rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach: , ,

„Tam i z powrotem + trzy metry” to tytuł debiutanckiej książki Sebastiana Orszulika.

Treść: Sebastian Orwicz zajmuje się budową obiektów miejskich. Kiedy przychodzi do rozbudowy szpitala w Rzeszowie na miejscu pracy poznaje Annę Jager pracownicę owego szpitala, gdzie kobieta zajmuje się opieką nad noworodkami. Znajomość przekształca się w romans, który komplikuje się, gdy odnalezione zostaje ciało zamordowanego męża Anny. Rusza śledztwo prowadzone przez policję i prokuraturę.

Epilog od autora: książkę kończą słowa autora, który w podsumowaniu sugeruje, że powieść w jakiejś części oparta jest na faktach, ale nie zdradza, które fragmenty były inspiracją dla pracy twórczej. Na pewno niektóre treści są sugerowane we wspomnianym epilogu, jednak reszta pozostanie słodką tajemnicą autora.

Język powieści: utwór czyta się bardzo lekko i szybko, czego źródłem jest prosty, łatwy w odbiorze język. Chwilami autor troszeczkę płynie, stosując górnolotne zwroty, które brzmią niezbyt naturalnie w literaturze nazwijmy to rozrywkowej. Ponadto, o ile gdzieś tak do połowy powieści język był poprawny, o tyle w dalszej części Orszulik uparł się, gdzie tylko można, wcisnąć wulgaryzmy. I to w jak największej ilości.

Bohaterowie: powieść napisana została w pierwszej osobie, ale z punktu widzenia kilku bohaterów. Początkowo narratorami są Sebastian i Anna, potem dołączają do nich Jacek Emma czy Chojecki. Niestety, postacie są mało wyraziste, gdyby nie fakt, że zostały nazwane konkretnym imieniem, zlałyby się w jedną figurę. Z jednej strony autor próbuje przybliżyć czytelnikowi poszczególnych bohaterów przedstawiając ich historię i fakty z przeszłości, które potem nie mają żadnego odniesienia do akcji, z drugiej zaś strony brakuje jakiegoś uwiarygodnienia cech przydatnych do aktualnej akcji, więc postaci są mało realne. Najmniej do czytelnika przemawia postać Sebastiana, który, nie wiadomo z jakich przyczyn, okazuje się kimś w rodzaju Terminatora zmiksowanego z Jamesem Bondem. Gdzieś w tle giną także pierwszoplanowe postacie, a na ich miejsce pojawiają się nowe.

Akcja: Akcja powieści jest bardzo dynamiczna, nie zawsze jednak realna. Jest w książce kilka fragmentów, które nijak mają się do rzeczywistości. Unikając spoilerowania wspomnę ogólnie o ucieczce, czy walkach w klubie. Może nie jestem ekspertem w zakresie spraw policji czy funkcjonowania aresztów, ale nawet jako laik chciałabym być traktowana trochę bardziej poważnie.

Gatunek: kiedy brałam do rąk książkę „Tam i z powrotem + trzy metry” spodziewałam się, zgodnie z opisem, thrillera. Tymczasem zostałam zmylona i dostałam coś zupełnie innego, czyli erotyk. Owszem w „Tam i z powrotem + trzy metry” znajdą się elementy kryminału czy wspomnianego thrillera, jednak książka ma najwięcej cech erotyku i do odbiorców tego gatunku powinna być skierowana. W przeciwnym razie, tak jak w moim przypadku, odbiorca poczuje się rozczarowany.

Podsumowanie: „Tam i z powrotem + trzy metry” to debiutancka powieść Sebastiana Orszulika. Jest to erotyk z elementami thrillera. Bohaterowie są jeszcze za mało charakterystyczni i wyraziści. Treść miejscami bardzo oderwana od realistycznych wydarzeń, jednak przy niewielkim wysiłku tego typu treści można dopracować, dzięki czemu książka bardzo zyska. Powieść jest typowo rozrywkowa, służąca odprężeniu, a za sprawą języka stanowi łatwą lekturę, oczywiście dla osób, którym nie przeszkadzają w literaturze wulgaryzmy.

„Tam i z powrotem + trzy metry” to tytuł debiutanckiej książki Sebastiana Orszulika.

Treść: Sebastian Orwicz zajmuje się budową obiektów miejskich. Kiedy przychodzi do rozbudowy szpitala w Rzeszowie na miejscu pracy poznaje Annę Jager pracownicę owego szpitala, gdzie kobieta zajmuje się opieką nad noworodkami. Znajomość przekształca się w romans, który komplikuje się, gdy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Jak wielka może być rozpacz matki po stracie dziecka? Do czego potrafi posunąć się człowiek, który stracił kogoś najbliższego? Jak wielką siłę potrafi wyzwolić nadzieja i do jakich czynów popchnąć? Postawione wyżej pytania stają przed czytelnikiem, który ma okazję sięgnąć po książkę Klaudii Muniak pt „Rozpacz”. Kolejny thriller psychologiczny, w którym czytelnik ma możliwość poznać rzeczywistość z punktu widzenia kilku osób. Pomimo iż narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, przebieg wydarzeń odbierany jest z perspektywy bardzo zróżnicowanych bohaterów. A trzeba przyznać, że są to postacie bardzo ciekawe. I, co trzeba przyznać, dobrze wykreowane. Po pierwsze, bohaterowie są zróżnicowani, solidnie scharakteryzowani, mocno przekonujący. Jedni wzbudzają sympatię, innych trochę ciężko polubić, ale też autorka pozwoliła sobie na ciekawy zabieg, w wyniku którego niektórzy nasi znajomi przechodzą całkiem logiczną, życiową przemianę.

Akcja powieści jest zajmująca już na wstępie. Początkowe zagadki w trakcie lektury zostają rozwiązane, ale w ich miejsce autorka mnoży kolejne niewiadome, które intrygują i wciągają do dalszej lektury. Treść powieści pozostaje jedna wielką niewiadomą, która wciąga czytelnika i nie pozwala nawet na chwilę odetchnąć. Ponadto pozornie niespodziewane zbiegi okoliczności dodają pewnego smaczku podczas odbioru powieści.

W powieści, jako że wiele wskazuje na popełnione przestępstwa, pojawia się motyw śledztwa, co powinno zadowolić miłośników literatury kryminalnej, jednak to nie policjanci są tu najważniejsi: dochodzenie policyjne zostaje zepchnięte na dalszy plan. Główne śledztwo prowadzi dziennikarka Wiktoria, która wciąga do pomocy Sonię, przyjaciółkę jednej z ofiar.

„Rozpacz” ma jeszcze tę zaletę, że padają w niej pytania, nad którymi żaden myślący człowiek nie przejdzie obojętnie i musi zastanowić się, jak dalece człowiek może czy powinien się posunąć w swoich poczynaniach, aby nie przekroczyć moralnej granicy i jak dużo można usprawiedliwić bólem po stracie bliskich.

Powieść jest bardzo wciągająca. Muniak pisze sprawnie i bardzo płynnie, język jest plastyczny, postaci także intrygują, kolejne zdarzenia potrafią mocno zaskoczyć. Jednak nie do końca podeszło mi zakończenie powieści. Teoretycznie akcja była pełnym rozbiegu, finisz pojawił się niespodziewanie i jakby zabrakło całkowitego wyjaśnienia. Część wątków została potraktowana bardzo po macoszemu, zabrakło pełnego i solidnego wyjaśnienia. Tak więc dużo się wyjaśniło, ale niedomówienia pozostały i sprawiły, że całość straciła wyrazistość. Gdzieś w głowie pojawiła się myśl, że może to jednak nie jest jeszcze finał, że będzie dalszy ciąg i wtedy poznamy pozostałe odpowiedzi, bo jeśli to już tyle, to czuję się oszukana i niedoinformowana. I nie chodzi tu, aby odbiorcy wykładać czarno na białym najbłahsze kwestie, ale kilka problemów ma się nijak do wcześniejszych wyjaśnień, a skoro wątek pojawia się w powieści, to moim zdaniem obowiązkiem autora jest wyjaśnienie go: powtórzę za Czechowem „Jeśli w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to w następnym musi ona wypalić. Jeśli nie ma wypalić, nie powinna się tam znaleźć.” Pomimo tej uwagi „Rozpacz” Klaudii Muniak jest warta przeczytania i mocno zajmująca. Warto po nią sięgnąć, szczególnie, że porusza wiele ważnych i aktualnych problemów.

