-
Artykuły
„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać5 -
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać442 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Biblioteczka
2026-04-01
2026-03-26
Drugi, po “Czterech Porach Roku” czteropak mini-powieści Stephena Kinga, nieco mniej popularny od superprzebojowego poprzednika (no bo Shawshank i Stand By Me…) ale za to znacznie konkretniejszy gatunkowo, stąd dla zaprzysięgłych fanów horroru (do których zalicza się piszący te słowa) będzie większą frajdą.
Tym razem King nie hamletyzuje, jak to “formuła horroru” go ogranicza, nie usiłuje pisać Wielkiej Amerykańskiej Literatury, bawi się tym, co najbardziej kocha, czyli porządną gatunkową grozę, powstałą z połączenia jego autentycznych lęków (jak sam często żartuje, King boi się “praktycznie wszystkiego” a na szczycie jego obaw są latanie samolotami i wypalenie artystyczne) z wręcz pulpową, B-klasową fantastyką/horrorem. No i cztery takie sztosiwa serwuje spragnionym czytelnikom w “Cztery Po Północy”.
+
Na pierwszy strzał idą najbardziej znane ze zbioru (a to za sprawą popularnego mini-serialu tv) “Langoliery”. Często zarzuca się Kingowi, że lepiej u niego z piórem, warsztatem, niż z inspiracją, innymi słowy że przepięknie potrafi opisywać dość banalne pomysły i inspiracje. W wypadku “Langolierów” jednakże znakomity, oryginalny pomysł jest na pierwszym planie.
Oto samolot pasażerski wlatuje w coś w rodzaju luki czasoprzestrzennej. Na skutek przejścia między wymiarami z pokładu znikają wszyscy ludzie, z wyjątkiem małej grupki tych, którzy akurat całe wydarzenie….przespali. Szczęściem ocalałych jest to, że jednym z nich jest zawodowy pilot. Potrafi on bezpiecznie sprowadzić maszynę na docelowe lotnisko.
Na ziemi okazuje się, że cały świat, który znają….zniknął. Nie ma żadnych ludzi, nic nie działa, wszystko jest jakby niematerialne, zepsute. Co najgorsze jednak, na horyzoncie pojawia się ostateczne zagrożenie, tytułowe “Langoliery”, wywodzące się z dziecięcej opowieści byty/monsrta/whatever, które - dosłownie - pożerają pozawymiarową nie/rzeczywistość.
Zagubieni w czasie muszą szybko poderwać samolot do kolejnego lotu i poszukać przejścia międzywymiarowego, by wrócić do swego czasu. Nie pomaga im w tym fakt, że jeden z nich jest groźnym, niebezpiecznym szaleńcem…
+
No, muala - tu się wszystko zgadza. Wyborny pomysł wyjściowy, naprawdę imponujący świeżością, wzorowe, jak to u Kinga wykonanie, wykreowanie szeregu przejmujących, budzących sympatię czytelnika bohaterów, dynamiczna i pełna napięcia akcja. Może szaleństwo głównego villaina nieco przeszarżowane i trochę jednak deus ex machina działające, ale dla ogólnej frajdy nie ma to znaczenia.
Nic dziwnego, że tak atrakcyjna fabuła szybko została przeniesiona na ekran - szkoda jednak, że tylko telewizyjny. Format mini-serialu z jednej strony spowodował przeciągniecie opowieści tak, że chwilami ona przynudza, z drugiej budżet teleziwyjny nie pozwolił na wykreowanie przekonujących Langolierów - w efekcie serowe efekty specjalne serialu są do dziś słusznie wyśmiewane.
+
Prawdziwą jednak ozdobą zbioru jest druga sławna minipowieść - “Sekretne Okno, Sekretny Ogród”, trochę “korespondująca” z wydaną rok wcześniej “Mroczną Połową”.
Pisarz po burzliwym, bolesnym rozwodzie wyprowadza się do leśnego domku. Tutaj chce w samotności uporządkować swoje życie i może napisać coś nowego. Tuż po przybyciu jednak spotyka go niezwykle niemiła sytuacja - przed jego drzwiami staje jakiś południowy wieśniak i oskarża go o kradzież opowiadania.
Autor początkowo się zżyma i unosi gniewem, szczególnie że wsiok żąda jakiejś, bliżej nieokreślonej “satysfakcji” (później sprecyzuje, że chce “nowego opowiadania dla siebie”). Dowodem na niesłuszność oskarżenia jest czasopismo, w którym po praz pierwszy autor opublikował swój tekst, wydane rok wcześniej niż intruz napisał swoją historię. Problem jednak w tym, że trudno je znaleźć (czasy mamy jeszcze mocno przedinternatowe i wyraźnie to w fabule “Okna” czuć), a użarty wsiur nie przebiera w środkach, by wykazać swą determinację - i dla wzmocnienia efektu i starań morduje kota pisarza.
Autor chce wrócić do rodzinnego domu, w którym została była żona, pamięta bowiem, że egzemplarz czasopisma ma w swych zasobach w pracowni, okazuje się jednak, że pożar pochłonął posiadłość, a wybuchł właśnie w pracowni!
Tymczasem prześladowca coraz bardziej napiera - nic go nie przekona oprócz fizycznego egzemplarza periodyku. Autor szuka jakiejś pomocy, okazuje się jednak, że znajomi, którzy widziali do razem z wieśniakiem zniknęli bez śladu…
+
Maestria, naprawdę, mimo oczywistego, z góry przewidywalnego kierunku fabuły King tak efektownie gra oczekiwanami czytelnika, że lektura “Sekretnego Okna” jest samą przyjemnością. Dwa regularne strachy Kinga dochodzą tu do głosu - strach przed wypaleniem talentu, blokadą twórczą, i strach przed oskarżeniem o plagiat (sam King miewał podobne sytuacje; jedna z nich stanowiła punkt wyjścia dla opowieści).
Jak napisałem, rozwiązanie jest od początku dość jasne i z biegiem stron coraz bardziej oczywiste, nie zmienia to jednak jego atrakcyjności i mistrzostwa, z jakim historię tę King opowiedział. Znowu mamy cały szereg fenomenalnie wykreowanych postaci - bo to nie tylko będący w centrum wydarzeń pisarz, ale i jego była, jej obecny partner, przyjaciele i znajomi pisarza no i sam “John Shooter” - ręce same składają się do oklasków.
Nic dziwnego, że tak dobry tekst również został przeniesiony na ekran. “Sekretne Okno” to znany, generalnie dobrze oceniany film, choć język kina nie do końca poradził sobie z gęstością fabułka i Johnny Depp - jak byłem fanem jego talentu - tutaj nie do końca dobrze wypadł w roli Kingowego alter ego
+
Prawdziwą perełką zbioru, prezentem dla fana “złotej ery”, dla pulpowego horroru będzie “Biblioteczny Policjant”.
Mężczyzna nie daje na czas do lokalne bilioteki wypożyczonych książek, co gorsza, kiedy dzwoni do niego tajemnicza, dość niesamowita bibliotekarka, stanowczo żądając zwrotu i strasząc wizytą “bibliotecznego policjanta” postaci z dziecięcych plakatów bllibliotecznych, okazuje się, że książki bezpowrotnie zginęły (przypadkowo trafiły na makulaturę).
Najgorszym jets jednak….wizyta prawidzwego Bibliotecznego Policjanta - przerażającej osoby, żywego ucieleśnienia wszystkich dziecięcych strachów. Daje on przerażonemu bohaterowi ostatni tydzień czasu na zwrot książek, po jego upływie zostaną wyciągnięte “najsurowsze konsekwencje”…Bohater, szukając pomocy, trafia napotkanie lokalnego klubu AA (kolejny koszmar Kinga), tam czysta przyjaciół gotowych dopomóc w jego sytuacji, usłyszy też upiorną historię samej Bibliotekarki…
+
King, widać, bawi się na całego. Bierze na warsztat własne “To”, łączy to ze Straubowską “Upiorną Opowieścią” i tworzy opowieść w stylu najlepszych odcinków “Archiwum X” - małe miasteczko, ponadczasowe Zło powracające raz za razem, złączona więzami przyjaźni grupa bohaterów… Sama radość z czytania. Podobnie, jak to miało miejsce “Widmie Nań Innsmouth” Lovecrafta) dużą część opowieści stanowi historia starego pijaka - to z niej wynika całość wydarzeń, z których finałem przyjdzie nam się zapoznać.
Prawdziwy klejnocik zbioru.
+
Porównując do trzech wspaniałych opowieści ostatnia historia, “Polaroidowy Pies” nieco rozczarowuje.
+
Młody chłopiec otrzymuje na swe urodziny Polaroida. Urządzenie jednak zamiast dawać otaczającą je rzeczywistość robi tylko jedno zdjęcie - ukazujące jakiś inny świat a na tym innym świecie szarżującego, wściekłego psa. Co gorsza, na każdym kolejnym zdjęciu bestia zbliża się do aparatu.
Chłopak, skierowany, prosi o pomoc właściciela lokalnego lombardu. Ten (jak się okazuje, niezła szuja żyjąca z pożyczania pieniędzy na zbójecki procent; w przeszłości jego ofiarą stał się ojciec naszego chłopca) zamiast pomocy zabiera aparat, i wmawiając, że został zniszczony, usiłuje go z zyskiem sprzedać kolekcjonerom różnych niesamowitości.
Aparatu nikt nie kupuje, a piekielny pies na każdym zdjęciu zbliża się do aparatu…
+
No OK, wszystko jest w porządku zasadniczo, akcja sprawna, pomysł znośny, czyta się, jak to Kinga, dobrze, ale w porównaniu do poprzednich tytułów ta Novella nieco rozczarowuje. Cały przebieg fabuły jest taki jak z wypracowania, po sznurku i bez żadnych zgrabnych twistów (ani tez bez choćby zdawkowej próby wyjaśnienia fenomenu aparatu), do tego zasypany kingowskim rodzinnym cukrem - wiecie, Tato/Syn, wchodzenie w Dorosłość, Zło Ukarane… czegoś lepszego by się można spodziewać.
Ale, no ok, 5/10 niewyjęte (może nawet 6?). A całości frajdy z lektury niczym nie psuje.
Podsumowanie - “Cztery Po Północy” to nie jest jakiś “najlepszy” czy nawet “najpopularniejszy” King. Do kanonu literackiej grozy nie przeszło, niemniej za tę radość pisania grozy i fantastyki, za radość, jaką odczuje fan horroru podczas lektury - kudosy i pochwały się Królowi Stefanowi należą. Tak się bawić to ja rozumiem!
Drugi, po “Czterech Porach Roku” czteropak mini-powieści Stephena Kinga, nieco mniej popularny od superprzebojowego poprzednika (no bo Shawshank i Stand By Me…) ale za to znacznie konkretniejszy gatunkowo, stąd dla zaprzysięgłych fanów horroru (do których zalicza się piszący te słowa) będzie większą frajdą.
Tym razem King nie hamletyzuje, jak to “formuła horroru” go...
2026-03-05
Ostatnia, póki co (Graham jest wciąż w dobrej formie, aktywny i kreatywny), część sagi „Manitou" — ku pewnemu pozytywnemu zaskoczeniu lepsza, niżby się można było obawiać. Nie żeby zaraz „dobra" — co to, to nie. Już dawno wymęczona formuła i nieustannie niedogotowane pomysły Grahama nie pozwalają chwalić serii — ale przyzwoita i zabawna, zgrabnie przenosząca ducha osiemdziesiątkowej „złotej ery horroru" w XXI wiek.
Początek jest mocno podobny do części czwartej („Krew Manitou"). Znowu mamy śmiertelną zarazę powodującą drgawki, krwawe wymioty i rychłą śmierć zakażonych. Niektórzy z nich nawet — zupełnie jak w „Krwi" — powracają z martwych. Tym razem jednak nie chodzi o rumuńskiego wampira: dwaj synowie Misquamacusa łączą swe siły z Urbainem
Grandierem (tak, tym od opętania z Loudun) i Matką Joanną od Aniołów (tak, tak). A krwawa zaraza, roznoszona — jak się okazuje — przez hotelowe pluskwy (brrrr!), to efekt ich wspólnych starań, zmierzających, as usual, do wybicia i wypędzenia wszystkich białych z USA. Naprzeciw wyzwaniu stają młoda i piękna wirusolożka (której partner jest jedną z pierwszych ofiar zarazy) i — niezmiennie niezmienny — Harry Erskine.
Szósta część cyklu, pisana całkiem na bezpieczne, odtwarzająca wszystkie znane już zagrywki z poprzednich części, to pełna comfort zone — tak dla autora, jak i dla czytelników. „Infekcja" fabularnie przypomina „Krew Manitou", podobnymi szpitalnymi tropami rozwija się jej akcja. Do bólu ten sam jest również Harry Erskine. Od pół wieku ma lekkie 40+ lat (w „Infekcji" jest znowu mocno aktywny towarzysko i starszy od swojej dziewczyny o „12 lat" — zakładając, że ta kręci się w okolicach trzydziestki, łatwo policzyć), wciąż tak samo oszukuje starsze, bogate kobiety swoim fejkowym mediumistycznym show. Jest w powieści mocno przykra moralnie scena, w której przyjmuje od chorej na demencję staruszki wartą kilkaset tysięcy biżuterię — zresztą będzie miał z tego tytułu słuszne kłopoty.
Fabuła rozwija się w znanym od dekad mastertonowskim stylu. Czyli: sprawnie napisane, łączące poważny horror (pani doktor) z krindżowym humorem (Harry), energiczne, co jakiś czas uroczo nonsensowne, z momentami grand guignolowego geniuszu (ksiądz odgryzający sobie wacka — ihaa!).
Przyznać trzeba, że „Infekcja" jest fajnie wymyślona na poziomie samego punktu wyjścia. Dobrze, że Misquamacusa zastąpili jego synowie (szkoda, że Harry'ego nikt nie zastąpił). Bardzo zgrabnie wprowadzony jest demon Gressil i upiorne europejskie mniszki — mamy przez to znakomite jump scary z cieniami zakonnic (mocny Valak vibe). No i specjalne kudosy za obrzydliwy, a jakże realny lęk przed zarazą roznoszoną przez pluskwy. Najlepszy horror to horror dotykający realnych lęków, a każdy się boi, że z jakichś wakacyjno-delegacyjnych hoteli wredne paskudy do domu przywiezie.
Końcowo daję 5/10 — ale może nawet za surowo? A tam, niech będzie 6/10, może nawet nieco zawyżone (bo to jednak naprawdę średniak).
Ostatnia, póki co (Graham jest wciąż w dobrej formie, aktywny i kreatywny), część sagi „Manitou" — ku pewnemu pozytywnemu zaskoczeniu lepsza, niżby się można było obawiać. Nie żeby zaraz „dobra" — co to, to nie. Już dawno wymęczona formuła i nieustannie niedogotowane pomysły Grahama nie pozwalają chwalić serii — ale przyzwoita i zabawna, zgrabnie przenosząca ducha...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-18
Najsłynniejszy tytuł polskiej grozy wszechczasów (nawet nie ma o czym dyskutować), tak naprawdę jedyny światowej klasy przyczynek polski do literatury gatunku, zbiór na wskroś oryginalnych, powiązanych ze sobą tak otoczeniem (specyficzny romantyzm otaczający kolej żelazną na początku XX wieku) jak i tematycznie (mania, obsesja ruchu i pędu, przekraczanie granic życia i śmierci). Nikt wcześniej nigdzie nie pisał w takim stylu, nie potrafił wywołać takiego nastroju, trochę rozlewnego liryzmu niczym z nokturnów Chopina, trochę mroku i osnutej mgłą (i parą z lokomotyw) tajemnicy. KAŻDY fan grozy MUSI nie tylko znać, ale posiadać w swych domowych zbiorach, ten niewielki tomik.
+
Jak wspomniałem, naczelnym tematem spinającym kolejne opowiadania “Demona Ruchu” jest szczególna obsesja kolejowa, połączenie uwielbienia dla jazdy pociągami, samej instytucji kolei, oraz fascynacji dzikim pędem, niekończącym się ruchem. Głęboka, obsesyjna miłość tkwi w sercu starego, kalekiego dróżnika, który odnawia i utrzymuje w sprawności martwy odcinek toru (“Głucha Przestrzeń”). Podobna miłość, tęsknota do jazdy pociągiem zmusza ubogiego (nie stać go na drogie bilety kolejowe) urzędnika do wysiadywania na dworcach i fantazjowania o podróżach w szeroki świat (“Wieczny Pasażer”).
