
Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)

- Kategoria:
- reportaż
- Format:
- papier
- Tytuł oryginału:
- The People vs Tech: How the Internet is Killing Democracy (and How We Save It)
- Data wydania:
- 2019-01-23
- Data 1. wyd. pol.:
- 2019-01-23
- Liczba stron:
- 232
- Czas czytania
- 3 godz. 52 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788381107242
- Tłumacz:
- Krzysztof Umiński
Autor dowodzi, że dalszy rozwój cyfrowych narzędzi komunikacyjnych – technologii – jest nie do pogodzenia z dalszym trwaniem liberalnych instytucji – demokracji. Demokracja liberalna wykształciła się w czasach analogowych, więc do analogowej rzeczywistości były przystosowane jej główne założenia i narzędzia do zarządzania kryzysem. W epoce cyfrowej, gdy koncepcje mediów, obywatelstwa, sfery publicznej i demokratycznej wspólnoty gwałtownie ewoluują i zmieniają swój sens, demokracja, jaką znamy, nie posiada już zdolności adaptacji. Albo więc demokracja „dogoni” cyfrową zmianę, a odpowiedzialne społeczeństwo w porę wykształci obywatelskie nawyki na miarę nowej epoki, albo czekają nas rządy technokratycznych despotów przy wsparciu aroganckiej kasty innowatorów z Doliny Krzemowej, którzy wejdą w rolę sędziów i kapłanów nowego porządku. Tak czy inaczej: „analogowa” demokracja się kończy. Czy uda się ją uratować?
Kup Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić) w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oficjalne recenzje książki Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)
Demokracja kontra technoautorytaryzm
„Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)” powinni przeczytać zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy nowoczesnych technologii, aby zrozumieć, jak szybko oddalają się od siebie okrzepłe, zastałe instytucje państw demokratycznych i galopujące, nowoczesne technologie cyfrowe oraz co ten rozdźwięk oznacza. Jeśli jest jeszcze ktoś, kto wyłącznie z hurraoptymizmem patrzy na rozwój nowoczesnych technologii, to lektura ta zasieje w nim wątpliwości. Wyjątek będą stanowić kryptoanarchiści, którzy dokładają wszelkich starań, aby niczym nieograniczona wolność i anonimowość w sieci zatriumfowały.
Autor w przystępny sposób objaśnia różnice w prawach rządzących światem realnym i wirtualnym, które w dłuższej perspektywie są nie do pogodzenia. Istotą demokracji jest zachowanie równowagi między wolnością a kontrolą, natomiast rozwój nowoczesnych technologii już dawno wymknął się spod kontroli państwowej, co więcej, podkopuje zasady, na jakich liberalna demokracja się opiera. System demokracji przedstawicielskiej ma służyć podejmowaniu logicznych decyzji opartych na faktach, podczas gdy Internet sprzyja decyzjom szybkim, instynktownym i emocjonalnym. Umiejętne wykorzystanie danych pozwala dziś z powodzeniem rozstrzygać wyniki wyborów za pomocą skomplikowanych algorytmów. Wystarczy dowiedzieć się, kim są wyborcy, znaleźć temat, który żywo ich interesuje, a następnie zasypywać ich powoli spersonalizowanym przekazem. Najlepiej dotrzeć do elektoratu jeszcze niezagospodarowanego, ludzi niezainteresowanych polityką, z poczuciem krzywdy, które znajduje swoje ujście w sieci, i zaproponować im proste rozwiązania problemów. Chcemy wierzyć tym prostym receptom, bo w gąszczu informacji, jakie nas otaczają, trudno się zorientować, dlatego posługujemy się uproszczonym wnioskowaniem, a co za tym idzie – wzrasta popularność przywódców i partii populistycznych, w prosty sposób objaśniających nam złożoną rzeczywistość.
