Pisarką chciałam być zawsze - wywiad z Katarzyną Grocholą

Zofia Karaszewska
22.12.2015

Zanim zajęła się literaturą pracowała jako salowa, korektorka, pomocnik cukiernika i konsultantka w biurze matrymonialnym. Chyba nie ma w Polsce kobiety, która nie znałby chociaż jednej jej książki. O satysfakcji z pisania, kobiecej misji i kryzysach twórczych, a nawet miłości opowiada Katarzyna Grochola.

Zofia Karaszewska: Przypięto Pani łatkę pisarki kiczowatej, piszącej o miłości, a jednak Pani książki stają się bestsellerami, kobiety je sobie polecają. Czy stanowi to dla Pani wartość?

Katarzyna Grochola: Myślę, że moje książki żyją do dzisiaj i łatę również zmieniono już dawno. Gdy byłam w Asyżu, zaczepiła mnie przechodząca kobieta i powiedziała: Mieszkam w Anglii, ale gdybym wiedziała, że Panią tutaj spotkam, zabrałabym ze sobą „Nigdy w życiu!”. To są przyjemne dla mnie oblicza popularności. Nie chodzi o to, że pokażę się w telewizji czy w radiu, tylko o to, że stoi przede mną człowiek, ciesząc się, że jestem z nim w Asyżu, dziewiątym cudzie świata i świętym, cudownym miejscu.

Zanim zaczęła Pani pisać, słowo „pisarka” kojarzyło się Pani z takim życiem, jakie Pani wiedzie teraz?

KG: Pisarką chciałam być zawsze. W domu nie było telewizora, tylko pełno książek. Miałam takie wyobrażenie, o czym zresztą napisałam w swojej biograficznej książce, że pisarz to jest taki człowiek, który kończy medycynę (jak Żeleński, Bułhakow, Korczak, Cronin), a potem nie robi nic. Jest sławny i bogaty. Dzisiaj już wiem, że praca pisarki jest pracą samotną. Czasami bardzo ciężką, ale dającą nieprawdopodobną satysfakcję. Obecnie jestem w ostatniej fazie pisania mojej kolejnej powieści, mam inną energię

Praca pisarza daje satysfakcję, ale jest też wyczerpująca. Czy miewa Pani kryzysy twórcze?

KG: Bardzo długo zajmuje mi zbieranie materiałów, czego oczywiście czytelnik nie będzie wiedział. To nie są przecież książki naukowe, ale ja muszę wiedzieć, o czym piszę. Miewam też takie wyczerpujące momenty, kiedy wchodzę w emocje swoich bohaterów.

Jak bliscy zareagowali na to, że zajęła się Pani literaturą popularną?

KG: Moja matka, która jest wyjątkową znawczynią literatury, była przerażona. Z dużym dystansem podchodziła do tego, co robię i jak już jej pozwalałam czytać moje teksty, potrafiła przekreślić mi pięć stron i postawić sześć wykrzykników. Twierdziła, że powinnam więcej czytać, z czym zresztą się zgadzam, w ogóle ludzie powinni więcej czytać. Chyba po trzeciej książce zaczęła być ze mnie dumna.

Co Pani daje pisanie?

KG: Radość, podniecenie. Obecnie jestem w trakcie pisania i ktokolwiek do mnie dzwoni, to mówi: „Co się stało? Masz taki zmieniony głos!”.

Pisanie jest spełnieniem Pani marzeń czy może kobiecą misją?

KG: Zdarzyło mi się kiedyś odpowiadać już na tego typu pytanie, byłam wtedy podpięta do wykrywacza kłamstw. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to naprawdę działa. Odbierałam to jako dowcip. Ostatecznie ten eksperyment wykazał, że pisanie w pewnym sensie traktuję też jako misję. Nie chcę przy tym mówić, że moje książki zbawią świat, bo świat musi się sam zbawić. Staram się, żeby w każdej mojej książce, tej poważnej i tej o Judycie, były ukryte prawda i dobro. Można nie być doskonałym, ale trzeba mieć uważność na drugiego człowieka. Odnoszę wrażenie, że ludzie mają w sobie tęsknotę za czynieniem dobra. Ona oczywiście jest przysypywana różnymi rzeczami, reklamami, pośpiechem świata w kierunku „mieć” oraz strachem przed tym, co jest obce. Tak naprawdę chodzi o to, żeby się przestać bać, a zacząć kochać w takim boskim, ewangelicznym znaczeniu.

Książka „Trzepot skrzydeł” to zupełnie inna książka od pozostałych. Czy napisanie jej wymagało odwagi?

KG: Nie wiem, czy odwagi. Spowodowała, że weszłam w bardzo nieprzyjemny świat. Pamiętam sytuację, w której przyjaciel podawał mi kłodę drzewa do kominka. Skuliłam się, na co on zareagował pytaniem co się dzieje ze tobą? Byłam wtedy ofiarą, w zasadzie i ofiarą, i katem, w trakcie pisania tej książki. Kosztowało mnie to wiele energii, to zajęcie się ciemną strony ludzkiej natury. Ale też książka miała znakomite recenzje i została uznana za najlepszą książkę o przemocy domowej.

