Kolorowy ptak w czarno-białej rzeczywistości – wywiad z Izą Michalewicz

Ewa Cieślik
04.04.2019

Violetta czy Czesia? Diva o niespotykanym sopranie koloraturowym czy prosta dziewczyna ze wsi? Wielka artystka czy dziwaczka żyjąca w odosobnieniu? W swym reportażu Iza Michalewicz opisuje złożony świat jednocześnie kochanej i wyśmiewanej Violetty Villas. Rozmawiamy z autorką o uniwersalnej potrzebie akceptacji i miłości oraz o cenie emocjonalnego zaangażowania, jakie jej towarzyszy w pracy reportera.

Często krytykowana w Polsce za styl i ekstrawagancję, za granicą przyjmowana była entuzjastycznie zarówno przez publiczność, jak i recenzentów. Zachwycano się jej głosem. Pisano, że jest białym krukiem wokalistyki. Śpiewała, grała w filmach i musicalach. Występowała w paryskiej Olimpii i nowojorskim Carnegie Hall, przez kilka sezonów była gwiazdą rewii Casino de Paris w Las Vegas. W tej biografii reporterskiej autorzy szukają odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, że jedyna w swoim rodzaju artystka nie tylko nie zrobiła kariery na miarę swoich możliwości, ale spędziła starość niemal w ubóstwie, wyobcowana, w atmosferze niezdrowej sensacji.

Tegoroczne, nowe wydanie „Villas” wzbogacono o dwa rozdziały opisujące to, co działo się po śmierci gwiazdy w grudniu 2011 roku, w tym m.in. postępowanie spadkowe i historię Elżbiety Budzyńskiej, opiekunki Villas.

Ewa Cieślik: Lubi Pani słuchać muzyki Violetty Villas?

Iza Michalewicz: To jest pytanie, które często słyszę i zawsze odpowiadam tak samo: lubię kilka jej piosenek, jak „Melancholie”, „List do matki”, „Mechaniczną lalkę”, ale zdecydowanie wolę jazz. Villas nigdy nie była w kręgu moich muzycznych zainteresowań, choć chylę czoła przed potęgą i barwą jej głosu. Bardziej intrygowała mnie jako sceniczne zjawisko i człowiek. Byłam jej po prostu ciekawa. Zastanawiało mnie, co kryje się pod tą burzą loków i przesadnym makijażem. A że mam intuicję i zwykle za nią podążam, to czułam, że Violetta nosi w sobie wiele tajemnic. Tajemnice z kolei zawsze ciągnęły mnie jak przepaść, stąd chęć opisania tej jednak wyjątkowej i jedynej w swoim rodzaju artystki.

Violetta była jak talia kart: barwna, wieloznaczna, nieprzewidywalna.

Biografię zatytułowaną „Villas” wydała Pani – wraz z Jerzym Danilewiczem – już w 2011 roku. Jej tegoroczne, nowe wydanie odbiło się o wiele większym echem niż premiera. Co się w tym czasie zmieniło? Czy reportaż literacki zyskał nowych czytelników?

Przede wszystkim nastąpił wybuch popularności mediów społecznościowych i podcastów. W 2011 roku Facebook dopiero zaczynał raczkować, a Twittera i Instagrama nie było w ogóle. Pamiętam, że jak zakładałam na Facebooku stronę o książce o VV, to ludzie nie za bardzo wiedzieli, o co chodzi. Dzisiaj mam trzy profile: prywatny, zawodowy i właśnie książki „Villas”. Niezwykle pożyteczny w promocji literatury jest Instagram. Korzysta z niego wielu blogerów (a tych jeszcze osiem lat temu nie było aż tylu). Książki są przepięknie fotografowane, polecane i – jeśli są dobre – każdy chce je mieć. A to sprawia, że powstał w wydawnictwach termin „szeptanka”, czyli promocja na zasadzie głuchego telefonu: jedni chwalą, to inni chcą już biec do księgarni. Z całą pewnością też sam reportaż na dobre przeniósł się do książek. Zaczął być w Polsce niemal równie popularny, co kryminały, dlatego wydawnictwa coraz częściej stawiają na non-fiction. „Villas” była moją pierwszą książką i od razu zawiesiłam sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Reporterzy prasowi nie zabierali się wówczas za pisanie biografii. Jedyną głośną książką była „Oskarżona: Wiera Gran” Agaty Tuszyńskiej. Wstrząsająca opowieść o żydowskiej śpiewaczce z warszawskiego getta, znakomita zresztą. Kiedy ukazała się „Villas”, nie potrafiłam zrozumieć milczenia mediów. W „Gazecie Wyborczej” ukazało się dosłownie jedno zdanie recenzji i mój materiał o VV w sobotnim wydaniu magazynu. Przedruk fragmentu zrobiły też „Newsweek” i tygodnik „Angora”. Raz odwiedziliśmy telewizję śniadaniową w TVP. I to tyle. Kanałów popularyzacji literatury było po prostu mniej. Dlatego dzisiaj w niemal każdym medium dziennikarze ze zdumieniem mówili mi, że po raz pierwszy czytali tę książkę. Inna sprawa, że Villas gościła głównie na łamach brukowców, co być może zniechęcało recenzentów. Ostatnio Marek Miller na falach „Laboratorium reportażu” powiedział, że dla niego Villas nie jest tematem na książkę, przy czym tej książki nawet nie przeczytał. To dość charakterystyczne podejście do tej postaci, poza tym, że mało profesjonalne. Sama nie wiem, jak to się stało, że bez jakoś szczególnie nachalnej promocji sprzedaliśmy wtedy niemal 70 tysięcy egzemplarzy. Na tamten czas to był prawdziwy rekord.

