale nie jestem pewien, czego w tej chwili uczy nas koronawirus. To, co się dzieje, ma wpływ na nas wszystkich – we współczesnym świecie żyjemy bardzo blisko siebie, dużo podróżujemy, przez co konsekwencje danego wydarzenia są odczuwane pięć tysięcy mil dalej. Nie możemy się cofnąć do przeszłości, do czasów średniowiecza czy epoki wiktoriańskiej i musimy nauczyć się żyć tu i teraz. Musimy znaleźć sposoby, żeby poradzić sobie z obecną sytuacją, ponieważ powrotu nie ma.

Mówimy o tym, co dzieje się teraz i o tym, jaki kontekst nadaje temu historia. Porozmawiajmy teraz o przyszłości. 16 września premierę ma oczekiwana książka „Niech stanie się światłość”, którą tłumaczyła Anna Dobrzańska. Jakie sekrety na temat tej powieści może nam pan zdradzić?

Jak wiecie, myślałem bardzo dużo o Kingsbridge, czyli o fikcyjnym mieście, w którym dzieje się akcja powieści „Filary Ziemi” i dwóch następnych części cyklu o budowie katedry. Zacząłem się zastanawiać, co było w tym miejscu wcześniej, zanim powstało miasto. Czy może to była jakaś mała osada, może jakaś wioska, może w ogóle nic nie było? Dlaczego powstało Kingsbridge? Ten rodzaj myślenia o historii daje mi pomysły na ciekawe opowieści o ludziach. Za każdym razem, gdy dochodzi do jakichkolwiek zmian, postępu, istnieją ludzie, którzy tych zmian nie chcą. Postęp zawsze niesie ze sobą konflikty, a na konfliktach budowane są opowieści. Myślałem więc o początkach Kingsbridge i o tym, jakie mogły nieść ze sobą konflikty. Akcja książki dzieje się w okolicach 1000 roku – czasu, gdy w Anglii panowała bardzo napięta sytuacja. Kraj miał wówczas wielu wrogów – po pierwsze, byli to wikingowie, którzy wpłynęli również na historię Polski. Byli to zabójcy, złodzieje, gwałciciele – nie mają nic wspólnego z dzisiejszymi bardzo miłymi ludźmi, którzy dziś mieszkają w Danii. Poza wikingami byli też Normanowie i Walijczycy – tak się składa, że sam jestem Walijczykiem, a moi przodkowie najeżdżali Anglię, by rabować. Krótko mówiąc – dochodziło wówczas do wielu dramatycznych sytuacji i wszystko to zainspirowało mnie do napisania nowego tomu.

Reklama

Wyczytałam, że podobno w każdej bohaterce pana książki znajduje się chociaż jedna cecha twojej żony. Czy to prawda i czy podobnie jest z książką „Niech stanie się światłość”?

Tak, to prawda. Piszę o takich kobietach, które mi się podobają i które podziwiam. Moje bohaterski to kobiety bardzo odważne, inteligentne i bardzo seksowne.

Czy pana żona słyszy, o czym rozmawiamy?

Barbara jest w pokoju obok, więc tak, pewnie słyszy, co mówię. Drzwi są zamknięte na wypadek, gdyby chciała gdzieś zatelefonować, ale doskonale wie, że właśnie tak jest. Nie mam przed nią żadnych sekretów, przeczytała wszystkie moje książki. Poza tym to zupełnie naturalne – poślubiłem taką kobietę, którą podziwiałem i piszę o takich kobietach, które podziwiam.

 

Czytelnicy lubimyczytać.pl mieli okazję zadać panu pytania. Użytkowniczka RudaDama pyta: czy przygotowując tło historyczne, natknął się pan na ciekawą historię związaną z Polską albo na losy niezwykłego Polaka, którego losy do dziś pan pamięta? Jeśli tak, to co lub kto to był?