Obłęd związany z ruchem wywołany przezeń, przenika myśli maszynisty (“Maszynista Grot”), pędzącego skradzioną lokomotywą na zatracenie, ten sam obłęd prowadzi do morderstwa bohaterów opowiadań “W Przedziale” czy tytułowego “Demona Ruchu” (choć tutaj mamy do czynienia raczej ze szczególną, “demoniczną" metaforą).
Granice między życiem i śmiercią, temat, który Grabiński przejął od samego E.A. Poego stanowią temat słynnego “Ślepego Toru”. Oto grupa podróżnych dobrowolne decyduje się pozostać w pędzącym na zatracenie pociągu, by poznać tajemnicę skrywaną poza granicami powszedniości. Tę samą metaforę - śmierć jako przystanek na drodze do poznania Niepoznanego, zawiera opowiadanie “Dziwna Stacja”.
Temat świadomości istniejącej poza granicami życia podejmuje również “Ultima Thule”, romantyczna opowieść o przyjaźni dwu kolejarzy “Ultima Thule”, przyjaźni, która przetrwa śmierć.
Trzecia grupa tematyczna, skupiająca uwagę Grabińskiego to kolejowe katastrofy, tragiczne i często niesamowite okoliczności do nich prowadzące. Oto kolejarz bada tzw. “Fałszywe alarmy”, nieprawdziwe informacje telegraficzne zapowiadające katastrofy na torach. Pewnego dnia jednak nadmierne zaufanie do opracowanej metody przyniesie tragiczny rezultat. W “Błędnym Pociągu” dochodzi do czołowego zderzenia składu kolejowego z widmowym pociągiem.
W pamięci fana grozy najdłużej pozostaną dwa opowiadania najlepsze w całym “Demonie Ruchu”; przewrotny, złowrogi "Smoluch" z samospełniającą się przepowiednią katastrofy, i klasyczna, bardzo zgrabna ghost story “Sygnały”, w której upiór dróżnika bezskutecznie usiłuje ostrzec żywych przed tragedią.
+
Łącząc wszystkie utwory wspólnym mianownikiem uzyskał Grabiński niezwykły efekt spójności artystycznej, powodując, że, jak to często bywa, całość jest większa od sumy części składowych. Stąd największe wrażenie robi "Demon Ruchu" czytany w wydaniach całościowych. Wszystkie teksty ujmują pięknem języka, śmiałością wyobraźni Autora i tym niezwykłym dziś romantyzmem kolejowym. Aż trudno sobie dziś wyobrazić tak niezwykłe, fantastyczne podejście do czegoś tak na pozór przyziemnego jak jazda pociągiem. Ot, wsiadamy w Pendolino i za parę godziny jesteśmy u celu. Cały "romantyzm" to czy gdzieś w polu nie staniemy i się na spotkanie nie spóźnimy....
Najsłynniejszy tytuł polskiej grozy wszechczasów (nawet nie ma o czym dyskutować), tak naprawdę jedyny światowej klasy przyczynek polski do literatury gatunku, zbiór na wskroś oryginalnych, powiązanych ze sobą tak otoczeniem (specyficzny romantyzm otaczający kolej żelazną na początku XX wieku) jak i tematycznie (mania, obsesja ruchu i pędu, przekraczanie granic życia i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-11-20
Wszyscy fani grozy znają “Zew Cthulhu”, “Widmo Nad Innsmouth” czy “Zgrozę W Dunwich”, ale jest cała masa drobniejszych, mniej znaczących opowiadań Lovecrafta, które i tak mają swe miejsce w historii gatunku, no bo to zawsze Lovecraft… Takie właśnie opowiadania, rzadziej publikowane i omawiane, zawiera zbiór C&T “Nienazwane”. Choć żeby było jasne, tutaj też jest wiele dobra, wiele radości dla fana grozy.
+
Niewątpliwie najważniejszym opowiadaniem w tomie są “Sny W Domu Wiedźmy”, zaliczane - słusznie - do lovecraftowskiego kanonu.
Młody student matematyki wprowadza się do starego, zamieszkanego przez. polskich emigrantów (czy jest gdzieś w pobliżu ICE?) domostwa. Budynek cieszy się nieszczególną sławą, kiedyś mieszkała w nim znana czarownica, Keziah Mason wraz se swym obrzydliwym familiarem Brązowym Jenkinem, wielkim szczurem o ludzkiej twarzy. Wiedźmę nawet uwięziono, ale gdy miała grzecznie czekać na proces i spalenie, ni z tego ni z owego znikła bez śladu ze swej celi.
Teraz, po stuleciach, student bada zależności między magią a wyższą matematyką, ma bowiem podejrzenia, że właśnie taka kombinacja pozwoliła Keziah pokonać bariery czasu i przestrzeni.
Wkrótce młodzieńca zaczynają prześladować koszmarne sny. W ich trakcie odnajduje zamknięte pomieszczenie w domu, w którym - w ramach swych snów - bierze udział w ponurych satanistycznych rytuałach. Ku swemu przerażeniu odkrywa, że mimo że w nocy nie opuszcza swego pokoju, faktycznie bierze udział w jakichś nocnych wędrówkach.
Niedługo w sąsiedztwie niknie bez śladu porwane z kołyski niemowlę, w kolejnym koszmarze student widzi, jak dzieciak ma być złożony w ofierze Szatanowi….
Michel Houllebecque (znany fan twórczości Lovecrafta) nazywa “Sny” “nieudanym wielkim opowiadaniem” i to jest dobra ocena. Bo chwilami konstrukcyjnie nie wszystko tu się spina, brak też historii kosmicznego rozmachu największych dzieł Old Genta, niemniej to i tak jest superklasyk, wyróżniający się dusznym, mrocznym klimatem i atmosferą fatalizmu, złego losu wiszącego nad nieszczęsnym studentem.
Historia była kilka razy ekranizowana - że wspomnę (mocno zmienioną) “Curse Of The Crimson Altar” (zamiast szpetnej staruchy mamy tutaj piękną Barbarę Steele), włoski film nowelowy Ivana Zuccona “Shunned House” (Sny są jedną tam z opowieści) czy najlepszą adaptację - telewizyjną, zrealizowaną przez Stuarta (Re-Animator) Gordona w ramach seri “mistrzowie grozy”. Ciekawostką dla, zwłaszcza polskich, czytelników będzie też fakt, że znana powieść Grahama Mastetrona “Drapieżcy” to swoisty sequel do “Snów” (poznajemy w nim dalsze losy Keziah Mason i Brown Jenkina).
Drugi hicior to “Przyczajona Groza”, jeden z najbardziej pulpowych, przez to przygodowo-energicznych opowiadań w dorobku Lovecrafta.
Położony na szczycie Burzowej Góry stary Dom Martensów “jest przedmiotem opowieści o dzikiej, monstrualnej i pełzającej śmierci”; w okolicy giną bez śladu (bądź też znajdowani są pogryzieni i poszarpani na kawałki) samotni wędrowcy, ślady krwi wiodą do ponurego domostwa. Szczególnie niebezpiecznie jest w trakcie letnich burz - błyskawice zdają się nieść ze sobą śmierć.
Dzisiejsi fani rozpoznają vibe “amerykańskiego gotyku” spod znaku “Wzgórza Mają Oczy” i innych temu podobnych opowieści. Nic dziwnego, że historia była kilka razy filmowana, żadna jednak z ekranizacji nie zasługuje na zapamiętanie.
Filmowy trop wiedzie też do innych opowiadań zbioru. From Beyond to prawie pozbawiona fabuły miniatura, opis doświadczenia laboratoryjnego, w wyniku którego za pomocą użycia specjalnego spektrum (Ultravioletu) oczom badaczy ukazują się otaczające nas na codzień niewidoczne i niewyczuwalne zwykłymi zmysłami okropieństwa. Stuart Gordon, w rok po przebojowym “Re-Animatorze” zamienił je w mocno pulpowy i perwersyjny film, utrzymany w krzykliwej estetyce VHSowej “złotej ery“.
Podobnie jest i z tytułowym “Nienazwanym” (Unnamable). Pokój na strychu starego domostwa, w którym zamknięty jest, stanowiący Rodzinny Sekret, potwór…- ta miniaturka grozowa nie tyko została przeniesiona na ekran ale nawet doczekała się kontynuacji!
Z filmowych tropów warto jeszcze zwrócić uwagę na “Straszliwego Starca”, bo bardzo przypomina on kinowy przebój Fede Alvareza “Don’t Breathe”. Punkt wyjścia jest taki sam - grupka bandziorów włamuje się do domu zamożnego samotnego staruszka w nadziei na łatwy łup, ale w środku czeka ich naprawdę Twardy Orzech Do Zgryzienia. Wprawdzie film podąża tropem zabójczej sprawności mieszkańca, opowiadanie Lovecrafta ma inny, bardziej weirdowy pomysł, ale efekt końcowy dość podobny.
“Za Ścianą Snu” to bardziej sf niż horror. W ciele prostego amerykańskiego górala przebywa kosmiczny byt, który na granicy snu i jawy daje o sobie znać dziwnymi wizjami. “Przemiana Juana Romero” opowiada losy dwu górników w kopalni złota, w której z głębokiej, bezdennej szczeliny wydobywa się rytmiczne bicie/skandowanie.
Wśród innych opowiadań warto wspomnieć również również “Koty Ultharu”, takie fantasy w stylu gaimanowskim (prześladowane przez parę upiornych mieszkańców koty biorą srogi odwet), zgrabna makabreska “W Grobowcu” (pewien nadmiernie chytry grabarz zmuszony do spędzenia nocy w tytułowym grobowcu) i dość znany “Hypnos” - (opis narkotycznych podróży bohatera poza granice ludzkiego poznania).
Trzy mało istotne kolaboracje z innymi autorami, “Ekshumacja”, “Dwie Czarne Butelki” i “Nocny Ocean” wypadają z pamięci niemal natychmiast po lekturze, więc i nie ma co im za dużo czasu poświęcać.
Zdanie podsumowania. “Nienazwane” można nazwać “okruchami ze stołu pańskiego”. Opowiadania w swej większości są mniej znane, mniej ważne w dorobku HPL, to nie one go unieśmiertelniły. Siega po nie najczęściej fan, który po Cthulhu, Dagonie czy Kolorze chcę więcej Old Genta, a jeszcze nie jest na tyle zdesperowany, żeby czytać pastisze Augusta Derletha czy współczesne fanfiki. Dla samych “Snów W Domu Wiedźmy” totalnie warto, a i “Przyczajona Groza” ma prawo się podobać.
Wszyscy fani grozy znają “Zew Cthulhu”, “Widmo Nad Innsmouth” czy “Zgrozę W Dunwich”, ale jest cała masa drobniejszych, mniej znaczących opowiadań Lovecrafta, które i tak mają swe miejsce w historii gatunku, no bo to zawsze Lovecraft… Takie właśnie opowiadania, rzadziej publikowane i omawiane, zawiera zbiór C&T “Nienazwane”. Choć żeby było jasne, tutaj też jest wiele dobra,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-23
“Człowiek Z Dymu” budzi trochę mieszane uczucia…bo tak, z jednej strony to jest porządny, nieźle wymyślony i dobrze napisany thriller, z drugiej jednak małe rozczarowanie, bo i człowiek się nieco więcej merytorycznie spodziewał, jakiegoś fabularnego “wow” (a to jest “tylko” taka rzetelna, rzetelnie opowiedziana historia) i nieco więcej mroku. Alex North od czasów “Szeptacza” i “W Cieniu Zła” sytuowany był na pograniczu pomiędzy mrocznym thrillerem a horrorem, tymczasem “Człowiek Z Dymu” to, plain&simple, zwykły kryminał.
+
Bohater zostaje wezwany na rodzinną wyspę (trudno umiejscowić akcję “Człowieka”, North to Anglik z Leeds, ale powieść ma wyraźny amerykański vibe, nadto w pewnym momencie pada nazwa Cleveland; z tym, że Cleveland leży nad Erie - wielkim JEZIOREM (lake) tymczasem w powieści mowa jest o “morzu”) w związku z tajemniczym zaginięciem jego samotnie mieszkającego ojca. Odnaleziono tylko jego pusty samochód nad stromym nadmorskim klifem i kopertę adresowaną do syna. Wszystko wskazuje na samobójstwo.
Okazuje się jednak, że tuż przed zniknięciem ojciec odnalazł w trakcie spaceru po wyspie zwłoki zamordowanej kobiety. Jako były policjant rozpoczął coś w rodzaju własnego śledztwa a pozostawiona synowi koperta nie zawiera, zamiast spodziewanego listu samobójcy, wskazówki dotyczące podjęcia tropu.
Syn kierując się nimi wkrótce ze zgrozą konstatuje, że ostatnia sprawa taty ma jakiś związek z traumą sprzed lat. W jego dzieciństwie doszło do niezwykłego zdarzenia. Całą rodziną zatrzymali się na przygodnej stacji benzynowej. Tam, w toalecie chłopiec spotkał seryjnego mordercę dzieci wraz z jedną z jego ofiar. Dzieciak tak bardzo się wystraszył, że wybiegł z łazienki bez słowa; latami dręczy go poczucie winy, poczucie, że mógł powstrzymać zbrodniarza, gdyby tyko komuś opowiedział o spotkaniu.
Wkrótce zwójki zaczynają się mnożyć; za każdym razem zamordowana okrutnie ofiara ma coś wspólnego z przeklętą stacją benzynową i ze spotkaniem sprzed lat….
+
Zacznijmy od dobrego. North pisze znakomicie, powieść dosłownie sama się czyta, przez strony mknie się lekko i z entuzjazmem, aż się chce więcej. Fabuła prowadzona jest precyzyjnie, energicznie, wszystko się pięknie zgadza i zapina.
Postaci zarysowane są dość grubą kreską, ale przyciągają uwagę czytelnika, wzbudzają sympatię. Mamy ciekawego, nieoczywistego bohatera, równie ciekawego, ukazywanego we flashbackach ojca, jest nawet zgrabny wątek quasi-romantyczny.
Od strony formalnej ciekawym zabiegiem są dyskusje prowadzone przez bohatera, zawodowego psychiatrę, z własną podświadomością, przybierającą postać a to zaginionego ojca, a to mordercy. Fajne, dobrze, przekonująco opisane.
No i wreszcie istota powieści - zagadka kryminalna jest dobrze wymyślona i poprowadzona. Czy faktycznie powrócił morderca seryjniak sprzed lat? A może nie? Może to kto inny? Początkowe obawy przed ściganiem upiornego dziadka (no bo po tych wszystkich latach killer musiałby być już nieco leciwy) zostają rozwiane za pomocą bardzo zgrabnego twista Ale to by było za łatwo! North zatem twistuje tę historię jeszcze raz!
No i to może jest “a bridge too far”? Mam wrażenie ten końcowy twist osłabia efekt… Nie, nie, cały czas nie ma się do czego przyczepić. Fajny, efektowny i mocny pomysł, jest dobrze poprowadzony i wykręcony. Ale tak trochę zwyczajnie, przyziemnie… Jak sobie człowiek przypomni tych “lager that life” Złoli Thomasa Harrisa, “Zębową Wróżkę”, “Buffallo Billa” czy Hannibala Lectera to zwyczajność historii “Człowieka Z Dymu” rozczarowuje. Zamiast mroków psychiki, zamiast borderline z horrorem mamy - miniSPOJLER - zwykłą kryminalną historię “zemsty”.
Dobrze się czytało, jak kto szuka dobrze napisanego kryminału to warte polecenia, ale wartość grozowa jest praktycznie non-existent, więc fani horroru mogą być rozczarowani A już tak ogólnie, to dość ulotna lektura, taka rozrywka do dość szybkiego zapomnienia. Czytałem głównie z uwagi na formalne podobieństwo z serią Muzo-Akuratowego horroru, ale niesłusznie. To zupełnie inna para kaloszy, raczej dla miłośników logicznych, “skandynawskich-like” thrillerów kryminalnych. A nawet w tym gatunku żadne to nadzwyczajności, ot, taki “chleb powszedni”.
“Człowiek Z Dymu” budzi trochę mieszane uczucia…bo tak, z jednej strony to jest porządny, nieźle wymyślony i dobrze napisany thriller, z drugiej jednak małe rozczarowanie, bo i człowiek się nieco więcej merytorycznie spodziewał, jakiegoś fabularnego “wow” (a to jest “tylko” taka rzetelna, rzetelnie opowiedziana historia) i nieco więcej mroku. Alex North od czasów...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-15
Całkiem niezła, sprytnie wymyślona i zgrabnie poprowadzona (no, finał jest zwyczajowo słaby) wampiryczna powieść Grahama Mastertona, tyle, że niepotrzebnie i niezbyt przekonująco włączona przez niego do cyklu Manitou.