Kolejnym mitem, z jakim autor się rozprawia, jest optymistyczne przekonanie, że konfrontacja z odmiennymi poglądami, jaką na niespotykaną dotąd skalę daje Internet, doprowadzi do szerszej debaty, wzrostu tolerancji i przezwyciężenia różnic. Żadna z tych oczywistych dla demokracji korzyści faktycznie się nie pojawia. Badania pokazują, że ludzie szukają w sieci potwierdzenia swoich racji, dobierając pasujące do nich źródła, a nie – jak chcielibyśmy wierzyć – rzetelnie analizują różne dane, aby dopiero sformułować swój pogląd. Polegamy na tym, co znajome, czytamy to, co już wiemy, unikamy informacji i stanowisk sprzecznych z naszymi poglądami. Widząc opinie przeczące naszym, jeszcze bardziej utwierdzamy się w przekonaniu o własnej słuszności. Gdy dodamy do tego zjawisko „toksycznego pozbawienia zahamowań” – notorycznego lekceważenia norm społecznych przez użytkowników Internetu, zobaczymy, w jaki sposób sieć wpływa na kwestie tak kluczowe dla demokracji, jak debata publiczna i poszukiwanie kompromisowych rozwiązań. Wielu uwierzyło, że tłum w sieci jest mądry i sprawiedliwy, może istotnie tak jest, gdy chodzi o szybkie rozwiązanie technicznego problemu ze sprzętem komputerowym, ale czy w sprawach polityki i moralności również można polegać na jego podpowiedziach?
Sztuczna inteligencja, roboty zastępujące część pracowników z klasy średniej, sieciowe monopole, cyberprzestępczość, kryptowaluty – dzisiejsza demokracja nie zna rozwiązań pozwalających na koegzystencję z tymi zjawiskami. Jej przetrwanie będzie zależeć od zdolności adaptacji do nowych warunków. Pamiętajmy jednak, że demokratyczne społeczeństwa tworzą krytycznie myślący obywatele, świadomi własnego sprawstwa i je wykorzystujący. Technologia nie jest ani dobra, ani zła; ale nie jest też neutralna. Wykorzystujmy rozwiązania poprawiające jakość naszego życia, lecz bądźmy czujni, nie zezwalajmy na zbytnią ingerencję w nasze życie, dokonywanie wyborów, których konsekwencji nie znamy. Nawet jeśli pesymistyczne prognozy autora się nie sprawdzą, to – jak sam zauważa – warto je sobie wyobrazić, bo tylko wówczas będziemy w stanie im zapobiec, gdyby się jednak ziściły.
Monika Kurek
Oceny książki Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)
Poznaj innych czytelników
341 użytkowników ma tytuł Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić) na półkach głównych- Chcę przeczytać 262
- Przeczytane 79
- Posiadam 19
- 2019 7
- 2025 3
- Chcę w prezencie 3
- Reportaże 3
- Reportaż 2
- Przeczytane w 2019 2
- Ulubione 2
Tagi i tematy do książki Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)
Czytelnicy tej książki przeczytali również
Cytaty z książki Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)
Bądź pierwszy
Dodaj cytat z książki Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)
Dodaj cytat





























OPINIE i DYSKUSJE o książce Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)
Bardzo dobra książka, zwłaszcza z perspektywy kilku lat od jej wydania. Niestety z tym ocaleniem to już raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że opisywane w książce zjawiska coraz bardziej się rozpowszechniają.
Bardzo dobra książka, zwłaszcza z perspektywy kilku lat od jej wydania. Niestety z tym ocaleniem to już raczej mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że opisywane w książce zjawiska coraz bardziej się rozpowszechniają.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZaskoczyła mnie ta książka, zresztą bardzo pozytywnie. Opisuje dwie rzeczywistości: demokrację i technologię oraz to jakie sprzężenie zwrotne zachodzi między nimi. Autor przygląda się internetowi, możliwościom jakie daje oraz zagrożeniom jakie mogą wyniknąć z jego użytkowania i zestawia to z funkcjonującą w zachodniej rzeczywistości społecznej demokracją. Zastanawia się na ile rozwój Internetu i jego niemal nieograniczone możliwości mogą wpłynąć na sposób urządzenia politycznego naszych społeczeństw. Zwykle takie książki są mocno filozoficzne, ta jednak była niezwykle konkretna, Autor odwoływał się do przykładów szeroko opisywanych w prasie w ostatnich latach, za studium przypadków wziął przede wszystkim Facebooka, Gogle, oraz Amazona. Ciekawy jest opis ewolucji liberalnego porządku politycznego oraz jego konfrontacji ze światem cyfrowym. Podobały mi się opisy dawnych debat politycznych oraz dywagacje czy dzisiejszym świecie wirtualnym rzetelna wymiana poglądów i opinii jest w ogóle możliwa. Zagadnień w niej poruszonych jest naprawdę mnóstwo, niemniej autor zgrabnie je łączy i porządkuje tak iż lektura jest naprawdę dużą przyjemnością.