Czy dzięki pracy nad książką myśli Pani, że udało się Pani dobrze poznać postać Violetty? Nie udało się Pani spotkać z nią osobiście, bo odrzucała Pani telefony i nie wpuszczała do domu?

Może najpierw sprostuję: Violetta nigdy nie powiedziała „nie”, jeśli chodzi o spotkanie i rozmowę. Problem w tym, że jak już się z nami umówiła i przejechaliśmy niejednokrotnie 500 kilometrów, żeby się z nią spotkać, to nie odbierała telefonu. Albo jak już odebrała, to mówiła: „korona wam z głowy nie spadnie, jak zostaniecie do jutra”. Zostawaliśmy, po czym zabawa zaczynała się od początku. Byliśmy w domu Villas. Po długich wyczekiwaniach wpuściła nas jej opiekunka, Elżbieta Budzyńska, i opowiedziała nam historię swojej znajomości z piosenkarką. Obie nie miały zaufania do dziennikarzy, bo czuły się zaszczute we własnym domu. Bardzo często przyjeżdżała telewizja, doszło do tego, że Villas siedziała z tyłu domu, żeby nie zarejestrowały jej kamery. Ona zresztą nie znosiła niewygodnych pytań. Kiedy była jeszcze w pełni sił, jak pytanie dziennikarza jej się nie spodobało, to najpierw on wylatywał za drzwi, a za nim jego dyktafon.

Trudno powiedzieć, czy dobrze poznałam Violettę. Lubiłam słuchać jej głosu. Był taki ciepły, niski, niemal erotyczny. Dość często w pewnym okresie rozmawiałyśmy przez telefon. W końcu zorientowałam się, że Villas nie nadaje się już do jakichkolwiek poważnych rozmów, że ma zaniki pamięci. I przestaliśmy nalegać na spotkanie. Zawsze staram się zbliżyć do bohatera, poczuć zapach jego skóry, wejść w jego psychikę. Wszystko po to, by go lepiej zrozumieć. Ale Violetta była jak talia kart: barwna, wieloznaczna, nieprzewidywalna. Wymykała się wszelkim schematom. Gdyby jednak taka nie była, nie napisałabym o niej książki.

Kim była Violetta Villas? A może miała dwie osobowości – bezbłędnej, ekscentrycznej artystki ze słuchem absolutnym, występującej w Vegas w sukni od Diora, oraz Czesi Gospodarek, zwykłej dziewczyny ze swojskim poczuciem humoru?

I jedno, i drugie. Na scenę wychodziła diva, obdarzona czterooktawowym sopranem koloraturowym o niezwykłej barwie, która przebierała się kilka razy w widowiskowe sukienki. Była żywiołem i emocjonalnie się na tej scenie obnażała. Dawała publiczności całe swoje serce i ta publiczność kochała ją najbardziej. Prywatnie natomiast wiele osób wspomina ją jako ciepłą, serdeczną kobietę, lubiącą śledzie i jajka na twardo, których potrafiła zjeść naraz kilkanaście. Najlepiej zapamiętali ją fani, bo im Violetta najczęściej otwierała swój dom. Opowiadają o tym zresztą w dodatkowych rozdziałach najnowszego wydania książki. Ich zdaniem miała kapitalne poczucie humoru i nawyki prostej dziewczyny z małego miasteczka. Innymi słowy: Czesi Gospodarek. Gorzej już było w tak zwanych kontaktach środowiskowych. Nie była zbyt lubiana. Albo się z niej śmiano, albo ignorowano, argumentując, że z tymi swoimi sukniami, fryzurą (przez co poniektórych nazywaną „namiotem”), doklejonymi rzęsami i ostrym makijażem jest nikim więcej niż królową kiczu. Kilka osób z branży rozrywkowej odmówiło nam rozmowy na jej temat. Była wśród nich zmarła niedawno Zofia Czerwińska, którą Villas podczas amerykańskiego tournée uderzyła w twarz. Villas zresztą była niesłowna i niepunktualna, co w wypadku wystąpień teatralnych rzutowało na wszystkich artystów. Bywało, że siedzieli w busie, czekając, aż ona się uszykuje do wyjazdu, i pomstując na czym świat stoi.