+
W Nowym Jorku rozprzestrzenia się jak ogień śmiertelna choroba. U zarażonych rozwija się wrażliwość na światło słoneczne i nieopanowana żądza picia ludzkiej krwi. By zaspokoić pragnienie gotowi są oni do najgorszych zbrodni, potrafią poderżnąć gardło sąsiadowi, żonie czy nawet własnym dzieciom. W ostatnim etapie ludzie konwulsyjnie wymiotują wypitą krwią, po czym następuje śmierć.
Ale ta śmierć nie kończy sprawy, po niej zainfekowani wracają do nie/życia i przemieniają się w tzw. “bladych”, w wampiry, zwane z rumuńska “strigoi” (tak, mamy w tle rumuńskiego wampira). Potrafią oni wspinać się po pionowych ścianach, przechodzą przez lustra (“srebrne drzwi”) i rozsiewają dalej zarazę.
Już po kilku dniach Nowy Jork staje się scenerią post-apokaliptycznej zagłady. Życie praktycznie zamiera, ludzie zamykają się w domach, nad miastem snują się dymy pożarów, a na opustoszałych, pokrytych trupami ulicach grasują w poszukiwaniu kolejnych ofiar bandy strigoi.
Naprzeciw zła stanie drużyna, w której skład wchodzą zarażony wampiryzmem lekarz, przygodny żołnierz, córka rumuńskiego demonologa znająca tematykę wampiryczną i…. dobrze nam znany (z poprzednich tomów cyklu Manitou) “wróżbita” szarlatan Harry Erskine. Odkryją oni, że za epidemią stoi szczególny ArcyWampir, rozsiewca zarazy, tzw. “svarkolaci”, który sterowany jest z kolei w swych działaniach przez jeszcze Innego Szatana…
+
Po bardzo rozczarowującym “Duchu Zagłady”, czwarta część, “Krew Manitou” przynosi zaskakujące odświeżenie serii. a to głównie z uwagi na efektowny, przypominający nieco “Pragnienie” Roberta McCammona pomysł główny - prastarego rumuńskiego wampira, który rozsiewa w Nowym Jorku epidemię wampiryzmu. Szczególnie dobrze wypada to w dobrze, z nerwem poprowadzonym wątku szpitalnym - w którym jeden z bohaterów lekarz konfrontuje się z nieznaną, śmiertelną chorobą, następnie jest atakowany przez wampira i, w końcu, z usiłuje walczyć z rozwijająca się w nim żądzą krwi.
W ogóle cała apokalipsa jest fajnie opisana, pełna udanych zagrań i patentów fabularnych. Złowrogie “strigoi” pełzające po murach, wampiry przechodzące lustrami
Niestety, Masterton, zamiast pociągnąć tego zgrabnego stand-alona postanowił włączyć go do sagi o złowrogim indiańskim czarowniku Misquamacusie usiłującym po raz kolejny dokonać zemsty i wymordować wszystkich białych najeźdźców. I to połączenie jest mało przekonujące. Już pomijam bajdurzenia, jak to duch Misquamacusa wszedł w konszachty z Wampirem, ale ponownie w centrum wydarzeń pojawia się niezmiennie irytujący fejk-medium i geninę hochsztapler Harry Erskine, ten James Bond grahamkowego uniwersum (czas się faceta normalnie nie ima, od 30 lat ma ok. 35 lat). Ponownie przynosi on ze sobą wątpliwej jakości poczucie humoru i ponownie (już pomału niesmaczne)wątpliwej jakości wątki erotyczne (tak, w pewnym momencie do walki z mocami ciemności trzeba będzie użyć magii rytualnego seksu a ochoczym celebrantem będzie jurny Harry).
No i, charakterystycznie dla Mastertona, jeszcze raz finał powieści jest nieudany, jak taki mokry kapiszon. Niemniej książka jest zaskakująco udana, chyba najlepsza z wszystkich kontynuacji, fani złotej ery (mimo że powieść już z XXI wieku) będą zadowoleni.
Całkiem niezła, sprytnie wymyślona i zgrabnie poprowadzona (no, finał jest zwyczajowo słaby) wampiryczna powieść Grahama Mastertona, tyle, że niepotrzebnie i niezbyt przekonująco włączona przez niego do cyklu Manitou.
+
W Nowym Jorku rozprzestrzenia się jak ogień śmiertelna choroba. U zarażonych rozwija się wrażliwość na światło słoneczne i nieopanowana żądza picia...
2026-02-15
Oj nie tak miało to być….coś, co w założeniu zapowiadało się bardzo, bardzo obiecująco, w ostateczności mocno rozczarowało. Teoretycznie to nie miało prawa się nie udać, horror osadzony w realiach mego ukochanego rodzinnego Górnego Śląska wydawał się aż nadmiarem szczęścia, no ale jednak się nie spodobało , nawet bardzo się nie spodobało. Choć efektowny, twistowy finał niesie nieco nadziei na przyszłość….
+
Katowice, górnicze osiedle Hasi (po śląsku “hasie”), położone w pobliżu opuszczonej kopalni o tej samej nazwie (nazwa “Hasie” na kopalnię??? “Kleofas”, “Wujek”, “Piast”, “Ziemowit”, to ok, ale kto nazwałby kopalnię “hasiem”? No nie Ślązak, Ślązak kopalnię-żywicielkę nazwie z szacunkiem). Trzy domy (dosłownie) i brudne podwórko między nimi. Mieszka tam garstka ludzi, wśród nich wiecznie awanturująca się kłótliwa baba, emeryt górniczy pędzający całe dnie na placu i sączący tanie piwo, a także starsza, poważnie chorująca na cukrzycę (właśnie straciła stopę) kobieta. Jej bratanica, Alicja zaczyna odwiedzać Hasi by pomagać chorej, niesprawnej ciotce.
Alicja zapoznaje kilkoro młodych lokalesów, z którymi zaczyna spędzać wolny czas. Roztacza też trochę siostrzaną a trochę matczyna opiekę nad małą, 7 letnią Leną, która spędza prawie cały czas sama na podwórku, zaniedbywana przez alkoholika ojca, samotnie wychowującego dziecko.
Sielankowa górnośląska atmosfera zaczyna z biegiem czasu się zagęszczać. Wieczorami i nocami pod oknami Hasi słychać maszerujące grupy. To “wycieruchy”; miejscowi próbują uspokajać że to zwykłe lumpy łażące bez celu, ale Alicja obawia się że to coś więcej…
W opuszczonej kopalni ginie bez śladu grupka urbexowych poszukiwaczy rozrywki, wkrótce znika również zmierzła sąsiadka a po niej do grona zaginionych dołącza ojciec Leny. Ostatecznym impulsem jest porwanie dziewczynki.
Młodzi decydują się, by coś z tym zrobić. Ich śledztwo ujawnia tajemnice wiążące się z osiedlem i otaczające opuszczony teren kopalni. Badacze dzielą się na dwie grupy, jedna uda się do Domu Spokojnej Starości wysłuchać opowieści pewnego weterana górniczego, druga, nie tracąc czasu, wyrusza wgłąb kopalni Hasi…
+
Hasi ma na szczęście, swoje zalety (i nie myślę tu o zjawiskowo pięknym wydaniu), bez nich bowiem zakończyłbym lekturę wściekły na stracony czas, a tak, to, mimo rozczarowania, czekam, zaciekawiony, zapowiedzianej drugiej części.
Najgorzej wspominam samą lekturę, proces czytania. Wiem, książka ma mnóstwo bardzo entuzjastycznych recenzji, zatem jestem w zdecydowanej mniejszości, ale, nie wiem o co kaman, czytało mi się to OKROPNIE. Męczyłem dosłownie każdy akapit i podczas lektury potężnie walczyłem ze sobą, żeby nie zrobić DNF i nie rzucić książki w kąt. Tylko ośli upór (skoro zacząłem to MUSZĘ skończyć) mną kierował. Coś mi nie pasowało w samym rytmie czytania, w kolejnych zdaniach, akapitach. Nie tylko autorce ale i (jak grubo to grubo) redaktorkom kamyk do ogródka w ten sposób wrzucam, ale na etapie narracji, warsztatu “Hasi” nie funguje, nie działa. Pojedyncze ładne zdania nie sklejają się ze soba, prowadzą w różnych kierunkach, “hamują” wręcz oczy przy czytaniu.
Niezbyt angażujący są również główni bohaterowie, choć tutaj wraz z kolejnymi stronami sytuacja ulegała poprawie, i coraz bardziej można było się wciągnąć w ten świat i zacząć współprzeżywać ich przygody.
Bardzo długo nie potrafiła też przekonać do siebie sama fabuła, pomysł na książkę. Nazwać “Hasi” slow-burnerem to nic nie powiedzieć. Przez pierwsze 300 (z 400!) stron praktycznie nic się nie dzieje, drobne nutki niesamowitości są ledwo dostrzegalne, toną w lepkiej masie obyczajowej opowieści. Gadu gadu, pitu pitu, młodzi piją herbatę, starsi jedzą kołocz i wspominają dawne czasy, czasem pod oknami słychać szurające buty, czasem ktoś jakąś klechdę ludową opowie, ale generalnie podwiewa nudą (jak dodać ten męczący styl to każde spojrzenie na leżącą na szafce książkę powodowało ciężkie westchnienie).
Trudno też było bez zdumienia czytać opisy przygód toczących się w kopalni. Sam nie jestem z górniczej rodziny, ale mam pełną świadomość tego, że węgiel jest w naszych kopalniach pieronowo głęboko (600, 800 m pod powierzchnią ziemi) i trudno było mi podczas lektury zrozumieć sceny, w których bohaterowie wchodzą sobie z buta do tej kopalni jak do jakiejś przyblokowej piwniczki.
I do tego absolutnie upiorna “śląsko godka”. Akcja “Hasi” dzieje się w samym sercu robotniczego, górniczego Górnego Śląska (na oko między Katowicami a Chorzowem). Sporo bohaterów (głównie starszych) ma, teoretycznie, godać po ślunsku. Ale właśnie zamiast richtig godać, oni “gadajom” (celowo tak napisałem) jakąś upiorną nowo-mową, mieszaniną przypadkowych słów śląskich, ludowej wiejskiej polszczyzny i języka literackiego. To się czyta naprawdę koszmarnie. Autorka mając świadomość niebezpiecznego terytorium usiłuje tę bombę rozbroić w posłowiu i broni swej decyzji o wygenerowaniu szczególnej “gwary” mającej z jednej strony oddać odrębność Ślązaków a z drugiej być zrozumiałą dla Polaków, ale wyszło bardzo nieprzekonująco. Już nie mówię o hardcorowym ślązaczeniu, wystarczyłoby taką “ligoniową” (od Stanisława Ligonia) “śląsko-polszczyzną” operować, trochę jak Gustlik w Czterech Pancernych.
Temat jest tym bardziej bolesny, bo akurat państwo polskie po raz kolejny odmówiło uznania śląskiej godki za język regionalny (w zamian za to oferując jakiś “etnolekt języka polskiego” cokolwiek by to miało znaczyć).
Naprawdę, nie trzeba było brnąć w ten śląski, historia broniłaby się (albo i nie) także spisana po polsku, ale jak już wejść w ten temat, to wypadałoby to zrobić dobrze. Jest sporo śląskich autorów, działaczy, aktywistów, fanów, którzy gotowi byliby, nawet w czynie społecznym, pomóc w takich dialogach (po prowdzie somechse w gowie te godki po naszymu ukłodoł, coby chycić trocha sztimungu).
Teraz to co dobre. Główny pomysł bardzo długo nie był przekonujący. Nie dość, że się prawie nic nie działo, to jeszcze idea “zombiaków” włóczących się nocami po górniczym osiedlu nie wydawała się zbyt atrakcyjna. ALE (wszystko co przed “ale” jest g… warte, c’nie?), na koniec Beata Skrzypczak dowiozła. Finał, pełen akcji i świetnych twistów (pal sześć, że, co do głównego kierunku, dużo wcześniej przewidywalnych, no ale jednak), a do tego mroczne, depresyjne zakończenie, sporo nadrobiło. Wprawdzie nie było ono, we mojej ocenie, zbyt sensowne, ale dobry horror wcale nie musi być bardzo logiczny czy pospinany fabularnie. Ma zaskoczyć, spowodować dyskomfort i takie uczucie “ale to jest fajnie zakręcone”. I tak właśnie zaskakuje zakończeniem “Hasi”. To ten dobry finał powoduje, że mimo strasznego narzekania czekam na (zapowiedzianą) kontynuację i liczę, że będzie lepsza (liczę, że nie będą to “kolejne przygody” poznanej ekipy, ona się w końcu mocno “zgrała”, c’nie? (#kmwtw), tylko świeży górnośląski horror z folkową tematyką w tle).
Nie mówię, Hasi zbiera znakomite oceny, bardzo wielu fanom bardzo się podoba, więc na pewno każdy fan grozy powinien takiemu przebojowi dać szansę, ale z mojej perspektywy - mimo dobrego zakończenia, nie spodobało się. I nie będę uciekał w tricki rodzaju “widocznie to nie dla mnie”. Śląski horror, śląski klimat, śląskie bajdy i gatunkowa groza to tematyka jak najbardziej dla mnie, jestem wymarzonym target audience dla takich książek. Wystarczyłoby, żeby nie była dla mnie rozczarowaniem, a jużbym klaskaniem miał obrzękłe prawice. No ale nie mam, niestety…
PS.
3/10 to bardzo surowa ocena, ale ona nie ma stanowić mojej próby “obiektywnego” oszacowania wartości książki a wyrazić subiektywne odczucie podczas lektury. A większość czasu męczyłem się okrutnie…
Oj nie tak miało to być….coś, co w założeniu zapowiadało się bardzo, bardzo obiecująco, w ostateczności mocno rozczarowało. Teoretycznie to nie miało prawa się nie udać, horror osadzony w realiach mego ukochanego rodzinnego Górnego Śląska wydawał się aż nadmiarem szczęścia, no ale jednak się nie spodobało , nawet bardzo się nie spodobało. Choć efektowny, twistowy finał...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-12
Państwowy Instytut Wydawniczy (PIW), kontynuując swoją prestiżową serię „Opowieści Niesamowite”, zdecydował się w dziewiątym tomie cyklu na wizytę w Japonii. Warto wspomnieć, że w ramach serii (która swe początki ma jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, w PRL-u) w roku 1986 wydana została „Ballada o Narayamie”, prezentująca japońskie opowiadania grozy. Nowa edycja (2025) to jednak coś znacznie więcej niż tylko „odświeżona wersja”. W zbiorze znalazło się 21 historii, które ukazują całe spektrum stylów – od onirycznych miniatur po rozbudowane studia obłędu. Jedynie sześć tekstów powtarza się z wydaniem z 1986 roku, co oznacza, że aż 15 opowiadań stanowi dla polskiego czytelnika nowość.
Co ciekawe, nowy tom rezygnuje z wielu tekstów opierających się na tradycyjnym folklorze (m.in. Koizumiego Yakumo czy Lafcadio Hearna o duchach i potworach) na rzecz tekstów bardziej abstrakcyjnych i modernistycznych. To sygnał, że seria „Opowieści Niesamowite” ewoluuje w stronę literatury typu weird fiction, gdzie źródłem lęku jest nie tyle element gatunkowy (zjawa, potwór), co pęknięcie w samej strukturze rzeczywistości. Przez to nowe wydanie przesuwa ciężar z dominującego w „Balladzie” folkloru w stronę weird fiction i body horroru. W dziewiątym tomie serii PIW czytelnik odnajdzie zupełnie inną strategię budowania napięcia. Tu groza schowana jest w detalu – w cieniu rzucanym przez przesuwną ścianę, w nienaturalnym ruchu stopy czy w ciszy, która nagle okazuje się mieć swoją wagę. To właśnie ta „mikro-groza”, operująca na styku jawy i snu, stanowi o sile antologii.
Wybór autorów to zbiór „gwiazd”, które ukształtowały nowoczesną literaturę japońską. Wśród nich znajdują się zarówno nobliści (Kawabata, Ōe), jak i twórcy kultowi dla gatunków takich jak kryminał czy surrealizm (Edogawa Ranpo, Abe Kōbō).