Pani jako kobiecie łatwo było w tej książce pokazać motywację różnych stron? Nie wszystko jest w niej białe i czarne, a to wymaga olbrzymiej równowagi.

KG: Terapeuci chwalili mnie za tę książkę. Otrzymałam za nią też Nagrodę Księgarzy i sprzedała się prawie w 250 tys. egzemplarzy. Znajomi terapeuci mówią, że zgłaszają się do nich na terapię i kobiety, i mężczyźni po lekturze tej książki. Wiem, że moi czytelnicy lubią, kiedy piszę wesołe rzeczy. Mogą się wówczas oderwać od rzeczywistości. Staram się jednak, by pod powłoką dowcipnej prozy było coś takiego, co głęboko dotknie czytelnika.

Czy ma Pani do siebie dystans? Nie ma Pani z tym problemu, żeby przyznać się do swoich słabości?

KG: Nie mam z tym najmniejszego problemu. Jest mi to obojętne, jak zostanę odebrana. Kiedy słyszę, że powinnam konsultować się ze stylistą w kwestii mojego ubioru oraz otrzymałam od paru miłych osób listę adresów klinik, które mogą mi pomóc wyglądać jak Nicole Kidman, no to oczywiście, że przyjmuję to z uśmiechem. Wiem, że nie ma pod tym ukrytej nienawiści do mnie, tylko zwykła chęć pomocy. Ale myślę sobie: za jakie grzechy mam udawać, kogoś kim nie jestem…

Ludzie dzięki Pani książką nabierają siły, inaczej patrzą na swoje życie. Czy Pani jest optymistką?

KG: Nie, bo ja chyba jestem właśnie pesymistką!

Trudno w to uwierzyć.

KG: Jestem bardzo pogrążona w różnych swoich lękach. Muszę je zwalczać, zanim mną zawładną. Ale jestem bardzo życzliwa ludziom.

A co z emocjami? Pozwala sobie Pani na płacz, krzyk w kontaktach z ludźmi? Czy jednak woli Pani przeżywać w samotności?

KG: Czasami się złoszczę. Ale to naprawdę musi się dużo wydarzyć, złożyć się na dany moment wiele czynników, okoliczności. Jak wiadomo, szczęście jest jedno, a nieszczęścia chodzą tabunami, nie mówiąc o parach. Ale mija mi to i wiem, że czasami pozwalam sobie na więcej, bo czuję się zagrożona albo zmuszana do czegoś. Dzisiaj jestem już świadomą, dorosłą osobą. Późno, ale lepiej późno niż wcale.

W relacjach z mężczyznami jest Pani stanowcza czy jednak jak już się Pani zakochuje, to oddaje się Pani w zupełności temu uczuciu?

KG: Niestety, kiedyś wpadałam po uszy mimo tego, że właściwie wszystko już wiedziałam, przeczytałam najlepsze książki, uprawiałam własną terapię, wiedziałam dużo na temat związków. Zlanie się z kimś nie jest tym samym co miłość. Bycie koło siebie i wzajemne podtrzymywanie się, a nie siadanie bez przerwy komuś na kolanach. Kiedyś próbowałam na kimś polegać albo chciałam ciągle kogoś wspierać, bo uważałam, że sam sobie nie poradzi.

To jak w takim razie wyznaczyć tę granicę?

KG: To jest bardzo dobre pytanie. Myślę, że przede wszystkim najpierw należy wyznaczyć ją sobie. Pomyśleć o tym, co nam odpowiada, z czego można zrezygnować, nie czując się skrzywdzonym, poświęcającym. Należy myśleć o tym, co jest się w stanie zrobić z miłości do tej drugiej osoby. Podziwiam u innych to, że posiadają emocjonalną intuicję, która pozwala na niezatracanie siebie w związku. Jestem osobą, która się łatwo zatraca…

Czy zdarzyła się Pani sytuacja, w której mężczyzna interesował się Panią ze względu na karierę pisarską?

KG: Miałam czasami wrażenie, że jestem interesująca tylko dlatego, że jestem kobietą sukcesu. Ale być może było to tylko moje wystraszone i subiektywne spojrzenie na tych mężczyzn. Jestem wbrew pozorom nieśmiałą osobą. Nie miałam przecież aż tylu związków, żeby o nich opowiadać. Byłam dwa razy w życiu zakochana. Podobno można zakochać się trzy razy.

To skąd Pani wie tyle o miłości?

KG: Jestem dobrym obserwatorem. Mam tę przewagę dobrego kobiecego spojrzenia. Jak się wpuści do pokoju mężczyznę i kobietę, to po pięciu minutach mężczyzna będzie wiedział, który z mężczyzn ma dobry zawód, który jest zamożny. Natomiast kobieta będzie wiedziała, które pary są szczęśliwe, które nieszczęśliwe, być może rozpozna kochankę jednego z mężczyzn. Kobiety posługują się innym mechanizmem odczuwania świata – emocjonalnym i intuicyjnym.

