Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz
Okładka książki Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś Anne Berest, Audrey Diwan, Sophie Mas, Caroline de Maigret
Ocena 5,9
Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś Anne Berest, Audrey Diwan, Sophie Mas, Caroline de Maigret

Na półkach:

Nie przepadam za poradnikami i rzadko kiedy po nie sięgam, a już szczególnie unikam tych z zakresu mody, stylu czy – używając popularnego obecnie zapożyczenia – lifestyle’u. Z reguły przeglądam takie pozycje w celach eksperymentalnych, żeby utwierdzić się – jak w przypadku omawianego niżej poradnika – że niewiele tracę.

Książkę tę napisały cztery przyjaciółki, każda związana z innym zawodem (pisarka, dziennikarka, modelka i producentka). Jak zapewnia wydawca, paryżanki te „Nauczą nas, jak być tajemniczymi i zmysłowymi kobietami, jak wyglądać naturalnie i jak wzbudzić zazdrość u swoich partnerów; powiedzą nam też, co sądzą na temat dzieci, ślubów i chodzenia na siłownię” (tekst na okładce). Cóż, po tym opisie od razu wiedziałam, że to poradnik nie dla mnie (bo cóż mnie obchodzi, co jakieś cztery kobitki myślą o dzieciach i ślubach?), jednak postanowiłam się nie zniechęcać i brnąć dalej. A nuż się dowiem czegoś, co sprawi, że będę paryżanką. Czemuż by nie.

Mnogość bezsensownych porad w tej książce trochę mnie przytłoczyła. Żeby nie być gołosłowną: w szafie prawdziwej paryżanki nie ma butów do joggingu („Żaden mężczyzna nie ma prawa cię w nich zobaczyć”), „W rozmowie telefonicznej nie używaj zwyczajowych formułek typu: «dzień dobry», „«co słychać», «to ja, nie przeszkadzam?» itp. Przechodź od razu do rzeczy. Kończ rozmowę, gdy tylko dostaniesz odpowiedź. Mów na koniec rozmowy: «ok, to na razie», nawet gdybyś miała zobaczyć rozmówcę nie wcześniej niż za rok”, „Zdecyduj się przed trzydziestką na jedne perfumy i używaj ich przez następne trzydzieści lat”. Absurdalne porady dotyczą wszystkich sfer życia. Nie wolno pytać kogoś na imprezie o to, czym się zajmuje (tzw. „niewybaczalna wpadka”), gdy jesteś w ciąży „Chodzisz na wysokich obcasach aż do drzwi kliniki, jesteś kobietą wytrwałą”, w ogóle – żeby spędzić dzień po parysku – „Nawet gdybyś miała cierpieć w drodze do metra, maszerując na dziesięciocentymetrowych obcasach, nie zmieniasz butów”. A jeśli chcesz zdradzać, to „zawsze się wszystkiego wypieraj. Nie czuj się winna. Robisz to dla siebie, nie przeciwko niemu [...] Stosuj podwójną konspirację: zdradzaj kochanka z mężem.”. Jak widać, autorki mają pełen wachlarz odpowiedzi na pytanie „Jak żyć?”. I nawet jeśli są owe odpowiedzi pisane żartem, to raczej słabym, nieśmiesznym, mało błyskotliwym.

Takie to dziwadło. Pozycja reklamowana jako rozprawiająca się ze stereotypami dotyczącymi współczesnych Francuzek, a jednocześnie kształtująca kolejne. Generalizująca i przez to niesamowicie infantylna (np. paryżanki wiodą życie w trybie nastolatkowym nawet po urodzeniu dziecka; są snobkami i irytują się, jeśli ktoś myśli inaczej; wszystkie czytają Houellebecqa, Baudelaire’a i Prousta; często oświadczają się same; nawet jeśli lubią wieś, to nie przyznają się do tego).

Napisana w chaotyczny, nierzeczowy sposób. Bardzo niespójna (o logiczności wspominać nie będę). Powiedziałabym nawet, że bełkotliwa. Cóż... zbiór bzdur. Nie trafia do mnie humor, nie trafiają teksty typu „botoks tak, ale góra raz w roku” ani porady, jak udawać, że ma się kochanka.

Ta książka jest równie bezsensowna, co zdanie, które w niej znalazłam: „Dawaj z siebie wszystko, ale nie do końca”. Ani ona zabawna, ani przydatna. Nie licząc kilku przepisów kulinarnych, które być może warto sprawdzić.

---
http://literacki-podwieczorek.blogspot.com/2016/08/badz-paryzanka-gdziekolwiek-jestes-anne.html

Nie przepadam za poradnikami i rzadko kiedy po nie sięgam, a już szczególnie unikam tych z zakresu mody, stylu czy – używając popularnego obecnie zapożyczenia – lifestyle’u. Z reguły przeglądam takie pozycje w celach eksperymentalnych, żeby utwierdzić się – jak w przypadku omawianego niżej poradnika – że niewiele tracę.

Książkę tę napisały cztery przyjaciółki, każda...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Ptaki drapieżne” to jedna z tych historii, których wartości nie sposób przecenić, historii spisywanych niemal w ostatnim momencie, kiedy jeszcze istnieje taka szansa. Ludzi mogących opowiedzieć o czasach wojny, których sami doświadczyli, jest wśród nas coraz mniej.

Lucjan „Sęp” Wiśniewski jest jednym z ostatnich żyjących likwidatorów z kontrwywiadu Armii Krajowej. Był żołnierzem elitarnego „Wapiennika” – oddziału specjalnego 993/W. To on wraz z innymi wojskowymi wykonywał wyroki śmierci wydawane przez Państwo Podziemne. W szczerej rozmowie opowiada o akcjach, w jakich było mu dane uczestniczyć, o emocjach im towarzyszących, o czasie wojennym widzianym oczami młodych chłopców, którzy bardzo szybko stali się dorosłymi mężczyznami, a jeszcze szybciej stać się musieli bezwzględnymi żołnierzami. „Sęp” podzielił się ze swoimi rozmówcami wspomnieniami, odczuciami, przemyśleniami. Czy wojna usprawiedliwia wszystko? Czy żołnierz powinien mieć wyrzuty sumienia? Co to znaczy być odważnym? Czy zabijanie było trudne? Jakie emocje mu towarzyszyły?

W partyzantce, wbrew swoim romantycznym marzeniom o walce, zaczynał od pilnowania porządku na wsiach, w tym zabierania Niemcom skradzionych krów. Pierwszy raz zabił, gdy miał zaledwie 17 lat. Od tamtej pory wziął udział w ponad 60 akcjach. Wymierzał sprawiedliwość. Można odnieść wrażenie, że akcje likwidacyjne nie zawsze były w pełni uzasadnione (niektóre z opisywanych sytuacji mogą budzić niechęć i złość, szczególnie gdy mowa o egzekucjach „prewencyjnych”), jednak wydawanie jednoznacznego osądu moralnego jest pozbawione sensu. Był to okres, gdy nawet księża utwierdzali żołnierzy w przekonaniu, że zabijanie jest koniecznością. „Sęp” – wielki patriota w pełni oddany ojczyźnie – opowiada nie tylko o sobie, wspomina wiele historii odważnych, którzy wielokrotnie narażali życie dla swojego państwa, brawurowe akcje przypominające czasem fragmenty scenariusza filmu sensacyjnego. Wątki poboczne są równie interesujące, tak jak np. ten traktujący o łączniczkach 993/W – cichych bohaterkach, które nosiły dokumenty, broń (czasem również strzelały), wykonywały pracę wywiadowczą, nierzadko ryzykując życie, czy też ten dotyczący Polek współpracujących z podziemiem, które przybierając role prostytutek, zwabiały Niemców do lasu.