Jak wielka może być rozpacz matki po stracie dziecka? Do czego potrafi posunąć się człowiek, który stracił kogoś najbliższego? Jak wielką siłę potrafi wyzwolić nadzieja i do jakich czynów popchnąć? Postawione wyżej pytania stają przed czytelnikiem, który ma okazję sięgnąć po książkę Klaudii Muniak pt „Rozpacz”. Kolejny thriller psychologiczny, w którym czytelnik ma...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Dwie siostry, Olivia i Caitlin, trzynasto- i dziesięciolatka, zostają same w domu. W nocy przychodzi człowiek w masce na twarzy i zabiera ze sobą Olivię. Zostawiona sama sobie młodsza z nich, Caitlin, pomimo straty, przez lata próbuje ułożyć własne życie. Tymczasem po szesnastu latach, zupełnie niespodziewanie, wraca starsza siostra. Po pierwszych chwilach euforii, Caitlin zaczynają nachodzić coraz większe wątpliwości, czy ta kobieta, pomimo, iż wygląda jak Olivia, na pewno jest zaginioną dziewczyną. Problemem jest, iż nikt jej nie wierzy, otoczenie nawet podejrzewa młodszą z sióstr o problemy psychiczne i emocjonalne.
Powieść „Nie ta córka” Dandy Smith to początkowo historia obyczajowa, która coraz bardziej przekształca się w thriller psychologiczny. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, w większej części przedstawiona z punktu widzenia Caitlin, a przeplatane drugim, dużo skromniejszym, wątkiem, gdzie narratorem jest Elinor. Oba tematy opowiadane są równorzędnie i bardzo długo nie wiadomo, kiedy i w jaki sposób ze sobą splotą. Podczas lektury zastanawiało mnie także, czy te motywy dzieją się w tym samym, czy może różnych czasach, bo autorka nie dała czytelnikowi żadnej wskazówki na ten temat.
Akcja powieści jest dobrze poprowadzona. Napięcie narasta już od pierwszych rozdziałów i nie maleje do końca ani na chwilę. W dodatku autorka kilkakrotnie wprowadza mocno intrygujące zwroty akcji, szczególnie wtedy, kiedy wydawałoby się, że wszystko jest jasne, tymczasem pojawia sie kolejna niespodzianka. Zakończenie jest z jednej strony lekko przewidywalne, z drugiej jednak parę rzeczy i wydarzeń mocno czytelnika zaskakuje. Wątek drugi, ten bardziej marginalny, historia Elinor, chwilami był trudniejszy w odbiorze, pomimo, że skromny objętościowo, za to bardziej uczuciowy, mocniej wpływał na emocje.
Bohaterowie „Nie tej córki” byli bardzo zróżnicowani i barwni, i co pozytywnie zadziałało na korzyść powieści, dobrze umotywowani psychologicznie. Działania wszystkich postaci świetnie odpowiadały ich charakterom, i miały pozytywny wpływ na przebieg wydarzeń.
Język i narracja powieści moim zdaniem wypadły w „Nie tej córce” bardzo korzystnie, treść jest łatwa w odbiorze, miejscami tylko spowolniona nadmiarem emocji. Chęć poznania rozwiązania zagadki, która wypadła ciekawie i oryginalnie, motywowała do kontynuowania lektury, zaś rozwiązanie może nie było największym osłupieniem, ale też nie prowadziło do rozczarowania. Może podczas lektury czytelnik raz czy drugi zwrócił uwagę, czy poczuł irytację lekką naiwnością głównych bohaterek, mimo to nie umniejszyło wartości przekazywanych treści. Tak więc „Nie ta córka” Dandy Smith to interesująca lektura dla miłośników thrillerów oraz powieści obyczajowych.

Dwie siostry, Olivia i Caitlin, trzynasto- i dziesięciolatka, zostają same w domu. W nocy przychodzi człowiek w masce na twarzy i zabiera ze sobą Olivię. Zostawiona sama sobie młodsza z nich, Caitlin, pomimo straty, przez lata próbuje ułożyć własne życie. Tymczasem po szesnastu latach, zupełnie niespodziewanie, wraca starsza siostra. Po pierwszych chwilach euforii, Caitlin...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Nieznajomi” Izabeli Janiszewskiej to opowieść o Grecie, ilustratorce książek dla dzieci, kobiecie samotnej, która po rozwodzie wychowuje syna- jedynaka i wydawałoby się, osobie prowadzącej spokojną egzystencję, ale tylko do czasu. Czyli do momentu, gdy do domu stojącego po sąsiedzku wprowadza się starsze małżeństwo, niby sympatyczne, ale za pozorami tej życzliwości kryje się jakiś fałsz. Greta postanawia rozgryźć, co skrywa się za zamkniętymi drzwiami spokojnego na pozór domku.
Początek historii średnio do mnie przemówił, zanim dałam się porwać opowieści musiałam przebrać przez kilkadziesiąt stron. Zawiązanie intrygi wydało mi się lekko naciąganie i niezbyt przekonywujące. Jednak kiedy minął już moment krytyczny, książka czytała się sama. Co prawda główna bohaterka mocno mnie irytowała, jednak- mimo wszystko- to jej kibicowałam podczas lektury. Jako osoba została nieźle przedstawiona, zresztą podobnie rzecz miała się z innymi postaciami. Nie wszystkie dało się lubić, ale taki zabieg moim zdaniem dobrze oddaje rzeczywistość i przysłużył się treści, tekst nie jest przesłodzony i wydaje się bardziej realny.
Jeżeli skupimy się na akcji, to kilka jej zwrotów bardzo mnie zaintrygowało. Jak wspomniałam, początek był lekko naciągnięty, potem już wydarzenia wydały mi się bardziej logiczne. Co prawda autorka zaserwowała czytelnikom kilka epizodów jednocześnie i nie do końca było wiadomo, co z czym się łączy oraz ilu jest sprawców, ale w perspektywie ogółu ta wielowątkowość wybroniła się całkiem dobrze.
Autorce udało się wytworzyć niepowtarzalny klimat, który przydawał lekturze smaczku i lekkiego niepokoju, szczególnie podczas niektórych scen, które zwodziły czytelnika na manowce. A było kilka takich chwil w „Nieznajomych”, kiedy coś pewnego zmieniało się diametralnie, tworząc zupełnie inną rzeczywistość.
Narracja w powieści prowadzona jest z perspektywy Grety, jedynie drobne fragmenty to monolog mężczyzny, który do samego końca nie jest stuprocentowo zdefiniowany, ale te fragmenty stanowią najbardziej klimatyczne kawałki „Nieznajomych”.
„Nieznajomi” to thriller psychologiczny z niewielkimi wstawkami obyczajowymi, które są konieczne do zbudowania tło dla głównego wątku. Można też doszukać się tu elementów kryminału, ale one także podporządkowane są wprowadzaniu napięcia niezbędnego w thrillerze. Wszystko to sprawia, iż lektura „Nieznajomych” jest bardzo interesująca. Ciekawa zagadka, dobrze poprowadzona akcja (nawet jeśli z lekkim potknięciem na początku), próby kilkakrotnego zmylenia czytelnika, logiczne rozwiązanie, barwni bohaterowie stanowią powody, dla których warto książkę przeczytać. A jeżeli dołożymy do tego ważkie tematy poruszone przez Janiszewską, lektura „Nieznajomych” będzie jeszcze bardziej wielowymiarowa i angażująca, skłaniająca nie tylko do śledzenia fabuły, lecz także do refleksji nad ludzkimi relacjami i skrywanymi emocjami.

„Nieznajomi” Izabeli Janiszewskiej to opowieść o Grecie, ilustratorce książek dla dzieci, kobiecie samotnej, która po rozwodzie wychowuje syna- jedynaka i wydawałoby się, osobie prowadzącej spokojną egzystencję, ale tylko do czasu. Czyli do momentu, gdy do domu stojącego po sąsiedzku wprowadza się starsze małżeństwo, niby sympatyczne, ale za pozorami tej życzliwości kryje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Powieść „Zabiłaś mnie pierwsza” zaczyna się, prawie jak u Hitchcocka, od sceny pełnej napięcia, czyli kobiety uwięzionej w środku ogniska, związanej i pozbawionej swobody jakiegokolwiek ruchu. A później akcja cofa się o kilkanaście miesięcy, aby czytelnika doprowadzić do tego kulminacyjnego momentu. Prawie do samego końca nie wiadomo, kim jest ofiara, nie wiadomo też, kto ją w tym miejscu umieścił, a już całkowitą zagadką jest, dlaczego. Tajemnicą na długo zostaje także, w jakim kierunku ta sytuacja się rozwinie.
„Zabiłaś mnie pierwsza” to thriller psychologiczny ze świetnie nakreślonymi postaciami kobiecymi. Ich sylwetki czytelnik poznaje coraz lepiej w miarę rozwoju akcji, a ta prowadzona jest wręcz po mistrzowsku. Kolejne cechy, przeszłość i tajemnice odkrywane są powoli, ale stopniowo. Autor świetnie wyczuł tempo, w jakim powinien dawkować czytelnikowi kolejne emocje. Dobrze na akcję wpłynęły także cięte dialogi, które świetnie dopełniły portrety bohaterek. Przy okazji też pozwoliły na niezłą zabawę podczas lektury.
Książka napisana jest z trzech punktów widzenia, bo tyle jest wspomnianych bohaterek „Zabiłaś mnie pierwsza”. Oczywiście w powieści występują również mężczyźni, lecz zostali zepchnięci na dalszy plan, stanowią tło dla Margot, Anny i Liv. A nasze panie to postacie bardzo interesujące, każda inna, różniąca się od pozostałych temperamentem, przejściami życiowymi, a także, jak się okazuje, skrywanymi tajemnicami. Autor, John Marrs, w bardzo umiejętny sposób pozwala czytelnikowi zaglądnąć w te mroczne zakamarki przeszłości bohaterek i powoli, kroczek po kroczku odsłania przed nim sekrety Margot, Anny i Liv. Odbiorcy wydaje się, że poznał kobiety już przy pierwszym spotkaniu, jednak kolejne sceny ciągle zmieniają perspektywę i w ostateczności nie wiadomo, czy dane cechy to wady, czy może jednak zalety naszych pań. Pomimo tych nowych faktów postacie bohaterek pozostają spójne i bardzo dobrze nakreślone. Spodobała mi się też lekkość, w jaki sposób Marrs przedstawił relacje między kobietami, oscylującymi między przyjaźnią a wrogością.
Od pierwszego podejścia zauważa się, że autor miesza już samym tytułem: „Zabiłaś mnie pierwsza”, nie precyzując szczegółów, więc pojawia się bardzo wiele pytań, które dodają dużo smaczku lekturze powieści. No i prolog, w którym pojawiają się i ofiara, i sprawca, tyle, że obie postacie są niezidentyfikowane i taka sytuacja trwa prawie do ostatnich stron. A potem i tak wszystko staje na głowie. Zakończenie może mocno zaskoczyć, ponieważ- jak przystało na dobrą lekturę- dopiero w epilogu padają ostatnie słowa ostatecznie spinające akcję.
Język powieści jest bardzo poprawny, łatwy w odbiorze i przystępny, jednocześnie nie ma cech prostactwa. Książkę czyta się przyjemnie, wręcz połyka kolejne strony i rozdziały. Pomimo ponad 400 stron nie wydaje się, aby była ona obszerna. W każdym razie nie wystarcza na długo, bo trudno odłożyć tom na później, chce się jeszcze i jeszcze. Moim zdaniem bardzo ciekawa, zaskakująca lektura z intrygującymi bohaterami i niesamowicie skonstruowaną akcją.