Omówienie zacznę od Ryūnosuke Akutagawy, autora najbardziej znanego z „Rashōmona” (genialnie zekranizowanego przez Akirę Kurosawę). Jego opowiadania są absolutnie weirdowe, niepokojące, balansujące na granicy realnego i Tajemnicy. W mrocznym „Piekieł wizerunku niezwykłym” mamy dwie przecinające się linie. Jedna to sama fabuła – ponura historia samurajska à la Rigoletto (można sobie też przypomnieć wspaniały film Masakiego Kobayashiego „Bunt”), gdzie mamy wielkiego pana, słynnego malarza i jego jedyną córkę, której tenże pan czyni niedwuznaczne propozycje. Druga warstwa to zagadnienie moralne; pytanie, ile można poświęcić dla sztuki (przypomnijmy sobie „Portret owalny” Poego). Całość prowadzi do wstrząsającej kulminacji – spalenia powozu z żywą kobietą w środku, aby artysta mógł uchwycić autentyczne cierpienie. To studium obsesji, w którym estetyka wygrywa z etyką, pozostawiając czytelnika z pytaniem o cenę arcydzieła. Bardzo, bardzo niepokojące.
Równie balansujące na granicy, grające w ciuciubabkę z oczekiwaniami czytelnika, jest „Niezwykłe spotkanie”, w którym konkubina japońskiego żołnierza popada stopniowo w szaleństwo, wspominając swego zmarłego ukochanego, powracającego do niej (?) pod postacią pieska. I jeszcze „Park Asakusa – pewien scenariusz”, eksperymentalny utwór stanowiący zbiór literackich storyboardów do nieistniejącego filmu. Akutagawa stosuje techniki filmowe, dzieląc narrację na serię krótkich migawek i bawi się tą formą, by wywołać u czytelnika poczucie dezorientacji, tworząc w ten sposób oniryczny portret tokijskiej dzielnicy rozrywki, gdzie w tłumie przechodniów czai się coś nieuchwytnego i groźnego.
Kolejnym ciekawym autorem jest Jun’ichirō Tanizaki. Jego „Tatuaż” to modernistyczne opowiadanie łączące piękno z okrucieństwem. Sadystyczny tatuażysta, lubujący się w zadawaniu cierpienia swym klientom, porywa piękną kurtyzanę i uśpionej tatuuje na plecach zabójczego pająka, przelewając w ten obraz swą mroczną duszę. Kobieta, dobrowolnie przyjmująca cierpienie, stanie się w ten sposób – niczym Alrauna Ewersa czy Helen Vaughan Machena – femme fatale doprowadzającą mężczyzn do upadku. Najlepszym opowiadaniem Tanizakiego jest jednak „Szkaradne oblicze” – znakomita historia o zagubionym filmie, który można opisać jako „horror romantyczny”. Tragicznie zmarły, brzydki żebrak nawiedza po swej samobójczej śmierci okrutną kurtyzanę pod postacią... narośli na kolanie (kto pamięta „Nocny film” Marishy Pessl, poczuje podobny vibe). I wreszcie „Królestwo w miniaturze”, opisujące dziwną władzę, jaką nad kolegami z klasy roztacza pewien uczeń. Pokazuje ono, jak ta charyzma sięga aż do świata dorosłych. Brak tu może elementu gatunkowej grozy, ale klimat jest efektownie niepokojący, a całość wieńczy świetny finał.
Włączenie do antologii Abe Kōbō, nazywanego często „japońskim Kafką”, jest jednym z najmocniejszych punktów dziewiątego tomu. Abe wprowadza do zbioru element surrealistycznej paranoi i egzystencjalnej pustki. „Zaczarowana kreda” to z pozoru prosta opowieść o przedmiocie materializującym narysowane rzeczy (pamiętacie „Zaczarowany ołówek”?), która szybko zmienia się w groteskowy koszmar o granicach rzeczywistości. Jednak to „Śmierć bez związku” najlepiej oddaje unikalny styl autora. Historia człowieka, który we własnym mieszkaniu znajduje trupa nieznajomego, jest poprowadzona w sposób flegmatyczny, niemal biurokratyczny, przypominający Józefa K. z „Procesu” Kafki. Bohater usiłuje wymyślić sposób na odsunięcie od siebie podejrzeń, godzinami planuje, gdzie podrzucić ciało, a wraz z upływającym czasem, kolejnymi decyzjami i czynami, tylko zwiększa podejrzenia. Ta „groza codzienności”, w której najbardziej przerażające jest nie samo morderstwo, lecz brak jakiejkolwiek emocjonalnej reakcji i zagubienie w hipotezach, stanowi o sile prozy Abe. Czytelnik czuje się tu jak w labiryncie, z którego nie ma wyjścia... Znakomite.
Niestety, mamy też u Abe jeden zonk. To długi, mętny i nudny „Jenot z Wieży Babel”. Bohater, tracąc swój cień, który został... zjedzony przez... jenota (sic!), staje się niewidzialny (to, trochę wellsowskie rozwiązanie, jest nawet początkowo OK), po czym na latającej trumnie (sic! sic!) udaje się do pozawymiarowej „Wieży Babel”, a tam, zamienione w jenoty (sic! sic! sic!), czekają na niego wielkie postaci kultury światowej. Ueeee, jakieś mało jasne odniesienia do kultury, jakieś nieistotne dzisiaj przekomarzania z surrealizmem – tak wygląda literatura „zestarzała”. Mocno „przeliteraturowane”.
„Aguii, zjawa z nieba” autorstwa Kenzaburō Ōe to utwór eksplorujący granicę między zdrowiem psychicznym a szaleństwem. Motyw niewidocznej dla otoczenia zjawy, która towarzyszy bohaterowi, służy tu jako metafora traumy i niemożności ucieczki przed przeszłością. Yukio Mishima natomiast w opowiadaniu „Śmierć w środku lata” w typowy dla siebie sposób łączy piękno przyrody z brutalnością losu. Niesamowitość nie wynika tu z ingerencji sił nadprzyrodzonych, lecz z przerażającej obojętności natury wobec ludzkiej tragedii. Dwoje dzieci i ich ciocia-opiekunka giną tragicznie podczas letnich wakacji nad morzem. Rodzice muszą zmierzyć się z tragedią... Niestety wraz z kolejnymi stronami niknie początkowy impet, historia grzęźnie i zmierza trochę donikąd, do konstatacji, że „trzeba żyć dalej”.
Nurt folk horroru reprezentuje w zbiorze twórczość Kyōki Izumiego. W „Świątobliwym bonzie z góry Kōya” samotna, zalotna kobieta mieszkająca w położonym na uboczu domku przyjmuje zbłąkanych wędrowców. Biada im jednak, kiedy odpowiedzą na jej wdzięki... Naszego bonzę ratują nie tyle surowe zasady moralne (też wpada w sidła pięknej nieznajomej), co raczej żelazna wola pozwalająca na końcu wygrać pojedynek z demonem. Z kolei „Potwory z morza” traktują o demonach prześladujących rybaków podczas połowów. Zaskakujący jest tragiczny finał opowieści.
Pewnym rozczarowaniem są opowiadania Yasunari Kawabaty. Może i ma on Nobla, ale gatunkowo zbyt wiele w jego miniaturowych tekstach nie ma; są to bardziej impresje, ulotne wrażenia (takie trochę większe haiku) niż konkretne fabuły. W „Oshin Jizō” mamy pożądanie, jakie w mężczyźnie obudziła przypadkowo poznana dziewczyna, i przemijanie urody (jak spadający kasztan). Podobnie niesubstancjalne są „Białe buty” – aż trudno jakąkolwiek nić złapać. „Pieśń liryczna”, mimo że początkowo wydaje się zupełną enigmą, stopniowo ukazuje wyłaniającą się z gąszczu oderwanych myśli nutę przewodnią: tęsknotę za zmarłym kochankiem.
Edogawa Ranpo to pseudonim (japoński zapis „Edgar Allan Poe”), co wyraźnie wskazuje na gatunkowe inspiracje i fascynacje autora. Jego „Dwóch kalekich mężczyzn” to mocno twistowa historia kryminalna sprzed lat – opowieść o somnambulizmie, morderstwie i spisku.
No i na koniec zgrabnie twistowa opowieść Yumiko Kurahashi („Kobieta z latającą głową”), kładąca nacisk na fizyczność i body horror. Bohater zakochuje się w pięknej dziewczynie, nocami wkrada się do jej sypialni z podglądackimi zamiarami, a tam odkrywa jej mroczną tajemnicę... Motyw latającej głowy u Kurahashi to z jednej strony nawiązanie do tradycyjnych demonów rokurokubi (znanych chociażby z „Kwaidanu” Lafcadio Hearna), z drugiej – nowoczesna, makabryczna opowieść o tożsamości i erotyce.
Cykl antologii „narodowych” PIW to projekt ambitny, koncentrujący się bardziej na literaturze przez duże „L”, „bezprzymiotnikowej”, niż na gatunkowych, pulpowych atrakcjach. Zamiast prostej rozrywki stara się odnaleźć element niesamowitości w twórczości autorów najbardziej znanych, mainstreamowych i reprezentatywnych dla danej kultury. Nie inaczej jest z opowieściami japońskimi. Ta antologia to jakby portal do świata klasycznej literatury japońskiej, bardziej polecany miłośnikom kultury Dalekiego Wschodu niż zaciętym horrorowym die-hardom. Niemniej dla fanów rasowego weirdu – lektura OBOWIĄZKOWA!
Państwowy Instytut Wydawniczy (PIW), kontynuując swoją prestiżową serię „Opowieści Niesamowite”, zdecydował się w dziewiątym tomie cyklu na wizytę w Japonii. Warto wspomnieć, że w ramach serii (która swe początki ma jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, w PRL-u) w roku 1986 wydana została „Ballada o Narayamie”, prezentująca japońskie opowiadania grozy. Nowa edycja (2025) to...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-06-28
Joe Abercrombie po raz kolejny bierze na warsztat klasyczne schematy fantasy i mieli je na drobne kawałki. W „Kłopotliwym Pokoju” udowadnia, że w jego świecie jedyną stałą jest niepewność, a każda próba przewidzenia finału zazwyczaj kończy się spektakularną porażką czytelnika.
+
Fabuła tej ośmiusetstronicowej kobyły jest skonstruowana z bezwzględna precyzją. Choć wątków jest mnóstwo, a akcja przeskakuje między duszno-smrodliwą Aduą, mroźną Północą a prowincjonalnym Anglandem, całość bardzo prosto, wręcz liniowo, prowadzi w stronę finałowej konfrontacji - wielkiej bitwy pod Stoffenbeck.
Z jednej strony mamy Leo dan Brocka – „Młodego Lwa”, który wygląda, mówi i bije się jak żywcem wyjęty z rycerskich eposów ideał bohatera. Z drugiej – Orso, króla z przypadku, którego niemal każdy (łącznie z czytelnikiem) zdążył już spisać na straty jako pijanego lenia i degenerata. Obserwujemy fascynujący, wielowątkowy wyścig zbrojeń i lojalności. Podczas gdy Leo z łatwością gromadzi wokół siebie potężnych sojuszników, wierząc w swoją dziejową misję, Orso zostaje niemal sam, walcząc z etykietą najgorszego władcy w historii. Jednak im bliżej finałowej bitwy, tym wyraźniej widać, że pod maską próżności Leo kryje się niebezpieczna naiwność, a lekceważony Orso posiada błyskotliwość i serce, które mogłyby uratować to królestwo – o ile tylko ktokolwiek da mu szansę przeżyć nadchodzącą burzę.
+
„Kłopotliwy Pokój” to absolutne 10/10 i jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się współczesnemu fantasy. Książka imponuje tempem, ciętymi ripostami i rewelacyjnie nakreślonymi bohaterami.
Z jednej strony jest Leo dan Brock – nieustraszony, przystojny, porywający tłumy, w rzeczywistości zaś naiwny, próżny głupiec podatny na manipulacje silniejszych graczy, pionek w grze ambitnych możnowładców i własnej żony ( do tego dość z dość pogmatwanym życiem erotycznym, #kmwtw). U jego boku żona, Savine dan Glokta, która po wydarzeniach z poprzedniego tomu próbuje odzyskać swoją pozycję za pomocą bezwzględnej gry ekonomicznej i małżeństwa z Leo. Do tego dochodzi Rikke, która jednocześnie musi poradzić sobie z bezwzględnym Stourem Zmierzchunem
Po drugiej stronie barykady stoi Orso. Król, który wbrew powszechnej opinii, okazuje się postacią najbystrzejszą w całym towarzystwie, a do tego autentycznie przyzwoitą. Podczas gdy Leo gromadzi potężne armie i sojuszników, osamotniony Orso musi nadrabiać inteligencją i błyskotliwością, by w ogóle dotrwać do konfrontacji.
Są jeszcze Gunnar Pleczysty, klasyczny przykład człowieka, który desperacko chce być dobry dla swojej rodziny, ale świat (i jego własna natura) ciągle wpycha mu młot w dłonie oraz cyniczna Vick dan Teufel – inkwizytorki, która zna mechanizmy władzy od ich najbardziej odrażającej strony.
Ale największym atutem “Kłopotliwego Pokoju) jest zwyczajowa już genialna przewrotność Abercombiego. U niego ZAWSZE jest na odwrót, niż podpowiada Ci intuicja. Skoro cały świat krzyczy, że Orso jest skazany na porażkę, to można być pewnym, że Joe znajdzie sposób, żeby król wywinął się przeznaczeniu w najbardziej błyskotliwym stylu. Jednak ta lektura zostawia z jednym, bardzo niepokojącym przeczuciem: skoro w drugim tomie Orso tak koncertowo „odwrócił kartę”, to znając perwersyjny styl Joe, w wielkim finale pewnie znowu wszystko wywróci się do góry nogami.
Rzadko się zdarza, by cegła licząca 800 stron była tak niesamowicie zwarta – tutaj nie ma ani jednego zbędnego przecinka, a każde spotkanie, każdy cięty one-liner i każda drobna intryga są jak trybiki w wielkiej maszynie zmierzającej do finałowego wybuchu. To pozycja obowiązkowa dla każdego fana grimdarku – brutalna, cyniczna, a przy tym napisana z niespotykaną lekkością. Absolutne 10/10 i majstersztyk konstrukcji fabularnej.
Joe Abercrombie po raz kolejny bierze na warsztat klasyczne schematy fantasy i mieli je na drobne kawałki. W „Kłopotliwym Pokoju” udowadnia, że w jego świecie jedyną stałą jest niepewność, a każda próba przewidzenia finału zazwyczaj kończy się spektakularną porażką czytelnika.
+
Fabuła tej ośmiusetstronicowej kobyły jest skonstruowana z bezwzględna precyzją. Choć wątków...
2025-12-28
Jedyny (?) tak solidny i kompetentny przewodnik po kawie - zarówno w sensie rodzaju ziaren jak i metod ich przyrządzania. Każdy fan znajdzie tu dziesiątki celnych porad i setki ważnych i ciekawych informacji.
Dla fanów kawy, wymagających od niej czegoś więcej niż "poranny kop", pozycja absolutnie obowiązkowa. Warto mieć wersję papierową - układ graficzny ma znaczenie i czasami tylko na kartach książki widać, jaki był zamysł.
Z najważniejszych rzeczy - precyzyjne opisy parzenia poszczególnych rodzajów kawy, dobre opisy i charakterystyki poszczególnych rodzajów ziarna.
Z dobrych, choć nieistotnych metyrotycznie - spory insight w życie prywatne Autorki, jej dzieciństwo i teraźniejszość. Książka jest przez to bardzo prywatna, czasami na granicy emocjonalnego ekshibicjonizmu - zwyczajowo takie poradniki są bardziej stonowane i "zobiektywizowane". Ale, jak pisze, suits fine to me.
Jeden minus, błąd intelektualny - Autorka opisuje swą miłość do kawy jako czynnik, który wpłynął na wybór jej ścieżki życiowej ("zawsze kochałam kawę"), by w tym samy ciągu logicznym pisać, że "nie umiała parzy kawy" i dalej że kawa zaparzona źle jest "obrzydliwa, gorzka, o smaku popiołu itp". To jak, "pokochała" tę obrzydliwą? Rozumiem to jako taką hiperbolę, że kawa, mimo że sama z siebie pyszna może być, prawidłowo przygotowana, O WIELE LEPSZA od tej znanej wszystkim.
Ale to drobiazg - książka warta polecenia, a z uwagi na wartość metyrotyczną - nie tyle do "przeczytania" ile do "codziennego używania" (u mnie stoi przy akcesoriach kawowych, kiedy decyduję, na jaki rodzaj kawy mam własnie ochotę).
Jedyny (?) tak solidny i kompetentny przewodnik po kawie - zarówno w sensie rodzaju ziaren jak i metod ich przyrządzania. Każdy fan znajdzie tu dziesiątki celnych porad i setki ważnych i ciekawych informacji.