Amerykanie stworzyli jej sceniczny wizerunek, który przywiozła do peerelowskiej rzeczywistości, czarno-białej jak z filmów Pawła Pawlikowskiego.

Czy Villas kiedykolwiek dorosła? Wydaje mi się znamienne, że w kilku piosenkach śpiewa, że ma 16 lat. A może dorosłe życie ją przerosło?

Przerosła ją na pewno własna sława, na którą nie była psychicznie gotowa. Mając 28 lat, trafiła do Las Vegas i występowała w kasynie nocnym na wielkiej scenie, a z nią stuosobowy męski balet. Godziny prób, wyczerpujące spektakle, potężny wysiłek fizyczny, bezsenność. I wielka, wielka samotność w zupełnie dla niej obcym świecie. Amerykanie stworzyli jej sceniczny wizerunek, który przywiozła do peerelowskiej rzeczywistości, czarno-białej jak z filmów Pawła Pawlikowskiego. I ten wizerunek tutaj nie mógł się przyjąć, bo Villas była niczym kolorowa bombka, która urwała się z choinki. Będąc już w wieku niemal 70 lat, bardzo lubiła rozmawiać z młodymi ludźmi i faktycznie nosiła w sobie swoje małe, wewnętrzne dziecko. Jedną z fanek potrafiła na przykład uczyć przez telefon śpiewu i opowiadać, że jak ją odwiedzi, to będą razem przebierały się w jej sukienki i zrobią sobie minikoncert. Myślę, że duży wpływ na to, kim się stała, miało jej niespełnione macierzyństwo. Urodziła syna zbyt wcześnie, mając zaledwie siedemnaście lat, i dość szybko zostawiła go pod opieką matki. Marzyła, by uczyć się śpiewu, a nie być gospodynią domową. Po latach nie chciała nawet, żeby syn w sytuacjach publicznych mówił do niej „mamo”, tylko po imieniu, co przypomniała mi ostatnio jedna z dziennikarek.

Co było problemem Violetty Villas? To, że tworzyła w Polsce, a nie np. w Belgii? A może zawinił brak poczucia własnej wartości i uleganie krytyce?

Polsce zajmie jeszcze wiele lat, żeby stać się gotową na wszelką inność, począwszy od Violetty Villas, a skończywszy na uchodźcach. Pod tym względem wciąż daleko nam do krajów Europy Zachodniej. Villas była przede wszystkim inna, wyróżniała się, a w naszym kraju zazwyczaj tępi się tych, którzy się wyróżniają. Zwłaszcza jeśli stoi za tym liczna i zakochana w artyście publiczność. Piętno, jakie odcisnął na nas socjalizm, czyli kult przeciętności, pokutuje właściwie do dziś. Villas przy całym swoim religijnym rozbuchaniu była jednocześnie symbolem seksu. Poruszała się na scenie w sposób niemalże rozwiązły, prezentowała duży biust, wielkie oczy i kaskadę włosów. Czyli wszystko to, co mężczyźni lubią najbardziej. Nie przysparzało jej to sympatii koleżanek po fachu, wielokrotnie mniej uzdolnionych wokalnie od niej. Nie znosili jej też krytycy, co przy jej wrażliwości było trudne do zniesienia. Ona raczej nie ulegała krytyce. To znaczy krytyka pisała swoje, a Violetta konsekwentnie, do samego końca pozostała wierna własnemu scenicznemu wizerunkowi. Cały czas powtarzam, że największym problemem VV była ona sama. Jej nieustępliwość, niechęć do zmian, nieufność do ludzi, w końcu uzależnienie od alkoholu. Wszystkie demony, które zaprowadziły ją prostą drogą ku życiowej katastrofie, mieszkały w jej głowie.

W książce pisze Pani m.in. o alkoholu, antydepresantach i narkotykach, które piosenkarka zażywała m.in. przed długimi koncertami. Czy w ten sposób chowała się przed światem, którego nie akceptowała?

