Jak rzecz

Izabela Straszewska
28.11.2019

Chciałabym, żeby sprawy wyzysku, nietolerancji, rasizmu, niewolnictwa i traktowania ludzi tak, jakby się miało do czynienia z przedmiotami, były już dawno za nami. Chciałabym mówić o tym tylko w kontekście rozważań o historii, bo przecież mamy równouprawnienie, a jawna nietolerancja jest karalna. Jednak świadomość istnienia miejsc, w których codziennym procederem jest handel ludźmi, zupełnie mnie przytłacza i bardzo trudno jest mi ją zaakceptować, ponieważ musiałabym wtedy zaakceptować również własną bezsilność wobec istniejącego porządku świata.

„One płoną jaśniej” to książka, która wstrząsnęła mną mocno, mimo że czytuję od czasu do czasu literaturę tego typu i wydawało mi się, że jestem już z nią nieco oswojona. Okazuje się jednak, że z tym nie da się oswoić. Historia zaczyna się w Indiach, w małej wiosce, w której głód jest tak normalnym zjawiskiem, jak chmury na niebie. Poznajemy świat oczami dwóch nastolatek. Jedna pochodzi z rodziny biednej, w domu drugiej natomiast panuje zupełna nędza. Ponadto ich świat to miejsce, w którym narodziny dziewczynki uważa się za pecha, małżeństwa zawierane są bez pytania kobiet o zdanie i, rzecz jasna, nie z miłości. Przeznaczeniem każdej dziewczyny jest wyjść za mąż jak najszybciej, a następnie rodzić dzieci, najlepiej płci męskiej.

Czytając „One płoną jaśniej”, początkowo odnosimy wrażenie, że akcja dzieje się w przeszłości. Autorka szybko jednak sprowadza nas na ziemię, a droga, którą każda z dziewcząt będzie zmuszona pokonać, ukaże to, od czego najwygodniej byłoby odwrócić wzrok. Małżeństwo aranżowane będzie bowiem najmniejszym problemem w tej opowieści. Gwałty, okaleczanie, zmuszanie do prostytucji, niewolnictwo i wszechobecne okrucieństwo będą tu na porządku dziennym. Co gorsza, akcja nie będzie się toczyć jedynie w indyjskiej wiosce, ale również w Stanach Zjednoczonych, i tam wcale nie będzie naszym bohaterkom lepiej.

Sposób prowadzenia narracji, chwilami poetycki, a nawet bajkowy, czasem brutalny i nieokiełznany, sprawia, że książkę tę czyta się z zapartym tchem. Przeżywamy wraz z bohaterkami wszystkie ich trudności, a każda ich krzywda rozdziera nasze cywilizowane serca na strzępy. Wiemy, że kochana Europa, w której szczęśliwie udało się nam urodzić, to tylko niewielki skrawek Ziemi. Tamten pozostały, nieznany świat jest nam tak obcy, że udajemy, iż on wcale nie istnieje. Problem polega jednak na tym, że niczyje udawanie nie sprawi, że coś ulegnie zmianie.

Urodzić się kobietą to wyrok dożywocia. Urodzić się biedną kobietą – to dożywocie podwójne. Biedną i niewykształconą – potrójne. Choć akcja książki Shobhy Rao zaczyna się w małej indyjskiej wiosce, to problem jest wszędzie taki sam: w losach dwóch bohaterek przeglądamy się wszyscy – kobiety i mężczyźni po obu stronach Atlantyku – jak w lustrze. Tylko to, jak ten wyrok wygląda, bywa różne w zależności od miejsca i czasu.*

Polecam gorąco!

 

* Joanna Jurewicz, Słowo od tłumaczki.

Kup książkę

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
zgłoś błąd