Dla fanów kawy, wymagających od niej czegoś więcej niż "poranny kop", pozycja absolutnie obowiązkowa. Warto mieć wersję papierową - układ graficzny ma znaczenie i...
2026-01-24
No nieee…. słabo, cykl Manitou ciągnięty jest przez Mastertona na siłę i donikąd nie zmierza. Szkoda czasu (i czytelników i autora, na dalsze rozwijanie tej zużytej formuły).
+
Misquamacus, mimo że już w poprzednich częściach na maksa pokonany (nawet jego duch przestał istnieć - sic!), powraca ponownie, tym razem jako … wspomnienie ducha (sic! sic!), opętujące widma innych zmarłych indiańskich szamanów. Wspólnie z nimi, używając starej indiańskiej magii, wymyśla Nowy Potworny Plan - zrzuca na nieszczęsne USA plagę ślepoty (sic…). Indiańskie upiory objawiają się w różnych miejscach i Straszliwymi Promieniami oślepiają kolejne grupy ludzi. Choć czasami nie muszą się wcale objawiać (Masterton nie przejmuje się konsekwencją narracji) - w niewyjaśniony sposób ślepota dotyka np Prezydenta USA (tuż przed ważnymi negocjacjami z Prezydentem Rosji…), pilotów samolotów (efektowne opisy katastrof rodem z seventiesowych filmów katastroficznych) czy kierowców samochodów (efekt0wny opis mega karambolu gdzieś w L. A. ).
Na tym tle obserwujemy kilka grup bohaterów - samego prezydenta i jego otoczenie, czwórkę przyjaciół na biwaku leśnym, kierowczynię (to chyba właściwy feminatyw od “kierowca”, akurat tutaj wyjątkowo potrzebny) trucka, kaskadera filmowego który w stylu “Airplane” uratował jeden z samolotów pasażerskich od rozbicia) i ….no niestety, najgorsze… Jamesa Bonda tej franczyzy, czyli fejk-medium Harry Erskine’a (mimo 35 lat w walce z Misquamacusem jest wciąż tym samym oślizgłym naciągaczem i erotomanem) i jego idiotycznego wobec rozmiarów kolejnych katastrof, krindżowego poczucie humoru.
Wszyscy zbierają się w Kalifornii w Memory Valley na finałową konfrontację….
+
Naprawdę szkoda czasu Mastertona na kolejne tomy Manitou, on naprawdę potrafi pisać sporo lepiej…nic tutaj nie ma ciekawego, mnóstwo fabularnych słabizn i do tego przeokropny, nie dający się lubić, ciągnięty na siłę z powieści na powieść “bohater”…
Sam pomysł jest jaki jest, dość przeciętny (poprzedni tom, wampiryczna “Krew Manitou” był pod tym względem znacznie lepszy), ale gorsze się czytało, pal sześć, niechby sobie był, aczkolwiek z horroru robi się momentami (kolejna, po Duchu Zagłady) powieść katastroficzna i tych elementów gatunkowej grozy jest nieco za mało.
Ale to i tak najlepsze, co jest. Niestety, sama fabuła jest licha, wiejąca nudą i wiodąca w sumie donikąd (no ok, do “Memory Valley”). Poszczególne przygody nie bardzo angażują i nie bardzo wnoszą coś przydatnego do przebiegu akcji (np. stanowczo zbyt długa, do tego chwilami absurdalna, przygoda korpoludków). Czasami Masterton w ogóle porzuca pomysły, np. oślepienie prezydenta USA, które w pewnym momencie zostaje, ot tak, “odczynione” (wyraźnie nie wiedział, co z tym można zrobić).
Postaci są zupełnie bezbarwne i nieangażujące, pomijając oczywiście samego Harry Erskine’a, który jest wkurzający jak zawsze. Już po raz piąty z rzędu ta postać wchodzi, zupełnie na zasadzie “copy-paste” z poprzednich tomów, cały czas tak samo oślizgła, tak samo oszukująca biedne wykorzystywane wdowy, tak samo incelsko wzdychająca do zamężnej koleżanki, tak samo rzucająca nieśmiesznymi sucharami.
Kurczowe trzymanie się postaci Erskine’a to chyba największa słabość cyklu. Wydaje się, że byłoby lepiej, gdyby Masterton pozwolił, by z kolejnymi atakami Misquamacusa mierzyli się nowi bohaterowie (tak np, zrobił w “Wojownikach Nocy”), nieco odświeżyłoby to zleżała konwencję cyklu.
Czyta się to wszystko bez bólu, Masterton w końcu umie sprawnie pisać, ale satysfakcji zbyt dużej nie przynosi, tylko dla zawziętych komplecistów “grahamek”. Większość powieści Mistrza jest znacznie lepsza.
No nieee…. słabo, cykl Manitou ciągnięty jest przez Mastertona na siłę i donikąd nie zmierza. Szkoda czasu (i czytelników i autora, na dalsze rozwijanie tej zużytej formuły).
+
Misquamacus, mimo że już w poprzednich częściach na maksa pokonany (nawet jego duch przestał istnieć - sic!), powraca ponownie, tym razem jako … wspomnienie ducha (sic! sic!), opętujące widma...
2025-05-30
No nie wiem… “Anihilacja” powieść otwierająca trylogię Southern Reach autorstwa Jeffa Vandermeera - to połączenie science i weird fiction, taki jakby mariaż “Pikniku Na Skraju Drogi” Strugackich z Lovecraftem. Książka odniosła duży sukces i już w 2017 roku powstała popularna bluckbusterowa adaptacja filmowa z Natalie Portman w roli głównej. Powieść, wydawałoby się petarda, czytała mi się jednak zaskakująco ciężko i koniec końców nie uwiodła tak, jak obiecywała.
+
Do odizolowanej „Strefy X”, tajemniczego obszaru odciętego od reszty świata wyrusza wyprawa badawcza. W jej skład wchodzą cztery kobiety: biolożka (narratorka), psycholożka (liderka), antropolożka i geodetka (Vandermeer ma serce zdecydowanie po lewej stronie stąd feminatywy jak najbardziej na miejscu). Przejście granicy strefy odbywa się w pół-hipnozie; członkinie nie pamiętają samego momentu jej przekroczenia. Sprzęt jest celowo „low-tech”, mapy niepewne, kompasy wariują.
W pobliżu obozu trafiają na podziemną budowlę ze spiralnymi schodami. Na wewnętrznej ścianie pulsuje żywy, roślinno-grzybiczy tekst – niekończące się, biblijne zdanie. Podczas badania napisu biolożka wdycha zarodniki. W efekcie pojawia się u niej wyostrzone postrzeganie i inne, niepoznane, rozwijające się moce.
Drugim charakterystycznym budynkiem Strefy jest latarnia morska. Biolożka dociera do niej, w środku znajduje stertę dzienników i notatników z wielu wcześniejszych wypraw – o wiele liczniejszych, niż kiedykolwiek ujawniono. To dowód, że agencja Southern Reach ukrywa skalę i naturę badań. Są też ślady brutalnej walki.
Po wyjściu z wieży zaufanie w grupie pęka. Badaczki zwracają się przeciw sobie. Tajemnicze moce pozyskane na skutek wdychania zarodników chronią Biolożkę przed hipnotycznymi komendami psycholożki, która chce skłonić ją do samobójstwa, a “jasność” utrzymuje ją przy życiu po postrzeleniu przez Geodetkę.
Na koniec z wyprawy zostaje tylko samotna Biolożka. Zamiast wracać do Southern Reach, postanawia iść śladami męża, którego dziennik znalazła w Wieży i „zobaczyć, dokąd to prowadzi”. Jej relacja (książka) to jej dziennik pozostawiony dla tych, którzy być może kiedyś tu dotrą.
+
Nic dziwnego, że “Anihilacja” została przebojem. Rozmach fabularny, fantazja, połączenie klimatu eksploracji science fiction z grozą i weirdowym “zaburzaniem granic poznawalnego” jest bardzo efektowne i może się podobać.
Jednak brak konkretów, trwająca cały czas nieokreśloność toczącej się akcji, brak jakichkolwiek odpowiedzi przynoszą na koniec lektury pewną konfuzję i rozczarowanie. Naprawdę zostajemy z takim wielkim WTF w głowie, bo tak naprawdę nic się nie wyjaśnia. Książka jest jedną wielką Tajemnicą. Będą czytelnicy których to uwiedzie (no, chyba nawet sporo biorąc pod uwagę popularność), ale będą też zawiedzeni.
Styl w jakim napisana jest książka męczy, nie można powiedzieć, że się przez “Anihilację” płynie, raczej brodzi, jak w półpłynnym bagnie. No i brak jest żyjących postaci - cztery bohaterki są prawie że pozbawione cech ludzkich (nawet nie mają imion), są niczym wycięte z ejtisowej “fantastyki naukowej” - powieść nie ma oddawać ich losów, charakterów, temperamentów, osobowości, one na tle wydarzeń fabularnych i fantastycznej scenografii ogrywają tylko swoje role - niczym astronauci na nowo odkrywanej planecie.
Fani “Szczeliny” Jozefa Kariki lub “Plamy Światła” Pawła Matei odnajdą tutaj podobny vibe, naturalnie oldtimerze twardego sci fi pod znaku braci Strugackich też poczują się jak w domu. Zamierzam poznać całość cyklu, w nadziei że w dalszych częściach opowieść zyska na ciężarze fabularnym, że więcej się wyjaśni.
No nie wiem… “Anihilacja” powieść otwierająca trylogię Southern Reach autorstwa Jeffa Vandermeera - to połączenie science i weird fiction, taki jakby mariaż “Pikniku Na Skraju Drogi” Strugackich z Lovecraftem. Książka odniosła duży sukces i już w 2017 roku powstała popularna bluckbusterowa adaptacja filmowa z Natalie Portman w roli głównej. Powieść, wydawałoby się petarda,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-12-02
Poniższy opis dotyczy całego cyklu "Świnia", którego "Świnia Z Zaświatów" jest trzecią, ostatnią, częścią.
Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało….
Niby człowiek wie, czego się spodziewać po horrorze ekstremalnym, niby się już nieco Eda Lee czytało, ale tak naprawdę nic nie jest w stanie przygotować człowieka na ten poziom obrzydlistwa, który go atakuje w “Świni”. Dżizas, naprawdę podczas tej upiornej lektury prześladowała mnie wizja, że któryś z moich normikowych znajomych znajdzie kiedyś gdzieś egzemplarz “Świni” i zajrzy do środka. I wezwie lekarza….
No bo Edek nie bierze tutaj jeńców…Really, człowiek już sporo przeczytał, pamiętam narodziny splatterpunku, różne Grand Guignolowe makabreski, młodego Clive Barkera, Eversona, Ketchuma, poznało się krajowych ekstremistów - Czarnego, Piotrowskiego, Kaczkowską. Ba, przecież samego Eda Lee już poznałem - i nie mam na myśli tylko “łagodnych” i “wyważonych” (jak na jego standardy, czyli taki najostrzejszy Masterton) powieści rodzaju “Ludzi Z Bagien” czy “Miasta Piekielnego”. Nie, przecież dzieliłem się tutaj przewrotnym zachwytem w jaki wprawiła mnie lektura ekstremalnego do bólu Bigheada.
Najpierw podstawowe informacje. “Świnia” to tak naprawdę trylogia (Lee wydał ją również w omnibusie pod dość oczywistym tytułem “The Three Pigs”), na którą składają się : tytułowa “Świnia”, kolejny “Dom” i zamykająca cykl “Świnia Z Zaświatów”. W Polsce wszystko wydał Dom Horroru, w dwu odrębnych tomach. Ale jako że całość historii jest zręcznie ze sobą powiązana, omówię wszystko za jednym zamachem.
Otwierająca cykl “Świnia” ustanawia naprawdę nowe standardy ekstremalności…. Brrrrr. Większość czasu czytałem naprawdę “z przymkniętymi oczami” i tylko z zawzięcia czytelniczego, zniesmaczony i obrzydzony na maksa okropieństwami opowiadanej historii. Tym razem Edek przegiął, myślałem. Gdzie efektowna - mimo gore scen przemocy - fabuła, pomysł literacki? Gdzie czarny humor, ratujący takiego Bigheada w najbardziej ekstremalnych momentach? Przy czym “fabuła” piszę w cudzysłowie, bo tak naprawdę “Świnia” fabuły prawie że nie posiada.
Lata 70-te XX wieku. Samotna farma na odludziu w której terroryzowany przez mafię filmowiec amator wraz z dwiema zaćpanymi na maksa narkomankami kręci seryjnie 8mm pornosy. Ale nie że zwykłe “pornosy”; samo tłuste - najgorsze perwersje i zboczenia. Danie główne to seks ze zwierzętami (yikes!), psy, osły, tytułowa świnia you name it…. A do tego więcej mięsa, czyli, jak pisze Lee - “wety, snuffy, nekra” itp. Od opisów drastycznych tortur, morderstw, od detalicznych opisów współżycia ze zwierzętami czy poniżenia i degradacji jakich doznają zarówno dwie kobiety jak i sam dręczony przez bandziorów mafijnych filmowiec (nieszczęśliwa ofiara złych wyborów życiowych) sponiewiera najtwardszego czytelnika.
No ale w końcu Lee odpalił fajerwery fabularne i zrobiło się i rasowo gatunkowo, i makabrycznie i - mimo kolejnych okropieństw, nieodparcie śmiesznie. Bandziory oto nie dowożą na farmę jedzenia. Pal sześć narkomanki, im tylko dragi w głowie, ale Leonard (filmowiec) chodzi wciąż wściekle głodny. Ratuje się podjadając psom ich karmę (yikes…), no ale ile można? Kiedy dziewczyny w napadzie narkotykowej wściekłości zabijają świnię, reżyser wpada na dość oczywisty pomysł - i już za chwilę wcina pieczoną szynusię i boczek….Tyle, że ta świnia to nie była zwykła świnia…została ona wykradziona z pobliskiej siedziby sekty religijnej, gdzie była hodowana z przeznaczeniem na uczestnictwo w specjalnym rytuale. Nie można ot tak, zjeść jej mięsa. To znaczy można, ale “będą konsekwencje”…
Brutalny, drapieżny, typowo Ed Leeowy finał nadrabia mdłości wzbudzane przez wcześniejsze okropieństwa.
Po tej, naprawdę przegiętej na maksa pierwszej części opowieść się nieco uspokaja. No nie, nie że naraz coś tutaj złagodnieje, od wulgarnych i arcyobrzydliwych opisów seksualnych aż będzie kipiało, ale fabularnie druga powieść jest nieco “lżejsza”.
Początek XXI wieku. O “stuff domku” krążą różne niepokojące plotki, podobno jest ona nawiedzone przez duchy pomordowanych ofiar. Na miejsce przybywa Melvin, młody dziennikarz, z planem na napisanie ciekawego artykułu. Na prośbę ojca dołącza do niego jego hiperseksowna młoda macocha; tata nie chce by dziewczyna nudziła się samotnie w domu.
Gwyneth jest nie tylko seksowna, na dokładkę, jako praktykująca naturystka, większość czasu chodzi po domu nago! Ale Melvin jest bardzo wycofany, nie ma odwagi w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, więc nie stara się korzystając z okazji, uwieść tatusiowi żony, zadowalając się tylko kolejnymi fantazjami erotycznymi, własną ręką i nielicznymi spotkaniami z przygodnie poznaną, należącą do rezydującego niedaleko domku gangu motocyklowego, dziewczyną.
Z biegiem czasu na farmie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zmienia się osobowość mieszkańców. Macocha, w pewnym sensie nieświadomie, oddaje się aktom najbardziej wyuzdanej rozpusty z motocyklistami, a Melvin odczuwa w sobie nowe pragnienia i nowe elementy swej osobowości. Zaczyna być bardziej stanowczy, bardziej gniewny, bardziej gotowy by postawić na swoim.
Po latach Lee dopisał trzecią część. “Świnia Z Zaświatów” opisuje losy grupki youtuberów, kręcących urbexowe materiały z nawiedzonych miejsc (Blair Witch i rozliczne klony się kłaniają). Kamerzysta ekipy, wycofany, gruby Theo odnajduje w szopie stare materiały snuffowe kręcone kiedyś przez Leonarda dla mafii, i, z rosnącą fascynacją (i wpływem na osobowość) zaczyna je oglądać…
Efekty przychodzą szybko, seksowna przyjaciółka Sarah, do tej pory traktująca go wyłącznie jako aseksualnego przyjacieka-przytulaska, płonie na jego widok z pożądania, i oddaje mu się w kolejnych aktach namiętności. Romans frustruje drugiego mężczyznę, Jake’a, który ma to nieszczęście, że jego narzeczona Chloe nie przejawia żadnego zainteresowania seksem…
Po raz kolejny duchy przeszłości wpływają na przybyłe do domku osoby, dochodzi do finałowych rozstrzygnięć i cynicznego, łączącego makabrę i czarny humor, finału.