Powieść „Zabiłaś mnie pierwsza” zaczyna się, prawie jak u Hitchcocka, od sceny pełnej napięcia, czyli kobiety uwięzionej w środku ogniska, związanej i pozbawionej swobody jakiegokolwiek ruchu. A później akcja cofa się o kilkanaście miesięcy, aby czytelnika doprowadzić do tego kulminacyjnego momentu. Prawie do samego końca nie wiadomo, kim jest ofiara, nie wiadomo też, kto...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Córka diabła” to historia poszukiwania odpowiedzi na pytanie, dlaczego zamiast ślubu odbył się pogrzeb, innymi słowy dlaczego zginęła Rita. Tych odpowiedzi szuka przyjaciółka denatki, była policjantka, Julia Krawiec. Bo „Córka diabła” Marty Zaborowskiej to kryminał, ale śledztwo prowadzi nie policja, a osoba cywilna.
Powieść jest kolejnym, siódmym już, tomem cyklu o Julii Krawiec. Niby jest ogniwem większej części, ale stanowi odrębną całość, marginalnie związaną z poprzednimi tomami więc czytelnik może swobodnie sięgać po „Córkę diabła” jako odrębną lekturę. A co otrzyma? Dobry kryminał z ciekawymi, interesująco przedstawionymi postaciami. A tych w powieści trochę jest. Na szczęście wszyscy są dobrze wykreowani, więc nie stanowią plątaniny, ale funkcjonują jako odrębne byty. Mnie w każdym razie bohaterowie się nie mieszali. Na plus przemawiają także ich charaktery- nie znaczy to że wszystkich polubiłam, wręcz przeciwnie, wielu z nich budziło raczej niezbyt sympatyczne uczucia, za to dość urozmaicone. No i wszyscy wydawali się realni i wiarygodni.
Jeżeli chodzi o treść powieści, w książce odznaczają się dwa wątki, które kierują śledztwo w różnych kierunkach, a powiązane są bohaterami i ich motywami. Potem jeden z motywów staje się mniej istotny dla głównego śledztwa, mimo to autorka nie zaniedbuje go i doprowadza do finiszu. Inną ważną kwestią jest linia czasowa: podstawowe wydarzenia dzieją się w jakim tu i teraz, jednak są też retrospekcje wydarzeń sprzed roku, które czytelnik śledzi przez dłuższy czas i nie ma pojęcia, w jaki sposób te wspomnienia łączą się z główną akcją.
Książka jest obszerna, jednak bardzo przystępnie napisana. Zasługą jest między innymi język powieści, łatwy w odbiorze, pozbawiony zawiłości i wulgaryzmów. Ponadto napięcie, początkowo niewielkie, które rośnie w miarę zagłębiania się w lekturę. Muszę jednak zaznaczyć, że w żadnym momencie akcja nie pędzi na łeb na szyję, w jakiś sposób powieść przypomina spokojne kryminały skandynawskie, ciekawe, ale bez nadmiernego zagęszczenia wydarzeń, powolutku snującą się opowieść o rzeczach ważnych. Bo problematyka poruszania w „Córce diabła” także sprzyja zatopieniu się w treść i zastanowieniu nad wieloma istotnymi zagadnieniami.
Podsumowując „Córka diabła” Marty Zaborowskiej to bardzo udana powieść kryminalna, porównywalna do skandynawskiej literatury tego gatunku, gdzie ważną rolę odgrywa analiza psychologiczna. Książka napisana jest w dobrym stylu, charakterystycznym dla autorki, łatwym w odbiorze. Zagadka kryminalna jest dobrze skonstruowana i sensownie wyjaśniona, chociaż nieoczywista w początkowych rozdziałach, co budzi ciekawość i ochotę na lekturę. Postaci ciekawe i różnorodne także uatrakcyjniają lekturę. Tym samym „Córka diabła” jest godnym polecenia tytułem jako rozrywka na przyzwoitym poziomie.

„Córka diabła” to historia poszukiwania odpowiedzi na pytanie, dlaczego zamiast ślubu odbył się pogrzeb, innymi słowy dlaczego zginęła Rita. Tych odpowiedzi szuka przyjaciółka denatki, była policjantka, Julia Krawiec. Bo „Córka diabła” Marty Zaborowskiej to kryminał, ale śledztwo prowadzi nie policja, a osoba cywilna.
Powieść jest kolejnym, siódmym już, tomem cyklu o Julii...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Akcja powieści „Klepsydra Kremla” Pitera O’Bragi rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zaczyna się pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy to powieściowy polski naukowiec przeprowadza badania nad bronią jądrową, które zwracają na siebie uwagę obcych mocarstw. Rozpoczęła się rozgrywka, która- z przerwami- trwała aż do roku 2022.
„Klepsydra Kremla” to powieść sensacyjna. Dodałabym typowa, ale moim zdaniem wcale taka nie jest. Owszem, akcja pędzi nieustannie do przodu, ciągle dochodzi do coraz nowych casusów, nie ma czasu na opisy monotonii życia codziennego. Jednak powieść nie ogranicza się do incydentów sensacyjnych, pod którymi ja rozumiem typowe mordobicia lub inne akty przemocy. Co więcej, tego typu epizodów jest mało. Zamiast tego książka posiada spójną, bardzo wyrafinowaną intrygę, wokół której zbudowana jest cała akcja. Owszem, jest wiele scen, w których walczą lub giną bohaterowie, ale po pierwsze- autor nie skupia się na makabrycznych szczegółach, a po drugie- sceny te są całkiem uzasadnione i istotne dla powieści.
Przez ponad 650 stron powieści przewija się ogromna plejada postaci. Kilku z nich można rozpoznać z kart historii, reszta stanowi wytwór wyobraźni pisarza. Nie jestem miłośniczką zbytnich „szaleństw” historycznych postaci i dlatego bardzo podobało mi się, iż autor zachował wielki umiar i dystans wprowadzając je na strony powieści. Za to mógł pozwolić sobie na większą swobodę w tworzeniu postaci fikcyjnych. Jak wspomniałam jest ich cała rzesza, jednak są tak zróżnicowani, iż nie miałam problemu z zapamiętaniem czy rozróżnieniem którejkolwiek. I tutaj także podobał mi się zabieg autora: wprowadził bohaterów z krwi i kości, ze słabościami, wadami i zaletami, którzy czasem budzą sympatię, a innym razem potrafią irytować. Wyjątkowo w tej powieści nie było postaci, którą można byłoby uznać za głównego bohatera, jego rolę spełniał w tym przypadku przedmiot.
„Klepsydra Kremla” to powieść mocno zahaczająca o politykę. Sięgałam po nią- przyznaję- z obawą, że poczuję znużenie tematem. Na szczęście moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Powieść wciąga, powiedziałabym wręcz: wsysa czytelnika. I tak naprawdę nie wiem, co jest tego przyczyną-: niecodzienna intryga czy może niesamowity sposób komunikowania się autora z odbiorcą.
Bardzo ciekawie czytało mi się początek powieści, kiedy akcja toczyła się w czasach komunistycznych. Klimat polityczny był bardzo autentyczny w odbiorze. Nie mam oczywiście nic do zarzucenia i późniejszym czasom, ten początek jednak zrobił na mnie największe wrażenie.
Pozytywnie oceniam także język powieści. Prosty, ale jednak literacki. Łatwy w odbiorze. To, na punkcie czego jestem bardzo przewrażliwiona, czyli wulgaryzmy, trafiały się, jednak nie raziły na tle całości. Mogłam uznać ich użycie za uzasadnione, bo jednak związane z językiem.
Podsumowując uważam „Klepsydrę Kremla” za bardzo udaną powieść. Jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Pitera O’Bragi, ale chętnie zapoznam się z innymi powieściami autora. Pomimo, iż powieść zaliczona została do gatunku, który do moich ulubionych nie należy, cieszę się, że po nią sięgnęłam. Sama zaś bardziej niż sensacją nazwałabym „Klepsydrę…” thrillerem politycznym z elementami sensacji i kryminału. Tak, tak, dochodzenie, śledztwo, przesłuchania czy poszukiwania odpowiedzi także zajmują wiele miejsca na stronach powieści. I chyba to wymieszanie gatunku w połączeniu z dobrze skonstruowaną fabułą, ciekawą intrygą i nietuzinkowymi bohaterami sprawiło, że lektura była tak wciągająca i ciekawa. Polecam powieść wszystkim, którzy lubią wspomniane gatunki oraz chociaż trochę interesują się historią, szczególnie tą najnowszą. Na pewno się nie zawiodą.

