Moja matka była ponadczasowa – wywiad z Lucą Dottim

AMisz
02.03.2016

Audrey Hepburn najczęściej kojarzona jest z Hollywood, z Rzymem, z Nowym Jorkiem. Myślimy o niej jako o świetnej aktorce, ambasadorce UNICEF, ikonie stylu – ale czy nie zapominamy o tym, że także, a może przede wszystkim była żoną i matką? 3 marca nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się książka Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie, której autorem jest Luca Dotti - syn aktorki z drugiego małżeństwa z włoskim psychiatrą, profesorem Adreą Dottim.

Zapraszam do lektury wywiadu.

Anna Misztak: Dlaczego zdecydowałeś się na napisanie tej książki?

Luca Dotti: Pierwotnie zakładałem, że to będzie po prostu książka kucharska. Wiele osób pytało mnie o to, jaka była moja matka w domu – i kiedy odpowiadałem na to pytanie, mówiąc, że uwielbiała gotować – dla wielu osób było to ogromne zaskoczenie.

Pewnie dlatego, że Audrey zawsze była taka chuda...

Tak, dokładnie! (śmiech) Pewien dziennikarz skomentował to, że może i uwielbiała gotować, ale niekoniecznie uwielbiała jeść. (śmiech) Wszyscy oczekują, że gwiazdy Hollywood i ogólnie celebryci mają niesamowite życie, że robią same niezwykłe rzeczy, a gotowanie jest czymś takim zwyczajnym, codziennym – czymś, co robimy z naszymi rodzinami. Stąd pomysł, aby przedstawić moją matkę w ten sposób.

Pisanie książki przypomina trochę wychowywanie dzieci – kiedy rodzą się, zakłada się, że one będą jakieś, a potem czas to weryfikuje, bo one mają swoje życie, swój charakter i swój pomysł na to życie. I tak samo było z tą książką – najpierw był to po prostu zbiór przepisów z krótkim wstępem do każdego z nich. Z czasem jednak odkryłem, że to świetna okazja dla mnie, aby powiedzieć coś więcej o matce. I to wbrew pozorom nie innym ludziom, ale sobie samemu.

Czy to Twoje rozliczenie z Audrey Hepburn?

Przez wiele lat mocno rozgraniczałem Audrey Hepburn-aktorkę od Audrey Hepburn-matki. Zresztą ona sama też w domu nie dawała nam odczuć, że jest kimś sławnym. To był dla mnie spory szok, kiedy widziałem uwielbienie, z jakim spotyka się jej osoba. Kiedy zacząłem pracę nad książką, zdałem sobie sprawę, że to moje podejście było błędem, bo Audrey była po prostu jedna. Zbierając materiał, bazowałem po części na moich wspomnieniach, ale też na wspomnieniach jej przyjaciół, z którymi wielokrotnie rozmawiałem. Wszyscy oni przede wszystkim stawiali na to, aby pokazać moją matkę taką, jaką była w domu, wśród przyjaciół i rodziny, a nie jaka była na salonach i na czerwonym dywanie. Jedna z jej włoskich przyjaciółek powiedziała mi, że po chwili przebywania z Audrey zapominało się, że masz przed sobą TĘ Audrey. I to była prawda.

Oczywiście, że ludzie mieli pewne oczekiwania względem niej, podchodzili jak do gwiazdy – ale moja matka bardzo łatwo potrafiła sprawić, by poczuli się swobodniej, bo ona była po prostu normalna. Normalna nie znaczy oczywiście przeciętna czy słaba. Bo ona w życiu prywatnym była równie zdyscyplinowana i zdeterminowana jak w życiu zawodowym.

Po przeczytaniu Twojej książki miałam właśnie takie wrażenie, że ona była normalną kobietą, która od czasu do czasu leciała na plan filmowy, zbierała nagrody i pozowała do okładek.

