Reklama

Lekcje muzyki, które stają się lekcjami życia [WYWIAD]

LubimyCzytać
23.02.2019

Éric-Emmanuel Schmitt to jeden z najbardziej poczytnych francuskich pisarzy, a jego twórczość kochają także Polacy. Po sukcesie „Oskara i Pani Róży” oraz „Zemsty i przebaczenia” przyszedł czas na jego najbardziej osobiste dzieło. „Madame Pylinska i sekret Chopina” lada dzień znajdzie się w księgarniach i zachwyci nie tylko miłośników muzyki i literatury, ale także wszystkich lubiących czerpać radość z małych rzeczy.

Nowa książka E. Schmitta opowiada o młodzieńcu Ericu, który pokochał muzykę Chopina i marzył o tym, by jak najlepiej grać utwory mistrza. Lekcje z Polką, madame Pylinską, okazały się jednak dość nietypowe. Bo który z nauczycieli muzyki nakazuje swoim uczniom słuchać szumu drzew, zrywać kwiaty bez strącania rosy czy... uprawiać miłość przed przystąpieniem do lekcji? „Madame Pylinska i sekret Chopina” to dzieło niezwykłe i równie niezwykle opowiada o nim sam autor.

Agata Olejniczak-Nowak: „Madame Pylinska i sekret Chopina” to, mam wrażenie, książka nie tylko o tytułowym sekrecie wielkiego mistrza. To coś więcej – powieść o życiu, relacjach, czerpaniu dobra z przyrody. Mylę się?

Éric-Emmanuel Schmitt: Nie. To nic innego jak lekcje muzyki, które stają się lekcjami życia. Pani Pylinska przyjmuje młodego mężczyznę, który chce jedynie nauczyć się dobrze grać Chopina. Aby to osiągnąć, będzie musiała podszkolić go z innych rzeczy, np. stania się bardziej uważnym w stosunku do natury czy innych ludzi. Nauczy go delikatności, szeptu, zmysłowości, patrzenia ludziom w oczy. Te lekcje muzyki być może nie stworzą wielkiego muzyka, ale stworzą człowieka zdolnego do przeżywania swojego życia.

No właśnie... Metody pracy z madame Pylinską były wyjątkowe. Obserwacja kręgów na wodzie, słuchanie drzew w wietrzny dzień, czyli „igraszki wiatru w liściach”, i wiele innych. Czy takie ćwiczenia stosowane są w muzycznym świecie?

Tak, oczywiście. Osoba, która kształci się muzycznie, powinna pracować nad techniką i biegłością, ale to nie wszystko. To nie poprzez grę na pianinie tworzymy muzyków, ale przede wszystkim poprzez rozwój intelektualno-duchowy. Stąd ćwiczenia, takie jak obserwacja kręgów na wodzie. Nie bez znaczenia jest także rozwój wrażliwości, który nie dokonuje się jedynie przez studiowanie gam i oktaw. Wielu francuskich muzyków mówiło mi, że czerpie inspiracje z metod pani Pylinskiej. W ten sposób uświadamiają swoim uczniom, że muzykami stajemy się nie tylko na sali ćwiczeń, lecz także poza nią.

Na ile historia opisana w dziele „Madame Pylinska i sekret Chopina” jest historią prawdziwą, zaczerpniętą z Pana życia?

W książce znajdziemy wiele elementów autobiograficznych. Panią Pylinską stworzyłem na podstawie postaci dwóch nauczycielek pianina, z którymi miałem do czynienia. Jedna z nich była Rumunką, drugą Polką. Historia ciotki Aimée również jest prawdziwa.

Pana język niesie się niczym muzyka – takie miałam wrażenie, choć czytałam książkę w polskim tłumaczeniu. Czy nie obawia się Pan tłumaczeń swoich dzieł na inne języki?

Jestem pewien, że skoro słyszy pani muzykę w polskim tłumaczeniu, to znaczy, że tłumaczenie jest dobre. Francuzi często opowiadają o muzyce mojego języka. Sami muzycy podkreślają, że w słowach mojego autorstwa słychać dźwięki. To dla mnie duży komplement, bo przecież nie zostałem muzykiem, a poniekąd tę muzykę tworzę. Cieszę się, że ludzie dostrzegają ją w moich dziełach – piszę w zgodzie z dźwiękiem, rytmem i harmonią. Dlatego nie obawiam się złych tłumaczeń, mogę jedynie martwić się tym, że któraś z moich książek zostanie przetłumaczona genialnie na język, którego nie znam, i przez to nigdy nie będę w stanie tego stwierdzić.

Kiedy poczuł Pan, że tworzy literaturę poprzez muzykę? I jak to się objawiło?

Zawsze kochałem poezję i zawsze kochałem muzyczność języka. Namiętnie. Już jako dziecko sklejałem melodie z wierszami i sprawiało mi to mnóstwo radości. Często zapamiętuję dokładnie jakieś zdanie tylko dlatego, że było piękne i „słowno-muzyczne”. Dla mnie język zawsze był także muzyką. Myślę, że dzisiaj odczuwam to jeszcze mocniej. Zrezygnowałem z bycia muzykiem, więc pisarz, którym jestem, nosi w sobie tę tęsknotę niedoszłego muzyka. Sądzę, że przez to wkładam jeszcze więcej dźwięków w moją literaturę.

Czy dla Pana literatura może istnieć bez muzyki? Albo pójdę o krok dalej: czy muzyka może istnieć bez literatury?