Akcja powieści „Klepsydra Kremla” Pitera O’Bragi rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zaczyna się pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy to powieściowy polski naukowiec przeprowadza badania nad bronią jądrową, które zwracają na siebie uwagę obcych mocarstw. Rozpoczęła się rozgrywka, która- z przerwami- trwała aż do roku 2022.
„Klepsydra Kremla” to powieść...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Prawy zabójca” to dziewiąta część historii z inspektorem Barbarottim, na którą zaprasza niezawodny Håkan Nesser. Tym razem śledztwo dotyczy morderstw popełnionych na dwóch mężczyznach, którzy na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Czytelnik zostaje zaproszony do towarzyszenia z jednej strony zabójcy, a z drugiej policji, która szuka motywów i sprawcy. Przez taki układ trzyma on w rękach nie tylko rasowy kryminał, ale także powieść psychologiczną, w której zaznajamia się z psychiką, motywami działania sprawcy oraz śledzi jego rozwój wewnętrzny.
Wspomniałam, że „Prawy zabójca” to kolejna część cyklu Inspektor Barbarotti. Mogę jednak zapewnić, że powieść swobodnie da się czytać bez zachowania chronologii, owszem, można wtedy stracić wgląd w pewne smaczki w relacjach między policjantami, ale są one tak marginalne, że mogą umknąć także wtedy, gdy pomiędzy poszczególnymi tomami czytelnik miał dłuższą przerwę. Mimo wszystko sięgając po tę część miałam wrażenie, jakbym odnalazła starych dobrych znajomych, a książka to dalsza część miło wspominanej lektury.
Śledztwo jest, jak zawsze u Nessera, bardzo interesujące. Tym razem lektura nie stawia przed odbiorca pytań, kto i dlaczego, bo te odpowiedzi pojawiają się stopniowo i systematycznie, po to, aby na koniec mieć pełny obraz sytuacji. Bardziej interesujące w „Prawym zabójcy” jest to, w jaki sposób policja dojdzie do etapu znanego już czytelnikowi i czy w ogóle sobie z poszukiwaniem tych odpowiedzi poradzi.
Ogromną zaletą powieści jest oczywiście klimat. Każdy miłośnik literatury skandynawskiej przyzna, iż książki pisarzy stamtąd pochodzących są specyficzne i bardzo charakterystyczne. Podobnie ma się rzecz z powyższą pozycją. Narracja toczy się spokojnie i wolno, co nie znaczy, że nic się nie dzieje, nie ma tu po prostu chaosu ani nerwowości. Ponadto powieść, pomimo tego niby spokoju, jest ciekawa. Intryga skonstruowana jest bardzo umiejętnie, nie da się ukryć, że twórcą jest mistrz. Lektura mocno wciąga, budzi silne zainteresowanie, a czytelnik pozwala prowadzić się autorowi w każdym prze niego wybranym kierunku.
Dużym plusem powieści są bohaterowie. Nie wszyscy dają się oczywiście lubić, szczególnie jeśli chodzi o „ciemniejsze” charaktery, ale wszyscy są wiarygodni, żadna postać nie jest przerysowana.
„Prawy zabójca” Håkana Nessera to bardzo dobry kryminał z elementami powieści psychologicznej, gdzie przeważa oryginalny skandynawski klimat. Powieść jest ciekawie skonstruowana, liczą się w niej motywy, a nie tylko fakty. Ciekawe postacie dodają lekturze swoistego smaczku, a klarowny i dopracowany styl oraz język sprawiają, iż odbiór jest bardzo przyjemny i przy tym łatwy.

„Prawy zabójca” to dziewiąta część historii z inspektorem Barbarottim, na którą zaprasza niezawodny Håkan Nesser. Tym razem śledztwo dotyczy morderstw popełnionych na dwóch mężczyznach, którzy na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Czytelnik zostaje zaproszony do towarzyszenia z jednej strony zabójcy, a z drugiej policji, która szuka motywów i sprawcy. Przez...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Płonące tajemnice” to kolejna część cyklu Hanny Greń W Trójkącie Beskidzkim. Sześcioletnia Danuta była świadkiem morderstwa. Teraz, po ponad dwudziestu latach, sprawcy, obawiając się, że kobieta może sobie przypomnieć coś z wydarzeń sprzed lat, postanawiają rozwiązać problem radykalnie. Po znalezieniu pierwszego trupa policja rozpoczyna śledztwo.
Ponieważ, jak wspomniałam, książka jest kontynuacją cyklu W Trójkącie Beskidzkim, bohaterów siłą rzeczy już znamy, są nimi Petra i jej mąż Konrad. Tym razem jednak na dalszy plan wysuwa się Danuta, zwana Jemiołka lub Uta. To wokół niej toczą się przeróżne wydarzenia. Oczywiście, na tych trzech postaciach się nie kończy- Hanna Greń przedstawia całą plejadę osób. Podczas lektury nie miałam problemów z ich identyfikacją i rozróżnieniem, ponieważ każda z nich była solidnie dopracowana i wiarygodnie wykreowana.
Ważnym punktem lektury jest zagadka. Korzenie jej tkwią w przeszłości, ale teraz, za sprawą różnych okoliczności, doprowadzają do konkretnych wydarzeń, które stanowią sedno obecnych przypadków. Akcja książki tym samym jest bardzo dynamiczna, jednak czytelnik nie ma trudności z jej śledzeniem, ponieważ jest uporządkowana i logicznie się rozwija. Narracja, pomimo, iż trzecio osobowa, prowadzona jest z punktu widzenia różnych postaci, ale tu też nie ma obaw, iż coś się pomiesza. Wszystko jest solidnie dopracowane i dobrze przekazane.
Podczas lektury bardzo odpowiadał mi język powieści, ponieważ był prosty, łatwy w odbiorze, ale jednocześnie nie raził prostactwem, wulgaryzmami czy infantylnością. Ponadto lekko wyczuwalny lekki humor, z jakim powieść została napisana, sprawiał, iż czytanie było wprost przyjemnością. Lektura „Płonących tajemnic” wręcz wciągała do wnętrza, a zagadki, te pierwotne i te późniejsze sprawiały, że ciężko było od książki się oderwać. Oczywiście jedną z przyczyn była chęć odkrycia zarówno sprawców zbrodni, jak i motywów ich popełnienia.
Rozwiązanie zagadki lekko mnie zaskoczyło. Co prawda niektóre z mniejszych wyjaśnień pojawiało się w trakcie lektury, ale ostateczne wytłumaczenie dopełniło całej akcji i było logiczne, spójne i wynikało z kolejnych działań.
Wspomniałam na wstępie, że „Płonące tajemnice” to kontynuacja cyklu W Trójkącie Beskidzkim. Książka stanowi oczywiście oddzielną całość, spokojnie można zabrać się za lekturę tego tomu jako samodzielnego bytu. Jednak jeżeli czytelnik lubi odczuwać najdrobniejsze niuanse i rozumieć każde relacje między postaciami, poleciłabym zabrać się za lekturę z zachowaniem chronologii tomów.
Podsumowując lekturę „Płonących tajemnic” chcę zauważyć, że Hanna Greń napisała bardzo dobrą powieść kryminalną. Akcja książki jest wciągająca i dynamiczna. Za sprawą umiejętnie wykreowanych bohaterów oraz motywów ich działania w lekturze umiejętnie połączyły się elementy kryminału i powieści psychologicznej. Zaś spójna narracja oraz prosty, ale dopracowany język sprawiają, że lektura jest przyjemna i łatwa w odbiorze. Subtelny humor oraz realistycznie zarysowane tło wydarzeń dodatkowo wzbogacają powieść, czyniąc ją wartościową pozycją dla miłośników inteligentnych, dobrze skonstruowanych kryminałów.

„Płonące tajemnice” to kolejna część cyklu Hanny Greń W Trójkącie Beskidzkim. Sześcioletnia Danuta była świadkiem morderstwa. Teraz, po ponad dwudziestu latach, sprawcy, obawiając się, że kobieta może sobie przypomnieć coś z wydarzeń sprzed lat, postanawiają rozwiązać problem radykalnie. Po znalezieniu pierwszego trupa policja rozpoczyna śledztwo.
Ponieważ, jak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Oto „Rdzeń” Weroniki Mathia. Powieść zaczyna się od momentu pełnego napięcia. Po zaginięciu swojego czteroletniego brata Julia poświęciła w zasadzie każdą wolną chwilę na jego poszukiwania. Teraz, po jedenastu latach Damian pojawia się w jej domu. Niestety, rano dochodzi tam do morderstwa. A chłopak znowu znika. Śledztwo prowadzi policjantka, która kierowała przed laty poszukiwaniami Damiana.
Narracja powieści prowadzona jest wielotorowo: przede wszystkim czytelnika prowadzą różni bohaterowie, jest opowieść Julii, są wspomnienia Rocky’ego, jest narracja Borysa Szterna, policjanta współpracującego z miejscową komendą, pojawia się także Angelika. Każdy przekazuje swój wycinek historii, a wszystkie ładnie się zazębiają i uzupełniają.
Autorka umieściła opowieść w różnych przedziałach czasowych, momentem wyjścia był powrót Damiana, jednak czytelnik ma możliwość stopniowego poznawania całej historii.
Bohaterowie powieści są bardzo zróżnicowani i dość dobrze scharakteryzowani. Jednak wobec większości postaci czuć chłód, trudno ich polubić, na szczęście jedna z ważniejszych postaci- Borys- budzi pozytywne odczucia i sympatię. I chyba fragmenty, w którym policjant jest główną postacią, były w odbiorze najprzyjemniejsze. Pozostali, nie można powiedzieć, że budzą niechęć, ale jak wspomniałam, trzymają na dystans.
Język powieści jest naturalny i niewymuszony, autorka unika zbędnych ozdobników, co przyjemnie wpływa na odbiór treści. Jednak trochę zawiodłam się na realizacji. Pomysł na powieść jest naprawdę bardzo dobry, wielowątkowość, wieloczasowość, czy wielonarracyjność były ciekawymi pomysłami, ale w ogólnym rachunku zabrakło mi trochę emocji. Książkę czytało się jako zbiór faktów, nie wzbudzających większej ekscytacji. Kolejne fakty odsłaniane w trakcie lektury były jak zaglądnięcie na ostatnią stronę, jakby odkrycie przed czasem i zdradzenie rozwiązania zbyt wcześnie. Nie wiem, czy było to spowodowane konstrukcją bohaterów czy raczej sposobem przekazu, mimo interesującej treści, fabuła toczy się w jednostajnym rytmie.
„Rdzeń” Weroniki Mathia to powieść z interesującym pomysłem i wielowątkową konstrukcją, w której przeszłość miesza się z teraźniejszością, a historia opowiadana jest z perspektywy kilku bohaterów. Mimo intrygującego punktu wyjścia, emocji jest tu mniej, niż można by się spodziewać. Narracja przypomina raczej spokojną nowelę obyczajową niż opowieść pełną napięcia. Największą sympatię budzi Borys – policjant prowadzący śledztwo – a fragmenty z jego udziałem należą do najciekawszych. Autorka posługuje się naturalnym językiem i unika przesady stylistycznej, co sprzyja lekkiemu odbiorowi. Mimo to książka nie wzbudza większej ekscytacji. Polecana raczej dla czytelników ceniących spokojne, psychologiczne opowieści z wątkiem kryminalnym w tle. Ogromnym plusem jest za to zaskoczenie, które wyłoniło się w porę i ukoronowało całą historię. Tutaj już nie mogę wskazać żadnych wad, jest ono perfekcyjne. Może niektórzy odbiorcy będą mieć jakieś obiekcje, ale moim zdaniem jest ono bardzo życiowe, a wiadomo, iż życie pisze mniej realne scenariusze.