Rozmowy z „Sępem” poprzedzone są treściami wprowadzającymi kontekst dla danych sytuacji. Autorzy pytań – Emil Marat i Michał Wójcik – są śmiali, nie stronią od tematów trudnych, a nawet kontrowersyjnych (np. czasem wręcz nieco prowokująco poruszając temat zabijania). Nieraz dopowiadają historie żołnierzy. Są dobrze przygotowani, przytaczają fakty, które wraz z wypowiedziami „Sępa” i dołączonymi w aneksie relacjami innych świadków opisywanych zdarzeń pozwalają tworzyć wielopłaszczyznowy obraz tamtejszej rzeczywistości. Lucjan opowiada o czasach okupacji, o Powstaniu Warszawskim, a także o tym, jak wyglądało życie w Polsce powojennej.

Niektóre z jego opowieści, nieco wyolbrzymiane, konfrontują jego rozmówcy z rzeczywistością znaną z dokumentów, książek historycznych i innych relacji, co stanowi dodatkową wartość tej pozycji. Lucjan Wiśniewski sam również weryfikuje nieprawdziwe opisy, zastępując je własnymi wspomnieniami. Opowiada o relacjach wewnątrz oddziałów, o przyjaźniach, podziwie, ale również swoistej rywalizacji. To książka-wędrówka, podróż w czasie, sposób na uwiecznienie tamtych postaci, ich niegasnącej odwagi. Mozaika historii, pojedynczych zdarzeń, akcji tworzących obraz Polski Podziemnej.

Trudno uwierzyć, że opisywane realia nie są celowo ubarwiane, gdyż fragmenty „Ptaków drapieżnych” czyta się z większym zaangażowaniem niż niejedną książkę sensacyjną. Tym bardziej porusza myśl, że to wszystko stało się naprawdę. Czasem sytuacje wydawały się wręcz tragikomiczne; nagromadzone przeszkody nawarstwiały się w absurdalnie szybkim tempie, w liczbie zbyt dużej, by nie powiedzieć „jak z filmu”. Dzięki niesamowitej pamięci Lucjana Wiśniewskiego powstała pełna emocji historia bogata w szczegóły. Opowieść dotycząca ciągłej konfrontacji z wrogiem, ale również z sobą samym.

„Ptaki drapieżne” to jedna z tych historii, których wartości nie sposób przecenić, historii spisywanych niemal w ostatnim momencie, kiedy jeszcze istnieje taka szansa. Ludzi mogących opowiedzieć o czasach wojny, których sami doświadczyli, jest wśród nas coraz mniej.

Lucjan „Sęp” Wiśniewski jest jednym z ostatnich żyjących likwidatorów z kontrwywiadu Armii Krajowej. Był...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„5 700 000 koron. Kto dostaje takie rachunki? Zaśmiałem się na samą myśl, że ktoś przez pomyłkę mógłby zapłacić tyle pieniędzy, i odłożyłem rachunek na bok”*. Niesłusznie. Okazuje się bowiem, że tajemnicze ministerstwo, posługujące się skrótem W.R.D., obciążyło bohatera tak ogromną kwotą z powodu dobra i szczęścia, jakich w życiu doświadczył. W świecie, w którym każdy dostaje swój rachunek, musi odnaleźć się on ponownie. Dlaczego jego doświadczenia zostały ocenione jako tak bardzo wartościowe? Dlaczego inni mają o wiele niższe rachunki? Przecież prowadzi całkiem przeciętne, raczej nudne i monotonne życie…

Wspomniany pechowiec pracuje na pół etatu w wypożyczalni wideo. Na niewiele go stać, ale też niewiele potrzebuje. Wynajmuje malutkie mieszkanie, płaci niski czynsz, utrzymuje się sam, nie będąc rozrzutnym. Często zamawia gotowe jedzenie, z reguły ten sam rodzaj pizzy, zazwyczaj jada te same smaki lodów. Po prostu przeciętny zjadacz chleba, którego egzystowanie może wzbudzać pewien rodzaj niechęci i politowanie. Jest typowym outsiderem, nie angażuje się w relacje z większą liczbą osób czy w jakiekolwiek działania mające społeczne znaczenie. Wręcz przeciwnie – jest oderwany od rzeczywistości, wydaje się nie mieć pojęcia o tym, co dzieje się poza jego małym światkiem. Nikt nie ingeruje w jego sprawy. Ot, wolny (również dosłownie – nigdzie się niespieszący) duch pozbawiony chęci podejmowania decyzji, bez zobowiązań, bez planów na przyszłość, bez większych zmartwień. Przeżył wielką miłość i równie ogromny ból wynikający z rozstania z ukochaną. Jego rodzice nie żyją, jednak jest z tym pogodzony. Miał udane dzieciństwo, dobry dom. Żyje we własnym, dość hermetycznym świecie, w którym czasami jest miejsce na spotkanie z jedynym przyjacielem, Rogerem.

Dlaczego inni ludzie są o wiele bardziej nieszczęśliwi?
Skąd ten dług?

Świat przedstawiony w powieści nosi znamiona rzeczywistości kafkowskiej, absurdalnej i na swój sposób niewytłumaczalnej. Obraz ministerstwa, które kontroluje (i wycenia) życie obywateli oraz zna dokładnie każdy ich ruch, przywołuje antyutopijne skojarzenia, zawsze zabarwione dawką niepokoju pojawiającą się, gdy myślimy o prawdopodobieństwie zaistnienia takich sytuacji w rzeczywistości nam współczesnej. Niepokój wzrasta, a w myślach tworzy się sieć powiązań i skojarzeń, odwołań do klasyków gatunku, którzy potrafili losami swoich bohaterów przyprawiać czytelnika o dreszcze.

Historia przedstawiona w „Rachunku” pozwala spojrzeć na świat poprzez pryzmat małych elementów, detali układających się w spójną całość, najczęściej dla nas niedostrzegalnych. Daje pretekst do rozważań nad znaczeniem szczęścia i jego wymiarami w życiu. Do zatrzymania się i odetchnięcia świeżym powietrzem. Rozliczanie z niemal każdego doznanego bodźca prowokuje refleksję na temat chwil, których łatwo nie dostrzegać, doświadczeń, o których nietrudno zapomnieć w zgiełku codzienności.

Od samego początku tej opowieści towarzyszyło mi pragnienie odkrycia jej zakończenia. To właśnie ono – rozwiązanie niedorzecznych oskarżeń – miało nadać wyrazisty kształt całej treści. Czy ministerstwo cofnie dług? Czy może wymierzy karę? Jaką? Co mogłoby się wydarzyć z bohaterem, jeśli nie zapłaciłby długu? Czego zostałby pozbawiony? Niedomówienia pozwoliły pobudzić wyobraźnię. Domyślanie możliwych scenariuszy było dobrą zabawą, która skończyła się jednak nieco za szybko. Jak na zapowiadany – kafkowski – styl historia była zbyt prosta i krótka. Niestety w powieści tej nie został wykorzystany potencjał, który mógłby dać jej miejsce wśród książek bardzo dobrych. Pozostaje uczucie niedosytu.

Z drugiej strony jednak wariacja na temat wyceny szczęścia jest bardzo interesująca. Jeśli znajdzie się człowiek, który jest zbyt szczęśliwy, ma dług niemożliwy do spłacenia, zbyt wysoki, by móc cokolwiek zrobić… jak zachowają się specjaliści z W.R.D.? Co zrobi wielkie, wszechwładne ministerstwo?