Zaskoczyła mnie ta książka, zresztą bardzo pozytywnie. Opisuje dwie rzeczywistości: demokrację i technologię oraz to jakie sprzężenie zwrotne zachodzi między nimi. Autor przygląda się internetowi, możliwościom jakie daje oraz zagrożeniom jakie mogą wyniknąć z jego użytkowania i zestawia to z funkcjonującą w zachodniej rzeczywistości społecznej demokracją. Zastanawia się na...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTeza postawiona przez autora w tytule rozwinięta i ciekawa,
biorąc pod uwagę że książka została wydana w 2018 roku to do dzisiaj większość diagnoz postawionych przez autora już się potwierdziła,
miał niesamowite wyczucie albo dużą wiedzę, tak czy owak to skłoniło mnie do jej przeczytania - warto
Teza postawiona przez autora w tytule rozwinięta i ciekawa,
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo tobiorąc pod uwagę że książka została wydana w 2018 roku to do dzisiaj większość diagnoz postawionych przez autora już się potwierdziła,
miał niesamowite wyczucie albo dużą wiedzę, tak czy owak to skłoniło mnie do jej przeczytania - warto
Niepozorna, rzeczowa, konkrety poparte przykładami. Takie książki lubię. Trzeba przeczytać. Nie podobały mi się tylko niektóre pomysły na niby ocalenie demokracji, szczególnie regulacja bitcoina.
Niepozorna, rzeczowa, konkrety poparte przykładami. Takie książki lubię. Trzeba przeczytać. Nie podobały mi się tylko niektóre pomysły na niby ocalenie demokracji, szczególnie regulacja bitcoina.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka jest krótka, lecz bogata merytorycznie. Czyta się błyskawicznie (w moim przypadku 8 godzin) i można z niej wiele wyciągnąć. A nie są to wesołe rzeczy. Do tego stopnia, że usunąłem Facebooka i mocno ograniczyłem korzystanie z Internetu. Dzięki temu mam więcej czasu na to, co jest prawdziwie wartościowe: ludzie i książki.
Ta książka jest krótka, lecz bogata merytorycznie. Czyta się błyskawicznie (w moim przypadku 8 godzin) i można z niej wiele wyciągnąć. A nie są to wesołe rzeczy. Do tego stopnia, że usunąłem Facebooka i mocno ograniczyłem korzystanie z Internetu. Dzięki temu mam więcej czasu na to, co jest prawdziwie wartościowe: ludzie i książki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMam mieszane uczucia dotyczące tej książki. Oczywiście jej zaletą jest fakt "zdemaskowania" niekorzystnego wpływu technologicznych gigantów na życie społeczno-polityczne, a także skutków dalszego rozwoju narzędzi typu big data. Dodatkowo autor zwraca uwagę na manię integrowania wszystkiego z internetem, przez co tak naprawdę zwiększa się zagrożenie ze strony hakerów, mogących sterować lodówką czy innymi urządzeniami znajdującymi się w naszych domach.
Z drugiej strony Jamie Bartlett zdaje się być zbyt naiwny w swoim przywiązaniu do demokracji przedstawicielskiej, która przecież w praktyce nie robi nic w kierunku ograniczenia wszechwładzy wielkich korporacji. Wręcz przeciwnie, siedzi w ich kieszeniach.
Poza tym pojawia się pytanie czy bez mediów społecznościowych ludzie naprawdę podejmowaliby bardziej racjonalne decyzje, czy też nie zamykali się w swoich bańkach informacyjnych? Pamiętam jeszcze czasy sprzed epoki powszechnego internetu (jestem dzieckiem Neostrady ;) i nie uważam, aby dyskurs publiczny był wówczas jakoś dużo lepszy od obecnego...
Tym niemniej daję solidne 6/10, bo w publikacji znalazło się sporo ciekawych obserwacji i wniosków.