Oto „Rdzeń” Weroniki Mathia. Powieść zaczyna się od momentu pełnego napięcia. Po zaginięciu swojego czteroletniego brata Julia poświęciła w zasadzie każdą wolną chwilę na jego poszukiwania. Teraz, po jedenastu latach Damian pojawia się w jej domu. Niestety, rano dochodzi tam do morderstwa. A chłopak znowu znika. Śledztwo prowadzi policjantka, która kierowała przed laty...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Tom Hindle pojawił się na polskim rynku wydawniczym z książką „Morderstwo nad jeziorem Garda”. Na niewielkiej włoskiej wysepce organizowany jest ślub młodych ludzi pochodzących z wpływowych rodzin. Zamknięta impreza przeznaczona jest wyłącznie dla najbliższych młodej pary. Już na początku uroczystości dochodzi do tragicznego wydarzenia, a grozy dodaje fakt, że na wyspie znajdują się jedynie goście weselni. Tym samym, zanim przybędzie policja, sprawca jest pośród nich.
Jak przeczytałam w notatce dotyczącej autora, Hindle inspiruje się twórczością Agathy Christie i ten wpływ doskonale widać. Przede wszystkim zanim pisarz dotarł do momentu zbrodni przedstawił powiązania między poszczególnymi postaciami oraz łączące je relacje. Ponadto zbrodnię umieścił w zamkniętym gronie, gdzie wszyscy są podejrzani. Nad rozwiązaniem zastanawiają się wszyscy, jednak czytelnik kibicuje jednej z bohaterek.
Zamiast opisywać poszczególnych bohaterów, autor skupił się na sympatiach i animozjach pomiędzy nimi, w efekcie powstała powieść, która spokojnie można zaliczyć do thrillera psychologicznego. Hindle powoli, krok po kroku, odsłaniał wady i zalety poszczególnych postaci oraz wszelkie urazy i żale, jakie między nimi istniały. A wszystko to pokazywał oczami Robyn, postaci, która jako nowa wkroczyła w zżyte środowisko, z pozoru żyjące ze sobą w harmonii, a w rzeczywistości pełne emocji i ukrytych intryg.
Powieść ma bardzo przyjemny styl, który bardzo ułatwia lekturę. Dużą zaletą jest także jej konstrukcja, która opiera się na stopniowaniu napięcia oraz ujawnieniu informacji o przeszłości i relacjach między przyjaciółmi. Pojawiające się odpowiedzi chwilami prowadzą do kolejnych pytań, a to uatrakcyjnia intrygę. Rozwiązanie oczywiście pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest dobrze umotywowane oraz logiczne. Ładnie łączą się w nim wszystkie drobne i większe wątki fabuły.
„Morderstwo nad jeziorem Garda” to bardzo interesujący kryminał z dobrze dopracowaną warstwą psychologiczną. Kryminał klasyczny, wzorowany na powieściach Agathy Christie, pisarki, która jest inspiracją dla Toma Hindle, z tym tylko drobnym spostrzeżeniem, że w tym przypadku uczeń przerósł mistrza. Powieść arcyciekawa, która od początku do końca intryguje i wciąga. Napisana z dużym polotem, w lekkim i przystępnym stylu, łatwym w odbiorze, gdzie napięcie stopniowo rośnie, a czytelnik z zapartym tchem brnie przez kolejne rozdziały, aby poznać rozwiązanie i dotrzeć do ostatecznych odpowiedzi na postawione wcześniej zagadki. Książka wywołuje wachlarz emocji- od niedowierzania, przez napięcie, aż po wzruszenie i gniew. Autorowi udaje się wciągnąć czytelnika nie tylko w intrygę, ale też w dramaty osobiste bohaterów. Rewelacyjna rozrywka i ciekawe studium stosunków społecznych, ograniczonych co prawda do małej społeczności, ale bardzo reprezentatywnej. Polecam bardzo zarówno miłośnikom powieści psychologicznych jak też zwolennikom klasycznych kryminałów, mogę ręczyć, że ta książka się spodoba.

Tom Hindle pojawił się na polskim rynku wydawniczym z książką „Morderstwo nad jeziorem Garda”. Na niewielkiej włoskiej wysepce organizowany jest ślub młodych ludzi pochodzących z wpływowych rodzin. Zamknięta impreza przeznaczona jest wyłącznie dla najbliższych młodej pary. Już na początku uroczystości dochodzi do tragicznego wydarzenia, a grozy dodaje fakt, że na wyspie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Książka „Śledztwo na czwórkę z plusem” Elżbiety Barczyk nie jest typową powieścią- utwór składa się bowiem z czterech odrębnych opowiadań powiązanych postacią głównej bohaterki, która jest równocześnie narratorką. Eliza jest nauczycielką historii w liceum w niewielkim bliżej nieokreślonym miasteczku. Akcja zaczyna się od dziwnego telefonu od Jowity, najbliższej przyjaciółki Elizy. Kiedy okazuje się, że Jowita zniknęła, a jej chłopak został zamordowany, Eliza rozpoczyna swoje prywatne śledztwo. Po sukcesie odniesionym przy pierwszym dochodzeniu Eliza wplątuje się w kolejne- i oczywiście- odnosi kolejne niesamowite sukcesy.
Na uwagę w pierwszej kolejności zasługuje główna bohaterka. Jako taka, została oczywiście najlepiej opracowana psychologicznie, pozostałe postacie wydają się przy niej mniej wyraziste i znacznie bledsze. Niestety, Eliza nie wzbudziła mojej sympatii. Przedstawiona została jako osoba bardzo irytująca, przekonana o własnej nieomylności, wyjątkowości i poczuciu humoru – chwilami wręcz jako ktoś, kto wszystko wie najlepiej. Oczywiście aby ten zabieg się powiódł autorka zdecydowała się przedstawić policję jako totalnych nieudaczników, którzy samodzielnie nie potrafią myśleć, w dodatku są głusi i ślepi. Bardzo mnie męczyły te niewiarygodne sytuacje. Co więcej, autorka okazała się niekonsekwentna, próbując jednocześnie ukazać owych stróżów prawa jako postacie sympatyczne i dające się lubić.
Jak wspomniałam książka składa się z czterech historyjek kryminalnych, przeplatanych dość luźno watkami obyczajowymi. Trzy z nich nawet miały sens i jakoś się broniłyby pod względem logiki. Może były bardzo ogólnikowe i mogłabym zarzucić pani Barczyk pójście na skróty, ale w ogólnym rozrachunku można to zaakceptować. Niestety opowiadanie „Smak łez” mnie nie przekonało. Zaakceptowałam jedynie motywy sprawcy, jego dalsze działania i brak logiki w ich wykonaniu bardzo mnie zniesmaczyły.
Język powieści jest prosty i bardzo łatwy w odbiorze. Dla mnie właśnie zbyt prosty. Powiedziałabym wręcz, iż książka nie do końca adresowana jest do dorosłego czytelnika, a raczej do młodzieży i to tej mniej wyrobionej czytelniczo. Ogromnym minusem zaś w tym zakresie są wulgaryzmy, które- jak się wydaje- miały urozmaicać tok narracji. Niestety, bardzo raziły.
Jak większość wydawanych teraz powieści kryminalnych tak i „Śledztwo na czwórkę z plusem” miało być w zamiarze dowcipne. Jednak moje poczucie humoru bardzo różni się od tego prezentowanego przez autorkę. Owszem, jeśli ktoś uważa za zabawne poniżanie innych, a „zabawna” rozmowa to rzucanie inwektyw czy przekleństw, w tej powieści znajdzie taki humor. Na szczęście nie jest on nachalny, raczej jego cień więc nie utrudnia nadmiernie odbioru.
„Śledztwo na czwórkę z plusem” to debiut literacki Elżbiety Barczyk, dlatego nie chciałabym zbyt surowo potraktować autorki. Książka jest dobra rozrywką, szczególnie poleciłabym ją młodzieży, która dopiero zaczyna swoją przygodę z kryminałem i szuka czegoś łatwiejszego w odbiorze. Nie jest ona zbyt poważna, niektórzy będą się podczas lektury dobrze bawić, może nawet spodobać im się obraz policji jako gromady nieudaczników. Intrygi w poszczególnych opowiadaniach są ciekawe i przy głębszym dopracowaniu mają spory potencjał. Radziłabym również popracować nad niekonsekwencjami w treści- kilka z nich rzuciło mi się w oczy, chociaż jakoś specjalnie ich nie szukałam.