Historia małego człowieka pragnącego ucieczki przed wszechogarniającym systemem stać się może symboliczną wizją rzeczywistości każdego z nas. Z jednej strony świata wewnętrznego, w którym często nie doceniamy wartości własnych doświadczeń, z drugiej zaś zewnętrznego, który to coraz silniej wkracza w prywatność każdego z nas.


---
* J. Karlsson, Rachunek, Kraków 2016, s. 6.

„5 700 000 koron. Kto dostaje takie rachunki? Zaśmiałem się na samą myśl, że ktoś przez pomyłkę mógłby zapłacić tyle pieniędzy, i odłożyłem rachunek na bok”*. Niesłusznie. Okazuje się bowiem, że tajemnicze ministerstwo, posługujące się skrótem W.R.D., obciążyło bohatera tak ogromną kwotą z powodu dobra i szczęścia, jakich w życiu doświadczył. W świecie, w którym każdy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ostatni kwartał XIX i początek XX wieku stanowiły okres najbardziej burzliwy dla rozwoju medycyny. W czasach tych, gdy nikt jeszcze nie wierzył w teorię zarazków, a nawet mało kto uznawał, że należy myć ręce przy kolejnych zabiegach, rodzić zaczęły się nowe teorie, dążenia, a w końcu odkrycia. Dziś trudno sobie wyobrazić, że niewiele ponad wiek temu nie istniały jeszcze podstawowe reguły prowadzenia badań, które mogłyby stanowić narzędzia (niezbędne) do pracy ówczesnych badaczy.

W świecie tym narodzili się dwaj wielcy badacze, którzy mieli rywalizować ze sobą przez całe życie – Robert Koch i Ludwik Pasteur. Niemiecki doktor z prowincji, który doszedł do swoich odkryć dzięki niezwykłej sumienności, i francuski zamożny chemik, który równie silnie wpłynął na kształtowanie się medycyny jako nauki. Możliwe, że powodem ich konfliktu było nieporozumienie, możliwe, że uprzedzenia i niechęć do odnoszenia się do badań drugiego, możliwe w końcu, że wyścig ten napędzany był zazdrością, chęcią zaistnienia w historii i pozostawienia wyraźnego śladu po sobie w świecie medycyny (szczególnie desperacko realizował to Koch pod koniec swojego życia), a w końcu ukrywanym, głęboko zapewne, podziwem. Niezależnie od genezy konflikt ów trwał nieustannie, napędzając poniekąd falę niedających się przecenić odkryć.

Przedstawiona historia ukazuje najważniejsze odkrycia ówczesnych badaczy, a przede wszystkim ich żmudną pracę. Od momentu, gdy za źródło zakażeń zaczęli oni uważać bakterie (choć bardzo długo część środowiska odrzucała ową teorię), wygrali z wieloma jednostkami chorobowymi. Kiedy wiosną 1882 roku Robert Koch odkrył prątki gruźlicy, jasne stało się, że to właśnie tą chorobą – plagą XIX wieku (stała się ona przyczyną śmierci milionów ludzi, w tym wielkich tego świata, takich jak m.in. Johann Wolfgang Goethe, Friedrich Schiller, Antoni Czechow, Guy de Maupassant czy Edgar Allan Poe) – będą zajmować się w najbliższym czasie zespoły badawcze naukowców. Choć, w końcu, po latach pracy, w 1905 roku Koch otrzymał nagrodę Nobla, to ostatecznie poniósł klęskę, sądząc, że odkrył lekarstwo na najbardziej śmiertelną chorobę w historii. Odkryciom tym przyglądał się inny lekarz – Artur Conan Doyle, który miał się później stać autorem popularnej serii o Sherlocku Holmesie.

W książce Goetza został przedstawiony okres bardzo trudny, burzliwy, ale dzięki temu i ciekawy. Odkrycia badaczy wpisane zostały w kontekst ich życia, funkcjonowania w otoczeniu, zamierzeń i dążeń, własnych opinii i konfliktów. To wszystko sprawia, że historię tę czyta się jak interesującą opowieść, a nie zbiór suchych faktów o zmaganiach naukowców. Dużym atutem jest też ukazanie postaci autora Holmesa i czynników, które pozwoliły narodzić się wielkiemu detektywowi.

„Cudowny lek” to wciągająca opowieść o odkryciach i badaniach, które zmieniły nie tylko stan ówczesnej wiedzy, metody pracy naukowców, ale i sposób postrzegania świata. Goetz ukazał proces, w jakim rodziła się nowoczesna medycyna jako nauka pozbawiona zabobonów i nieuzasadnionych (badawczo) przekonań, i zrobił to dobrze. Materiał wykorzystał jednak nieco chaotycznie, na co wskazują dość liczne powtórzenia treści i powroty do tych samych tematów. Chociaż były to wątki interesujące, czasem można było odnieść wrażenie, że czyta się kolejny raz to samo.

Ostatni kwartał XIX i początek XX wieku stanowiły okres najbardziej burzliwy dla rozwoju medycyny. W czasach tych, gdy nikt jeszcze nie wierzył w teorię zarazków, a nawet mało kto uznawał, że należy myć ręce przy kolejnych zabiegach, rodzić zaczęły się nowe teorie, dążenia, a w końcu odkrycia. Dziś trudno sobie wyobrazić, że niewiele ponad wiek temu nie istniały jeszcze...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Sekta egoistów” to pierwsza powieść słynnego francuskiego pisarza, która to nie była publikowana dotąd w Polsce.

Odkrycie tytułowej sekty przez Gérarda – narratora owej opowieści – wydaje się dziełem wyłącznie przypadku. Pewnego dnia znudzony monotonią uczony otwiera nieprzydatną dla swoich badań księgę na losowo wybranym miejscu. Pod hasłem „egoizm” znajduje informację o człowieku znanym jako Gaspard Languenhaert – założycielu Sekty Egoistów. Intrygująca wzmianka o nieco dziwacznym myślicielu, który uważał, że inni nie istnieją, a on sam wymyślił cały świat, zaburza uporządkowaną rzeczywistość badacza. Od tej pory Gérard z fanatyczną rozkoszą i nierosnącą fascynacją wymieszaną z irytacją poszukuje informacji, które to zresztą najczęściej odnajduje (znów) przez przypadek. Jednocześnie wciąż zadaje sobie pytanie, czy Gaspard istniał naprawdę? Los prowadzi go na spotkanie z szaloną ideą, pochłaniającą bez reszty, sprawiającą, że przestaje się liczyć wszystko inne. Podróżuje po Europie, by poznać prawdę o założycielu sekty i jego niezwykłym żywocie, a w końcu o sobie samym, o istocie swojego bycia.

Schmitt usnuł historię, w której nazbyt wiele jest dziełem przypadku, a jednocześnie historię niezwykłą w swym prawdopodobieństwie. Nawiązania intertekstualne pozwalają na jej zakorzenienie w rzeczywistości (literackiej) i stwarzają okazję do dalszych interpretacji. Podróż Gérarda tropem śladów zostawionych przez Egoistę jest jednocześnie wędrówką do wnętrza duszy człowieka, a także pewnym pretekstem do rozważań o naturze Stwórcy. Kolejne opowieści, jak szkatułki pełne nowych znaczeń, prowadzą w głąb tragicznej historii.