Napisałem trylogię, która dotyczy XX wieku i ostatnią powieścią w tej trylogii jest „Krawędź wieczności”, która w dużej mierze opowiada o tym, jak runął mur berliński, jak upadł komunizm. Oczywiście rola Polski w zakończeniu komunizmu jest bardzo ważna i widoczna również w mojej powieści, w której pojawiają się polscy bohaterowie, który wchodzą w interakcje z bohaterami innych narodowości. Ówczesne wydarzenia spowodowały prawdziwe trzęsienie ziemi, schyłek komunizmu to jednocześnie początek wolności dla krajów Europy Wschodniej. Te niezwykłe zmiany to w pewien sposób kulminacja całej trylogii, która zaczyna się w 1914 roku, czyli w czasach początku straszliwej I wojny światowej, a zamyka się wraz z końcem zimnej wojny i upadkiem komunizmu, zatem – tak, historia Polski w tych książkach była bardzo istotna.

Kontynuując polski wątek, mam pytanie od użytkowniczki RiotGirl2005: czy czytał pan kiedyś książki lub oglądał pan filmy polskich twórców?

Niestety nie pamiętam w tej chwili żadnych tytułów. No na pewno czytałem dzieła Josepha Conrada, który był Polakiem, chociaż pisał w języku angielskim. Jego książki, zwłaszcza „Tajny agent”, były bardzo ważne dla gatunku powieści szpiegowskich i takich pisarzach, jak Graham Green czy Johna le Carre – ale jak rozumiem, Conrad się nie liczy, bo pisał po angielsku.

Grafika z okładką książki Niech stanie się światłość Kena Folletta
Uznajmy, że liczy się jako 50% poprawnej odpowiedzi. Ale wracając do „Niech stanie się światłość”. Ciekawi mnie, jak wyglądał research do tej książki, bo z tego właśnie pan słynie, ma pan cały zespół ludzi, którzy w tym pomagają. Jak długo zajął panu research do najnowszej powieści?

Tak, pisanie tej powieści zajęło mi 2 i pół roku. Jeżeli chodzi o Anglię, to nie zachowało się w niej wiele architektury anglosaksońskiej, większość budynków była budowana z drewna, dlatego zachowało się jedynie kilka kościołów z kamienia. Z tego powodu duża część moich badań i zbierania materiałów odbywała się we Francji w Normandii, która w tamtym czasie była bardziej zaawansowana, tam budowano już zamki i katedry. Natomiast najżywszym wspomnieniem z procesu pisania tej powieści są odwiedziny w Oslo, w Muzeum Łodzi Wikingów, które zresztą bardzo wszystkim polecam odwiedzić, jeśli będziecie mieli okazję tam pojechać. Gdy wchodzi się do muzeum, pierwsze, co widzimy, to zawieszony u góry statek wojenny. Możemy sobie wyobrazić, jak wyglądał on w momencie, gdy wikingowie podpływali do wybrzeża podbijanego kraju. Warto zaznaczyć, że ich łodzie były bardzo szybkie, pokonywali nimi przecież wody Morza Północnego, co nie było łatwe. Wyobraźmy sobie, że nagle pojawia się 20, 30 takich łodzi wikingów, widzimy je, patrząc ze swojej osady czy miasta. Ja byłbym przerażony i myślę, że inni również. I właśnie dlatego od takiej sytuacji, od takiej sceny zaczyna się moja powieść.

Ken Follett mówi o czasach wikingów i o samych wikingach z takim zainteresowaniem, że jestem ciekawa czy sam chciałby się przenieść do ich czasów. Czy byłby to czas wikingów, czy inny historyczny okres?

Nie, nie chciałbym przenieść się do czasów wikingów, ponieważ były to bardzo gwałtowne czasy, pełne przemocy. Poza tym w ówczesnych czasach nie było tego, co uwielbiam – dobrego jedzenia, wina, ubrań. Strawa była ohydna, trunki obrzydliwe, a ubrania szorstkie i niewygodne.