Mam mieszane uczucia dotyczące tej książki. Oczywiście jej zaletą jest fakt "zdemaskowania" niekorzystnego wpływu technologicznych gigantów na życie społeczno-polityczne, a także skutków dalszego rozwoju narzędzi typu big data. Dodatkowo autor zwraca uwagę na manię integrowania wszystkiego z internetem, przez co tak naprawdę zwiększa się zagrożenie ze strony hakerów,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTuż po wysłuchaniu znakomitego wywiadu z Iwanem Krastewem, który podkreśla, że "demokracja jest na wskroś fizyczna" - na te same słowa natrafiłam u Jamiego Bartletta. Zero-jedynkowy świat technologii nie jest w stanie oddać zniuansowania relacji międzyludzkich, a tym samym uniemożliwia prawdziwe porozumienie, w którym niezbędna jest otwartość na cudze przekonania i zdolność do kompromisu. Ryzyko "zerojedynkowości" dotyczy wszelkich posunięć, które pozbawiaja nas mozliwości dostrzeżenia, że nie wszystko jest czarno-białe (dotyczy to także referendów, które w rezultacie także prowadzą do wyników 0/1 - jak pokazało choćby referendum w sprawie "brexitu"). Nasz udział w wyborach - tych przy urnie - także jest zerojedynkowy, ale może być zniuansowany wyjściem na ulice. Złe rządy mogą sprowokować tłum do zdecydowanego protestu. A co mogą "lajki i dislajki"? Jak pozyskać masę krytyczną we fragmentarycznym świecie nowych technologii i nowych mediów, gdzie trzymamy sie naszych mikroświatów, w których łatwiej o wspólne zdanie, wspólne tematy i pozyskanie popularności? Gdzie dobre samopoczucie można spreparować publikując ładne fotki z wakacji i urodzin dziecka...
Książka Bartletta jest trochę jak reportaż z pola walki pomiędzy demokracją a technologią, ponieważ pomimo powierzchownego sojuszu, o którym za wszelką cenę chce nas przekonać Mark Zuckerberg, są to dwa różne światy. Obecnie demokracja jest w defensywie i Bartlett opisuje rozpad kolejnych jej filarów. Czy jest to raport z oblężonej twierdzy? Trochę tak, ale interesujące jest w nim co innego – poczucie bezsilności, które wywołuje.
Wraz z rozwojem nauki rośnie nasze zbiorowe rozumienie świata, ale jednocześnie jako jednostki, możemy czuć się coraz bardziej zagubieni: ciężko przecież bez wąskiej specjalizacji w danej dziedzinie zrozumieć ideę fizyki kwantowej, czarnych dziur, edycji genów za pomocą systemu CRISPR, tego, jak działa sztuczna inteligencja i jaki jest jej potencjał. I choć może trzy pierwsze kwestie nie powinny nam spędzać snu z powiek, tak ostatnia – jak sugeruje Elon Musk, przedsiębiorca stojący za takimi projektami jak Tesla czy SpaceX – jest „największym zagrożeniem dla ludzkości”, które porównał do „wzywania demonów”. Dzisiaj wszyscy jesteśmy specjalistami od epidemiologii - a jednak na niespotykana skalę rośnie liczba osób gotowych zarzucić szczepienia. Mnożą się teorie spiskowe, choć wydawałoby się, że nigdy nie mieliśmy lepszej okazji do sprawdzania wszelkich fakenewsów niż współcześnie. Niestety - nigdy też nie mieliśmy tyle sposobności co dzisiaj, aby je mnożyć.
Książka Bartletta to analiza relacji człowieka ze światem cyfrowym, w który dopiero wchodzimy. Szczególnie wiele miejsca autor poświęca ewolucji liberalnego modelu demokracji w starciu z nowymi technologiami, ich przemożnym wpływem na człowieka i budowane od wieków struktury państwa demokratycznego. Twierdzi, że nowe technologie związane z Internetem i mediami społecznościowymi nieodwracalnie zniszczą liberalną demokrację. Podaje liczne przykłady na poparcie tej tezy, w tym wpływ mediów społecznościowych na zwycięstwo Donalda Trumpa, ale także gigantyczne nadużycia, na jakie może sobie pozwolić każda platforma (np. Uber) wykorzystując do tego proste manipulacje, na które nie pozwoliłyby sobie - z braku stosownych narzędzi - nawet takie potężne koncerny jak BP. O ile wylew ropy naftowej do Zatoki Meksykańskiej wzbudził wściekłość internautów, o tyle unikanie opodatkowania, które godzi w interesu prekariatu, spotyka się - z gorliwym poparciem tegoż prekariatu, odpowiednio zmanipulowanego przez największą firmę taksówkarską, która nie posiada ani jednej taksówki.
Bartlett szczegółowo omawia zjawisko wpływu na nasze życie i decyzje polityczne instrumentów matematycznych, jakimi są algorytmy. Pokazuje też, jakimi metodami posługuje się Facebook, żeby uzależnić swoich użytkowników, jak bardzo media społecznościowe podsycają emocje i plemienne myślenie. Odczucie bezsilności, jakie wywołuje ta książka towarzyszy nam przprzy każdym zderzeniu z wszechobecną technologią. Tak wiele od niej zależy w życiu większości z nas, a jednocześnie wydaje się od nas niezależna. Dla nas (obywateli, użytkowników) poziom skomplikowania i złożoności nawet najprostszych narzędzi cyfrowych jest zasłoną, za którą nie możemy zajrzeć, nie mamy realnego wpływu na kształt sporego fragmentu naszej rzeczywistości. Bartlett zwraca na to uwagę i szuka sposobów technologicznej emancypacji.