W opowieści jest mnóstwo sygnałów, które stymulują wyobraźnię i stwarzają okazję, by podążyć różnymi tropami i oddać się zabawie w dopowiadanie fabuły. Wiele z moich dopowiedzeń okazało się zbyt ochoczo wysuniętymi nadinterpretacjami, co z jednej strony wysoce mnie rozczarowało (czułam niewykorzystany potencjał tej opowieści), z drugiej natomiast pozwoliło mi uchronić się przed bólem, jaki pojawia się przy przewidywalnych zakończeniach. To, które kończy opowieść Schmitta do takich nie należy, chociaż przyznać trzeba, że bardzo „ratuje” całą przedstawioną historię, która – choć przepełniona raz frapującymi, innym razem ocierającymi się o banał przemyśleniami ¬– wydaje się zupełnie zwyczajna, nieco rozczarowująca. Trudno jednoznacznie ocenić owe dzieło, bo podobnie jak treść, również styl autora jest niejednorodny, chociaż trzeba przyznać, że kształtowany adekwatnie do przedstawianych okoliczności i bohaterów wypowiadających dane słowa. Mimo wszystko pozycja ta mnie rozczarowała, spodziewałam się piękniejszego języka i bardziej złożonych przemyśleń. Mam poczucie, że zarówno pomysł (ciekawy zresztą), jak i styl są bardzo niedopracowane. Szkoda, bo idea solipsyzmu, bardziej niż egoizmu właściwie, mogłaby zostać wykorzystana w niesamowicie pociągający sposób. Niestety nie tym razem.

Budowane napięcie i wszystkie (bardzo mieszane) uczucia skumulowały się we mnie przy odkrywaniu zakończenia, które każe opowieść tę odczytywać na nowo. Nie zamyka dróg, nie wyjaśnia, nie zabiera sensów. Otwiera na kolejne interpretacje. To właśnie lubię.

„Sekta egoistów” to pierwsza powieść słynnego francuskiego pisarza, która to nie była publikowana dotąd w Polsce.

Odkrycie tytułowej sekty przez Gérarda – narratora owej opowieści – wydaje się dziełem wyłącznie przypadku. Pewnego dnia znudzony monotonią uczony otwiera nieprzydatną dla swoich badań księgę na losowo wybranym miejscu. Pod hasłem „egoizm” znajduje informację o...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Od jakiegoś czasu rynek wydawniczy wzbogacają książki pisane przez popularnych blogerów, youtuberów i twórców znanych stron internetowych. Można tu podać tytuły takie jak: „Jadłonomia. Kuchnia roślinna. 100 przepisów nie tylko dla wegan”, „Jak dbać o włosy. Poradnik dla początkującej włosomaniaczki”, „Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu”, „Bezuzyteczna.pl. Codzienna dawka wiedzy bezużytecznej” czy „Facecje”. Książkę postanowił wydać również Radosław Kotarski, autor jednego z najbardziej znanych programów popularnonaukowych w Internecie – „Polimatów”.

Radek w swojej książce tłumaczy, skąd wzięło się 50 błędnych założeń, z którymi spotykamy się od lat. Okazuje się, że starożytni Rzymianie wcale nie wymiotowali przy ucztach częściej niż my robimy to współcześnie, już greccy filozofowie byli świadomi, że Ziemia jest kulista, a Kolumb wcale nie przybył do Ameryki jako pierwszy. Wśród obalonych mitów znalazły się też te o zasadzie 5 sekund, o wykorzystywaniu przez nas tylko 10% możliwości mózgu, o odrastaniu (po ścięciu i goleniu) mocniejszych i ciemniejszych włosów, o zjadanych pająkach, a nawet o tym, że owocem zerwanym przez pierwszą Ewę było jabłko. Niektóre mity funkcjonujące w świadomości społecznej są bardzo szkodliwe, jak ten o możliwości zgłoszenia zaginięcia osoby dopiero po 24 godzinach.

W książce można znaleźć wiele ciekawostek, np. o tym, że z perspektywy mikrobiologii chodnik jest czystszy od podłogi w kuchni, o pająkach żywiących się ludzką krwią, albo o lekarzu, który przez ponad 50 lat strzelał stawami lewej ręki, by sprawdzić konsekwencje takiego działania. Niektóre są bardzo zabawne, jak ta o irlandzkich policjantach, którzy wystawiali mandaty panu Prawo Jazdy.

Obalane mity podzielone są na kilka tematycznych działów: I – „O dziejach świata bez znieczulenia”, II – „Krwawa rozprawa z mitami dzieciństwa”, III – „Wielki pogrom mitów popkultury”, IV – „Mity, o których się nie śniło naszym bystrzakom”, V – „Te straszne mity o zwierzętach”, VI – „Naga prawda o historii Polski”. Na końcu książki umieszczona jest bibliografia – do każdego mitu przypisanych jest kilka pozycji, z których korzystał autor.

Książka napisana jest lekko, z humorem (czasami nie do końca udanym, nieco „na siłę”, czasem wręcz przeciwnie). Autor obalając mity powołuje się na różne naukowe źródła, stąd pewność, że korzysta z tez wysuniętych przez znawców. Co bardzo cenne i atrakcyjne, jest dociekliwy, szuka źródeł powstania wybranych przez siebie mitów. Nie opisuje jedynie suchych faktów, dzięki czemu lektura nie jest nużąca.

Pozycja typowo rozrywkowa, z wieloma ciekawostkami, może być czytana „na wyrywki”. Popularyzuje naukę w przystępny sposób, porusza interesujące wątki. Nie widzę jednak powodów, by do niej wracać. Nie przepadam za tego typu literaturą. Autorowi jednak należą się brawa za to, co robi. Szczególnie w zakresie wspomnianych „Polimatów”.

Od jakiegoś czasu rynek wydawniczy wzbogacają książki pisane przez popularnych blogerów, youtuberów i twórców znanych stron internetowych. Można tu podać tytuły takie jak: „Jadłonomia. Kuchnia roślinna. 100 przepisów nie tylko dla wegan”, „Jak dbać o włosy. Poradnik dla początkującej włosomaniaczki”, „Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu”, „Bezuzyteczna.pl. Codzienna...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Późną nocą, w świetle księżyca i w niczym niezmąconej ciszy, czyjaś pięta bezwładnie opada na podłogę. Zimne ciało bardzo ciąży, korytarz wydaje się dłuższy niż zazwyczaj. Cienie wyglądają złowrogo. Trzeba ukryć ciało. Szybko, póki dookoła nie ma żywej duszy.

Profesorowa Szczupaczyńska, jak na matronę przystało, na co dzień ma mnóstwo obowiązków do wykonania – musi kontrolować jakość wykonywania prac przez służbę, dopilnować, by na obiad była odpowiednia potrawa, sprawdzić, czy wszędzie jest odpowiednio czysto, a także poczytać ulubione lektury. Nie można też zapomnieć o konieczności zawierania odpowiednich kontaktów, które mogą pomóc w osiąganiu wybranych celów, a szczególnie w budowaniu swojej pozycji w społeczności krakowskiej. Na dodatek trzeba również pilnować, by nie wydać przy tym za dużo pieniędzy, bo każdy grosz się liczy. Dzięki odpowiednim umiejętnościom zasłuży się w końcu na uznanie w społeczeństwie i zazdrosne spojrzenia kuzynki Dutkiewiczowej.