To bardzo trafne spostrzeżenie! Często w domu oglądaliśmy filmy – oczywiście nie filmy z moją matką. I pamiętam ten podziw, który wzbudzali w niej inni aktorzy. Szczególnie lubiła tych, którzy potrafili grać bardzo różne charaktery, wcielać się w postacie z różnych epok. Ona sama uważała, że znalazła się w filmie przez łut szczęścia, a może błąd – sama nigdy nie postrzegała siebie jako aktorki pełnoetatowej. Ona po prostu była sobą. Nie zmieniała głosu, sposobu mówienia, chodzenia – oczywiście, że dawała z siebie wszystko, ale grając, jednocześnie pozostawała sobą.

Nigdy nie było jej ambicją zostać aktorką, chciała raczej zostać matką, mieć dom i poczucie bezpieczeństwa, znaleźć swoje miejsce na ziemi. Praca w Hollywood była oczywiście wspaniałą szansą, ale był to tylko mały fragment jej życia.

Jak sam wspominałeś na początku rozmowy, pierwotnie w planach było stworzenie książki kucharskiej – czy wypróbowałeś wszystkie przepisy w niej zamieszczone?

Z części z nich korzystam na co dzień!

Spośród ponad stu zachowanych przepisów wybrałem około 20, które zamierzałem umieścić w książce, ale w trakcie zbierania materiałów i rozmów z przyjaciółmi matki zdałem sobie sprawę, że książka kucharska to nie jest dokładnie to, na czym mi zależy, bo moja matka nie była przecież kucharką. Nie chciałem też napisać czystej wody biografii, bo nie pasuje mi rola biografa mojej matki. Zależało mi raczej na tym, aby pokazać rzeczywistość – chciałem to zrobić po części dla mojej matki, trochę dla siebie, ale przede wszystkim dla moich dzieci. Chciałem pokazać, że to wcale nie te wielkie wydarzenia są najważniejsze w życiu, ale właśnie te codzienne, te zwykłe rzeczy, których doświadczamy na co dzień. Sposób, w jaki dogadujemy się z rodziną, z przyjaciółmi – właśnie to pokazuje, jacy jesteśmy naprawdę.

Podszedłem więc do tematu z innej strony – zastanowiłem się, z którymi z przepisów łączą się jakieś rodzinne historie, które mają drugie dno. I tak powstała ta książka.

Odpowiadając jednak (w końcu) na Twoje pytanie – tak, próbowałem zrobić wszystkie. Te, które nie wyszły, były usuwane z książki. Jeśli na koniec wychodziło coś, czego absolutnie nie pamiętałem z dzieciństwa, to to wyrzucałem. Oczywiście są w książce przepisy banalnie proste – te są głównie po to, aby zilustrować ciekawą historię z nimi związaną.

Ile czasu poświęciłeś na jej napisanie?

Pracę nad książką zacząłem 7 lat temu. Pisania nie traktowałem jako pracy zawodowej – starałem się ze wszystkich sił traktować ją jako hobby, coś, co robię po godzinach, dla przyjemności.

 

Czego współczesne gwiazdy mogłyby się nauczyć od Audrey Hepburn?

Mojej matce to pytanie by się nie spodobało (śmiech). Starała się unikać odpowiedzi na takie pytania. Ja też na nie bezpośrednio nie odpowiem, ale opowiem historię, która miała miejsce dwa lata temu w Szanghaju. Chiny to dziwny kraj. Kraj, w którym pokolenia dziadków i wnuków praktycznie nie mają ze sobą nic wspólnego, dzieli je wszystko. Oczywiście taka sytuacja ma też miejsce w Polscy czy we Włoszech, ale w Chinach ta różnica pokoleniowa jest drastyczna. Mój znajomy powiedział mi wtedy, że moja matka jest kimś bardzo wyjątkowym, bo jej filmy łączą pokolenia – ogląda je zarówno jego matka, jak i córka. Jest jedyną gwiazdą filmową, o której one mogą ze sobą rozmawiać! Nawet wczesne filmy mojej matki są nadal aktualne, zaskakują świeżością – m.in. dlatego, że moja matka była ponadczasowa.