Słowo o warsztacie literackim. Lee nie pisze szczególnie dobrze, nie jest to mistrz pióra czy inny Stephen King, a jeszcze tłumacze nie zawsze dowożą, ale ma swój zwarty, przyjemny do śledzenia styl, pozwalający jakość przetrwać nawet najbardziej paskudne opisy. Spore brawa za pojawiające się niekiedy świetne zagrywki stylistyczne - jak, utrzymane w stylu wczesnego “House Of Cards”, łamanie czwartej ściany w “Świni Z Zaświatów”, gdzie Ed zwraca się wprost do czytelników )trudno nie wybuchnąć śmiechem czytając “po tylu latach opisywania wszelkich aktów seksualnych mam już tego serdecznie dość, sami sobie wyobraźcie, co tam się działo” :-D)
Wspólnym mianownikiem całego cyklu, świetnie łączącym go w spójną całość, jest postać głównego bohatera - zahukanego miękiszona i incela, padającego ofiarą demonicznego opętania, przemieniającego go w mordercze i wyuzdane monstrum. Inne postaci mają rolę wyłącznie służebną, nie skupiają na sobie uwagi autora.
Części dwa i trzy już nie są takie odrażające jak pierwsza “Świnia”, ona jest jednak tylko dla NAJODWAŻNIEJSZYCH - reszta niech się czuje ostrzeżona, to jest najwyższe stężenie witriolu w przyrodzie, wypala dziury w metalu niczym krew Xenomorfa.
Poniższy opis dotyczy całego cyklu "Świnia", którego "Świnia Z Zaświatów" jest trzecią, ostatnią, częścią.
Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało….
Niby człowiek wie, czego się spodziewać po horrorze ekstremalnym, niby się już nieco Eda Lee czytało, ale tak naprawdę nic nie jest w stanie przygotować człowieka na ten poziom obrzydlistwa, który go atakuje w “Świni”. Dżizas,...
2025-11-29
Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało….
Niby człowiek wie, czego się spodziewać po horrorze ekstremalnym, niby się już nieco Eda Lee czytało, ale tak naprawdę nic nie jest w stanie przygotować człowieka na ten poziom obrzydlistwa, który go atakuje w “Świni”. Dżizas, naprawdę podczas tej upiornej lektury prześladowała mnie wizja, że któryś z moich normikowych znajomych znajdzie kiedyś gdzieś egzemplarz “Świni” i zajrzy do środka. I wezwie lekarza….
No bo Edek nie bierze tutaj jeńców…Really, człowiek już sporo przeczytał, pamiętam narodziny splatterpunku, różne Grand Guignolowe makabreski, młodego Clive Barkera, Eversona, Ketchuma, poznało się krajowych ekstremistów - Czarnego, Piotrowskiego, Kaczkowską. Ba, przecież samego Eda Lee już poznałem - i nie mam na myśli tylko “łagodnych” i “wyważonych” (jak na jego standardy, czyli taki najostrzejszy Masterton) powieści rodzaju “Ludzi Z Bagien” czy “Miasta Piekielnego”. Nie, przecież dzieliłem się tutaj przewrotnym zachwytem w jaki wprawiła mnie lektura ekstremalnego do bólu Bigheada.
Najpierw podstawowe informacje. “Świnia” to tak naprawdę trylogia (Lee wydał ją również w omnibusie pod dość oczywistym tytułem “The Three Pigs”), na którą składają się : tytułowa “Świnia”, kolejny “Dom” i zamykająca cykl “Świnia Z Zaświatów”. W Polsce wszystko wydał Dom Horroru, w dwu odrębnych tomach. Ale jako że całość historii jest zręcznie ze sobą powiązana, omówię wszystko za jednym zamachem.
Otwierająca cykl “Świnia” ustanawia naprawdę nowe standardy ekstremalności…. Brrrrr. Większość czasu czytałem naprawdę “z przymkniętymi oczami” i tylko z zawzięcia czytelniczego, zniesmaczony i obrzydzony na maksa okropieństwami opowiadanej historii. Tym razem Edek przegiął, myślałem. Gdzie efektowna - mimo gore scen przemocy - fabuła, pomysł literacki? Gdzie czarny humor, ratujący takiego Bigheada w najbardziej ekstremalnych momentach? Przy czym “fabuła” piszę w cudzysłowie, bo tak naprawdę “Świnia” fabuły prawie że nie posiada.
Lata 70-te XX wieku. Samotna farma na odludziu w której terroryzowany przez mafię filmowiec amator wraz z dwiema zaćpanymi na maksa narkomankami kręci seryjnie 8mm pornosy. Ale nie że zwykłe “pornosy”; samo tłuste - najgorsze perwersje i zboczenia. Danie główne to seks ze zwierzętami (yikes!), psy, osły, tytułowa świnia you name it…. A do tego więcej mięsa, czyli, jak pisze Lee - “wety, snuffy, nekra” itp. Od opisów drastycznych tortur, morderstw, od detalicznych opisów współżycia ze zwierzętami czy poniżenia i degradacji jakich doznają zarówno dwie kobiety jak i sam dręczony przez bandziorów mafijnych filmowiec (nieszczęśliwa ofiara złych wyborów życiowych) sponiewiera najtwardszego czytelnika.
No ale w końcu Lee odpalił fajerwery fabularne i zrobiło się i rasowo gatunkowo, i makabrycznie i - mimo kolejnych okropieństw, nieodparcie śmiesznie. Bandziory oto nie dowożą na farmę jedzenia. Pal sześć narkomanki, im tylko dragi w głowie, ale Leonard (filmowiec) chodzi wciąż wściekle głodny. Ratuje się podjadając psom ich karmę (yikes…), no ale ile można? Kiedy dziewczyny w napadzie narkotykowej wściekłości zabijają świnię, reżyser wpada na dość oczywisty pomysł - i już za chwilę wcina pieczoną szynusię i boczek….Tyle, że ta świnia to nie była zwykła świnia…została ona wykradziona z pobliskiej siedziby sekty religijnej, gdzie była hodowana z przeznaczeniem na uczestnictwo w specjalnym rytuale. Nie można ot tak, zjeść jej mięsa. To znaczy można, ale “będą konsekwencje”…
Brutalny, drapieżny, typowo Ed Leeowy finał nadrabia mdłości wzbudzane przez wcześniejsze okropieństwa.
Po tej, naprawdę przegiętej na maksa pierwszej części opowieść się nieco uspokaja. No nie, nie że naraz coś tutaj złagodnieje, od wulgarnych i arcyobrzydliwych opisów seksualnych aż będzie kipiało, ale fabularnie druga powieść jest nieco “lżejsza”.
Początek XXI wieku. O “stuff domku” krążą różne niepokojące plotki, podobno jest ona nawiedzone przez duchy pomordowanych ofiar. Na miejsce przybywa Melvin, młody dziennikarz, z planem na napisanie ciekawego artykułu. Na prośbę ojca dołącza do niego jego hiperseksowna młoda macocha; tata nie chce by dziewczyna nudziła się samotnie w domu.
Gwyneth jest nie tylko seksowna, na dokładkę, jako praktykująca naturystka, większość czasu chodzi po domu nago! Ale Melvin jest bardzo wycofany, nie ma odwagi w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, więc nie stara się korzystając z okazji, uwieść tatusiowi żony, zadowalając się tylko kolejnymi fantazjami erotycznymi, własną ręką i nielicznymi spotkaniami z przygodnie poznaną, należącą do rezydującego niedaleko domku gangu motocyklowego, dziewczyną.
Z biegiem czasu na farmie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zmienia się osobowość mieszkańców. Macocha, w pewnym sensie nieświadomie, oddaje się aktom najbardziej wyuzdanej rozpusty z motocyklistami, a Melvin odczuwa w sobie nowe pragnienia i nowe elementy swej osobowości. Zaczyna być bardziej stanowczy, bardziej gniewny, bardziej gotowy by postawić na swoim.
Po latach Lee dopisał trzecią część. “Świnia Z Zaświatów” opisuje losy grupki youtuberów, kręcących urbexowe materiały z nawiedzonych miejsc (Blair Witch i rozliczne klony się kłaniają). Kamerzysta ekipy, wycofany, gruby Theo odnajduje w szopie stare materiały snuffowe kręcone kiedyś przez Leonarda dla mafii, i, z rosnącą fascynacją (i wpływem na osobowość) zaczyna je oglądać…
Efekty przychodzą szybko, seksowna przyjaciółka Sarah, do tej pory traktująca go wyłącznie jako aseksualnego przyjacieka-przytulaska, płonie na jego widok z pożądania, i oddaje mu się w kolejnych aktach namiętności. Romans frustruje drugiego mężczyznę, Jake’a, który ma to nieszczęście, że jego narzeczona Chloe nie przejawia żadnego zainteresowania seksem…
Po raz kolejny duchy przeszłości wpływają na przybyłe do domku osoby, dochodzi do finałowych rozstrzygnięć i cynicznego, łączącego makabrę i czarny humor, finału.
Słowo o warsztacie literackim. Lee nie pisze szczególnie dobrze, nie jest to mistrz pióra czy inny Stephen King, a jeszcze tłumacze nie zawsze dowożą, ale ma swój zwarty, przyjemny do śledzenia styl, pozwalający jakość przetrwać nawet najbardziej paskudne opisy. Spore brawa za pojawiające się niekiedy świetne zagrywki stylistyczne - jak, utrzymane w stylu wczesnego “House Of Cards”, łamanie czwartej ściany w “Świni Z Zaświatów”, gdzie Ed zwraca się wprost do czytelników )trudno nie wybuchnąć śmiechem czytając “po tylu latach opisywania wszelkich aktów seksualnych mam już tego serdecznie dość, sami sobie wyobraźcie, co tam się działo” :-D)
Wspólnym mianownikiem całego cyklu, świetnie łączącym go w spójną całość, jest postać głównego bohatera - zahukanego miękiszona i incela, padającego ofiarą demonicznego opętania, przemieniającego go w mordercze i wyuzdane monstrum. Inne postaci mają rolę wyłącznie służebną, nie skupiają na sobie uwagi autora.
Części dwa i trzy już nie są takie odrażające jak pierwsza “Świnia”, ona jest jednak tylko dla NAJODWAŻNIEJSZYCH - reszta niech się czuje ostrzeżona, to jest najwyższe stężenie witriolu w przyrodzie, wypala dziury w metalu niczym krew Xenomorfa.
Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało….
Niby człowiek wie, czego się spodziewać po horrorze ekstremalnym, niby się już nieco Eda Lee czytało, ale tak naprawdę nic nie jest w stanie przygotować człowieka na ten poziom obrzydlistwa, który go atakuje w “Świni”. Dżizas, naprawdę podczas tej upiornej lektury prześladowała mnie wizja, że któryś z moich normikowych znajomych...
2026-01-15
“Baba Jaga” na sterydach łącząca się z mrocznym dramatem rodzinnymi, analizą toksycznego macierzyństwa i, generalnie, zaplątanych relacji między matką i córką. A przy tym wszystkim - real, nasty horror feast!
+
11-latnia Margot mieszka razem z mamą w odległym od miasta, samotnym domku w lesie. Ojciec odszedł od nich dawno temu, od lat same dobie dają radę, same dbają o siebie, a przede wszystkim, same zapewniają aprowizację. I to jak…. głównym składnikiem ich menu jest bowiem - no jaha - LUDZINA! Podobnie jak Baba Jaga z upiornej baśni braci Grimm, matka i córka zwabiają do swego domku przygodnych przechodniów (nazywają ich “zbłąkanymi”), zaprawiają szalejem, mordują i, po uprzednim przyrządzeniu, zjadają. Yikes!
Wszystko latami wygląda dobrze, relacje są nienaganne, kolejni nieszczęśnicy trafiają go garnków czy piekarnika, aż to nagle, pewnego dnia, kobieta, która przypadkiem odwiedziła domek, zamiast na talerzach głodnej rodzinki ląduje…w łóżku mamy!
Między dojrzałymi kobietami kobietami wybucha pełne namiętności uczucie i, ku rosnącemu rozczarowaniu Margot, Eden (bo tak nazywa się nowo przybyła) stopniowo wypycha córkę ze świata zakochanej dojrzałej kobiety. Ochoczo dołącza do kanibalistycznych uczt, mało, okazuje się świetną kucharką, potrafiącą mistrzowsko przyrządzić mięsne dania.
Ostatnią ofiarą naszych carnivorek padł leśniczy, uprzednio kochanek mamy, w obliczu jednak namiętności wzbudzanych przez Eden, zupełnie zbędny. Niestety, nie przynależał on jednak do kategorii “zbłąkanych”, to nie był anonimowy zagubiony w lesie turysta, tylko wszem i wobec znany lokales.s Jego zniknięcie budzi niepokój, zwłaszcza i niepogodnej z utratą taty Abbie, szkolnej przyjaciółki Margot. Z uwagi na poruszenie, Eden proponuje chwilowe uspokojenie w diecie, zaprzestanie polowania na zbłąkanych. A jeść się ludzkie mięso chce, oj chce, byle króliczek czy ziemniaczki apetytu nie zaspokoją…
Namiętność, płomienne uczucie nie pozostawia w sercu matki wiele miejsca dla dorastającej, oddalającej się od niej córki. Kiedy post od ludziny się przeciąga, kiedy narasta Głód, zaczyna ona coraz łakomiej patrzeć na Margot…
+
Nie dziwią porównania do baśni braci Grimm (już w blurbie okładkowym na nas to spada). Jak już pisałem, “Jagnię” dzieli fabularny pomysł z “Jasiem I Małgosią”. Jest czarownica w leśnym domku i jest jej ludożercza agenda. Tyle, że tutaj czarownica to nie starucha a dojrzała, rozbuchana seksualnie kobieta w średnim wieku z dorastającą córką. Stąd też na tym makabrycznym tle rozwija się, wraz z postępem lektury coraz mroczniej i ponuro, opowieść o relacjach rodzinnych i o wzajemnych, skomplikowanych stosunkach matki i córki. Kk, mamy w tle upiorną mięsną dietę obu pań, mamy równie upiorny cmentarzyk, na którym zagrzebywane są kości zjedzonych oraz ich rzeczy osobiste, ale mimo tej, czarną kredką rysowanej, scenografii, powieść początkowo wygląda na prawie idylliczny opis rodzinnej miłości matki i córki. Ale wejście tej trzeciej zmienia wszystko. Matka coraz mniej uwagi poświęca Margot, coraz częściej myśli o niej z niechęcią, ze złością, pojawiają się akty fizycznej przemocy.
Eden początkowo, jak każdy partner samotnego rodzica, stara się zyskać względy córki, ale widząc z biegiem czasu, że erotyczne uniesienia są dla matki ważniejsze, stopniowo przejmuje rolę “macochy”.
Końcowe partie powieści są najbardziej przejmujące, straszne i niekomfortowe dla czytelnika. Żądne mięsa wilczyce zamykają Margot w domu i, zupełnie niczym Baba Jaga z Jasiem, czekają na dobry moment do konsumpcji. Dziewczynka, wydaje się, nie ma żadnych możliwości działania. No ale jednak…. fantastyczny jest ten finałowy power play miedzy matką i jej kochanką a nieszczęsną Margot. Cały czas się czeka na jakiś “deus ex machina” mający uratować sytuację, a on cały czas się nie bardzo chce pojawić. Dokąd zmierza ta opowieść, chce się zapytać, no bo przecież “nie tam!”. No cóż, trochę nas, czytających, autorka tutaj oszukuje, lekutko wprowadza w błąd narracją, ale koniec końców służy to rewelacyjnemu, Shirley Jacksonowskiemu finałowi.
Modern horror at it’s best, świetny debiut, z najwyższym zainteresowaniem czekam na więcej, bo w morzu dość generycznych książek “Jagnię” olśniewa świeżością pomysłu, precyzją wykonania i zgrabnie wplecionymi w gatunkowe otoczenie rozważaniami psychologicznymi. Bomba.
PS.