Książka „Śledztwo na czwórkę z plusem” Elżbiety Barczyk nie jest typową powieścią- utwór składa się bowiem z czterech odrębnych opowiadań powiązanych postacią głównej bohaterki, która jest równocześnie narratorką. Eliza jest nauczycielką historii w liceum w niewielkim bliżej nieokreślonym miasteczku. Akcja zaczyna się od dziwnego telefonu od Jowity, najbliższej przyjaciółki...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Anioły z rzeźni” Kevina Nolberta to historia Roberta. Mężczyzna z zawodu jest psychiatrą i psychoterapeutą, a w życiu prywatnym to człowiek cyniczny, samotny facet, którego życie jest nieco puste. Nieoczekiwanie w jego egzystencję wkracza Marta. Kobieta jednak zostaje zamordowana, a Robert postanawia odnaleźć jej zabójcę.
„Anioły z rzeźni” w swoim założeniu mają być kryminałem. Powieść jest niewielkich rozmiarów, nieco ponad 180 stron, a wątek kryminalny pojawia się dopiero po stronie setnej więc owszem, zaakceptowałam nazewnictwo, ale w większej części książka jest obyczajowa. Zahacza lekko o powieść psychologiczną, bo autor pokusił się o portret wewnętrzny głównego bohatera, narratora całej historii. Opowiedziana została w pierwszej osobie liczby pojedynczej, co nie do końca było korzystne dla odbioru bohatera. Przed oczami wyłonił się obraz cynika i egoisty, który nie przestrzega zasad ani norm, liczy się jego tu i teraz.
Mocno raził mnie język powieści. Pomijam kilka błędów gramatycznych, pewnie to przeoczenie korekty, ale bardzo odrzucały mnie wulgaryzmy. To, że w naszym społeczeństwie przekleństwa są akceptowalne, nie znaczy, iż w kulturalnym towarzystwie należy stosować tego typu przerywniki, a w literaturze, która jest jakimś wskaźnikiem kultury i obycia niepotrzebne „rzucanie mięsem” wręcz mnie boli.
Inną sprawą, którą chcę poruszyć, jest sam wątek zbrodni. Nie przekonał mnie. Przede wszystkim zakończenie pojawiło się jakoś tak nie wiadomo skąd. No cóż, zdarza się, ale motywy już w ogóle nie przemawiają do mnie- ktoś zabił, bo nie został zdradzony? (boję się napisać wyraźniej, żeby nie spolerować na całego). Kompletny brak sensu.
Wspomniałam, że akcja co prawda kryminalna rusza dopiero na osiemdziesięciu ostatnich stronach, ale jak już wystartowała, to z przytupem. Zrobiło się bardzo krwawo, częściowo chyba tylko po to, by zapełnić strony, bo jakoś nie do końca umiałam zaakceptować powiązania. Zresztą pojawiające się bliźniaczki także wydawały mi się zapychaczami stron.
„Anioły z rzeźni” czyta się szybko. Nie jest to powieść wymagająca ani obszerna. Nie zaliczę jej też do powieści, które będę długo pamiętała. Za to jest na pewno interesująca dzięki przedstawionej mapie życia wewnętrznego głównego bohatera (albo, jak określiła jedna z czytelniczek- antybohatera). Wątek kryminalny miał potencjał, jednak rozmył on się w sensacyjności wydarzeń raczej marginalnych. Za to na ogromny minus uważam motyw zbrodni. Całkowicie oderwany od realizmu.

„Anioły z rzeźni” Kevina Nolberta to historia Roberta. Mężczyzna z zawodu jest psychiatrą i psychoterapeutą, a w życiu prywatnym to człowiek cyniczny, samotny facet, którego życie jest nieco puste. Nieoczekiwanie w jego egzystencję wkracza Marta. Kobieta jednak zostaje zamordowana, a Robert postanawia odnaleźć jej zabójcę.
„Anioły z rzeźni” w swoim założeniu mają być...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Bardzo ciężko jest ocenić tekst, który stanowi szczerą i osobistą wypowiedź innej osoby na temat życia i problemów, jakie ta egzystencja dostarcza. Dlatego też z pewną dozą ostrożności zaczynam wypowiedź o książce Róży Staszewskiej „Schizofreniczka”. Jest to forma pamiętnika autorki o chorobie, na którą zapadła ta młoda kobieta. Autorka skupia się na kolejnych przeżyciach spowodowanych tytułową chorobą, opowiada także o zmianach, do jakich schizofrenia doprowadziła w jej życiu i egzystencji najbliższej rodziny.
„Schizofreniczka” jest niewielkim utworkiem, trudno w jej przypadku mówić o powieści, tekst zaliczyłabym szybciej do opowiadania. Napisany jest prostym językiem, jakim posługuje się na co dzień większość z nas. Napisana w formie monologu wewnętrznego pozwala poznać swoje myśli i emocje.
Książka jest nie tylko opowieścią o chorobie. Róża Staszewska poszukuje genezy swojej choroby analizując życie od dzieciństwa do momentu pojawienia się objawów, rozpatruje jej przebieg oraz proces leczenia, by na koniec opisać etap zdrowienia i dalsze życie już po chorobie. Oczywiście w trakcie pisania szczerze opowiada o relacjach z bliskimi, którzy byli dla niej wsparciem i dodawali sił, nie pomija też tych, którzy zawiedli.
Bardzo dobrym pomysłem okazał się rozdział przybliżający czytelnikowi pojęcie schizofrenii. Kilka stron wyjaśnia i opisuje niezorientowanym czym jest wspomniana choroba, podaje jej przyczyny i objawy.
„Schizofreniczka” jest formą pamiętnika, który po pierwsze ma na celu oswojenie odbiorcy ze wspomnianą chorobą, ponadto stanowi rodzaj terapii dla samej autorki. Pomimo, iż Staszewska nie jest powieściopisarką, widać, że pisanie nie jest dla niej czymś obcym, oderwanym od życia, więc utwór pod względem językowym jest łatwy w odbiorze, trudniejsza jest strefa emocjonalna. Ponadto odbiór utrudnia pewna chaotyczność myśli i narracji, ale to dodaje lekturze autentyczności.
Bardzo osobistymi fragmentami są wiersze, jakie pojawiają się jako zamknięcie niektórych rozdziałów, bardzo osobiste i intymne.
Dla mnie dodatkowym plusem był rozdział IX- wyjaśnienie, czym jest schizofrenia. Pozwolił z perspektywy nauki spojrzeć na indywidualne przeżycia Róży Staszewskiej.
„Schizofreniczka” skłania do refleksji nad naturą chorób psychicznych i ich wpływem na życie jednostki. Jednocześnie jej skąpa objętość aż prosi o rozbudowanie i zgłębienie zarówno tematu samej choroby, jak też przeżyć autorki.

Bardzo ciężko jest ocenić tekst, który stanowi szczerą i osobistą wypowiedź innej osoby na temat życia i problemów, jakie ta egzystencja dostarcza. Dlatego też z pewną dozą ostrożności zaczynam wypowiedź o książce Róży Staszewskiej „Schizofreniczka”. Jest to forma pamiętnika autorki o chorobie, na którą zapadła ta młoda kobieta. Autorka skupia się na kolejnych przeżyciach...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

„Miecz i bułat. Czternaście wieków wojen między islamem a Zachodem”- przyznaję się dobrowolnie, że sam tytuł wywołał u mnie ciarki. Przede wszystkim sugerował tematykę związaną bardzo z wojskowością, wąską i nie dla każdego przystępną. Tym razem jednak spotkało mnie miłe zaskoczenie. Tematyka, jak najbardziej, mieści się w wyznaczonym zakresie, ale jest mocno rozszerzona o tło religijne muzułmanów. Autor rozpoczynając swoją pracę, najpierw określił przybliżył czytelnikowi sama religię poczynając od przedstawienia jej genezy, potem zaś zajął się postaciami związanymi z islamem. Poszczególne sylwetki przedstawione są na kartach książki skrótowo, ale w każdej charakterystyce jest istota rzeczy. Dopiero w następnej kolejności autor skupił się na ekspansji terytorialnej i opisach poszczególnych bitew.

„Miecz i bułat. Czternaście wieków wojen między islamem a Zachodem” to ambitna i wciągająca próba syntetycznego ujęcia jednego z najważniejszych i najbardziej złożonych tematów w historii świata. Autor, Raymond Ibrahim, opiera się na solidnym materiale źródłowym i licznych opracowaniach historycznych, prowadzi czytelnika od wczesnego średniowiecza, po czasy nowożytne i współczesne.

Książka wyróżnia się wnikliwym i merytorycznym podejściem do tematu. Pisarz, pomimo iż samym nazwiskiem sugeruje swoje pochodzenie ze świata i kultury arabskiej- co w pierwszej chwili nasunęło mi podejrzenie o stronniczości poglądów- bardzo sumiennie postarał się zająć tematem i wziął pod uwagę argumenty obu stron konfliktu do tego tło polityczne, religijne i kulturowe każdej z opisywanych stron.

Narracja prowadzona jest barwnie i dynamicznie, co sprawia, że nawet złożone wydarzenia i postacie historyczne stają się zrozumiałe i ciekawe dla szerszego grona odbiorców. „Miecz i bułat” to pozycja nie tylko dla pasjonatów historii, ale również dla tych, którzy chcą głębiej zrozumieć korzenie dzisiejszych napięć między Zachodem a światem islamskim. To książka, która skłania do refleksji i zachęca do szerszego spojrzenia na historię relacji między cywilizacjami. Ponadto książka w dużym stopniu pomaga zrozumieć sposób myślenia odmienny od znanej nam kultury Zachodu– niekoniecznie po to, by go zaakceptować, ale by lepiej pojąć.