Jak to rozumiesz?

W tamtych czasach, w latach 50., 60. aktorki w Stanach Zjednoczonych bardzo różniły się od mojej matki – miały inne figury, wyglądały inaczej – ona była niezwykle europejska, była od nich zupełnie inna. Była też świetnym przykładem kobiety niezależnej – nie w znaczeniu walki kobiet o równouprawnienie, prawo do głosowania – ale w szerszym znaczeniu. W każdym filmie grała kobietę niezależną, zrywającą z konwenansami – w „Rzymskich wakacjach” gra księżniczkę, która decyduje się porzucić pałac, obciąć włosy i jeździć Vespą po nocy, a w „Śniadaniu u Tiffany'ego” gra dziewczynę, która sama się włóczy po mieście, chodzi do restauracji – teraz to oczywiście normalne zachowanie, ale w latach 60. coś takiego nie miało prawa bytu!

W tamtych czasach w Hollywood królowały dwa typy kobiet: kobiety, które siedziały w domach i gotowały obiady dla swoich mężów i dzieci albo złe, występne niezależne kobiety (bez męża i dzieci), które pod koniec filmu zawsze zostawały za swoją postawę ukarane. Moja matka, zarówno za sprawą swojej osobowości, jak i oczywiście scenarzystów i reżyserów stworzyła nowy gatunek bohaterki.

Dzieci często idą w ślady swoich rodziców. Nie myślałeś nigdy, aby zostać aktorem?

Wręcz przeciwnie! Nie mam do tego ani predyspozycji, ani prezencji, ani talentu! Nigdy też nie czułem takiej potrzeby. Od 22 lat pracuję jako grafik – ten zawód pozostaje poza radarem zainteresowania opinii publicznej i to mi bardzo odpowiadało. Teraz jestem tutaj nie dlatego, że bardzo tego chciałem, ale dlatego, że tego wymagają ode mnie okoliczności. Mój brat Sean [z pierwszego małżeństwa aktorki z Melem Ferrerem] zajął się po śmierci matki jej interesami, fundacją, którą prowadziła – co ciekawe, cały dochód ze sprzedaży tej książki zasili jej konto. W pewnym momencie, z powodu własnych problemów powiedziała mi, że muszę przestać zajmować się sobą i mu pomóc. To był dla mnie szok, bo ja bardzo nie lubię występować publicznie – ale czasami taka terapia wstrząsowa jest konieczna, bo zmusza do wyjścia ze swojej strefy komfortu. Uświadomiło mi to, że w pewien sposób usunąłem z mojego życia postać Audrey Hepburn-aktorki, zamiotłem ją niejako pod dywan.

Ale czy to było tak, że wstydziłeś się tego faktu?

Tak, wstydziłem się. Nie mojej matki oczywiście, ale faktu, że mogę być postrzegany tylko i wyłącznie jako syn Audrey Hepburn. Potrzebowałem określić samego siebie, odnaleźć swój sposób życia. Teraz oczywiście patrzę na to inaczej – mam więcej doświadczenia, mam własną karierę, własne życie i wiem, że nie uciekną od tego, bo to prawda – jestem synem Audrey Hepburn, ale nie tylko. Oczywiście niesie to za sobą pewne konsekwencje – z jednej strony ludzie mogą myśleć, że korzystam z jakichś specjalnych przywilejów, z drugiej interpretują każdy mój ruch przez pryzmat tego, że moją matką była Audrey.

A co z Twoim ojcem?

Mój ojciec był wykładowcą uniwersyteckim i świetnym psychiatrą. Po prawdzie to zawsze czułem, że to zawód, który mógłbym uprawiać. Ale mój wewnętrzny głos się zawsze buntował przeciwko pójściu w ślady ojca – nie chciałem, żeby ludzie mówili, że zostałem lekarzem, bo mój ojciec nim był.