Powieść to totalna świeżynka, 2025, ale nie można wykluczyć szybkiej ekranizacji, bo jest przestrzeń na świetny film i świetne role. Choć z drugiej strony stężenie makabry i nihilizmu jednak arcywysokie, w kontrze do oczekiwań kinowej publiczności. Chyba że jakiś independent movie z premierą na SplatFeście…
“Baba Jaga” na sterydach łącząca się z mrocznym dramatem rodzinnymi, analizą toksycznego macierzyństwa i, generalnie, zaplątanych relacji między matką i córką. A przy tym wszystkim - real, nasty horror feast!
+
11-latnia Margot mieszka razem z mamą w odległym od miasta, samotnym domku w lesie. Ojciec odszedł od nich dawno temu, od lat same dobie dają radę, same dbają o...
2025-03-22
Najlepsza książka literackiej grozy ever. Plain&simple. Najlepszy, najbardziej przejmujący i wpływowy autor gatunku, i absolutne creme de la creme jego twórczości - siedem opowiadań wielkich jak pomniki z wyspy wielkanocnej, prawdziwe kamienie milowe horroru. Wspaniały początek legendarnej, wydawanej od 20 lat (ostatnio z nieco mniejszą intensywnością) Biblioteczki Grozy wydawnictwa C&T.
Żeby być zupełnie dokładnym - historia polskich wydań rozpoczyna się jeszcze w PRL, w roku 1983, kiedy to Czytelnik wypuszcza na rynek “Zew Cthulhu” w tłumaczeniu Ryszardy Grzybowskiej, pierwszy tytuł Lovecrafta na ziemi polskiej. Ten zestaw opowiadań i to tłumaczenie stały się na przestrzeni kolejnych lat kanonicznymi i stanowią niewiarygodnie wręcz mocną prezentację twórczości Mistrza z Providence.
Warto zaznaczyć, że Lovecraft nie wziął się znikąd; nie wymyślił samodzielnie horroru, który dziś nazywamy “lovecraftowskim”, on umiejętnie przywsoił już istniejące pomysły, dorzucił własnego talentu, nasycił niewiarygodnym, “bluźnierczym” klimatem i w ten sposób unieśmiertelnił. Ale warto przytoczyć również nazwiska wielkich poprzedników, sprawdzić, jak rodziły się te, do dziś przerażające i zachwycające, opowieści.
Opowiadania w zbiorze należą do tzw. “wielkich opowiadań HPL” - długich, czasami zbliżających się rozmiarami do “novell” (z jednym wyjątkiem, jakim jest “Muzyka Ericha Zanna”) o którym słów parę później). Umieszczone są również chronologicznie, od najwcześniejszego “Zewu Chtulhu” do ostatniego wielkiego opowiadania Lovecrafta - “Duch Ciemności” (również tutaj “Muzyka Ericha Zanna”, najwcześniejsza ze zbioru, jest wyjątkiem).
Zaczyna wszystko “Zew Cthulhu”, opowieść o złowrogim, tajemniczym kulcie wyznającym wiarę w przerażające kosmiczne bóstwo drzemiące pod powierzchnią oceanu i czekające na odpowiedni moment, by powstać z głębin i objąć świat w posiadanie. Szaleństwo ogarniające wrażliwe umysły, kultyści i ich rytuały na bagnach Luizjany, zatopione R’lyeh powstające z dnia oceanu, no, to jest czysty KULT (motyw powstającej z dna oceanu przeklętej wyspy pochodzi z wcześniejszego opowiadania “Dagon”.
Z pozoru Wielki Cthulhu przypomina w tych finałowych scenach japońskie kaiju monsters, no bo to taki trochę kuzyn Godzilli czy innego Ebiraha Z Głębin ale styl i obłędny klimat pisarstwa Old Getta powodują, że czytamy opowiadanie jako horror.
Opowiadanie zostało amatorsko ale FENOMENALNIE sfilmowane w 2005 roku - w poetyce filmu niemego. KONIECZNIE trzeba obejrzeć!
“Widmo Nad Innsmouth” jest jeszcze bardziej przerażające. Podróżnik turysta przybywa to opuszczonego ponurego miasteczka, którego mieszkańcy wyznają jakiś tajemniczy mroczny kult. Wraz z nadejściem nocy przerażający, zmutowani lokalesi zaczynają dobijać się do drzwi hotelu, w którym zatrzymał się nieznajomy….
“Innsmouth” to jedno z bardziej przerażających opowiadań grozy napisanych ever; tutaj poziom strachu narastający przez cały czas opowieści, osiąga w finale - nocnej ucieczce z upiornego hotelu, absolutne maksimum.
HPL wzorzec fabularny opowiadania zaciągnął prosto od Algernona Blackwooda i jego “Ancient Sorceries” (u nas dostępne w tomach “Wendigo” i “John Silence” w Biblioteczce Grozy C&T), tylko ludzi-koty zastąpili dużo bardziej obrzydliwi ludzie-ryby.
“Widmo” to jedno z najbardziej wpływowych opowiadań w historii gatunku. Klimat upiornego pustego miasteczka skrywającego mroczne tajemnice i jeszcze mroczniejsze kulty jest już archetypem groszowym. Równie znacząca jest koncepcja ludzi-ryb i ich podmorskich włości - Caitlin R. Kiernan w "Domach Na Dnie Morza” zamieściła cały zestaw pastiszy i zabaw literackich tym pomysłem.
Ekranizacji “ludzi ryb” było kilka, filmów o upiornych pustych miasteczkach też, najlepszy i najwierniejszy oryginałowi pozostaje “Dagon” Stuarta Gordona
“Kolor Z Przetworzy” jest dość powszechnie uważny za najlepszy tekst HPL, zamiast macek i cuchnących rybich bogów otrzymujemy to kawał mocarnego horroru sci-fi. Na ziemię w pobliżu gospodarstwa rodziny Gardnerów spada tajemniczy meteoryt. Skała szybko znika (tak, jakby wyparowała), a coś złego przenika do gleby i zaczyna niszczyć całe otoczenie. Rośliny, zwierzęta, rodzina farmera – wszystko mutuje, degeneruje się i obumiera. Groza finału dosłownie mrozi krew w żyłach. To najchętniej ekranizowany tekst Lovecrafta: „Die Monster Die” (1965), pulpowa „The Curse” (1987), „Colour from the Dark” Zuccona, „Die Farbe” (2010) i wreszcie popularny „Colour Out of Space” (2019) z Nicolasem Cage’em. Wprawdzie żaden film nie oddaje w pełni grozy opowiadania, ale wszystkie warto zobaczyć.
“Szepczący W Ciemności” to obezwładniająca klimatem mieszanka sf i horroru, interesu. Główna oś fabularna opiera się na ramie “zapożyczonej” przez Lovecrafta (do granic plagiatu!) z opowiadania “Samotnik” (Recluse) Waltera de la Mare (ciekawych zachęcam do sprawdzenia - Samotnik jest zamieszczony w Opowieściach niesamowitych z języka angielskiego od PIW). To od de la Mare’a jest samotny dom i szepczący gospodarz, ciemny pokój w którym on przebywa i nocna ucieczka zdjętego grozą narratora.
Z kolei pomysł tajemniczej kosmicznej rasy mieszkającej w górach Vermontu przypomina opowiadania Arthura Machena o “małym ludzie”, do tego dochodzi oryginalny później często wykorzystywany w pulpowym sf motyw mózgu oderwanego od ciała.
“Szepczący W Ciemności” został przeniesiony na ekran w roku 2011 (realizacja tych samych twórców, którzy wcześniej nakręcili “Zew Chtulhu”) i również wart jest obejrzenia.
“Koszmar w Dunwich” jest najbardziej pulpowym z “wielkich” opowiadań Lovecrafta. U jego podstawy leży inny wielki tekst literackiej grozy - “Wielki Bóg Pan” Arthura Machena, z którego Lovecraft przejął pomysł bosko-ludzkiej hybrydy. “Niewidzialny potwór” występował w literaturze grozy wcześniej parę razy (Fitz-O’Brien, de Maupassant), ale na Lovecrafta wpływ mieć mogło największy “Draństwo” Ambrose’a Bierce.
Dlaczego piszę “pulpowy”? Najczęściej bohaterowie lovecraftowskich historii stając wobec kosmicznej grozy wpadają w obłęd, podczas gdy w “Dunwich” trójka profesorów z Uniwersytetu w Arkham ciska czarami i magicznymi proszkami by wypędzić z Ziemi potomstwo kobiety i demonicznego boga. Dużo akcji, dużo grozy.
Ekranizacja opowiadania z 1970 roku jest mocno hippy i mocno trippy, ale warto dać szansę.
“Duch Ciemności” to literacki żart, odpowiedź przyjacielowi, młodemu Robertowi Blochowi (późniejszemu autorowi “Psychozy”), który gdzieś w swych młodzieńczych tekstach umieścił karykaturę Lovecrafta. W “Duchu” pojawia się badacz tajemnic Robert Blake - który zwiedzając opuszczony mroczny kościół odkrywa (ponownie) ślady złowrogiego kultu oraz tajemniczy obiekt, który budzi pradawne Zło. Dramatyczny finał opowiadania zadłużony jest z kolei w “Pająku” H.H. Ewersa.
Amatorskie ekranizacje “Ducha Ciemności” nie zasługują na uwage, ale mocno korzysta z jego rozwiązań i klimaty rewelacyjny “Prince Of Darkness” Johna Carpentera. Opowiadanie potężnie zahipnotyzowało już przywołaną Caitlin R. Kiernan która trawestowała kilka razy w “Domach Na Dnie Morza”.
No i na koniec wczesna miniatura (1921/22) - “Muzyka Ericha Zanna”. Zann, mieszkający samotnie na poddaszu paryskiej (?) kamienicy muzyk swą dziką, szaloną muzyką powstrzymuje przed otwarciem Bramy Chaosu gotowe by zalać nasz nędzny światr. Opowiadanie malutkie, ale aż trudno przecenić jego znaczenie dla gatunku - wielu autorów podejmowało własne próby przedstawienia tego tematu, najefektowniej zrobił to Thomas Ligotti w zbiorze “Grimscribe” (jeszcze nieobecny w Polsce, ale miejmy nadzieję, że to się zmieni BO WARTO), zamieszczając tam kilka własnych podejść do tego pomysłu.
Parę słów o tłumaczeniu Ryszardy Grzybowskiej. Nie jest ono wolne od błędów (parę baboli jest naprawdę katastrofalnych), ale overall to najlepszy przekład Lovecrafta ba polski (chyba że Krzysztof Grudnik - tłumacz “Wezwania Cthulhu” wydanego przez Wydawnictwo IX w ramach serii Mistrzowie Grozy całość przełoży). Tekst Grzybowskiej wspaniale się czyta, ma rytm, klimat, wciąga, opowiada, jest współczesne.
Jeżeli zaczynać lekturę Lovecrafta - to lepszego zestawienia nie będzie. Po prostu brak skali - 12/10.
PS.
“Zew Cthulhu” w tym zestawieniu może być trudny do zdobycia (książka ma ponad 20 lat) ale wszystkie omówione opowiadania znaleźć można w rozlicznych lovecraftowskich zbiorach.
PPS.
Wątek osobisty. Kiedy jako nastolatek dopadłem czytelnikowy “Zew Cthulhu” zasiadłem wieczorem do lektury. Po skończeniu tytułowego “Zewu”, przerażony i zachwycony otarłem pot z czoła i uznałem go za najlepsze opowiadanie grozy w mym w życiu (10/10). Ta ocena wytrzymała….jakąś godzinę, chwilę później bowiem to “Widmo Nad Innsmouth” zostało mym ukochanym (11/10). Ale wieczór jeszcze trwał, przeszedł w noc, a za kolejną godzinę Najlepszym Opowiadaniem Grozy Ever został … “Kolor Z Przestworzy” (12/10). Była druga w nocy jak w końcu położyłem się spać, a Lovecraft odmienił moje życie.
Najlepsza książka literackiej grozy ever. Plain&simple. Najlepszy, najbardziej przejmujący i wpływowy autor gatunku, i absolutne creme de la creme jego twórczości - siedem opowiadań wielkich jak pomniki z wyspy wielkanocnej, prawdziwe kamienie milowe horroru. Wspaniały początek legendarnej, wydawanej od 20 lat (ostatnio z nieco mniejszą intensywnością) Biblioteczki Grozy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-10-31
Solidny zombie stomp, początkowo klasycznie, wręcz generycznie ogrywający schematy zombie-kalipsy, w drugiej części skręcający w nietypowe, dość zaskakujące rozwiązania fabularne, wprawdzie niezbyt przekonujące ale za to odświeżające znane formuły i patenty.
+
Po mocno zakrapianej, zakończonej urwaniem filmu, imprezie bohater budzi się w gdańskim hotelu. Jak się okazuje, w trakcie jego pijackiego snu świat jaki znał się skończył - nastała apokalipsa zombie. Po opustoszałych ulicach snują się nieruchawe żywe trupy, stoją puste samochody, wszędzie widać krew i zwłoki pomordowanych ofiar (pamiętacie "28 Dni Później”? Bo autorzy wyraźnie, do granic cytatu, pamiętali).
Zaczyna się rasowy, dobrze napisany zombie stomp. Nasz skacowany bohater dołącza do grupki ocalałych zabarykadowanych w jednym z gdańskich kościołów. Próba przebicia się do śródmieścia w poszukiwaniu lepszej broni kończy się, na skutek zdrady wewnątrz drużyny, pojmaniem przez grasującą na pomartwisku bandę. Bohaterowie koniec końców uwalniają się i dochodzi do walki, z której wychodzą zwycięsko, jednak nie bez strat własnych, bo to i z gangusami i z zombiakami była sprawa.
Ostatecznie Karol, nasz bohater, wraz z towarzyszącą mu striptizerką Samantą wydostaje się z Gdańska opancerzonym autobusem, z zamiarem dotarcia do Poznania, gdzie zostali jego żona i kilkuletni synek.
W podróży czekają ich walki z kolejnymi watahami zombie, objazdy i zatkane autostrady, które na koniec zmuszą ich do objazdu wiodącego do Malborka (nieźle ich zniosło, tak btw…)
A tam powieść mocno zmienia tonacje, z zombie stompu robi się lekko odjechane post-apo. Oto w malborskim zamku siedzi grupa pogańskich Słowian, planująca Nowy Początek Pogańskiej Cywilizacji, w sąsiadującym kościele zabarykadowani katolicy złorzeczący rodzimowiercom a wszędzie włóczą się coraz liczniejsze i agresywniejsze zombiaki. Tymczasem do miasta zbliża się wojskowa kolumna pancerna, niekoniecznie z pokojowymi wobec innych ludzi planami…
+
Zacznijmy od najlepszego. Cichowlas i Radecki to doświadczeni, bardzo sprawni warsztatowo autorzy, “Zombie.pl” czyta się zatem dobrze, przyjemnie i z zaciekawieniem. Narracja jest precyzyjna, akcja szybko mknie przed siebie, bohaterowie są naszkicowani grubą kreską, ale wystarczająco interesująco, żeby przyciągać uwagę czytelnika.
Od strony fabularnej najpierw mamy kompetentny, nawet jeśli bardzo “by the numbers” zombie stomp, dużo przygód, ciekawe zwroty akcji i sporo efektownego gore.
W Malborku opowieść zmienia swój klimat (byłby w tym miejscu “szew” narracyjny, połączenie między dwoma autorami?), zamiast rasowego zombie horroru wchodzi, powiedzmy, społeczne sf. Fabularnie jest nieco inaczej, z jednej strony gorzej, bo sprawna, prosto zmierzająca przed siebie akcja grzęźnie w serii dość dziwnych, nieprzekonujących rozwiązań, z drugiej lepiej, bo generyczne, typowe dla gatunku patenty zastępują świeże, zaskakujące pomysły.
Dodatkowe kudosy dla autorów, że nie próbują na siłę dodawać do fabuły czarnego humoru - nieumiejętnie stosowane, nieśmieszne żarciochy to częsta wada polskiej młodej grozy, doświadczony tandem Cichowlas - Radecki uniknął tej pułapki.
Są też w powieści wady. Przede wszystkim - ani słowa autorzy nie poświęcają przyczynie zombie-kalipsy! Ona po prostu “następuje”. Niby wszyscy fani doskonale znają zombiakową formułę i żaden “macguffin” nie jest tu potrzebny, nie ale jednak… no coś, cokolwiek (!) by wypadało napisać…
Tak jak nie ma żadnego wyjaśnienia, skąd wziął się zombiaki, tak nie ma też żadnego końca! Powieść urywa się, dosłownie, w pół zdania, niczego nie zamykając ani nie klamrując. Finału nie można nawet nazwać “cliffhangerem”, bo finału po prostu nie ma! To spory, trochę rozczarowujący zonk.