Gdy spokój świata „pani Dulskiej” mąci wieść o zaginięciu jednej z pensjonariuszek domu Helclów, Szczupaczyńska czuje, że nie może przejść wobec tego obojętnie. Kolejne niewyjaśnione sytuacje wzmagają jej rozterki. Wie, że coś zostało pominięte, że sędzia śledczy Klossowitz nie wziął pod uwagę wszystkich okoliczności. Jak rozwiązać tę zagadkę? Jak znaleźć czas, kiedy tyle spraw na głowie? Trzeba zdobyć fanty na loterię na rzecz dzieci skrofulicznych, pójść na otwarcie teatru, dbać o opinię. Pragnienie odkrycia prawdy jest jednak nie do powstrzymania. Profesorowa zaczyna czuć się jak bohaterka swoich ulubionych powieści i wpada na kilka intrygujących tropów…


Maryla Szymiczkowa (a właściwie Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) skonstruowała znakomity pastisz literacki, posługując się modnym dziś gatunkiem, jakim jest kryminał. Na okładce książki został zacytowany Michał Rusinek, który ocenia: „Nie jestem pewien, co tu jest dla czego tłem: czy XIX-wieczny Kraków dla misternej i zabawnej intrygi kryminalnej, czy też owa intryga dla arcyszczegółowo odtworzonego XIX-wiecznego Krakowa i jego socjety. Jestem natomiast pewien, że to pyszna lektura”*. Trudno się z nim nie zgodzić, bo nawet jeśli pominąć tę sensacyjną aferę (i rozwlekającą się wokół niej akcję), pozostają pyszne językowe stylizacje i opisy, które pozwalają poczuć klimat tamtej epoki.

„Tajemnica domu Helclów” to opowieść o świecie XIX-wiecznego Krakowa, o urokliwym mieście, mentalności ówczesnego społeczeństwa, o tajemnicach, jakie może skrywać człowiek. Z drugiej strony pod dostatkiem tu dulszczyzny, zmagań bohaterki z własnym śledztwem (doświadczonej w tym zakresie poprzez czytanie książek i złapanie służącej na kradzieży... cukru) i z życiem prywatnym (czystość sztućców się sama nie sprawdzi). To powieść obyczajowa z intrygującą historią powiązań, knowań, a wreszcie zbrodni. Fanów kryminałów może jednak rozczarować – brak tu miejsca na gęsią skórkę, skrajne emocje, różnorakie tropy… Część informacji długo pozostaje niedostępna dla czytelnika, więc podąża on raczej tropem domysłów Szczupaczyńskiej, nie swoich. Sama koncepcja wydarzeń, jakie ma odkryć profesorowa, jest jednak godna uwagi. Z pewnością zaś nie do przewidzenia. Na pochwałę zasługuje też sposób skonstruowania głównej bohaterki, skąpej pozorantki z wybujałym ego, a jednocześnie błyskotliwej i odważnej kobiety, która za sprawą swojej dociekliwości potrafi odkryć więcej niż krakowska policja.

Akcja nie porywa, nie toczy się z zawrotną prędkością, jednak nie tego oczekiwałam. Rozrywka w stylu retro, wysmakowane słowa, klimatyczne opisy i spora dawka ironii – wszystko to sprawia, że „Tajemnica domu Helclów” to lektura bardzo przyjemna.


---
* M. Szymiczkowa, Tajemnica domu Helclów, Kraków 2015; tekst z okładki.

Późną nocą, w świetle księżyca i w niczym niezmąconej ciszy, czyjaś pięta bezwładnie opada na podłogę. Zimne ciało bardzo ciąży, korytarz wydaje się dłuższy niż zazwyczaj. Cienie wyglądają złowrogo. Trzeba ukryć ciało. Szybko, póki dookoła nie ma żywej duszy.

Profesorowa Szczupaczyńska, jak na matronę przystało, na co dzień ma mnóstwo obowiązków do wykonania – musi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Artur Górski, twórca książek zawierających rozmowy z Masą o polskiej mafii, skonstruował opowieść o Izraelu jako o państwie-twierdzy, w którym służby specjalne tworzą doskonale zorganizowany tajny świat. W świecie tym opowieści o Bondzie wydają się dość mdławą historyjką. Jak czytamy na tylnej części okładki: „To właśnie jego [państwa – K.B.] funkcjonariusze – agenci działający «pod przykryciem», członkowie ekip likwidacyjnych, komandosi odbijający samoloty z rąk porywaczy – są bohaterami tej książki”. Autor zarysował obraz tego świata posługując się zdarzeniami, w których uczestniczyli wybrani bohaterowie książki, z którymi to Górski miał okazję rozmawiać. Wśród nich można znaleźć m.in. byłych agentów, twórców Krav Magi, syna konstruktora uzi, komandosów. Opisał też wiele historii, za którymi stały izraelskie służby specjalne, chociażby operację „Most”, w której uczestniczyło polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, czy „uprowadzenie” Egipcjanom radzieckiego radaru P-12. Górski opisał akcje nie tylko najbardziej popularnego Mossadu, ale również służb takich jak Aman, Sayeret Matkal czy Yamam. Pozwala również dowiedzieć się na przykład, do czego przydaje się sztuka walki zwana Krav Magą, poznać historię powstawania słynnej broni uzi, która wystrzeliwuje 600 pocisków na minutę, a także prześledzić losy interesujących postaci, np. Eli Cohena (który odgrywając rolę arabskiego biznesmena przez lata pozyskiwał informacje od syryjskich polityków) czy Catherine Vitinger (która twierdziła, że była agentką Mossadu i przeprowadzała egzekucje na terrorystach, a z którą związku sam Mossad się wyparł).

Każdy rozdział książki jest krótką historią, a ich mozaika tworzy – najczęściej poprzez tzw. „human story” – obraz niebezpiecznego i bardzo mało znanego zresztą systemu wywiadowczego Izraela. Każda z opowieści wciąga czytelnika, pozwala przenieść się w świat, o którym istnieniu coś więcej wiedzą nieliczni. Reportaż przedstawia świetnie wyszkolone jednostki, dla których powiedzieć „nie ma rzeczy niemożliwych” to pokusić się o pewne nadużycie.

Wiele faktów może stanowić problem dla laika zupełnie niezainteresowanego historią służb Izraela, a także samego Izraela, jednak Górski przedstawia każdą historię w oparciu o tło historyczno-społeczne, dzięki czemu reportaż ten jest w pełni zrozumiały i tworzy spójny na swój sposób wizerunek izraelskiego wywiadu. Wywiadu, który stał się swoistą wizytówką Izraela, legendą, którą inspirowali się twórcy filmów i różnoracy pisarze.

Książkę czyta się trochę jak sensacyjną powieść. Wciąga i skłania do zastanawiania się nad funkcjonowaniem tego typu służb, a także mediów, które nie zawsze dostarczają nam pewnych informacji. Generalnie ujmując czyta się ją dobrze. Widać, że autor włożył dużo pracy w uzyskanie materiałów do jego stworzenia (włącznie z udziałem w specjalnym szkoleniu), chociaż z drugiej strony sporo jest też faktów znanych już opinii publicznej. Odbiór reportażu zapewne zależy od tego, czy czytelnik miał już do czynienia z tą tematyką.

Historie są przedstawione w sposób nieco nazbyt pobieżny. Pozostawiają niedosyt, chciałoby się przeczytać je w bardziej rozbudowanej wersji. Skakanie po tematach i krótkość tych rozdziałów sprawia wrażenie chaosu, co z jednej strony, jak wcześniej wspomniałam, odpowiada za mozaikowy obraz, a z drugiej zaburza nieco proces czytania i rozumienia opowieści.

O książce tej mogłabym powiedzieć, że nie pozwala się wgłębić i zakorzenić w tematyce, ale wyznacza pewne tropy, którymi zainteresowany czytelnik może samodzielnie już podążyć.