Do jakich czasów chciałby się więc pan przenieść?

Jeżeli mógłbym wybrać, to byłby to Londyn w XVI wieku, w czasach początku teatru. Pierwszy teatr został w tym mieście zbudowany bodajże w 1572 roku i wtedy nastąpiła eksplozja, wybuch wszelakich talentów – nie tylko Szekspir wtedy pisał, było bardzo wielu świetnych dramaturgów, utalentowanych aktorów. Cała masa ludzi chodziła do teatru, a jego twórcy zarabiali całkiem niezłe pieniądze. Zresztą, gdybym mógł spotkać jedną z osób, które już nie żyją, byłby to właśnie Szekspir. Muszę się przyznać, że nie wierzę w Boga i w niebo; gdyby ono istniało, to pewnie nie poszedłbym tam, tylko w drugą stronę… Cóż, może w piekle natrafiłbym na Szekspira!

Pisarz sam zahaczył o wątek dobrego jedzenia i trunku, którym zresztą, jak widzimy, raczy się podczas naszej rozmowy... Czytałam, że z okazji wydania każdej kolejnej książki kupował sobie w prezencie butelkę dobrego szampana. Jaki rodzaj szampana zamierza pan kupić po premierze „Niech stanie się światłość”?

Kiedy zaczynałem karierę, napisałem sporo książek, które udawało mi się wydać, choć nie były bestsellerami. Zarabiałem więc na nich nieduże pieniądze. Zawsze uwielbiałem szampana, ale był zbyt kosztowny, więc kiedy udawało mi się podpisać umowę na wydanie książki, miałem środki na kupno butelki i mogłem świętować. Teraz już nie muszę czekać na podpisanie umowy, by kupić szampana – mam własną piwniczkę pełną trunków, które mogę pić, kiedy zechcę, co też zresztą właśnie robię. Picie szampana jest bardzo miłe, ale milsze jest wspominanie tych momentów, gdy kupowanie go było wydarzeniem, które miało miejsce może raz do roku - och, jak on wtedy wspaniale smakował!

Reklama

Wracamy do pytań czytelników. Izolda Zielonooka pyta: pana książki wymagały ogromu pracy i researchu – czy któryś z nich wspomina pan najlepiej i czy któryś z nich zaowocował nową pasją?

W pewnym sensie odbywało się to odwrotnie. Zawsze byłem bardzo zainteresowany architekturą, starymi katedrami, w których spędzałem bardzo wiele czasu. Czytałem dużo książek na temat budownictwa w średniowieczu, społeczeństwa, życia zwykłych ludzi w tamtych okresie. W pewnym sensie wykonałem całą tę pracę związaną z researchem, zanim jeszcze wiedziałem, że będę ją wykorzystywał do książki. Stąd zresztą wziął się pomysł na „Filary Ziemi”, z całej tej akumulacji materiałów pojawił się pomysł, że można napisać na ten temat opowieść i mogłaby to być bardzo dobra opowieść. Natomiast są też takie części tych badań, których nie lubię – na przykład nigdy nie byłem zainteresowany bronią, ale jeżeli pojawia się ona w powieści, to musimy coś wiedzieć na temat amunicji, odbezpieczania broni, sposobu trzymania jej w dłoniach. Musiałem się bardzo wiele na ten temat dowiedzieć, mimo że naprawdę mnie to nie interesowało. Natomiast na pewno interesują mnie stare budowle, które uwielbiam zwiedzać. Zresztą, jeżeli o chodzi o ostatnią powieść w trylogii, zatytułowaną „Słup ognia”, to w niej pojawia się wiele budynków, które stoją do dziś, na przykład Luwr w Paryżu. Wtedy taki budynek mogę odwiedzić i wyobrazić sobie daną scenę – na przykład, że w danym miejscu stoi Sylvie, po tej stronie król, a po innej – kolejna postać. To naprawdę mi się podoba – te zabytkowe budowle czy stare części miast, które mogę odwiedzać.