Ale też prawda, że jest część druga historii, “Zombie.pl 2”. Miejmy nadzieję, że tam domkną się wątki fabularne, że tam się znajdzie jakieś wyjaśnienie przyczyn kataklizmu.
Podsumowując, na fanów zombie czeka dobra zabawa i sporo udanych mocnych scen. Porządna robota.
Solidny zombie stomp, początkowo klasycznie, wręcz generycznie ogrywający schematy zombie-kalipsy, w drugiej części skręcający w nietypowe, dość zaskakujące rozwiązania fabularne, wprawdzie niezbyt przekonujące ale za to odświeżające znane formuły i patenty.
+
Po mocno zakrapianej, zakończonej urwaniem filmu, imprezie bohater budzi się w gdańskim hotelu. Jak się okazuje,...
Ostatnio:
2020-05-06
Znakomite „odświeżenie” mitu wampira, efektownie łączące krwawy (momentami wręcz campowy) horror, romans i zaskakująco gorzką obserwacją socjologiczną społeczeństwa szwedzkiego początku lat osiemdziesiątych.
+
Brzydkie, ubogie blokowisko położone na przedmieściach Sztokholmu. Mieszka tu, wraz z rozwiedzioną matką, 13-letni Oscar. Oscar nie ma przyjaciół, większość czasu spędza samotnie, słuchając KISS, zarabiając roznoszeniem ulotek skromne kieszonkowe, bawiąc się podrobioną kostką Rubika (oryginał jest dla niego za drogi) i fantazjując o wymordowaniu prześladującej go w szkole bandy łobuzów.
Pewnego wieczora Oscar poznaje na placu zabaw pod blokiem Eli, dziewczynkę, która wraz z tatą niedawno wprowadziła się do sąsiedniego mieszkania. Szybko rodzi się między nimi przyjaźń. Eli namawia Oscara, bo nie pozwolił sobą pomiatać i na agresję chuliganów odpowiedział jeszcze ostrzej.
W okolicy dochodzi do serii tajemniczych wydarzeń. Znalezione zostają pozbawione krwi zwłoki nastolatka, ginie bez śladu okoliczny pijaczek, pewna kobieta samoistnie staje w płomieniach po wyjściu z domu. Rozchodzą się plotki o rytualnym mordercy.
Wkrótce sprawa wydaje się wyjaśniona. Na lokalnym basenie dochodzi do nieudanej próby kolejnego morderstwa, sprawca na chwilę przed schwytaniem oblewa swą twarz kwasem, utrudniając tym samym śledztwo i ustalenie jego tożsamości. Niemniej jasne jest, że musiał mieszkać w pobliżu. Tymczasem ojciec Eli znika bez śladu…
Zaczepiony kolejny raz Oscar, idąc za radą przyjaciółki nie poddaje się przemocy - uderzeniem kija w głowę powoduje wstrząs mózgu u swego prześladowcy.
Prowadzone przez policję w sprawie mordercy śledztwo coraz bardziej zbliża się do ustalenia, że był nim zaginiony „tato” Eli, Oscar uświadamia sobie ze zgrozą i obrzydzeniem, że Eli jest wampirem, a pobity łobuz wraz z kolegami planuje zemstę.
+
„Pozwól Mi Wejść” jest znane głównie za sprawą głośnych i dobrych ekranizacji - pierwotnej szwedzkiej i nakręconego chwilę później amerykańskiego remake-u. Warto jednak sięgnąć po literacki oryginał - jest świetnie napisany, znacznie bogatszy w treści od filmów, zawierający znacznie więcej wątków, na dodatek znacznie żywszy i zdecydowanie bardziej przerażający.
Jeżeli chodzi o sferę horroru - wyborne jest połączenie najbardziej archetypicznych elementów mitu (wrażliwość na światło słoneczne, konieczność zaproszenia wampira) z ultranowoczesnym otoczeniem tegoż mitu (brzydkie szwedzkie blokowisko, szpital, szkolny basen).
Powieść zaskakuje znaczną ilością naprawdę ostrych scen grozy, momentami o wręcz campowej intensywności. Ataki mordercy, żądza krwi u zarażonych (ze szczególnym uwzględnieniem Hakana), dramatyczny showdown w piwnicach bloku Oscara - to wszystko uczta dla fana horroru.
Po drugie - literacki pierwowzór okazuje się znacznie, ale to znacznie bogatszy fabularnie od filmów. O ile cały duży wątek policjanta prowadzącego śledztwo jest w sumie nie bardzo potrzebny (i nie dziwota, że z filmów wyleciał), o tyle bardzo szkoda historii Hakana, opiekuna Eli, który w powieści ma pierwszoplanową rolę do odegrania i jest jednym z głównych nośników grozy i makabry (fani Barkera przypomną sobie może nawet Połykacza Żyletek z Potępieńczej Gry).
Spore zaskoczenie niesie w sobie również sama postać Eli. W powieści przedstawiona jest jej historia, geneza obecnego stanu rzeczy (no i klasyczne filmowe „nie mogę być twoją dziewczyną, Oscar” nabiera dodatkowego znaczenia).
Tym, co jednak chyba najbardziej zapada w pamięć po lekturze „Wpuść Mnie” jest nie horror, a drapieżna socjologiczna obserwacja społeczna. Dobre powieści o wampirach się zdarzają, dziewczynki wampiry też (nie wiem, czy Lindquist siadając do „Wpuść Mnie” nie miał z tyłu głowy nastoletniej Christiny z „Wywiadu Z Wampirem”). Za to zimna złość, z jaką Lidquist opisuje brzydkie blokowiska, szare ubóstwo i paskudnych, niemiłych ludzi jest czymś zaskakująco nowym i robi naprawdę duże wrażenie.
Grupka lokalnych lumpów (niczym z ławeczki z „Rancza”) zapijająca smutki i przegrane życia w lokalnej knajpie chińskiej, smutek kobiet samotnie wychowujących w ubóstwie dzieci (Tommy, Oscar dorabiający roznoszeniem ulotek), brutalna, tępa przemoc szkolnych chuliganów, zapijaczony ojciec Oscara, pozornie miły policjant kryjący w sobie skłonność do przemocy - to postaci pozbawione perspektyw i nadziei, niesympatyczne i odpychające. Nawet sam Oscar, snujący marzenia o krwawych mordach na swych prześladowcach, opisany jest bez ciepła i życzliwości.
Tak naprawdę jedyną relatywnie miłą i paradoksalnie pozytywną postacią w powieści jest … Eli, bądź co bądź krwawy, morderczy wampir (żadnego tu „zmierzchowego biadolenia”, żadnych wegańskich wampirów, krew to życie, krew jest potrzebna, a ofiarę po wypiciu należy zamordować, inaczej natychmiast sama zamieni się w wampira).
Naprawdę, chwilami mróz idzie po kościach od tej skandynawskiej, zimnej beznadziei.
O takich powieściach mówi się „instant classic”. Mimo, że napisana już w XXI wieku, „Wpuść Mnie” może być już traktowana jak część kanonu literackiej grozy. Dużo horroru, żywa akcja, zapadający w pamięć bohaterowie - to się czyta.
Znakomite „odświeżenie” mitu wampira, efektownie łączące krwawy (momentami wręcz campowy) horror, romans i zaskakująco gorzką obserwacją socjologiczną społeczeństwa szwedzkiego początku lat osiemdziesiątych.
+
Brzydkie, ubogie blokowisko położone na przedmieściach Sztokholmu. Mieszka tu, wraz z rozwiedzioną matką, 13-letni Oscar. Oscar nie ma przyjaciół, większość czasu...
2025-05-08
Trzecia część cyklu powieściowego Czarny Wygon, niestety, bardzo nieudana, bardzo rozczarowująca. Brak grozy, brak żywej fabuły, brak ciekawych postaci. A jeszcze będzie część czwarta….
+
Dziennikarz Wiktor Uchman, który w drugim tomie (Starzyzna) został uwięziony w uniwersum przeklętej wioski, jakoś się z niej wydostaje ale zamiast wrócić do Warszawy ponownie kręci się naokoło Czarnego Wygonu, czując się odpowiedzialnym za uwięzionego w Zaświacie przyjaciela i licząc, że uda się go stamtąd wyciągnąć (może zmyślam, już prawie nic nie pamiętam z tej wątłej fabuły).
Tymczasem w miejsce przeklętego księdza ze Starzyzny (courtesy of Miasto Żywych Trupów Lucio Fulciego) wchodzi, jako główny Złol powieści sam wujek Szatan-isław, występujący tu pod postacią upiora zmarłego włóczęgi, Czarnego.
Ale specjalnie straszyć też nie będzie, ot, pojawi się raz w piwnicy i ponuro coś pomamrocze.
+
Zacznijmy od tego, że "Bisów" się samych z siebie czytać nie da. To nie jest kolejna powieść cyklu, mająca samodzielną linię fabularną. To jest ewidentnie środek dużej, ciągnącej się poprzez kolejne tomy, historii. Jeżeli ktoś usiadł do niej nie w ramach grubaśnego wydania zbiorczego a na solo, no to to będzie miał za swoje… Jako że streszczenia, wprowadzenia żadnego nie ma, czytelnik z marszu zaczyna być bombardowany nazwiskami i zdarzeniami, które albo słabo pamięta, albo wcale nie zna.
Czekanie, aż w końcu fabuła pójdzie “na swoje”, aż zacznie dziać się cos samodzielnego, jest bezowocne, do samego końca prawie nic się nie wydarzy i nic się nie wyjaśni (no bo czeka na nas jeszcze kolejna część, Bisy II. O nieeee….)
Grozy w powieści nie ma prawie wcale, na pierwszym planie toczy się krindżowy “romans” mocno dojrzałego Uchmana z równie mocno dojrzałą, stateczną, zamężną, 50letnią gospodynią ze wschodniopolskiej wsi (yikes!).
Napisać, że się z tą książką rozmijam, to niedopowiedzenie roku. Niestety, jak zasługi Stefana Dardy dla polskiej grozy bardzo doceniam i autorowi wszelkiego powodzenia życzę, tak cykl Czarny Wygon generalnie oceniam bardzo źle. Owszem, pierwsza część - Słonecza Dolina, była całkiem udana, ale później opowieść pognała w okropne pieczarki. Już “Starzyznę” czytało się fatalnie, a “Bisy” jeszcze pogarszają sprawę.
Trzecia część cyklu powieściowego Czarny Wygon, niestety, bardzo nieudana, bardzo rozczarowująca. Brak grozy, brak żywej fabuły, brak ciekawych postaci. A jeszcze będzie część czwarta….
+
Dziennikarz Wiktor Uchman, który w drugim tomie (Starzyzna) został uwięziony w uniwersum przeklętej wioski, jakoś się z niej wydostaje ale zamiast wrócić do Warszawy ponownie kręci się...
Niezwykła historia/legenda Erzsébet Báthory — „krwawej hrabiny" — to samograj. Tutaj wystarczy nic nie zepsuć, a że Maciej Szymczak nie zepsuł — no to i mamy dobrą książkę, mieszankę powieści historycznej i horroru.
+
Erzsebet Bathory (po mężu: Nadasdy), która żyła w latach 1560–1614, była potężną magnatką węgierską (Stefan Batory był jej wujem), osobą niezmiernie wpływową i zamożną. Po śmierci męża — w niewyjaśnionych okolicznościach, btw — samodzielnie, twardą ręką rządziła swymi włościami, aż do roku 1610, kiedy palatyn Gyorgy Thurzo, po przybyciu na jej rodowy zamek Czachtice (obecnie Słowacja), aresztował hrabinę i jej przybocznych pod zarzutem popełnienia szeregu zbrodni obejmujących porwania, tortury i morderstwa okolicznych dziewcząt.
Przeprowadzony proces potwierdził wszystkie oskarżenia, dodając do nich mnóstwo makabrycznych szczegółów — wśród nich pojawiły się również nie/sławne wampiryczne „kąpiele we krwi dziewic dla podtrzymania młodości". W efekcie wspólnicy zbrodniczej hrabiny zostali, po torturach, publicznie straceni, sama zaś Erzsebet — zbyt wysoko urodzona, by dostąpić takiego poniżenia — spędziła resztę życia uwięziona (zamurowana? jak głosi część legend) w zamku Czachtice.
Dzisiaj historycy poddają całą tę historię w wątpliwość, podkreślając, że mógł to być spisek konkurujących z hrabiną możnowładców, zmierzający do pozbawienia jej majątku i władzy. Jak było, tak było — została piorunująca legenda, aż prosząca się o popkulturowe wykorzystanie.
+
Do twórców zafascynowanych postacią Elżbiety Batory dołączył, pisząc "Hrabinę", Maciej Szymczak. Warto wspomnieć, że autor ten debiutował zbiorem "Sinobrody" — w którym tytułowe opowiadanie wykorzystywało historię innego średniowiecznego „krwawego arystokraty", Gillesa de Rais — nic zatem dziwnego, że i „Countess Bathory" (Venom rządzi, deptać krzyże!) przyciągnęła jego uwagę.
Całość historii autor obudował zgrabną, współczesną klamrą — wizytą polskich turystów na zamku Czachtice — ale jej trzon to podana rzetelnie, w serii statycznych tableaux, legenda „krwawej hrabiny".
Mamy tu wspomnienia okrutnych rodzinnych zabaw z dzieciństwa, konflikt małżeński z Ferencem Nadasdym, dramat starzejącej się, zazdrosnej kobiety, opętanie wizją wiecznej młodości i w końcu finalną podróż w szaleństwo. Wszystko to przeplatane opisami makabrycznych, grand-guignolowych zbrodni — tortur i morderstw popełnianych w Czachticach.
Jak napisałem — tu nie ma co nie smakować, tutaj wszystko samo gra i buczy. Lektura jest zatem szybka, intensywna i interesująca.
Ale nie żeby się obyło bez wad (smerf Maruda mode;-). W miejsce linearnej akcji mamy raczej szereg „martwych natur" — statycznych, oderwanych od siebie okrutnych obrazków, nie do końca łączących się w płynną opowieść. Powoduje to taki efekt jakby "skakania" po fabule, mało komfortowy. W pewnym momencie, w głównym zwrocie akcji, można wręcz mieć wrażenie, że kilkadziesiąt stron jakby wypadło z książki, zupełnie brak motywacji dla zdrady (wyrzuty sumienia wspólniczki zbrodni? wolne żarty). Tyle dobrze, że Szymczak efektownie, twistowo, prowadzi ten wątek do zasłużonego finału.
Również sama Elżbieta nie jest najciekawiej psychologicznie przedstawiona. Brakuje przekonująco opisanego połączenia między kolejnymi etapami jej życia. Na ile została zainfekowana zbrodnią już w dzieciństwie? Czy rozstrzygający był tu dramat jej małżeństwa ? (skądinąd najlepszy fragment powieści).
Luki narracyjne i takie „by the numbers" odhaczanie kolejnych „atrakcji" zaczęło w pewnym momencie wręcz razić. Na szczęście efektowny finał oraz zgrabna klamra fabularna uratowały efekt końcowy.
PS.
Hrabina Bathory pojawia się w dosłownie setkach miejsc popkultury — w literaturze, filmie i muzyce. Rzetelne opisanie tematu musiałoby przybrać formę odrębnego, solidnego eseju, zatem wspomnę tutaj tylko o filmach: Hrabina Dracula od Hammera (z cudowną Ingrid Pitt) — najbliższy fabularnie książce Szymczaka — oraz wspaniałe, mroczne Opowieści niemoralne (tam hrabinę gra Paloma Picasso). Nie sposób również nie przytoczyć paru przykładów z terytorium heavy metalu: od wspomnianego już Venom i ich "Countess Bathory", przez „Woman of Dark Desires" zespołu Bathory (noblesse oblige!), aż po concept album Cradle of Filth "Cruelty and the Beast."
PPS.
Z nowej literatury — niezwykłe, świeże i odkrywcze wykorzystanie mitu hrabiny przedstawiła Alexis Henderson w znakomitym "Domu Pożądania". Każdy zainteresowany tematem powinien sięgnąć po tę powieść.
Niezwykła historia/legenda Erzsébet Báthory — „krwawej hrabiny" — to samograj. Tutaj wystarczy nic nie zepsuć, a że Maciej Szymczak nie zepsuł — no to i mamy dobrą książkę, mieszankę powieści historycznej i horroru.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to+
Erzsebet Bathory (po mężu: Nadasdy), która żyła w latach 1560–1614, była potężną magnatką węgierską (Stefan Batory był jej wujem), osobą niezmiernie wpływową...