Poezje wybrane Eugenio Montale 7,8

ocenił(a) na 104 lata temu Ciężko jest dokonać skomplikowanej oceny poezji, której uczucia są proste i szczere, kiedy jej pragnienie przekazania egzystencjalnego niepokoju nie wychodzi poza ramy dobrze nam znanego życia. A kiedy to życie jest stajnią Augiasza, z milionem schodów po których trzeba zejść tak cicho, aby rymy wierszy nie stały się zbyt natrętne? Jak pogodzić ten literacki kunszt z prostotą jego przekazu, na którym nam przecież tak bardzo zależało. Jak zakreślić we Wszystkim zawierające się Nic a jednocześnie nazwać życie największą obfitością, jaka nam się kiedykolwiek przydarzyła? Trzeba wtedy liczyć na Eugenia Montalego, którego dozowanie istnienia w homeopatycznych dawkach jest wielką umiejętnością, niewielkie porcje nie zaszkodzą ale i nie pomogą skołatanym nerwom. Z pewnością jednak przysłużą się wierze w wielkie Jutro.
Włoski noblista zauważył, że wśród ludzi jest coraz mniej bogów, bardzo mnie to cieszy, bo nie o heroizmie należy tu pisać. Bardziej o tym, co poezja potrafi odczytywać z kart życia, jak jej zdolność subtelnego szyfrowania uczuć przyciąga ludzi, dla których emocje płynące z wierszy są najbardziej drogocennym materiałem. Montale upatrywał nadziei w nieprzewidzianym i ściągnął w tryby swych rymów Ernesta Hemingwaya. Dał pokaz oderwania się od własnego cienia i napisał poradnik o piciu życia, kropla po kropli lub jednym haustem kosztując zatracenia. Sprostać czasowi? Również jest gotów stanąć w te szranki, ponieważ w życie przyszłe nie wierzy, w śmierć zresztą tak samo. Jego poezja istnieje w "pozaczasie", którego nikt zmierzyć nie umie. To już nie jest krótka rzecz obejmująca okres od narodzin aż po zgon, to właśnie Wszystko w Niczym. Nie ukrywam, że bardzo mocno zainteresowałem się tym sposobem postrzegania rzeczywistości oraz konsekwencjami istnienia człowieka.
Przed oczami mojej wyobraźni przesuwają się liguryjskie krajobrazy. Czasami gdzieś mignie skażone piętnem dekadentyzmu "male di vivere", zło tkwiące w życiu, zaplątany w łańcuchy z nakazów i zakazów nastrój zagrożenia. Wszystko zastyga w upalnym bezruchu, oszalałe od słońca słoneczniki, bezradnie próbujące się schować przed pełnym rozkwitu południem. Te chwile spiekoty tworzą poezję dyszącą, poezję rozfalowanego żarem morza niepokoju. A prawdziwe morze jest zresztą całkiem niedaleko, wystarczy rozgarnąć liściastą zasłonę a oczom czytelnika ukaże się pulsujący błękitny bezmiar wody. Ja też wpadłem w tę pułapkę. Niepokojąca i rozgrzana wizja świata przywołała mi na myśl orzeźwiającą woń cytryn. Twórczy temperament Montalego rozkazał mi zejść z głównych dróg, żeby poczuć niczym niezmąconą ciszę. Żeby w tym wyciszeniu móc sobie nawet wyobrazić jak starzeje się przeszłość. To bardzo ciężkie do uchwycenia ale niezwykle pasjonujące wieloma barwami niepokoju doświadczenie dla kogoś, kto tak jak ja poszukuje "wytłumaczenia".
Przestrzeń i czas mogły dla mnie zniknąć, tak bardzo zapatrzony we wsysający ludzi i przedmioty wir poezji Montalego, czułem się jakbym czytał przewodnik dotyczący podróży w nieistnienie. Nieistnienie, w którym o dziwo, odczuwa się wzloty do nieba i upadki na dno. Elizjum, którego nie wskaże nam busola ani rzut kośćmi. To miejsce, gdzie wszystko co złe, jest z natury nieskończone, bo dobro trwa zbyt krótko. Choćbym się bardzo starał, to nie jestem w stanie ukazać wszystkich zależności skomplikowanej poetyki Montalego. Tak jak on jedynie powierzchownie opisuje prześlizgujące się przez życie pasma czasu, tak ja mogę tylko się temu przyglądać i wyłuskiwać te co bardziej dla mnie zrozumiałe lub plastyczniej wyrażone elementy wielkiej iluzji. Zanim przeczytałem tom poezji Eugenia Montalego, to mur życia już stał i trzymał się mocno, jednak mam cichą nadzieję, że po lekturze jego wierszy czasami będę mógł zobaczyć, co się kryje za tą wielką życiową przeszkodą.