Jeden z naszych widzów, Artur, zadał pytanie, które wcześniej zadała użytkowniczka Małgo. Ile prawdy jest w pana książkach, a ile fikcji?

Wszystko, co się pojawia w moich powieściach, a co wydarzyło się rzeczywiście, czyli wszelkie wojny, bitwy, wybory, wszystko to jest prawdziwe. Jestem przekonany o tym, że jeżeli tworzę fikcyjne postacie, to jednak muszą być one wierne tej prawdziwej historii, która się wydarzyła i której nigdy nie zmieniam. Natomiast czasami możemy nie wiedzieć, co się wydarzyło w danym miejscu w danym czasie, wtedy możemy puścić wodze fantazji. Natomiast jeżeli wiemy, to nie wolno pisać czegoś innego i zmieniać tej rzeczywistości. Problemem może być, gdy postać fikcyjna, bohater mojej powieści, spotyka postać historyczną. Tak jest w ostatniej powieści z trylogii „Słup ognia”, gdy Ned spotyka się z królową Elżbietą I. Oczywiście Ned nie istniał naprawdę, więc takie spotkanie nie mogło się wydarzyć, ale co Elżbieta mówi, opiera się na tym, co powiedziała, napisała lub prawdopodobnie mogła powiedzieć. Jak już napiszę pierwszą wersję książki, przesyłam ją do historyków z pytaniem, czy to, co napisałem, mogłoby się wydarzyć. Jeżeli powiedzą „nie, to absolutnie nie byłoby możliwe”, wtedy zmieniam takie fragmenty.

Jak pewnie wiedzą nasi widzowie, Ken Follet ma zespół, który z nim współpracuje i pomaga w researchu. Ciekawa jestem jakim szefem jest Ken Follet? Wymagającym czy wyrozumiałym?

Mam ludzi tutaj w moim biurze, ale oni nie piszą moich książek – zajmują kontraktami, umowami, finansami. To były osoby, które zresztą kontaktowały się z wami, aby umówić nasze spotkanie. To jest po prostu ich praca i tym się zajmują przez cały dzień. Biuro istnieje po to, żebym ja mógł po prostu poświęcać się pisaniu i nie musiał martwić się o inne rzeczy. Moja żona Barbara przez wiele lat była członkiem parlamentu, a gdy przestała zajmować się polityką, zaproponowałem jej pracę ze mną. Zajmuje się zarządzaniem biurem, jest też moją agentką już od 10 lat. Natomiast ja podejmuję jedynie decyzje strategiczne. Dla przykładu trzy miesiące temu zebrałem wszystkich w biurze i powiedziałem: „słuchajcie, kiedy moja następna powieść się ukaże, być może nikt nie będzie w ogóle wychodził z domu ze względu na lockdown, więc musimy całą reklamę dla książki przeprowadzić w sieci”. Jeżeli to będzie możliwe, to pojadę osobiście spotkać z czytelnikami do jednego czy drugiego miejsca, ale większa część promocji musi się odbyć przez internet i oni to organizują. Bardzo się cieszę, że tak to wygląda – ja mam czas pisać, a wszystkimi innymi sprawami zajmuje się trzydzieści zatrudnionych przeze mnie w biurze osób.

Chyba muszę posypać głowę popiołem, bo nigdy w życiu bym nie sugerowała, że ktoś pomaga pisarzowi tworzyć takie książki. Myślałam bardziej o ekipie, która robi research. Skoro już się z tego wytłumaczyłam, to znów zajrzę do pytań czytelników lubimyczytać.pl. Czytamifotografuje docieka: co różni dzisiejsze pisarstwo od wcześniejszego, gdy zaczynał pan przygodę z pisaniem? Mając wiedzę, którą pan teraz posiada, co by pan powiedział sobie na początku swojej kariery?