„Miecz i bułat. Czternaście wieków wojen między islamem a Zachodem”- przyznaję się dobrowolnie, że sam tytuł wywołał u mnie ciarki. Przede wszystkim sugerował tematykę związaną bardzo z wojskowością, wąską i nie dla każdego przystępną. Tym razem jednak spotkało mnie miłe zaskoczenie. Tematyka, jak najbardziej, mieści się w wyznaczonym zakresie, ale jest mocno rozszerzona o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Po raz drugi sięgnęłam po powieść autorstwa Alice Feeney. „Dobra zła dziewczyna” to historia o kobietach opowiedziana przez kobiety. Narracja prowadzona jest punktu widzenia czterech kobiet w różnym wieku, o różnym statusie społecznym, których na pierwszy, a nawet kolejne rzuty oka nic nie łączy. Każda bohaterka opowiada swoją historię i przedstawia swój spojrzenie na wydarzenia. Ale chyba nikt nie będzie zaskoczony, jeśli w trakcie opowiadania okaże się, że losy Frankie, Patience, Clio oraz Edith w którymś momencie przetną się, a nawet połączą jakimiś nićmi.

Akcja powieści „Dobra zła dziewczyna” dzieje się współcześnie, ale jej geneza tkwi w przeszłości, zapowiada więc tajemnicę sprzed lat, która na kolejnych stronach będzie przeplatać się z wydarzeniami współczesnymi. Stopniowo też okaże się, iż każda z bohaterek nie do końca jest tą, którą się wydawała wcześniej. Alice Feeney perfidnie zwodzi odbiorcę tak, że ten w końcu się poddaje idzie za autorką tam, gdzie ona zechce go zaprowadzić.

Główne bohaterki są bardzo dużą zaletą książki: cztery kobiety, z których punktu widzenia poznajemy wydarzenia współczesne i oraz przeszłe. Pisarka solidnie przyłożyła się do wykreowania tych postaci, każda z pań jest inna, każda w pełni wiarygodna i budząca całą gamę uczuć- poczynając od sympatii, przez współczucie, chwilami złość czy irytację. Do tego należy wspomnieć o postaciach drugoplanowych, oczywiście także kobietach: policjantce, więźniarce czy ofierze morderstwa. Każda dopracowana, wielowymiarowa, intrygująca. No i jeden bohater mężczyzna- nie budzi on co prawda ciepłych uczuć, ale jest w pełni na miejscu i spełnia swoje zadanie.

Dodatkowym urozmaiceniem powieści jest wątek kryminalny- całkiem niezły, chociaż słabo rozbudowany, ale dodający smaczku oraz tajemniczości.

„Dobra zła dziewczyna” czyta się bardzo przyjemnie. treść budzi zaciekawienie, a zagadki są wciągające. Początkowo wydaje się co prawda, iż będzie to tylko jedna tajemnica do rozszyfrowania, ale w trakcie lektury okazuje się, że każda bohaterka jest niewiadomą samą w sobie, którą czytelnik chce poznać i rozwiązać. Ale w tym celu musi przesuwać się przez kolejne strony, które co prawda powoli odsłaniają coraz więcej, ale też budzą zupełnie nowe tajemnice. A żeby wszystkie poznać trzeba czytać, czytać i zmierzać do końca. Dopiero tam wszystko nabiera właściwej perspektywy.

Język powieści jest lekki i przyjemny w odbiorze. Znam tylko czytaną wcześniej „Papier, kamień, nożyce” autorki, ale i styl i maniera literacka Alice Feeney są w dużym stopniu tożsame i jeśli jedna z powieści komuś się spodobała, identycznie powinno być i z tą drugą. Aczkolwiek nie można powiedzieć, że książki są tworzone według szablonu, bo tematyka jest bardzo różna i odbiorca na pewno nie będzie znudzony powielonymi pomysłami. Tematycznie „Dobra zła dziewczyna” może nie jest zbyt oryginalna- zaginione dawno temu dzieci często przewijają się w literaturze, ale tutaj powyższe zagadnienie zostało potraktowane z ciekawego punktu widzenia.

Po raz drugi sięgnęłam po powieść autorstwa Alice Feeney. „Dobra zła dziewczyna” to historia o kobietach opowiedziana przez kobiety. Narracja prowadzona jest punktu widzenia czterech kobiet w różnym wieku, o różnym statusie społecznym, których na pierwszy, a nawet kolejne rzuty oka nic nie łączy. Każda bohaterka opowiada swoją historię i przedstawia swój spojrzenie na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Po tom „Błazen- wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu- Żeleńskim” sięgnęłam z dwu powodów. Pierwszym była oczywiście ogromna ciekawość człowieka, czyli chęć pozgania bliżej Tadeusza Żeleńskiego. Druga przyczyna to twórczość autora biografii- Józefa Hena, którą sobie bardzo cenię, więc w powyższej książce szukałam podwójnych  wartości.

Zacznę od końca, czyli od strony literackiej, tym samym od autora. Każda praca Józefa Hena to przede wszystkim uczta literacka. Przepiękny język, jakim napisana została książka „Błazen- wielki mąż” sprawia, iż jej się nie czyta, nią się delektuje. Dzieła takie zawsze są wartością samą w sobie (no, może trudno byłoby je czytać, gdyby zawierały bezlitosne bzdury, w każdym innym przypadku warto). I właśnie pan Hen wpisuje się dla mnie w ten kanon. Z całej pracy promieniuje szacunek dla języka polskiego, ale też odbiorcy, któremu oddaje się twór dopracowany i doprecyzowany.

Dodatkową zaletą książki jest oczywiście treść- portret Tadeusza Boya- Żeleńskiego w dwu odsłonach. Z jednej strony pojawia się człowiek- syn, mąż, ojciec, przyjaciel, czasem kochanek. Druga strona to wielki twórca: tłumacz, recenzent, czasem pisarz. Oba obrazy są żywe, dopełniające się, jedno oblicze nie istniałoby bez drugiego, dopiero w ich połączeniu jawi się człowiek  kompletny.

Co do zaoferowania czytelnikowi ma książka „Błazen…”? Przede wszystkim  pokazuje jakim człowiekiem był Boy- Żeleński, przybliża go w jego środowisku rodzinnym, na późniejszym etapie w otoczeniu przyjaciół, znajomych, a czasem też wrogów (tych jednak nie było wielu). Ponadto prezentuje odbiorcy zakres zainteresowań tego człowieka, poczynając od lat studenckich- bo nie każdy chyba wie, kim z zawodu był Tadeusz Żeleński, poprzez doświadczenia literackie czy wieloletnią bardziej już znaną, przygodę recenzencką. W całej książce czuć podziw, jakim Józef Hen darzył swojego bohatera oraz z jakim szacunkiem patrzył na jego dokonania: przed oczami czytelnika wyłania się ciepły obraz wielkiego twórcy. Ale w żadnym razie nie jest to obraz przesłodzony. Dla biografa liczą się przede wszystkim fakty, co się stało, o tym należy pisać, co zostało zaniechane lub zaniedbane, także należy wypomnieć. Ale bez ocen, bez przesadnych peanów, bez wielkiej krytyki, bo to Hen zostawił odbiorcy, sam został przy swojej roli: pokazywać, wymieniać, opisywać.

Do tego przez karty powieści przewijają się barwne, interesujące postacie, znane chyba każdemu Polakowi z lekcji polskiego czy historii, a w otoczeniu (czy może bardziej towarzystwie) których przyszło żyć bohaterowi Józefa Hena.

„Błazen- wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu- Żeleńskim” to biografia wielkiego Polaka, literata, recenzenta, tłumacza, który na stałe wpisał się w naszą rodzimą literaturę. Już z tego powodu- aby poznać tak ważną postać- należałoby przeczytać powyższe dzieło. Ale jest także drugi argument za tym, aby po nie sięgnąć, autorstwo Józefa Hena sprawia, iż ta biografia jest równocześnie smakowitym kąskiem literackim, gdzie oprócz treści liczy się forma, o czym wielu autorów dziś zapomina.

Po tom „Błazen- wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu- Żeleńskim” sięgnęłam z dwu powodów. Pierwszym była oczywiście ogromna ciekawość człowieka, czyli chęć pozgania bliżej Tadeusza Żeleńskiego. Druga przyczyna to twórczość autora biografii- Józefa Hena, którą sobie bardzo cenię, więc w powyższej książce szukałam podwójnych  wartości.

Zacznę od końca, czyli od strony...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

Sięgając po „Klatkę” chciałam bliżej poznać grupę znaną jako świadkowie Jehowy, gdyż w moim bliższym i dalszym otoczeniu spotkam się z jej przedstawicielami. Czy po lekturze książki cel osiągnęłam? W jakim stopniu na pewno tak.

Jarosław Nowak, autor „Klatki” przynajmniej w chwili pisania książki był członkiem grupy, dlatego też pokazał nam swoją społeczność od środka. Jak sam stwierdził, jego praca nie miała w swoim zamierzeniu zajmować się problemem poglądów religijnych, a bardziej skupiała się na wspólnocie, jej hierarchii i zagadnieniach życia codziennego.

Książka ma wiele zalet dla osób, które chcą się zapoznać z najbardziej ogólnymi zasadami życia świadków Jehowy. Nowak wyjaśnia w tej pracy podstawowe pojęcia, jakich świadkowie używają w życiu codziennym oraz podczas swoich spotkań. Przedstawia też najważniejsze poglądy swoich współtowarzyszy. Czasem próbuje wymienić zalety tej grupy, uzasadniając, dlaczego do niej się przyłączył. Najwięcej miejsca poświęca jednak ukazaniu wad organizacyjnych sekty. Robi to na różne sposoby: poprzez narrację, przez dialogi oraz drukując listy, jakie wymienił z ciałem kierowniczym świadków.