---
http://literacki-podwieczorek.blogspot.com/2015/08/artur-gorski-piesc-dawida-tajne-suzby.html

Artur Górski, twórca książek zawierających rozmowy z Masą o polskiej mafii, skonstruował opowieść o Izraelu jako o państwie-twierdzy, w którym służby specjalne tworzą doskonale zorganizowany tajny świat. W świecie tym opowieści o Bondzie wydają się dość mdławą historyjką. Jak czytamy na tylnej części okładki: „To właśnie jego [państwa – K.B.] funkcjonariusze – agenci...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Błagam! Z całym szacunkiem dla czytelników, ale jak można być tak głupim, żeby uwierzyć, że można schudnąć 9 kg w dwa tygodnie, nie robiąc sobie krzywdy??? Facet nie wymyślił nic nowego, to kolejna dukanopodobna dieta. Nie można wyeliminować węglowodanów do tego stopnia nie robiąc sobie krzywdy! Napisane z pełnym przekonaniem o słuszności, a każdy mądry dietetyk powie, że to destrukcyjne dla człowieka. Pamiętajcie, że warzywa i owoce też mają węglowodany, a same białka i tłuszcze nie mogą być podstawą diety. To idealny sposób na utratę mięśni i zdrowia, a nie tkanki tłuszczowej.

Błagam! Z całym szacunkiem dla czytelników, ale jak można być tak głupim, żeby uwierzyć, że można schudnąć 9 kg w dwa tygodnie, nie robiąc sobie krzywdy??? Facet nie wymyślił nic nowego, to kolejna dukanopodobna dieta. Nie można wyeliminować węglowodanów do tego stopnia nie robiąc sobie krzywdy! Napisane z pełnym przekonaniem o słuszności, a każdy mądry dietetyk powie, że...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Oprawiona w żółtą okładkę książka liczy prawie 240 stron i polecana jest jako ta, która „odmieniła już niejedno życie i stała się światowym bestsellerem”[1]. Wewnątrz zawarte są przemyślenia autora, który przez dziesięć lat chorował na raka i w tym czasie usunięto mu płuco, nogę i fragment wątroby. Mimo to jest on pełen optymizmu i pragnie swojego czytelnika wprowadzić w skonstruowany przez siebie „świat na żółto”, zachęcić do szukania ludzi definiowanych przez niego jako żółtych, a wreszcie do wcielenia jego odkryć we własne życie.

Tytułowe 23 odkrycia mają dla autora wartość szczególną, pozwoliły mu przetrwać chorobę i żyć szczęśliwie po wyjściu ze szpitala. Liczbie tej Espinosa przypisuje znaczenie wyjątkowe – stwierdza, że my również możemy mieć 23 swoje odkrycia, 23 „żółtych” w swoim życiu itd. Chce, by świat był pełen magii tego numeru.

Wśród odkryć (które autor, jak sam wspomina, zawdzięcza rakowi) można znaleźć bardzo różne tezy i propozycje, czasami dość śmiałe (wyznania, że autor na początku nie cieszył się z końca swojej choroby albo że uznaje śmierć za coś dobrego, nie są raczej dość często spotykanymi). Z jednej strony w tekście znaleźć można poruszające historie współtowarzyszy Alberta, „jajogłowych” ze szpitala, którzy odeszli, a jednak – jak się umówili – swoje życie rozdali pozostałym żyjącym, z drugiej zaś wiele jest różnorakich porad autora, które mają zmienić życie. Wśród nich są np. stwierdzenia i rady: straty są pozytywne, słowo „ból” nie istnieje, każdego dnia zadaj pięć dobrych pytań wybranym przez siebie osobom, zacznij inaczej chodzić i oddychać – znajdź swój sposób, każdego dnia zapisuj rzeczy, które sprawiły ci radość (chowaj te zapiski do teczki i zastanów się do kogo powinny trafić, gdy umrzesz), pomyśl życzenie, które ma się spełnić i wydmuchuj powietrze (wtedy się spełni), każdego dnia znajdź czas, żeby leżeć nieruchomo przez 20 minut i myśleć tylko o tym, żeby się nie ruszać (to pozwoli rozwiązać ci problemy, które cię męczą).

Język, którym posługuje się autor jest bardzo prosty, potoczny, to jakby opowieść-gawęda na temat tego jak żyć. Z tym, że ja tego nie kupuję. Książka nie odmieniła mi życia, nie wciągnęła mnie bez reszty (dodam, że tego typu pozycje zawsze mnie odstraszały). Wręcz przeciwnie. Trudno było mi przez nią przebrnąć. Czułam, że obijam się o ściany zbudowane z banału i cudzych, obcych „własnych światów”. Skonstruowana na siłę koncepcja „żółtych” i żółtego świata, pragnienie by właśnie w tym kolorze zmieniać swoje otoczenie. Takiego bełkotu nie powstydziłby się sam Paulo Coelho. Kilka mądrych myśli (np. ta, że trudno nam zaakceptować nie to, jacy sami jesteśmy, ale to, jacy są inni; albo taka, że są ludzie, których spotykamy w swoim życiu dosłownie na chwilę, a potrafią zmienić więcej niż ci, którzy są cały czas obok nas, a także że powinniśmy dać im odejść) i całe stado tez ocierających się o banalność, infantylność, a czasami nawet głupotę.

Trudno ocenić tego typu pozycję. Z jednej strony trzeba mieć na uwadze przeżycia autora i jego niesamowity wręcz optymizm, chęć cieszenia się najmniejszymi detalami w życiu. Postawa ta godna jest uwagi i pochwały, rzadko bowiem spotyka się na swojej drodze ludzi o takim nastawieniu. Z drugiej strony natomiast, gdyby odsunąć cały kontekst związany z nieuleczalną chorobą, pozostaje nam quasi-poradnik dobrego życia, który jakoś bezwiednie kojarzy mi się z wojownikami światła i innymi parodiami filozofii tak lubianymi w masowej kulturze. W końcu bestseller. W naszych czasach miano to niestety zbyt często jest oznaką marnej jakości.

---
[1] Albert Espinosa, Świat na żółto. 23 małe odkrycia, które uratowały mi życie, Kraków 2015, tekst z okładki.

więcej na: http://literacki-podwieczorek.blogspot.com

Oprawiona w żółtą okładkę książka liczy prawie 240 stron i polecana jest jako ta, która „odmieniła już niejedno życie i stała się światowym bestsellerem”[1]. Wewnątrz zawarte są przemyślenia autora, który przez dziesięć lat chorował na raka i w tym czasie usunięto mu płuco, nogę i fragment wątroby. Mimo to jest on pełen optymizmu i pragnie swojego czytelnika wprowadzić w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Wypadek, zbrodnia, wina… co dalej? Kara czy przebaczenie? A może brak jakichkolwiek konsekwencji?

Nikt nie jest bez winy, ale… czy ktoś właściwie jest winny?

David i Jo, małżeństwo z Anglii, jadą na przyjęcie do dwóch znajomych homoseksualistów. Ich rezydencja położona jest wewnątrz marokańskiej pustyni. Męcząca podróż w nieznośnym upale kończy się tragedią, gdy pijany David potrąca miejscowego sprzedawcę skamieniałości. Małżeństwo dociera do celu ze zwłokami młodego mężczyzny w samochodzie. Gospodarze postanawiają pomóc parze, ukrywają zwłoki do czasu przyjazdu policji i zachęcają do zrelaksowania się po podróży. Sprawa szybko wychodzi na jaw, najpierw dowiadują się służba i goście, następnie lokalna społeczność, dla której zdarzenie to jest równoznaczne z morderstwem. Kiedy ojciec zmarłego przybywa po zwłoki syna, David musi dokonać zadośćuczynienia. Nie wiadomo jednak, na czym ma ono polegać i co stanie się ze sprawcą.