Kiedy zacząłem pisać, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że muszę stać się perfekcjonistą. Na początku pisałem thrillery i nie przejmowałem się za bardzo głębią postaci, opisami pomieszczeń czy budynków lub pejzaży. Wydawało mi się, że nie mają one znaczenia, ale okazuje się, że wszystko ma znaczenie. Jeżeli chcesz, by ludzie czytali twoje książki, to musisz im dać po prostu jak najlepszą powieść. Za każdym razem, gdy piszę, muszę napisać jak najlepszą książkę. Gdy do tego doszedłem, stałem się tym, co nazywam byciem perfekcjonistą. Wtedy też zacząłem zbierać materiały do książek, ponieważ wcześniej wszystko po prostu wymyślałem. Siadałem do pisania i stwierdzałem: dobrze, to teraz rozdział pierwszy, ciekawe od czego powinienem zacząć. Później nauczyłem się planować, a teraz na planowanie kolejnych powieści poświęcam całe długie miesiące. Poza tym wcześniejsze moje powieści były bardzo krótkie, ale doszedłem do wniosku, że jeżeli podobają się one czytelnikom, to chcą, by trwały jak najdłużej. Oczywiście, jeżeli powieść jest nudna, to lepiej, by była krótka, natomiast cieszące się popularnością książki powinny być dłuższe. A zatem to są trzy rzeczy, które okazały się bardzo istotne: planowanie, research oraz spowolnienie tempa akcji w powieści. Od tego momentu zacząłem odnosić sukcesy.

Wyobraźmy sobie sytuację, gdy do pokoju, w którym dziś siedzi Ken Follet, wchodzi młody Ken Follett. Co by mu pan powiedział?

Dobre pytanie. Wydaje mi się, że powiedziałbym mu po prostu: nie martw się, wszystko będzie w porządku.

Grafika z cytatem z książki Niech stanie się światłość Kena Folletta

Nie wszyscy książki Kena Folletta czytają, niektórzy ich słuchają. Audioseriale „Filary ziemi” oraz „Upadek gigantów” są już dostępne w Audiotece. Te wydania audio są wspaniałe nie tylko ze względu na rozmach realizacyjny, ale także ze względu na wspaniałych aktorów, m.in. Krzysztofa Gosztyłę, Marię Seweryn, Katarzynę Herman i wielu innych. A czy pan lubi słuchać swoich książek?

Rzeczywiście od czasu do czasu zdarza mi się słuchać moich nagranych powieści, ale Polska jest wyjątkowa, ponieważ jest to jedyny kraj, który przygotował takie nagrania, w których występuje tylu aktorów, na taką skalę. Tego nie robią ani Brytyjczycy, ani Francuzi, ani Hiszpanie, ani żadna inna nacja. A wydaje mi się, że to jest doskonały pomysł. Słyszałem na ten temat bardzo dużo i wiem, że Polakom bardzo się to podoba. I wydaje mi się, że Polska mogłaby tu świecić przykładem, by rozpowszechnić audioseriale również na inne kraje. Zwłaszcza że teraz słuchanie powieści staje się coraz bardziej popularne – już nie trzeba mieć żadnych taśm, kaset czy płyt, wystarczy ściągnąć książkę na telefon i jej słuchać.

A czy czasami czyta pan swoje książki na głos? Choćby po to, by usłyszeć, jak płynie ich język. A może komuś odczytuje pan stworzone przez siebie powieści?