Tak. To właśnie staram się powiedzieć w „Madame Pylinskiej i sekrecie Chopina”. Chopin nie używa słów – słowa to za mało, by oddać to, co on naprawdę ma do powiedzenia. Nie używa słów polskich ani francuskich, a jednak mówi do nas, i to tysiące różnych rzeczy. Daje nam słowa, które są najbardziej intymne z intymnych. Muzyka niesie ze sobą ogrom możliwości. Ale literatura wcale nie jest gorsza – może sprecyzować myśl, rozwinąć ją, pytać. Za to muzyka nie zadaje pytań – muzyka na nie odpowiada.

W najnowszej książce sporo uwagi poświęca Pan zwierzętom. Jak ważną rolę odgrywają w Pana życiu i czy Pana zdaniem kochają muzykę?

Zwierzęta towarzyszą mi od dzieciństwa. Teraz mam trzy psy – mamę oraz jej córkę i syna. Dla mnie zwierzęta to... ludzie. Ludzie obdarzeni świadomością, wrażliwością, pamięcią, swoją historią. To stworzenia, które ciągną mnie do góry – te małe istoty sprawiają, że rosnę. Postrzegają mnie jako kogoś odpowiedzialnego, silnego, wiernego. Zauważyłem, że niektóre zwierzęta kochają muzykę, a inne nie. Dokładnie tak jak ludzie. Przez 22 lata miałem psa Léonarda, który nie znosił, gdy siadałem do pianina. Wręcz uciekał! To nie oznacza, że nie był muzykiem – być może był WIELKIM muzykiem. (śmiech) Z moich obecnych trzech psów dwie suki uwielbiają pianino i kładą się pod nim, by, jak mówi pani Pylinska, poczuć wibracje, kiedy gram. Z kolei pies ucieka na drugi koniec domu.

Mogę chyba stwierdzić, że Polska jest dla Pana bardzo ważna. Czy często Pan tu bywa?

To prawda, Polska jest w moim życiu od dawna i jestem z nią mocno związany. Przede wszystkim dzięki Chopinowi. Spotkałem też na swojej drodze polską nauczycielkę pianina, która stała się inspiracją do stworzenia postaci madame Pylinskiej. Zetknąłem się również z wieloma ludźmi o polskim pochodzeniu, którzy mieli bardzo różne historie. To mnie zawsze interesowało. Od kilku lat z przyjemnością przyjeżdżam do Polski. Jestem szczęściarzem, ponieważ mam tu wielu czytelników. Stworzenie „chopinowskiej” postaci, która byłaby związana i z Polską, i z Francją – jak sam kompozytor – wydało mi się więc bardzo, bardzo ciekawe.

Sporo w swoich książkach, również w „Madame Pylinskiej”, pisze Pan o miłości. Jak ważną rolę odgrywa ona w tworzeniu? Inspiruje, pobudza do działania, a może spowalnia pracę twórcy?

(śmiech) To bardzo dobre pytanie. Nigdy go sobie nie zadałem. Mam to szczęście, że ludzie, którzy mnie kochają i których ja kocham, doceniają moje książki. Oprócz jednej osoby – moja 21-letnia pasierbica nigdy nie czyta moich dzieł. To jednak nie przeszkadza mi w tworzeniu – ja ją bardzo kocham, a ona mnie i to napędza mnie do działania. Wszyscy jej przyjaciele, zarówno ci z gimnazjum, jak i liceum, zawsze jej powtarzali: „książki twojego ojca są niezwykłe”. Odpowiadała: „Tak, oczywiście, ale ja go mam całego dla siebie i dlatego właśnie nie muszę czytać jego dzieł”. Dzięki tym słowom bardzo „urosłem”, a jednocześnie poczułem się zdezorientowany. I tak mi zostało do dziś. (śmiech)

Ostatnie pytanie, chyba najważniejsze, musi odnosić się do samego Chopina. Ile jego muzyki pojawia się w Pana codziennym życiu? A może ma Pan „fazy na Chopina” i słucha jego muzyki tylko w konkretnych sytuacjach?

Kocham pianino i dużo na nim ćwiczę. Chopin to kompozytor, którego zawsze mam ochotę grać spontanicznie, kiedy tylko siadam i dotykam klawiszy. Ciągle mam poczucie, że pianino zostało stworzone przez Chopina. Mogę spędzić kilka godzin na graniu jego utworów – cały poranek i całe popołudnie – i ciągle mi mało. To jest bardzo ważna część mojego życia. Ciągle też słucham jego muzyki – gdy jestem w podróży, w pokoju hotelowym itd. Ale nigdy nocą. Chopin to ktoś, kto mnie budzi, kto pobudza moją uważność. Nie jest to w żadnym razie ktoś, kto mnie uspokaja. To autor, którego włączam i gram w ciągu dnia, ale nigdy przed wystąpieniem. Coraz częściej zdarza mi się wchodzić na scenę i grać moje teksty. Przed wyjściem słucham Mozarta, który pozwala mi zachować dobre zdrowie. Chopin jest zbyt absorbujący. Ale za to jak pięknie absorbujący!

Reklama

komentarze [2]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

2461
4
22.02.2019 14:14

Zapraszamy do dyskusji.


108
17
25.02.2019 14:38

Schmitta czytałam kilka lat temu, ale teraz z przyjemnością wrócę do jego twórczości. :)


zgłoś błąd