Równolegle zostaje przedstawiona historia Drissa, młodego chłopca, który chciał znaleźć szczęście poza granicami swojego państwa. Jako muzułmanin kieruje się on wyłącznie swoim interesem i wszyscy niewierni stają się nic nieznaczącymi marionetkami służącymi osiągnięciu wymarzonego celu. Jego kodeks moralny pozwala mu na wszystko, bo przecież Allach go prowadzi. A może chłopak ma po prostu bujną wyobraźnię?

W murach rezydencji zaś wielka impreza trwa bez przerwy. Marokańska służba z niesmakiem spogląda na gorszące zachowanie europejczyków. W tym przepychu, w ciągłym ekstatycznym pląsie pełnym pokus musi odnaleźć się Jo, która pierwszy raz od wielu lat pozostała sama sobie. Powoli wciąga się w to upalne szaleństwo.

W powieści Osborne’a zderzają się dwa odmienne światy, zupełnie inne kultury, pomiędzy którymi dialog wydaje się niemożliwy. Europejczycy, nowocześni, seksualnie wyzwoleni, bawiący się bez zahamowań i tradycyjna muzułmańska społeczność, spoglądająca z obrzydzeniem na niewiernych, czyli tych, którzy zawsze są źli (już przez sam fakt niewiary we właściwego boga). Autor przedstawia różne sposoby ujmowania rzeczywistości, zupełnie różne kodeksy moralne, świat, w którym śmierć niewiernego nie jest tym samym, co śmierć muzułmanina. Świat, w którym jedni mają prawo mordować, inni zaś są oskarżani bez uwzględniania okoliczności, a wszystko zależy od tego, czyją perspektywę przyjmiemy jako słuszną. Świat wreszcie taki, który oczekuje prawdy, ale sam ją odpowiednio selekcjonuje.

Odmienność kulturowa przedstawiona w książce jest frapująca, a jednocześnie niezwykle frustrująca. Muzułmanie w niektórych sytuacjach ukazani są jako paranoicy, dla których świat zewnętrzny zawsze stanowi zagrożenie. Niech cytat posłuży mi za przykład owego myślenia: „Niewierni ciągle żartowali. Ale czy ich żarty naprawdę były żartami? Bloodworthowie zawsze byli weseli i słodcy, ale czy ich wesołość i słodycz były szczere? W sercu Drissa obracała się ciemna śruba, bo wiedział, że niewierni to najprzebieglejsze istoty, jakie istnieją, i ostatecznie zależy im jedynie na sprowadzeniu wierzących na złą drogę. Taką już mieli naturę i nic nie mogli na to poradzić” [1].

Z drugiej strony to europejczycy ukazani są jako społeczność zepsuta, pełna poczucia wyższości, oddająca się niemoralnym rozrywkom, żyjąca w bogactwie, które trudno pojąć, a muzułmanie przedstawieni zostają poprzez pryzmat biedy i ciężkiej pracy, które warunkują całe ich życie. Istnieje między nimi zatem przepaść w każdym niemal aspekcie życia. Dzieli ich status finansowy, dzieli historia i tradycja, a w końcu światopoglądy, a w tym koncepcje dobra i zła.

Egzotyczne opisy sprawiają, że historia pełna jest smaków, zapachów, kolorów i kształtów, pomimo tego, że sceneria jest dość jednolita – wszędzie piasek, żółty pył, ziarna lecące do ust i oczu, przytłaczający wręcz upał, niekończący się nawet nocą. W tym klimacie niektóre czyny popełniane są jakby w amoku, w narkotycznym transie. Wedle jakich kryteriów szukać tu grzeszników?

Uzupełnieniem przedstawianych historii stają się dwa sny, połączone ze sobą w nierozerwalnym tańcu znaczeń, tańcu oprawcy i ofiary. Wkradają się one do rzeczywistości, niczym quasi-przepowiednie, budując jej tajemniczy wymiar.

Powieść jest napisana językiem prostym, ubarwionym egzotycznymi opisami. W sam raz na jeden, maksymalnie dwa wieczory. Trzyma w napięciu i pozwala bawić się w grę przewidywalne – nieprzewidywalne, bo wiele razy zmieniać się mogą domniemane scenariusze zakończenia. Sam zaś koniec nadaje jej dodatkowy sens w kontekście właśnie przebaczenia. Wątki te, związane z winą, karą i przebaczeniem, są przyczynkiem do rozważań nie tylko nad odmiennymi wierzeniami i kulturami, ale również nad kondycją człowieka w ogóle.

„Wiele dróg nie wiedzie do serca”, mówi marokańskie przysłowie [2].

---
[1] Lawrence Osborne, Przebaczenie, Kraków 2015, s. 149.
[2] Tamże, s. 7.

Wypadek, zbrodnia, wina… co dalej? Kara czy przebaczenie? A może brak jakichkolwiek konsekwencji?

Nikt nie jest bez winy, ale… czy ktoś właściwie jest winny?

David i Jo, małżeństwo z Anglii, jadą na przyjęcie do dwóch znajomych homoseksualistów. Ich rezydencja położona jest wewnątrz marokańskiej pustyni. Męcząca podróż w nieznośnym upale kończy się tragedią, gdy pijany...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Oryginalny tytuł powieści („The Silent Wife”) dobrze opisuje bohaterkę. Jodi to cicha, spokojna pani domu. Jej życie od lat płynie w niezmiennym porządku, przepełnione codziennymi, ułożonymi wedle ustalonego schematu obowiązkami, które z przyjemnością realizuje. Jest spełniona również na gruncie zawodowym – jako terapeutka przyjmuje swoich pacjentów w domu, ma możliwość rozwijania swoich zainteresowań na różnych kursach. Kocha rutynę. Ceni sobie stabilizację i bezpieczeństwo. Kiedy więc Todd zostawia ją dla dużo młodszej kobiety, świat Jodi rozsypuje się, a jedynym wyjściem, które może pomóc jej w rozwiązaniu nowych problemów, jest zamordowanie mężczyzny.

Z psychologicznego punktu widzenia książka jest interesująca. Przedstawia obraz rozkładu związku, w którym każda ze stron jest w jakiś sposób dysfunkcyjna. Wspomnienia z dzieciństwa i lat młodości stanowią interesujący kontekst dla wydarzeń, które doprowadzają do ostateczności. Nikt tu nie jest bez winy, ale też trudno powiedzieć, kto jest winny najbardziej. Mocno ograniczona akcja pozwala skoncentrować się na psychice bohaterów, co z pewnością jest dużym atutem opowieści, ale może też rozczarować fanów gatunku.

Muszę przyznać, że pierwszy raz spotkałam się z powieścią, w której nie byłam w stanie (nawet troszeczkę) polubić żadnego z bohaterów. Do każdego z nich czuję odrazę, każdy jest na swój sposób zepsutym idiotą. Przykro mi. Z drugiej strony może to właśnie jest pociągające w tej historii – balansowanie między wyolbrzymieniem pewnych cech a wiarygodnym przedstawieniem postaci, bo przecież podobne osoby istnieć mogą i z pewnością istnieją. Ciekawym zabiegiem jest prowadzenie narracji raz z perspektywy jej, raz z jego. Pozwala to zrozumieć motywy kierujące ich postępowaniem.

Język powieści to zdecydowanie najsłabsze ogniwo. Być może tym właśnie powinna charakteryzować się współczesna literatura rozrywkowa, nie wiem, rzadko taką czytam. Cenię sobie piękno słów, związków wyrazowych, możliwość zachwycania się konstrukcją całych zdań, a nawet stron. Tutaj tego zabrakło. Język jest prosty, bezbarwny. To chłodna relacja z wydarzeń. Pasuje do fabuły, to prawda, ale sprawia, że w tej materii nie przyciągało mnie nic. Przeczytałam tę książkę bez zatrzymywania się. Z jednej strony to dobrze, bo to oznacza, że historia wciąga. Z drugiej natomiast wiem, że jest to rzecz „na raz” i tyle.