Dużo mówi nam już rozdział pierwszy książki, zatytułowany „Nowy panoptykon”. Jesteśmy obserwowani przez cały czas, nie będąc tego świadomi, a to ma wpływ na nasze wybory. Autor rozwija ten wątek w rozdziale „Globalna wioska”, pokazując, jak w nowej rzeczywistości odnajduje się świat polityki. W „Software’owych wojnach” uświadamia nam, jak jesteśmy manipulowani za pomocą danych – śladów, które zostawiamy w Internecie:od „niewinnego” microtargetingu pod postacią personalizacji reklam, do dostosowywania kampanii wyborczej kandydatów na najwyższe urzędy pod kątem danego użytkownika Internetu. Ukazuje, jak sztuczna inteligencja może zagrażać demokracji, przyglądając się na przykład głośnemu skandalowi Cambridge Analytica.
W zapomnienie odeszły już czasy, kiedy debata polityczna wyglądała na prawdziwą debatę, starcie argumentów obu stron, intelektualny, równorzędny bój, który miał pobudzić myślenie wyborców, przekonać ich, bez używania emocji i uprzedzeń. A przecież demokracja, władza ludu, polega właśnie na władzy ludzi myślących, władzy ludzi, którzy pragną intelektualnego awansu, pragną rozwinąć swoje horyzonty, dzięki krytycznej analizie zdobytej wiedzy. Ludzi, którzy nie boją się zadawania pytań. Istotą demokracji jest to, że głos oddany przez intelektualistę ma taką samą wagę, jak głos oddany przez robotnika, ale opinia fachowca/specjalisty nie musi być równa opinii celebryty. System demokratyczny zachowuje sens tylko wówczas, gdy ten drugi chce poznać i zrozumieć argumenty pierwszego, kiedy chce go intelektualnie doścignąć. W zamian wyhodowaliśmy system, w którym intelektualista z własnej i nieprzymuszonej woli zrezygnował z samodzielnego myślenia, a zdanie instagramera lub youtubera dla wielu osób oznacza tyle samo, co opinia wybitnego intelektualisty, epidemiologa lub historyka. Co więcej intelektualiści nadal dłubią się w swoich dziedzinach, podczas gdy celebryci znają się na wszystkim.
Nie bez przyczyny w rozdziale „Demokracja bezzałogowa” Bartlett ostrzega przed wpływem sztucznej inteligencji na obywateli, szczególnie na klasę średnią. Mówi także o niebezpieczeństwach stwarzanych przez wielkich graczy, takich jak Google, czy Facebook, którzy za sprawą monopolu stale rosną w siłę. Zajmuje się też najczarniejszym scenariuszem – możliwością powstania kryptoanarchii, w której dąży się do pozbawienia państwa możliwości jakiejkolwiek kontroli i znosi się istniejący uprzednio kanon norm i zasad.
Autorowi wskazuje, że te wszystkie zjawiska składają się na większy i bardziej złożony proces. Proces, początkowo niezauważany przez państwa i popierany przez konsumentów, który powoli wymknął się spod kontroli i który prowadzi do demontażu nowoczesnej liberalnej demokracji przedstawicielskiej. Technologia, reprezentowana u Bartletta przez jej najmłodsze i niezwykle prężnie rozwijające się dziecko, czyli internet oraz cały świat cyfrowy, pozbawia obywateli możliwości wyboru, osłabia instytucje publiczne, a także uniemożliwia sensowną dyskusję i spokojny namysł. Ogranicza zatem przestrzeń dla wolnych, niezależnie myślących i działających ludzi. W imię obrony demokratycznych wartości należy się zatem – pisze Bartlett – temu procesowi przeciwstawić.