Byłem bardzo szczęśliwy, pracując jako grafik i będąc synem nikogo (śmiech). Pewnego dnia moja wieloletnia przyjaciółka przez przypadek dowiedziała się, kim była moja matka i przyszła do mnie niesamowicie wzburzona, wręcz zła na mnie. Zarzuciła mi, że celowo ten fakt przed nią zataiłem, że pomyślałem, że jej stosunek do mnie się zmieni, gdy dowie się, że jestem synem Audrey Hepburn, że nie miałem do niej zaufania na tyle, żeby jej o tym powiedzieć. To dało mi do myślenia. Druga rzecz, która wpłynęła na zmianę mojej postawy to społeczność internetowa, blogerzy, którzy prowadzą blogi o mojej matce. Sam w życiu bym takiego bloga nie poprowadził, ale kiedy zacząłem się z tymi ludźmi kontaktować okazało się, że oni są niesamowicie zainteresowani tym, jaka była moja matka naprawdę – nie tym, jaka była księżniczka Anna czy Holly Golightly, ale jaka była Audrey Hepburn na co dzień.

Czy są jakieś elementy, fragmenty życiorysu twojej matki, których zdecydowałeś się nie umieszczać w książce?

Nie, nie bardzo. Wiesz, moja matka uważała, że ma niesamowicie nudne i normalne życie.

Chyba bym się z nią nie zgodziła...

Ja też się z tym stwierdzeniem nie zgadzam, i to z wielu powodów. Prowadzenie normalnego życia w takich okolicznościach, w jakich ona żyła, wymagało niesamowitego wysiłku!

Moja matka pochodziła z dość zamożnej rodziny, jednak w trakcie II wojny światowej spora część jej rodziny zginęła, a większość majątku przepadła. Tak więc po wojnie moja matka i babcia zaczęły życie praktycznie od zera. I nagle moja matka zaczyna wielką karierę – jedzie do Ameryki, zdobywa Oscara, zostaje muzą Givenchy – to mogłoby przewrócić w głowie każdemu! Wyobraź to sobie: ledwo przeżywasz wojnę, prawie umierasz z głodu, a potem nagle stajesz się wielką gwiazdą! A moja matka... Ona po prostu chciała kupić dom na wsi! Chciała pracować tylko do momentu, w którym będzie ją stać na spełnienie tego marzenia, będzie mogła posłać dzieci do dobrych szkół i mieć trochę pieniędzy na koncie w banku. Nie chciała pomnażać pieniędzy w nieskończoność. Jej największym pragnieniem było zostać matką.

A wracając do twojego pytania: czy coś pominąłem... Hmm, z pewnością łatwo byłoby umieścić w książce takie historie, który by się rewelacyjnie sprzedawały – ale one nie były ważne. Oczywiście, że są w książce takie fragmenty, które są trudne albo które mogą być w ten sposób postrzegane – to jednak głównie zależy od odbiorcy i jego wrażliwości.

Starałem się jednak nie być jakimś wielkim cenzorem w trakcie pisania tej książki.

Co odziedziczyłeś po swojej matce?

Mniej niż bym chciał! (śmiech) Staram się ciągle nad sobą pracować, ciągle się rozwijać – bo to jest cecha, którą bardzo ceniłem u mojej matki. Ponadto ona ciągle poddawała w wątpliwość siebie i swój talent – ciągle się zastanawiała, czy jest wystarczająco dobra, czy to, co robi jest wystarczająco dobre. Bo jak to bywa w świecie artystów – fortuna kołem się toczy, jednego dnia wszyscy piszą i mówią, że jesteś gwiazdą, drugiego dnia o tobie zapominają lub mieszają z błotem. Moja matka zawsze lubiła powtarzać, że gdy w jakiejś sytuacji czujesz się bezpiecznie i komfortowo, spróbuj zrobić coś więcej, coś zmienić. I ja staram się tak postępować.