Uzależnienie przywiozła z Las Vegas. Brała prochy, żeby móc dłużej występować, a potem żeby zasnąć. Myślę jednak, że ktoś, kto sięga po używki, chce przede wszystkim uciec od samego siebie. Alkohol niewątpliwie izolował Violettę na jakiś czas od świata zewnętrznego, ale jak wiadomo, to nie było żadne wyjście. Bo ten świat wracał do niej ze zdwojoną siłą, kiedy stan nieważkości mijał. Villas nie umiała panować nad emocjami. Dzieliła się nimi na scenie, ale w życiu prywatnym one przejmowały nad nią niejednokrotnie kontrolę. I to było źródłem wielu jej porażek.

Villas była zaborcza, emocjonalna, nieobliczalna, a z drugiej strony głodna miłości i akceptacji. Co czuła Pani, zbierając materiały do książki i wchodząc w świat tak nieszczęśliwej osoby?

Widziałam w niej trochę z siebie. Zawiedzioną miłość, trudne macierzyństwo, nadwrażliwość, wielką potrzebę, a zarazem lęk przed kochaniem kogokolwiek, bo co jeśli, jak śpiewał Jacques Brel, „każda następna miłość będzie następną klęską”? Każdy człowiek potrzebuje akceptacji. Kiedy latami jej nie dostaje, zaczyna budować wokół siebie wysoki mur, na którym stawia działa przeciwpancerne. Trudno do takiej osoby dotrzeć i zdobyć jej zaufanie. Świat Villas, z jej wyobcowaniem i samotnością, stał się na długo moim udziałem. A dziś, po latach, kiedy dopełnił się jej los, myślę, że tak naprawdę nic się w życiu nie liczy tak, jak przyjaźń i miłość. A najlepiej, kiedy to idzie w parze.

W książce fani artystki opowiadają, czego nauczyła ich Violetta – mówią m.in. o empatii, poczuciu wolności. Czy gdy przygotowuje Pani reportaż lub biografię, również czuje Pani, że coś zyskuje dzięki zgłębieniu osobowości ich bohaterów?

Jestem bogatsza o wszystkich ludzi, których spotkałam na swojej reporterskiej drodze podczas ponad dwudziestu lat pracy, a którzy weszli mi w krwiobieg. My, reporterzy, żerujemy na cudzych lękach, czasem po to, by zapomnieć o własnych. Bywa też, że piszemy, żeby nie musieć żyć. Pisanie staje się wtedy ucieczką od codzienności i jej porażek. Każdego dnia dziękuję Bogu, że wybrałam zawód, który jest moją pasją i pozwala mi wchodzić w tak różnorodne światy. Kiedy pochylam się nad cudzym nieszczęściem, zazwyczaj przeżywam je bardzo osobiście, co odbija się na mojej psychice. I bywa tak, że sama muszę się ratować. Na szczęście mam wspaniałych przyjaciół i dobrego psychiatrę.

Oprócz biografii Villas napisała już Pani m.in. reportażowe książki dotyczące opowieści o stracie czy nierozwiązanych sprawach brutalnych morderstw. Czym zaskoczy nas Pani następny projekt?

Na pewno powstanie druga część książki o policyjnym Archiwum X. Będzie nieco inna w swoim charakterze, ale nie chciałabym teraz zdradzać szczegółów. Pracuję też nad kolejną książką typu true crime – dla wydawnictwa W.A.B. – w której opowiem o niezwykle mrocznych sprawach, osadzonych w jednym rejonie Polski. Interesuje mnie kosmos ludzkich namiętności, bo to one najczęściej prowadzą do zbrodni. Marzy mi się jednak napisanie książki na zupełnie inny temat. Taki, który nie obciążałby mnie psychicznie aż tak bardzo, a raczej dodał skrzydeł. Mam nadzieję, że kiedyś, nawet jeśli już stracę nadzieję, ta historia do mnie przyjdzie.

Reklama

komentarze [4]

Sortuj:
3823
201
05.04.2019 19:55

Bardzo ciekawy wywiad. Violetta Villas to moja młodość. Muszę jednak przyznać, że mimo iż podziwiałam jej urodę, głos i lubiłam jej piosenki to jednak wydawała mi się zawsze/ już po powrocie do kraju / zmanierowaną osobą, która na siłę chce zatrzymać swój hollywoodzki styl bycia co u nas niestety nie mogło nie razić.Ale również muszę przyznać, że nie miałam pojęcia o tym,...

więcej

0
1509
06.04.2019 06:33

Wczoraj w Kulturze w programie Koło pióra była rozmowa z panią Michalewicz. I to mnie skutecznie zachęciło to tej książki.


0
1509
konto usunięte
05.04.2019 05:34

Użytkownik wypowiedzi usunął konto


245
14
03.04.2019 16:14

Zapraszam do dyskusji.


Reklama
zgłoś błąd