„Klatka” powinna zainteresować każdego, kto miał okazję spotkać kiedykolwiek przedstawiciela świadków Jehowy- a o to przecież nietrudno- i próbuje zrozumieć ich zachowanie podczas rozmów z otoczeniem. Daje ona możliwość na spojrzenie na tę społeczność od środka, pozwala poznać motywy, jakimi świadkowie się kierują oraz zrozumieć ich zamknięcie na argumenty każdego, kto świadkiem nie jest.

Moją uwagę zwróciły dialogi wplatane w treść omawianej książki, bo stanowiły jej słabą stronę: odniosłam wrażenie, że tylko jedna strona w tych wypowiedziach była aktywna, druga pozostała jakaś bierna, i miało to miejsce niezależnie czy tą aktywną był autor (najczęściej), czy też inna osoba. Jakby zadawane pytania i wypowiedzi nie miały racjonalnych odpowiedzi. Ale może i takie było założenie autora, aby właśnie w tym kierunku poprowadzić wywód i w ten sposób uwypuklić problem.

Jeżeli chodzi o zakończenie książki, czyli korespondencję, Nowak skupił się na jednym problemie: szczepionki, a ciekawe byłoby poznać inne poruszane przez autora zagadnienia.

„Klatka” to książka interesująca przede wszystkim pod względem poruszanego tematu: przedstawicieli świadków Jehowy spotkał wszak prawie każdy, a mało kto do końca wie, w jaki sposób ci ludzie spostrzegają siebie, nas i świat. Napisana została przez człowieka, który widzi społeczność od środka, zna ją i myśli o niej w sposób krytyczny. Uważam, że w jakimś stopniu pan Nowak próbował, pisząc „Klatkę”, znaleźć własne odpowiedzi i drogę. I jak wynika z treści, zapowiada się ciąg dalszy, tym bardziej ciekawy, iż nie wiadomo, jakie konsekwencje mogły spotkać autora za przekazane tu myśli.

Sięgając po „Klatkę” chciałam bliżej poznać grupę znaną jako świadkowie Jehowy, gdyż w moim bliższym i dalszym otoczeniu spotkam się z jej przedstawicielami. Czy po lekturze książki cel osiągnęłam? W jakim stopniu na pewno tak.

Jarosław Nowak, autor „Klatki” przynajmniej w chwili pisania książki był członkiem grupy, dlatego też pokazał nam swoją społeczność od środka. Jak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , ,

„Korekta” Igi Majak to powieść, której akcja toczy się w jednym z wydawnictw warszawskich, gdzie życie obraca się wokół spraw związanych z literaturą. W jeden z niezbyt przyjemnych poniedziałków na terenie wydawnictwa zostają znalezione zwłoki prezesa tegoż przybytku. Oczywiście sprawa jest szeroko komentowana przez zaintrygowanych pracowników, a na jaw wypływają różnego rodzaju sprawy i sprawki nie tylko zamordowanego, ale też innych osób ze środowiska. Jednak motyw kryminalny w tej powieści jest sprawą marginesową, dużo więcej miejsca zajmują wątki obyczajowe. Główne postacie: grono zaprzyjaźnionych ze sobą pracowników wydawnictwa nie tylko obserwuje ze swoich stanowisk działania policji szukającej sprawców, ale także zajmuje się sprawami zawodowymi i swoim życiem prywatnym.

„Korekta”, powiedziałabym, jest obyczajówką, z niewielkimi elementami kryminału (chociaż została zaliczona do tego gatunku) i szczyptą romansu. Akcja jak najbardziej jest, tajemnice są, a ich rozwiązanie jest sensowne i logiczne. Romans takoż jest, nawet podwójny, ale wpleciony ze smakiem i wyczuciem, nie wybija się na pierwszy plan. Do tego ogromnym plusem są bohaterowie, oczywiście podzieleni na pozytywnych i negatywnych- może zbyt mocną granicą autorka odcięła jednych od drugich, ale jeszcze w granicach rozsądku. A postaci pierwszoplanowe na szczęście dają się lubić, czytelnik ma łatwe zadanie podczas kibicowania ich działaniom.

Teraz już mogę się przyznać, że pierwszym moim odczuciem po otworzeniu „Korekty” był pewien rodzaj zniechęcenia- pomyślałam, że oto kolejna pisarka będzie próbowała naśladować (najczęściej nieudolnie) Joannę Chmielewską, zafascynowana jej twórczością i osobowością. Na szczęście niemiłe wrażenie szybko, bo już w pierwszych zdaniach powieści, mnie opuściło. Iga Majak ma swój indywidualny styl, zupełnie niepodobny do wspomnianej autorki. Owszem, pokuszę się o stwierdzenie o zafascynowaniu albo chociaż zainteresowaniu, ale na szczęście nie kopiowaniu autorki. No i obie panie łączy poczucie humoru, bo w „Korekcie” zabawnych sytuacji jest sporo, jednak nie są to żarty „na siłę”. Jest swobodnie, miło, szczególnie dowcipne są dialogi- moim ulubieńcem w śmiesznych ripostach pozostał Piotruś.

Podsumowanie będzie optymistyczne: skoro „Korekta” to debiut Igi Majak, który potrafił mi dostarczyć tyle pozytywnych wrażeń, to mogę mieć tylko nadzieję na co najmniej równie dobre kolejne książki. Może omawiana pozycja nie jest literaturą z najwyższej półki, ale stanowi dobrą rozrywkę, która potrafi bawić, ale nie ogłupiać, zapewnić miły relaks bez irytacji oraz odprężenie. Podczas lektury dobrze się bawiłam i relaksowałam. Czekam więc na kolejne powieści Igi Majak.

„Korekta” Igi Majak to powieść, której akcja toczy się w jednym z wydawnictw warszawskich, gdzie życie obraca się wokół spraw związanych z literaturą. W jeden z niezbyt przyjemnych poniedziałków na terenie wydawnictwa zostają znalezione zwłoki prezesa tegoż przybytku. Oczywiście sprawa jest szeroko komentowana przez zaintrygowanych pracowników, a na jaw wypływają różnego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: , , ,

Po raz trzeci sięgnęłam po książkę Doroty Puda- Pająk. Tym razem moją lektura była „Matka Jagiellonów” popularnie nazywana matką królów. Elżbieta Rakuszanka, bo o niej mowa we wspomnianej powieści, była żoną naszego Kazimierza Jagiellończyka. Żyła na przełomie średniowiecza i odrodzenia, chociaż na temat kultury i obyczajów w książce nie znajdzie się za wiele informacji. Autorka tym razem skupiła się na bardzo ciasnym wycinku: życiu samej królowej. Dlatego może ta lektura nie porwała mnie jak wcześniej przeczytane pozycje Pudy- Pająk. Oczywiście mam świadomość, iż największą tego przyczyną jest wybór tej, a nie innej postaci, a skąpość materiałów nie ułatwia zadania.

Wiadomo, Elżbieta Rakuszanka nie miała łatwego życia. Niezbyt urodziwa, w dodatku garbata. Jedyną jej zaletą, poza być może charakterem, tego jednak nie znamy, bo nie był to czas pisania pamiętników, było urodzenie się w odpowiedniej rodzinie. Właśnie to, a nie zalety fizyczne czy psychiczne, przyczyniło się do zawarcia małżeństwa z królem Polski.

Autorka milczy na temat pierwszych lat życia Elżbiety. Bohaterkę czytelnik spotyka dopiero wtedy, kiedy przybyła ona do nowej ojczyzny na swój ślub. Potem także wiadomości na temat życia codziennego królowej są więcej niż skromne. W późniejszych rozdziałach czytelnik dowiaduje się w przede wszystkim o kolejnych ciążach i porodach, a tych było aż trzynaście. Więc może rzeczywiście królowa nie bardzo miała czas na ciekawszą działalność czy wdawanie się w jakiekolwiek afery. A skoro nie ma materiałów ciężko jest też napisać porywającą powieść, która nie mijałaby się za bardzo z prawdą. Bo po porodach Elżbieta zaaranżowała jedno czy dwa małżeństwa dzieci i jej życie skupiło się na pogrzebach swoich tychże.

Dorota Puda- Pająk napisana książkę równie sprawnie jak poprzednie powieści historyczne, jednak tym razem czytałam z mniejszym zainteresowaniem. Jak wspomniałam, rozumiem przyczynę, mniej materiałów źródłowych. Do tego niestety, „Matka Jagiellonów” jest mocno sugestywna. Autorka jedne postaci lubi, inne toleruje, ale są i takie, które zostały przedstawione w bardzo niekorzystnym świetle, być może w większości słusznie, mimo to lubię, kiedy czytelnik nie ma narzuconej opinii i może sam podjąć decyzję, co myśleć na temat danej postaci.

Powieść „Matka Jagiellonów” jest dobra, chociaż mnie mocno rozczarowała lakoniczność opisu pierwszych lat życia Elżbiety. Ale na pewno pozwala oswoić się z postacią królowej i pozwolić zrodzić się przeczuciu, iż była to postać nietuzinkowa.

Po raz trzeci sięgnęłam po książkę Doroty Puda- Pająk. Tym razem moją lektura była „Matka Jagiellonów” popularnie nazywana matką królów. Elżbieta Rakuszanka, bo o niej mowa we wspomnianej powieści, była żoną naszego Kazimierza Jagiellończyka. Żyła na przełomie średniowiecza i odrodzenia, chociaż na temat kultury i obyczajów w książce nie znajdzie się za wiele informacji....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to