Jak pisałam wyżej, wątek psychologiczny jest interesujący i można zająć się jego analizowaniem (w tekście znajdują się odniesienia do Junga, terapii Gestalt czy Kompleksu Edypa), więc być może lepiej nie odkładać książki od razu na półkę, jednak językowo jest to coś przeciętnego, szarego.

Samo zakończenie powieści jest nieco zaskakujące, a przede wszystkim względnie otwarte. Wygasa, nie ma żadnych wybuchów, szokujących zwrotów, raczej coś bliższego stagnacji. W sytuacji, gdy od początku wiemy, co się wydarzy, dużo trudniej budować napięcie i stworzyć odpowiedni finał. Udało się to w stopniu umiarkowanym.

Czy polecam? Trudno powiedzieć. Powieść zainteresowała mnie ze względu na odniesienia do różnych teorii w psychologii i kontekst, jaki stanowi dzieciństwo (nastoletniość) bohaterów. Książka czytana przede wszystkim dla rozrywki, chociaż wcale nie odpręża, wręcz irytuje (jak wspominałam, denerwował mnie każdy z bohaterów, trudno powiedzieć, który był najbardziej beznadziejny – oczywiście, jeśli oceniać konstrukcję ich osobowości, to należy pochwalić autorkę za ukazanie interesujących powiązań). Z drugiej strony nie widzę potrzeby wracania do niej, bo rozczarował mniej jej styl.


--------------------
Po więcej zapraszam na: literacki-podwieczorek.blogspot.com.

Oryginalny tytuł powieści („The Silent Wife”) dobrze opisuje bohaterkę. Jodi to cicha, spokojna pani domu. Jej życie od lat płynie w niezmiennym porządku, przepełnione codziennymi, ułożonymi wedle ustalonego schematu obowiązkami, które z przyjemnością realizuje. Jest spełniona również na gruncie zawodowym – jako terapeutka przyjmuje swoich pacjentów w domu, ma możliwość...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

Wydana niedawno książka Żanny Słoniowskiej zwyciężyła (pokonując niemal 1000 innych tekstów) w konkursie na najlepszą powieść zorganizowanym przez wydawnictwo Znak Literanova.

Do wszelkich konkursów podchodzę dość chłodno, bo wiadomo – różnie z ich jakością bywa, różne są wyznaczniki „odpowiedniości” tekstu, a w końcu różne – co naturalne – gusta. Postanowiłam jednak nie formułować żadnych oczekiwań, ani pozytywnych, ani negatywnych. Usiadłam z książką w ręku. Z czystym umysłem.

Powieść od samego początku ujęła mnie sposobem ukształtowania języka. Należę do osób, które sformułowanie literatura piękna traktują na tyle dosłownie, że poszukują tego piękna do momentu, gdy przepełni je euforia.

Uwielbiam rozkoszować się słowem. Zachwycać wyobraźnią pisarza. To właśnie dostałam w powieści Słoniowskiej. Plastyczny język, niosący piękne obrazy, niesamowita wyobraźnia, a to wszystko bez zbędnego lukru, bez udawanego patosu, a w końcu bez naiwności i popadania w banalność. Pięknie wyważone. Smakowało mi to dość cierpko, czasem gorzko. Ujmująco.

„Dom z witrażem” to powieść, na którą warto spoglądać wielopłaszczyznowo, dostrzegać każdy z poruszanych wątków. W jednym mieszkaniu żyją cztery kobiety – każda z innego pokolenia, każda z innymi pragnieniami, a jednak oprócz więzów krwi łączy je również pragnienie zanurzenia w sztuce. Dla jednej zrealizowane, dla innej zagrzebane w popiołach przeszłości, które co jakiś czas ożywają, by wzbudzić histeryczny żal. Połączone w sieć zależności trwają razem, w nieustannym konflikcie, we wzajemnych oskarżeniach. Prababka tyranka, której pragnieniem byłoby rządzić każdą z pozostałych, babka Aba – uległa wobec swojej matki, poddająca się jej decyzjom, matka Marianna – zbuntowana, zawsze stawiająca na swoim, a wreszcie bohaterka, z której to perspektywy rozgrywa się ta burzliwa historia. Mnóstwo w niej retrospekcji, powrotów do rodzinnych tragedii, rozczarowań, a także chwil fascynacji.

Tytułowy witraż, 11-metrowy obraz pełen alegorycznych treści, staje się początkiem znajomości bohaterki z Mikołajem, który wprowadza ją w magiczny świat architektury Lwowa. Ich uczucie, naznaczone grzechem, stanowi również kolejny element tożsamościowej układanki. Kim czuje się każda z opisanych w opowieści osób? Jak określić własną narodowość, w momencie gdy idee stają się silniejsze od więzów krwi? We Lwowie można czuć się Polakiem, Ukraińcem z wyboru bądź takim, który uważa się za jedynego prawdziwego (rdzennym mieszkańcem), gdzieś w tle majaczy sylwetka człowieka sowieckiego, a z przodu wyłania się ktoś, kto potrafi siebie określić jedynie jako lwowianina. Do kogo zatem Lwów należy? Kto tu jest u siebie? Opowieść ta stawia kluczowe dla współczesności pytania – niezależnie od tego, czy zostanie ujęta w ramach burzliwej historii naznaczonej krwią sąsiadujących ze sobą narodów, czy w kontekście obecnie spotykanej wielokulturowości miast. Ukazuje także ludzkie dążenie do wielowymiarowej wolności. Autorka o swojej książce mówi: „W trakcie pisania tej książki krew przelana współcześnie za wolną Ukrainę była fikcją. Niestety w lutym 2014 roku przestała nią być”. Okazuje się więc, że rzeczywistość cały czas wytwarza dla tej historii nowe konteksty i sposoby odczytywania.


Pośród opowieści o minionych latach, zdarzeniach istotnych dla państwa, ale też dla każdej z bohaterek, wyłaniają się złożone fascynacje sztuką. Malarstwem i muzyką. Autorce udało się skomponować zgrabną opowieść, w której są one obecne nie tylko w warstwie semantycznej, ale również w odpowiednio ukształtowanej leksyce. Wyobraźnia, o której wcześniej wspominałam, sposób postrzegania świata, to spojrzenie artysty wrażliwego na dźwięki i obrazy. Artysty, który werbalizuje swoje odczucia, kalejdoskop emocji zmieniający swój kształt podobnie jak światła rzucane przez witraż zmieniające charakter w zależności od pory dnia.

--------------------
Po więcej zapraszam na: literacki-podwieczorek.blogspot.com.

Wydana niedawno książka Żanny Słoniowskiej zwyciężyła (pokonując niemal 1000 innych tekstów) w konkursie na najlepszą powieść zorganizowanym przez wydawnictwo Znak Literanova.

Do wszelkich konkursów podchodzę dość chłodno, bo wiadomo – różnie z ich jakością bywa, różne są wyznaczniki „odpowiedniości” tekstu, a w końcu różne – co naturalne – gusta. Postanowiłam jednak nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Sięganie po tę książkę to strata czasu. Jest banalna, nic głębszego z niej nie wynika. Napisana prymitywnie. Zadufany w sobie gnojek robi co chce i w zasadzie to prawie cała fabuła.

Sięganie po tę książkę to strata czasu. Jest banalna, nic głębszego z niej nie wynika. Napisana prymitywnie. Zadufany w sobie gnojek robi co chce i w zasadzie to prawie cała fabuła.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to