Nie, nigdy tego specjalnie nie robiłem. Napisałem niegdyś sztukę i zaprosiłem przyjaciół, byśmy usiedli razem i czytali ją z podziałem na role. To była świetna zabawa, ale umożliwiał ją sam charakter sztuki dramatycznej. Natomiast nigdy czegoś takiego nie robiłem z powieściami. Napisałem niedawno książkę o katedrze Notre Dame w Paryżu, która spłonęła. Jest krótka opowieść, o objętości 10 tys. słów i ją rzeczywiście sam przeczytałem, ale nagranie trwało zaledwie godzinę. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić czytania takiej książki, jak „Filary Ziemi” – nagrania trwałyby tygodniami, a i tak nie mógłbym dorównać lektorowi. Natomiast nawet jeżeli nie jest to zrealizowane w tym polskim stylu wspaniałego słuchowiska, tylko jest odczytywane, to aktorzy i tak są wspaniali i potrafią modulować swój głos, naśladując różnych bohaterów. Większość aktorów jest w stanie odegrać nawet rolę płci przeciwnej. Naprawdę ich podziwiam i nie sądzę, by moje odczytywanie książek było dobrym pomysłem.

Reklama

Myślę, że mój rozmówca za skromny. Nie wiem, czy czytelnicy mieli okazję widzieć w internecie filmy, na których Ken Follett śpiewa i gra na gitarze basowej – jest to jego pasja. Czy wciąż należy pan do dwóch zespołów muzycznych?

Niestety ze względu na zamknięcie związane z koronawirusem nie możemy się teraz spotykać z członkami zespołów, do których należę. Mieliśmy umówione już kilka występów w tym roku, lecz niestety zostały odwołane. Mam nadzieję, że to się zmieni w przyszłości, gdy pojawi się szczepionka lub skuteczny sposób leczenia choroby. Może pewnego dnia znów pojawimy się na scenie… Jest to coś, co rzeczywiście mnie szalenie cieszy. To fantastyczna zabawa, szczególnie gdy ludzie tańczą podczas naszych koncertów. My gramy, a widownia szaleje. Brzdąkam na mojej gitarze, dum dum dum, a tutaj jakieś piękne dziewczyny zaczynają się obracać i tańczyć – to fantastyczne i szalenie satysfakcjonujące!

Jest pan zatem gwiazdą rocka! Podobno w latach 90., kiedy gościł pan w Polsce, wystąpił w klubie Stodoła. Pamięta pan to?

Doskonale pamiętam Andrzeja Kuryłowicza [założyciela wydawnictwa Albatros, polskiego wydawcy książek Kena Folletta – przyp. red.], niech spoczywa w pokoju. Znałem go bardzo dobrze, mieliśmy bardzo długą relację. A tego koncertu w Stodole niestety nie pamiętam. Wydaje mi się, że miałem wywiad w radiu i tam zagrałem na gitarze, zdaje się, że fragment piosenki „Johnny be good”. Myślę, że Andrzej Kuryłowicz by pamiętał, jak to dokładnie wyglądało, ponieważ przypominam sobie, jak mówił, że to jest to trochę zwariowane, by autor powieści grał na gitarze w radio. Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że nieźle wychodzi mi pisanie powieści, natomiast na gitarze gram po prostu okej, ale nie więcej niż okej.

Skoro mówimy o spotkaniach w Polsce, to od razu zapraszam pana do nas ponownie. Mam nadzieję, że kiedy tylko obecna sytuacja się skończy, będziemy mogli wszyscy spotkać się nie tylko online, ale także na żywo.

Ja też mam taką nadzieję.

W wywiadach mówi pan, że „w większości moich powieści skupiam się na ukazywaniu ludzi, którzy walczą o wolność”. Czy „Niech stanie się światłość” również jest o wolności?

Rzeczywiście, tak samo jest w przypadku mojej najnowszej powieści. Chodzi tutaj właśnie o ludzi, o bohaterów, którzy walczą o wolność. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach nie było tak naprawdę praworządności, nie było rządów prawa, nie było niezależnych sędziów. Jeżeli sprawa trafiała na wokandę, to decyzje zapadały bardzo stronnicze – ktoś wygrywał dlatego, że był bratem sędziego lub żołnierzem należącym do wojska ważnej osoby. Nie było prawdziwej sprawiedliwości i starałem się pisać właśnie o walce o sprawiedliwość oraz wolność.