Czy tak jak Audrey pocieszasz się czekoladą?

Nie, absolutnie! Nie przepadam za słodyczami. Zresztą moja matka też nie była łasuchem – czekolada miała dla niej symboliczne znaczenie. Ale w trakcie pracy nad książką uświadomiłem sobie coś, z czego kompletnie nie zdawałem sobie wcześniej sprawy – że odziedziczyłem po niej cały szereg zachowań związanych z jedzeniem i obchodzeniem się z nim. Tak jak ona lubię robić zakupy na okolicznych targach i rynkach, znam sprzedawców w sklepie – mam bardzo dobre kontakty z moim rzeźnikiem (śmiech). Moja matka uwielbiała chodzić na targi i rozmawiać z ludźmi, wymieniać pozdrowienia, zbierać wiadomości, komu urodziło się dziecko, kto umarł etc.

Co dalej? Masz już plany na przyszłość – może kolejna książka?

Mam już coś w planach, ale jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić.

Dziękuję za wywiad!

Reklama

komentarze [9]

Sortuj:
2669
210
06.03.2016 09:49

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jej role i typ urody rzutowały na obraz Audrey, jaki miałam (nigdy jej nie lubiłam, nie dopatrywałam się w niej jakiegoś wybitnego talentu i widziałam w niej po prostu gwiazdeczkę tamtych lat, ukoronowaną przez popkulturę dzięki szczęśliwemu przypadkowi - choć zarazem podobały mi się wszystkie filmy z nią, jakie widziałam, głównie...

więcej

0
0
05.03.2016 05:35

Największą tragedią
Każdego jednego domu,
Jest to, że tam miłości
Nikt nie daruje nikomu.


345
30
04.03.2016 04:47

W dobie szalejącego feminizmu wrzucić na rynek książkę o kobiecie, która była ikoną stylu, a jej największym marzeniem było założenie rodziny i posiadanie dzieci... uuu, ktoś tu pewnie rozpali stos! ;)


0
0
05.03.2016 09:54

No tak. Na świecie szaleje feminizm i dlatego w takiej np. Europie kobiety zarabiają połowę miej.
O gwałtach, prawach reprodukcyjnych, dostępności edukacji i pomocy medycznej już lepiej nie mówić.

I powiedz mi jaki to "feminizm" miałaby mieć problem z marzeniem o założeniu rodziny?
Chyba że chodzi o te złe sufrażystki co wywalczyło sobie prawa rodzicielskie.
Albo te złe...

więcej

345
30
05.03.2016 16:09

Co? W Europie połowę mniej? GDZIE? Ja często zarabiałam nawet więcej od swoich kolegów. Na tym samym stanowisku w Polsce kobiety zarabiają tyle samo, w ogóle w Europie nie ma tego problemu. To właśnie feminizm zakłamuje rzeczywistość i wmawia polskim kobietom takie rzeczy. Problem współczesnego feminizmu to wymyślanie problemów tam, gdzie nie istnieją i ignorowanie...

więcej

219
7
07.03.2016 14:12

nigdy nie słyszałam, żeby ktoś wmawiał, że posiadanie dzieci to zamach na niezależność. natomiast wiele razy słyszałam, że brak dzieci to coś nienaturalnego. źle interpretujesz pewne działania, tak naprawdę to chodzi o możliwość wyboru i ułatwienie każdej stronie (każdej.) podejmowania właściwej dla nich decyzji.


0
0
08.03.2016 19:26

W Brukseli same feministki. xD
Na wydziałach socjologii same feministki. xD


700
229
02.03.2016 11:03

Zapraszam do dyskusji.


0
0
03.03.2016 17:41

"Myślimy o niej jako o świetnej aktorce, ambasadorce UNICEF, ikonie stylu – ale czy nie zapominamy o tym, że także, a może przede wszystkim była żoną i matką?"

Jezu. Co za syf.


zgłoś błąd