Grono licznych kontaktów na portalach społecznościowych relatywizuje pojęcia „znajomy” i „przyjaciel”, a to z kolei prowadzi do osłabiania więzi międzyludzkich. Po cóż się starać, skoro zdobycie akceptacji jest takie proste? Tak samo dzieje się z naszymi wyborami. Ot, ktoś podpowiada nam nasze polityczne wybory. Rzetelna informacja zastępowana jest przez memy, które są uproszczeniami, podają gotową receptę naszych wyborów. A co gorsza, odpowiednia kompozycja memów wywołuje u ich odbiorcy wrażenie, iż uczestniczy w orwellowskim kwadransie nienawiści. Wystarczy pokazać nielubianego polityka w śmiesznej sytuacji, wystarczy pokazać jego skrzywioną twarz, by wzbudzić niechęć personalną, zamiast do określonej postawy i poglądów. Świetnie zorganizowana grupa ludzi jest w stanie przeprowadzić internetowy atak za pomocą memów i zmienić decyzję tysięcy wyborców. Tak właśnie stało się w trakcie kampanii referendalnej w Wielkiej Brytanii, tak samo stało się w czasie wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, czy naszych wyborów z 2015 roku. Populistyczne, krótkie hasło, zręcznie skonstruowany mem i grupa dobrze opłacanych propagandzistów. Prosta metoda na sukces wyborczy powoli zmienia nasz świat. Wolność panująca w Internecie nie służy propagowaniu wiedzy czy zbliżaniu ludzi, ale obraca się przeciwko samej wolności.
Bartlett świetnie zbiera rozproszone zagadnienia i łączy je w jedną całość. Jest w tym plan i struktura, wiele wątków autor omawia precyzyjnie i zwięźle, podając informacje z pierwszej ręki (znakomity rozdział o kampanii prezydenckiej Trumpa). Bartlett wskazuje na 20 sposobów na ratowanie demokracji. Wymienia je jednym ciągiem: myśleć niezależnie, zwalczać nieuwagę, stworzyć nową etykę cyfrową, rozbijać bańki informacyjne, kształcić myślenie krytyczne, regulować algorytmy, przełamać model reklamowy, zaktualizować przepisy dotyczące kampanii wyborczych, świętować wybory, nadzorować boty, szeroko dystrybuować bogactwo, opodatkować roboty, nowe formy asekuracji, prawa pracownicze, Internet w duchu sprawiedliwego handlu, polityka antymonopolowa, bezpieczna sztuczna inteligencja (SI),transparentny Lewiatan, uregulować Bitcoina oraz rząd przyszłości. Tylko czy zdążymy? Autor jest przekonany, że jest jeszcze czas, by zmierzyć się z apokaliptycznymi wizjami i mieć wpływ na ograniczenie szkodliwego działania sztucznej inteligencji.
We mnie chyba brak tego optymizmu - opisując bańki, w których tkwimy, nawołując do ich przekraczania, sami również wciąż pozostajemy w bańce. Każdy umysł, każda grupa, każda kultura – to kolejna bańka. Nowe technologie umożliwiają wzmacnianie plemiennych podziałów, a my stajemy się bezsilni wobec ich skali. Również Bartlett wpada w tę pułapkę. W jego książce ludzie i demokracje są dość określone – ale gdzie Wschód? gdzie globalne Południe? gdzie wreszcie Polska B?
Dodajmy też, że antydemokratyczny rys technologia zawdzięcza każdemu z nas, a nie tylko biznesmenom z Doliny Krzemowej. Technologia jest wytworem człowieka, przedłużeniem jego dążeń i pragnień, a pytanie o naturę technologii jest w gruncie rzeczy pytaniem o naturę człowieka. „Ludzie przeciw technologii…” to także książka o trwającej na naszych oczach rewolucji w dziedzinie praw człowieka, bowiem jak twierdzi autor, zjawiska te w świecie cyfrowym trzeba na nowo opisać i zdefiniować.
Przeczytałam tę książkę bardzo późno - na przełomie 2020 i 2021 roku. Dzień po tym, jak ją zakończyłam doszło do szturmu Amerykanów, oszołomionych tweetami Trumpa, na siedzibę Kongresu. W kolejnym dniu Twitter zablokował konto prezydenta USA i to samo zapowiedział Fecebook. Oprzytomnieli? Nie sądzę. Raczej cały świat zobaczył, że prywatne korporacje (po części odpowiedzialne za taki a nie inny wynik wyborów w 2015 roku) mogą odciąć - bądź co bądź jeszcze prezydenta - od obywateli USA.
Doprawdy czas działać.
Tuż po wysłuchaniu znakomitego wywiadu z Iwanem Krastewem, który podkreśla, że "demokracja jest na wskroś fizyczna" - na te same słowa natrafiłam u Jamiego Bartletta. Zero-jedynkowy świat technologii nie jest w stanie oddać zniuansowania relacji międzyludzkich, a tym samym uniemożliwia prawdziwe porozumienie, w którym niezbędna jest otwartość na cudze przekonania i zdolność...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietna książka otwierająca oczy na to jak łatwo w imię rozrywki i teoretycznego ułatwienia życia oddać sporą ilość informacji i tym samym dać sobą manipulować. Czujność i uwaga w zetknięciu z nowoczesnymi technologiami są niezbędne
Świetna książka otwierająca oczy na to jak łatwo w imię rozrywki i teoretycznego ułatwienia życia oddać sporą ilość informacji i tym samym dać sobą manipulować. Czujność i uwaga w zetknięciu z nowoczesnymi technologiami są niezbędne
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLudzie przeciw technologii to monolog brytyjskiego publicysty na temat wpływu internetu na demokrację i nie tylko. Jamie Bartlett w swojej książce uświadamia nam ogrom zagrożeń płynących z postępu technologicznego, choć nie zapomina również wspomnieć o jego zaletach.
Całość jest bardzo polityczna, pojawia się tu wiele faktów z historii polityki, wiele znanych nazwisk i nazw firm, które w tym momencie władają światowymi rynku.
Ta publikacja to zupełnie nie moje klimaty, niemniej jednak po jej przeczytaniu czuję się odrobinę bardziej świadoma, może wręcz ciut mądrzejsza. Momentami byłam znużona treścią, momentami autentycznie zainteresowana.
Książka daje do myślenia, zadziwia, niepokoi.
Wielu pewnie odpadnie po kilku stronach, ale ci, którzy dotrwają do końca z pewnością wyciągną z niej cenną lekcję.
Ludzie przeciw technologii to monolog brytyjskiego publicysty na temat wpływu internetu na demokrację i nie tylko. Jamie Bartlett w swojej książce uświadamia nam ogrom zagrożeń płynących z postępu technologicznego, choć nie zapomina również wspomnieć o jego zaletach.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCałość jest bardzo polityczna, pojawia się tu wiele faktów z historii polityki, wiele znanych nazwisk i...
Latami przyszło nam żyć szczęśliwie, w dość spokojnych czasach. Ale nic nie jest dane na zawsze, a historia kołem lubi się toczyć. Aktualne wydarzenia na świecie zdają się właśnie nam to wykrzykiwać. Wszystko wskazuje na to, że wypracowany przez dziesiątki lat ład, coraz bardziej się kruszy, a przestarzały i niedostosowany do dzisiejszych czasów system demokratyczny, przestał być lekarstwem na wszystko. Jakie są tego powody, co temu sprzyja? Mało kto wydaje się nad tym zastanawiać. Jedną z osób bijących na alarm jest Jamie Barlett, dziennikarz i publicysta specjalizujący się w najnowszych technologiach oraz autor książki, do której zapoznania się będę Was dzisiaj namawiał.
Punktem wyjścia w książce “Ludzie przeciw technologii” jest bliższe zapoznanie czytelnika z mechanizmami działania sieci społecznościowych. Bezpośrednio od osób pracujących w Dolinie Krzemowej przy tworzeniu kolejnych zaawansowanych algorytmów, dowiadujemy się jak poprzez niewinne lajki i polubienia, big data wdziera się do naszego życia. Prawie cały dochód Google'a czy Facebooka stanowią wpływy z reklam, tak więc firmy te robią wszystko w celu jak najdokładniejszego sprofilowania każdej osoby. Dzięki temu reklamę, jak i zawartość doręczanych treści można odpowiednio przygotować, a co za tym idzie zwiększyć skuteczność sprzedaży. Ważną informacją już nie jest tylko co lubimy, a czego nie, ale np. nastrój w jakim się aktualnie znajdujemy.
Sytuacja nabiera szczególnej powagi, gdy dotyczy to naszych wyborów moralnych czy politycznych. W jednym z najważniejszych rozdziałów Jamie Barlett prześwietla kampanię Trump - Clinton, pod względem rewolucji jakiej dokonała za pomocą profilowania firma Cambridge Analytica. Włosy stają dęba gdy dowiadujemy się wprost od sztabów wyborczych, z jaką precyzją były serwowane kolejne treści, czy że wspomniany już Google czy Facebook przekazywał do sztabów swoich pracowników. Wisienką na torcie w tej sytuacji wydaje się być stwierdzenie faktu, że najgorsze w tym całym przekazie podprogowym i sterowaniu społeczeństwem jest to, iż mało kto zdaje sobie z tego sprawę, a jeszcze mniej osób to rozumie (w tym ustawodawcy).
W tym momencie śmiało można przyznać autorowi rację, że nowoczesna technologia w sposób niezamierzony rozszyfrowała system demokratyczny i go po prostu “zhakowała”. W dalszych rozdziałach poznajemy inne zagrożenia związane z rozwojem internetowej społeczności i światowych monopoli typu Google. Chodzi tu np.: o siejącą zamęt postprawdę, czy efekt bańki informacyjnej. Ogranicza ona różnorodność dochodzących do nas informacji, a przez to wprost przyczynia się do wzmacniania bardzo szkodliwego dla demokracji zjawiska, zwanego plemiennością (jak się okazuje to nie tylko Polska przypadłość). Poza tym duża część książki poświęcona jest rozwojowi sztucznej inteligencji, która jak się przewiduje zrewolucjonizuje już niedługo rynek pracy, a mówiąc dokładniej, pozbawi jej wielu osób. To rodzi oczywiście kolejne niebezpieczeństwa oraz odpowiedzi na nie (blockchain, kryptowaluty),po których wymienieniu autor dzieli się szeregiem spostrzeżeń i rad na temat możliwości uratowania świata przed tak bardzo pesymistyczną wizją.
„Współtwórca LinkedIna i wpływowy inwestor Reid Hoffman w 2017 roku powiedział „New Yorkerowi”, że blisko połowa bilionerów z Doliny Krzemowej w mniejszym lub większym stopniu przygotowała sobie, jak się wyraził, „ubezpieczenie na czas apokalipsy”. (…) Inni na tajnych grupach facebookowych omawiają środki na czarną godzinę: śmigłowce, schrony bombowe, bitcoiny, złoto (…) Zdaniem Antonia wielu przedsiębiorców technologicznych z Doliny Krzemowej podziela jego pesymizm na temat przyszłości, którą współtworzą, tyle tylko że się do tego publicznie nie przyznaje. Mimo to cała ta szkoła przetrwania - broń, amunicja - wydała mi się grubą przesadą. „A ty co masz? spytał Martinez, kręcąc się z taśmą mierniczą przy swoim ogromnym tipi. Zakładasz po prostu, że to się nie zdarzy”. A potem, zanim zdążyłem odpowiedzieć, sam wyjaśnił mi dokładnie, co mam. „Nadzieję. Masz nadzieję. A z nadziei robi się kiepskie ogrodzenia””
Widać, że Jamie Barlett siedzi mocno w tym o czym mówi, a posiadane przez niego informacje są z pierwszej ręki. Książka ma nieduży format i trochę ponad 200 stron, tak więc można powiedzieć że jest swego rodzaju kompendium w tej tematyce. Jak przystało na kompendium, kwestie skomplikowane są tu wytłumaczone w naprawdę przystępny sposób i dodatkowo okraszone dużą ilością interesujących przypisów, tak więc absolutnie nie ma miejsca na znużenie.
Niektórzy zapewne stwierdzą, że zamieszczone w niej treści nie są żadną nowością, a autor jest daleki od wyczerpania tematu. Pewnie tak jest ale myślę, że zamiarem autora było trafić do jak najszerszej grupy osób nieświadomych, a nie odstraszyć ich zawiłościami technologicznymi. To się moim zdaniem całkowicie udało. Poza tym jeśli chodzi o wady, to drażnić może ufność z jaką dziennikarz podchodzi do największych korporacji tego świata (jest przeciwny rozbijaniu monopoli),ale poza tym można chyba stwierdzić, że swoje poglądy polityczne schował do kieszeni, co jak dla mnie jest bardzo istotne.
Podsumowując, czasy są takie, że tego typu lektura jak dla mnie, powinna być obowiązkowym elementem w szkole w ramach lekcji wiedzy o społeczeństwie. W końcu przede wszystkim od świadomości jak największej liczby osób (dopóki sami możemy coś zmienić) zależeć będzie jakość naszej cywilizacji, która aktualnie znalazła swoje miejsce właśnie w wirtualnej rzeczywistości.
https://ksiegozbiorczyta.blogspot.com/2019/03/ludzie-przeciw-technologii.html
Latami przyszło nam żyć szczęśliwie, w dość spokojnych czasach. Ale nic nie jest dane na zawsze, a historia kołem lubi się toczyć. Aktualne wydarzenia na świecie zdają się właśnie nam to wykrzykiwać. Wszystko wskazuje na to, że wypracowany przez dziesiątki lat ład, coraz bardziej się kruszy, a przestarzały i niedostosowany do dzisiejszych czasów system demokratyczny,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to