Użytkowniczka Awokado pyta: historia przepełniona jest konfliktami, teraźniejszość nie jest o wiele lepsza. Co według pana musiałoby się stać, żeby ludzie postępowali inaczej, byśmy potrafili tworzyć lepszą rzeczywistość?

Uważam, że osoba, która zadała to pytanie, jest w błędzie. To nieprawda, że w ogóle się nie zmieniliśmy. Zmieniliśmy się niesłychanie. Jeżeli chodzi o czasy Szekspira – ciągle mówię o Szekspirze, ponieważ tak jak wspomniałem, bardzo chętnie cofnąłbym się w czasie, by go spotkać... Ktoś przed chwilą skomentował naszą rozmowę, pisząc, że wówczas też było kiepskie wino i kiepskie jedzenie oraz dużo przemocy – i to prawda. Ale jeżeli chodzi o Szekspira i tamte czasy: organizowano wtedy na przykład przedstawienia, w których brały udział zwierzęta, na przykład niedźwiedź atakowany przez sześć psów. Było to po prostu potworne, ale ówczesnym ludziom wydawało się normalne, że traktują zwierzęta z takim okrucieństwem. Tego typu przedstawienia były oglądane chociażby przez królową Elżbietę I, której się bardzo podobały. Nikt wtedy nie myślał, że coś jest nie tak, to było po prostu normalne. Kolejnym przykładem jest „Kupiec wenecki”, w którym jest mnóstwo antysemityzmu, w tym dramacie Żydzi są przedstawieni w okropny sposób, ale znów – wtedy to było normalne, zwyczajne. Kolejna rzecz: tortury w stosunku do więźniów. To oczywiście nadal czasem ma miejsce, ale jeśli dowie się o tym opinia publiczna, wtedy tacy policjanci czy strażnicy idą do więzienia. To jest coś, co nie jest już akceptowalne przez nasze społeczeństwo, zmienił się także stosunek do okrucieństwa wobec zwierząt. Podobnie z taką sztuką, jak „Kupiec wenecki” – wielu nie chodzi na tę sztukę do teatru, ponieważ wydaje im się ona bardzo obraźliwa. Krótko mówiąc, świat się bardzo zmienił, zrobiliśmy ogromne postępy. Zarówno w moim kraju, jak i w Polsce, 100 lat temu dzieci nie uczyły się czytać, dziś już tak. Takich rzeczy związanych z postępem jest bardzo wiele.

Na koniec pytanie od Jolanty, która pisze: w jednej z książek czytamy, że prawie nic nie zależy od nas samych, a prawie wszystko do Boga, losu i innych ludzi. Czy uważa pan, że to, co panu się udało osiągnąć, to uśmiech losu?

Wydaje mi się, że w artyście czy twórcy muszą się pogodzić sprzeczne rzeczy. Z jednej strony należy wierzyć, że wytwory naszej pracy mogą być dobre. Z drugiej strony powinniśmy potrafić krytykować własną pracę. Czy to przy pomocy innych ludzi, czy też samemu musimy znaleźć w sobie autokrytycyzm, potrafić zadać sobie pytanie „czy mógłbym zrobić to lepiej”. Zatem by tworzyć, potrzebna jest wiara w siebie, ale też krytyczne spojrzenie.

Dziękujemy, że stara się pan, by tworzyć jak najlepsze powieści. Czekamy na pana kolejne książki oraz pana obecność w Polsce. Był to zaszczyt móc z panem rozmawiać.

Również bardzo dziękuję, pani za pytania, obsłudze technicznej i tłumaczce, a także wszystkim czytelnikom, którzy nas oglądali. To była prawdziwa przyjemność. Do następnego razu!

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
4046
3806
29.09.2020 16:26

Ja kupię muszę mieć


2791
4
29.09.2020 15:10

Zapraszamy do dyskusji.


zgłoś błąd