Wszyscy znamy pani bohaterkę Judytę, co się teraz u niej dzieje?

KG: Myślę, że ona żyje w bardzo szczęśliwym związku z mężczyzną swoich marzeń. Ostatecznie wszystkie kobiety tego sobie życzą, prawda?

Czy zastanawiała się Pani kiedyś, jak wyglądałoby Pani życie, gdybyście się nie spotkały z Judytą?

KG: Tak naprawdę ta postać zawsze przy mnie była. Mogę powiedzieć, że Judyta jest moim alter ego. Zawsze to powtarzam, że jest w stu procentach mną, natomiast ja jestem nią jedynie w dziesięciu procentach, a może nawet w tej chwili w pięciu, bo ja się starzeję, a ona w ogóle. Od jakichś paru lat stoi w miejscu.

Czy to dzięki Judycie zyskała Pani popularność?

KG: Myślę, że to nie dzięki Judycie. Oczywiście, że w jakimś sensie stałam się popularna dzięki niej, ale „Nigdy w życiu!” było moją drugą książką. Pierwszą była „Przegryźć dżdżownicę”, która nie osiągnęła takiej popularności, ale za to miała bardzo dobre recenzje. Natomiast opinie o Judycie były bardzo negatywne: zarzucano mi kopiowanie Bridget Jones, co uważam za wielką pomyłkę, bo to są dwie kompletnie różne bohaterki. Książka zyskała mimo wszystko popularność i miłośników, za co jestem wdzięczna czytelnikom.

Judyta dała nam przyzwolenie na bycie niedoskonałą. Kobiety nie muszą być szczęśliwe, chude, ładne, żeby o nich mówiono. Mogą się przyznać do tego, że oglądają wieczorem kiepskie horrory, jedząc popcorn.

KG: W dodatku przyznają się do tego, że marzą, kruszą w łóżku, chcą, żeby ktoś je przytulił, nienawidzą byłego męża, który poszedł do jakiejś młodej, pięknej, szczupłej kobiety. Natomiast to, co myślą, nie przekłada się na rzeczywistość. Judyta życzy Joli, następnej kobiety swojego męża, śmierci, ospy i różyczki, ale to przecież nie znaczy, że zaraz weźmie strzelbę i będzie w nią celować.

O czym Pani nigdy nie napisze?

KG: Nie wiem, czy jest taka rzecz, o której nie napiszę. Myślę, że problem tkwi nie tym, o czym się pisze, ale w tym, jak się pisze. Nie napiszę takiej książki, po której przeczytaniu ludzie pójdą mordować. I nie napiszę książki przeciwko podstawowym przykazaniom miłości. Wyrastamy wszyscy, niezależnie od tego, czy jesteśmy wierzący, z religii, jedynej na świecie, w której są przykazania miłości. „Kochaj bliźniego swego” – między innymi i kompletnie o tym zapominamy.

Zofia Karaszewska

Reklama

komentarze [11]

Sortuj:
88
19
07.01.2016 08:47

Mam kolezanke , ktora byla na wieczorze autorskim z pania Grochola I szczerze jej zazdroszcze. To alter ego, o ktorym wspomniala pani w wywiadzie uwazam za chyba najbardziej trafna wypowiedz.


31
7
28.12.2015 10:03

Bardzo ciekawa i porywająca rozmowa. Zainteresowała mnie od pierwszych słów ;) Pani Grochola jest zjawiskową i pełną tajemnic kobietą,a odkrywanie ich podczas tej rozmowy jest przyjemnością.


540
411
23.12.2015 15:47

Czytałam również książkę Pani Katarzyny Grocholi "Trzepot skrzydeł". Podoba mi się. Zbiór opowiadań napisanych lekkim piórem. Pani Katarzyna jest ciepłą i odważną kobietą.


590
165
23.12.2015 12:07

Interesująca rozmowa. Zaciekawiła mnie książka „Trzepot skrzydeł”. Wcześniej oglądałam filmy: "Nigdy w życiu" i "Ja wam pokażę !" Naprawdę podobały mi się te filmy.


509
56
23.12.2015 12:00

Lubię książki Grocholi, są lekkie i fajnie się je czyta a przy tym skłaniają do refleksji...
Ciekawe czy będzie jakaś nowa książka Grocholi do wygrania w konkursie lubimy czytać?


0
1303
konto usunięte
23.12.2015 11:42

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


2956
32
28.12.2015 02:40

http://sjp.pwn.pl/szukaj/zlać-się.html
w znaczeniu 4.


2471
71
23.12.2015 08:20

Bardzo ciekawy wywiad, dawno temu też zaczytywałam się powieściami Pani Grocholi, myślę że do nich wrócę za jakiś czas


4089
3849
22.12.2015 20:14

Lubię książki Grocholi.Są lekkie i zawsze wpływają na mnie pozytywnie.


40
2
22.12.2015 15:55

Ciekawa rozmowa.


173
55
18.12.2015 14:45

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd