A Time of Gifts

384 str. 6 godz. 24 min.
- Kategoria:
- literatura podróżnicza
- Format:
- papier
- Cykl:
- Trylogia (Patrick Leigh Fermor) (tom 1)
- Tytuł oryginału:
- A Time of Gifts
- Data wydania:
- 1977-01-01
- Data 1. wydania:
- 1977-01-01
- Liczba stron:
- 384
- Czas czytania
- 6 godz. 24 min.
- Język:
- angielski
- ISBN:
- 9781848545236
In 1933, at the age of 18, Patrick Leigh Fermor set out on an extraordinary journey by foot - from the Hook of Holland to Constantinople. A Time of Gifts is the first volume in a trilogy recounting the trip, and takes the reader with him as far as Hungary.
It is a book of compelling glimpses - not only of the events which were curdling Europe at that time, but also of its resplendent domes and monasteries, its great rivers, the sun on the Bavarian snow, the storks and frogs, the hospitable burgomasters who welcomed him, and that world's grandeurs and courtesies. His powers of recollection have astonishing sweep and verve, and the scope is majestic.
Dodaj do biblioteczki
Reklama
Szukamy ofert...
Kup A Time of Gifts w ulubionej księgarni
Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oceny książki A Time of Gifts
Poznaj innych czytelników
258 użytkowników ma tytuł A Time of Gifts na półkach głównych- Chcę przeczytać 185
- Przeczytane 66
- Teraz czytam 7
- Posiadam 26
- Przeczytane w 2022 3
- E-book 2
- 2022 2
- Do kupienia 2
- Literatura podróżnicza 2
- E-booki 2

































OPINIE i DYSKUSJE o książce A Time of Gifts
W grudniu 1933 roku osiemnastoletni Fermor wyrusza w swoją kilkuletnią pieszą podróż po Europie, której celem było dotarcie do Konstantynopola. Książka powstała w latach 70-tych, pisana więc była już z perspektywy czasu, większym dystansem, czasem Fermor wspomina o późniejszych losach spotkanych osób czy nawiązuje do czasów wojennych (autor podczas drugiej wojny światowej walczył w szeregach greckiego ruchu oporu na Krecie, w jednym z filmów w jego postać wcielił się Dirk Bogarde).
Tom pierwszy, czyli "Czas drogi" kończy się nad Dunajem, na węgierskim pograniczu. Fermor wyruszył z Hoek von Holland i poruszając się po Europie odwiedził takie miasta jak Rotterdam, Kolonię, Bingen, Augsburg, Monachium, Wiedeń, Melk, Pragę czy Bratysławę. To piesza wędrówka, więc pisarz spotkał na swojej drodze wiele osób, które mu pomogły, nakarmiły go, z którymi pił alkohol i toczył rozmowy na rozmaite tematy. No i właśnie erudycja autora jest tutaj największą siłą, bo jeśli ktoś rusza w podróż z dziełami Horacego w plecaku, to można się domyślać, że mamy do czynienia z interesującą osobą.
Na dzieło Fermora można patrzeć z kilku poziomów. Jak dla mnie ta podróż jest swoistym hołdem dla europejskiej kultury. Autor odwiedza zamki, katedry i opactwa, rozmyśla o Szekspirze, pisze o dziełach Breugla, Alfdorfera i Durera, a kiedy widzi Dunaj na myśl przychodzą mu pieśni Schuberta.
Z innej beczki odczułem, że trochę jak u Zweiga, jest to opowieść o świecie wczorajszym, zarówno osobistym jak i tym makrohistorycznym. Samotny student nocujący w przytułkach, chodzący beztrosko od miejsca do miejsca i kiedy brakuje mu pieniędzy dorabiający sobie tworzeniem portretów. Z drugiej strony u Fermora czuć już nadchodzący dramat drugiej wojny światowej (pewnie efekt pisania po latach),na niemieckich ulicach przechadzają się już goście w mundurach, toczą się rozmowy o nazizmie i Hitlerze.
Nie da się ukryć, że także przyroda stanowi tutaj ważny element i w to taki sposób, który osobiście lubię. U Fermora spodobał mi się ten pierwiastek historyka - kiedy widzi Ren, myśli o Cezarze przekraczającym tę rzekę ze swoimi wojskami, kiedy widzi ruiny zamku Durnstein, myśli o uwięzionym Ryszardzie Lwie Serce. W innym wypadku może to być wtręt o bocianach.
Oczywiście, nie jest to łatwa lektura. Fermor czasem dość szybko gna z punktu A do punktu B, czasem mamy więcej informacji o nabytych znajomościach i wypitym alkoholu, w innych wypadkach znowu więcej jakiejś luźnej dygresji jak rozważania o szekspirowskich Czechach i i ich położeniu nad morzem (typowe "co poeta miał na myśli"). Można się dość łatwo odbić od tego stylu, można się w nim zakochać, mi się akurat bardzo podobał.
W grudniu 1933 roku osiemnastoletni Fermor wyrusza w swoją kilkuletnią pieszą podróż po Europie, której celem było dotarcie do Konstantynopola. Książka powstała w latach 70-tych, pisana więc była już z perspektywy czasu, większym dystansem, czasem Fermor wspomina o późniejszych losach spotkanych osób czy nawiązuje do czasów wojennych (autor podczas drugiej wojny światowej...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDruga to moja książka Fermora z trylogii nt. jego pieszej wędrówki z Rotterdamu do Konstantynopola z wczesnych lat 30., ta odnosi się do pierwszego etapu jego wardęgi - bo lekturę całości zacząłem od drugiej w kolejności.
Wszystko jak w drugim tomie (“Między lasem a wodą” - który jednak mocniej do mnie przemówił) czyli wielka satysfakcja czytelnicza. Autora cechuje niezwykła umiejętność snucia pięknych opowieści, bogaty język, wielokrotnie złożone zdania, finezyjna konstrukcja, wybitna erudycja, a zarazem olbrzymi dystans do samego siebie, nieukrywanie własnych słabości, cudowne zamiłowanie do przemijającego szczegółu.
To wzorcowa, zachwycająca od A do Z literatura podróżnicza, wypełniona nie byle jakimi refleksjami kulturowymi, pełna także intrygujących przerw w wędrówce. I ci wszyscy spotkani i poznani po drodze!
Autor szedł przez Europę, mając 19 lat, opisał ją zaś będąc już po pięćdziesiątce. I to chyba nawet lepiej, bo nabrał już odpowiedniej wiedzy kulturowej, uzyskał odpowiedni dystans. Młody człowiek takiej książki nie napisze - żeby zacytować klasyka….
Anabaza zaczyna się w Londynie na Tamizie, gdzie Autor wsiada na statek, którym dopłynie do Rotterdamu, skąd rusza pieszo. Sypia, gdzie mu wypadnie, często w chłopskiej chacie, w schronisku dla studentów czy bezdomnych, nawet na komisariacie, ale trafi się też sporo zamków i szykownych willi - tu pomaga mu łańcuszek poleconych znajomych znajomych, ale i nowo poznanych.
Początkowo to prawdziwa Winterreise, nb. z odniesieniami do Schuberta, bo ambitny Anglik wyrusza zimą.
Zachwyca się Holandią, bo nie można chyba inaczej.... “Kiedyś zasłyszałem, że w Holandii skromni wędrowcy mogą przenocować na policyjnym posterunku, co okazało się prawdą (...) Dali mi nawet miskę kawy i ćwiartkę chleba, zanim ruszyłem dalej. Dzięki Bogu do paszportu wpisałem +student+ - działało niczym amulet i zaklęcie otwierające sezam. W europejskiej tradycji określano w ten sposób młodą osobę, ubogą i poważną, gnaną po gościńcach Zachodu żądzą wiedzy, a więc co za tym idzie, nie bacząc na jej pełen animuszu nastrój i skłonność do pijackich piosenek obfitujących w uliczną łacinę, chętnie spieszono jej w sukurs”.
“W Holandii bohaterem jest pejzaż, a czysto ludzkie wydarzenia – nawet tak doniosłe jak Ikar spadający głową w dół do morza, ponieważ stopił się wosk w jego sztucznych skrzydłach – są drugorzędnymi szczegółami”.
“Zalana dziwnym światłem spokojna, harmonijna kraina sunęła ku nieskończoności pod nadciągającymi chmurami”.
Fermor (brał udział w II wojnie jako agent wywiadu, m. in. na Krecie) nie ma uprzedzeń do Niemiec. O śpiewających tam pieśni ludowe zapisuje: “Urok uniemożliwiał, w tamtej chwili, kojarzenie pieśniarzy ze zorganizowanym prześladowaniem, rozbijaniem wystaw żydowskich sklepów oraz z palonymi po nocach stosami książek”.
Autor nie wstydzi się własnych błędów, są one zresztą rzadkie. Gdy przegapia drogę na Aachen, pisze: “Gdybym zdawał sobie wówczas sprawę, że to po prostu niemiecka nazwa stolicy Karolingów, Akwizgranu, ruszyłbym pełną parą w tamtą stronę”.
Albo coś takiego: “Niezgodnie z panującą tendencją, ale całkiem zgodnie z przewidywaniem, szybko stwierdziłem że ich lubię. W Niemczech panuje od dawna tradycja życzliwości wobec młodego wędrowca, już sama więc skromność mojego stanu działała jak zaklęcie otwierające sezam serdeczności i gościnności. Z niemałym zaskoczeniem także stwierdzałem, że pomaga to, że jestem Anglikiem; rzadki ptak wzbudzał zaciekawienie”.
“W pewnym stopniu darzyli Anglię estymą z powodów, które w poważnych kręgach angielskich przestano brać pod uwagę. Mianowicie podziwiali nasze podboje z przeszłości, to znaczy zasięg kolonii i wciąż najwyraźniej nieosłabioną potęgę imperium”.
Zarazem odnotowuje: “Panował czas, kiedy wszędzie w Niemczech z powodu różnicy poglądów rozpadały się przyjaźnie i rodziny”.
“Szczególną przyjemność sprawiało mi stąpanie po twardych kałużach. Szare lodowe pokrywy trzeszczały pod ćwiekami butów z tajemniczym westchnieniem uwięzionego pod nimi powietrza, a potem pękały i wraz z rozszerzaniem się gwiaździstej pajęczyny rys stawały się coraz bardziej białe”.
Niemiecka kuchnia nie zawsze mu pasuje: “Speck (...) - były to zimne kęsy słoniny, najgorsza rzecz, jaką w życiu jadłem".
Im bardziej na południe, tym dla niego lepiej: “Niziny zostały daleko z tyłu, a słońce wysyłało migotliwe iskierki oraz odblaski znad śniegu; przekroczone zostały jeszcze dwie niewidoczne, ale ważne linie: zmienił się akcent oraz miejsce piwiarni zajęły winiarnie”.
Zwraca też uwagę, że na północy Niemiec każdy pytał go “Dlaczego idziesz pieszo?” - na południu pytano już “Dokąd idziesz?”.
“Na prostych odcinkach drogi, wśród powoli zmieniającej się scenerii, pomagał mi śpiew, a kiedy kończył się repertuar piosenek, ratowałem się poezją. (...) W Niemczech śpiewanie jest powszechne, nie wywołuje konsternacji.(...) Ale wiersz to co innego. Na moje recytowanie pod nosem unoszono brwi i rzucano zatroskane spojrzenia”.
W każdym zwiedzanym po drodze niemieckim mieście upaja się ich charakterem. “Atmosfera późnego średniowiecza wypełniała miasto (..) W tej części miasta nie było widać nic późniejszego niż wieki średnie, przynajmniej tak mi się wydawało”.
“W owych dniach polowałem na katedry. Ledwie kilka godzin później poznawałem wnętrze kolejnej, przegryzając chleb, ser i cebulę w jej transepcie”.
Fascynuje go wszystko, to i przyroda. W Ulm obserwuje też pstrągi pod lodem: “Jak one sobie dają radę pod taką grubą warstwą lodu? Potrafią brać kurs w ciemnościach? Czy w głębokim ukryciu pędzą na oślep, podążając za swoimi schubertowskimi rytmami?”.
Autorowi czasem nie staje konsekwencji. “Pierwsze spojrzenie na Dunaj! Widok był niesamowity. W Europie tylko Wołga jest dłuższa”. Parędziesiąt stron dalej mamy jednak autopoprawkę: “Po Wołdze, która jest właściwie zbyt daleko, by brać ją w rachubę, to Dunaj jest największą rzeką w Europie.(...) Jeden tylko Dunaj płynie z zachodu na wschód”.
Wspaniałe refleksje kulturowe o znaczeniu lancknechtów i ich bajecznych ubiorach: “Pyszne, wyzywające wąsiska nad wystającymi, gęsto zarośniętymi brodami. Miękkie kapelusze, zawadiacko przekrzywione, pod zawijasem strusiego pióra rozkładały się absurdalnie jak dwuwarstwowy beret przypominający płatki barwinka. (..) Kaftan z ozdobnymi pęknięciami poszerzał każdemu barki, a przepikowane w pasy rękawy wydymały ramiona przypominające zeppeliny(...) A wokół i tak już obszernych ramion wiły się w podobnych skośnych oplotach barwne taśmy: szkarłatne, cynobrowe, pomarańczowe, kanarkowe, w kolorze pruskiego błękitu trawiastej zieleni fioletu i ochry. (...) “Stroje były zawadiackie, bogate i niedorzeczne, ale noszący je mężczyźni nie mieli w sobie nic z fircyków: pod mamiącą wzrok pasmanterią znajdowali się ponurzy rycerze krzyżowi, wciąż średniowieczni.
Absolutnie powalają impresje z Monachium. Autor najpierw idzie pod tzw. Feldhernhalle: “Prawe ramiona wszystkich przechodzących obok wystrzeliwały do góry, jak w odruchu na porażenie prądem elektrycznym. Powstrzymywanie się od takiego złożenia hołdu było niebezpieczne. Opowiadano historie o niedoinformowanych obcych przybyszach, których zaatakowali fanatycy i doszło do rękoczynów”.
A skoro jest w stolicy Bawarii, nie może sobie odmówić wizyty w “potężnej budowli obiektywnego pragnienia: Hofbräuhaus”. I tu opowieść sięga szczytów mistrzostwa:
“Kiedy podchodziłem, z łukowatych drzwi wylewał się na zadeptany śnieg hałaśliwy, chwiejny tłum brązowych koszul. Korpusy owych ucztujących mieszczan szerokością przypominały beczki. Rozłożone na dębowych ławach pośladki zajmowały po jardzie. Ich biodra rozgałęziały się w uda, każde grube jak tors 10-latka, ramiona rozmiarów tej samej skali. Równały się wypchanym zagłówkom, obleczonym w samodział”.
“Podbródek i klatka piersiowa tworzyły jedną kolumnę, a każdy nabity kark się marszczył, stwarzając imitację trzech uśmiechów. Szczecina została przycięta i podgolona na gruzłowatym skalpie.(...) Wszystkie głowy odbijały światło i lśniły jak wypolerowana powierzchnia strusiego jaja. (...) Ich ręce, przypominające wiązki kiełbasek, zwinnie podfruwały, nadziewając widelec za widelcem porcje szynki, salami, frankfurterek, plastry Krenwurst i Blutwurst, kamienne kufle unosiły się i pomagały zwilżyć gardła długimi łykami płynu, który natychmiast - kolejny raz - uderzał do policzków oraz skroni. Pochłaniali wszystko, jakby na wyścigi ze stoperem, a ich głosy, tylko częściowo wytłumione przez usta pełne przeżuwanych frykasów, stawały się coraz donośniejsze i powietrzem wstrząsały częste wybuchy niekontrolowanego śmiechu.(...) Kelnerki, odznaczające się budową sztangisty bądź zapaśnika, uwijały się wkoło tego obroku, a ich cera ociekała i błyszczała, niczym na licach bankietujących ogrów. Wkrótce stół był na powrót pustym polem kości, gwar się załamywał, małe oczka zasępiały się jak w żałobie, w powietrzu zawisał cień smutku”.
“Przez pomyłkę zabłądziłem do sali pełnej oficerów SS, Gruppen – i Sturmbannführerów, w której poczerniało od kołnierzyków opatrzonych błyskawicą oraz lasu wysokich butów pod stołem. Po framudze okiennej wspinały się odwieszone czapki z trupią główką i skrzyżowanymi piszczelami. Podkute buty zgrzytały, kufle stukały się z innymi kuflami, w nozdrza przybysza uderzał zmieszany zapach piwa, ciał, starej odzieży i wiejskiej zagrody. W moich oczach stoły jawiły się jako działobitnie, gdzie każdy działonowy służył cichemu i bezodrzutowemu działu dobrze przezeń wyćwiczonemu w jednostajnym ostrzeliwaniu w oblężeniu. (...) Zaangażowanych tu było chyba z tysiąc stanowisk! Tu i tam na blatach, z głowami w kałużach, leżeli pojedynczy bombardierzy wykoszeni ze swych posterunków. Sklepienie rozbrzmiewało echem grzmotu ognia zaporowego.(...) Wspierani przez towarzyszy ranni schodzili z pola, zataczając się wśród dymu bitewnego, a na każde zwolnione miejsce wślizgiwał się nowy strzelec”.
To pijaństwo źle się skończyło dla Autora, bo skradziono mu wtedy plecak, paszport, pieniądze. Na szczęście konsul brytyjski był na tyle uprzejmy, że nie tylko mu wystawił nowy paszport - na gębę!!! - ale i pożyczył pieniądze. Dawno minione czasy….
W Niemczech Fermor korzystał z przepisów które zobowiązywały wójta gminy do udzielania wędrownym studentom i pielgrzymom darmowej kolacji z piwem oczywiście, noclegu oraz rano kawy i chleba - nawet za faszyzmu.
Z kolei w Austrii wędrował (bywając też podwożonym) często od zamku do zamku, dzięki poleceniom znajomych z wyższych warstw. Jak wtedy zauważył, “wiele korzyści płynie z przechodzenia z siana prosto do łoża z baldachimem i z powrotem”.
Autor nie pomija słynnego opactwa cystersów w Melku (nasz Lubiąż - a to wszak ten sam styl i czas - niewiele mniejszy): “Uwertury i preludia szły za sobą, gdy dziedziniec otwierał się za dziedzińcem. Prowadzące w dół schody kroczyły chełpliwie niczym pawany. Krużganki rozwijały się ze złożonością podwójnych potrójnych i poczwórnych fug. Kolejne oficjalne apartamenty komponowały się ze sobą, tworząc różnorodność nastrojów i ozdobników jak we frazach symfonicznych. (...) W uszy wkradła się wspaniała, przemyślana polifonia. W powietrzu nagle rozchodziły się arabeski fletów, w końcu dołączała do nich wyciszona fanfara z sufitu, aż wszystko wibrowało kontrolowanym i przenikającym się przepychem”.
W Wiedniu Fermor jest świadkiem małej wojny domowej faszystów z socjalistami. “Wyciszone przez odległość odgłosy bitwy, która doprowadziła do oblężenia, pomyliłem z grzmotem.(...) Zaraz potem – i to najbardziej zaskoczyło obcego przybysza w mieście - cały temat się ulotnił, jakby się w ogóle nie wydarzył, i z zadziwiającą szybkością powróciło zwykłe życie”.
“Wielu poddanych obcych nacji, uważając własne stolice regionalne za nazbyt dla siebie ciasne, ciągnęło do błyszczącego Kaiserstadt: Czesi, Słowacy, Węgrzy, Rumuni, Polacy, Włosi, Żydzi z całej Europy Środkowej i Wschodniej i przedstawiciele wszystkich odłamów Słowian południowych”.
W Wiedniu Autor ma największe towarzyskie używanie. Z jednym znajomym z tych pijatyk spotka się podczas wojny, gdy baron von der Heydte - nb. antynazista - dowodził oddziałem niemieckim zrzuconym na Kretę.
A potem Słowacja. “Oto stary Pressburg, ponownie ochrzczony słowiańską nazwą Bratysława.(...) Nad wspinającymi się dachami górował olbrzymi, smukły zamek; symetria jego bryły oraz narożnych wysoki wież nadawały mu wygląd postawionego do góry nogami stołu”.
“Słuchając obcego gwaru - słowackiego, a na drugim brzegu węgierskiego – zdałem sobie sprawę, że w końcu dotarłem do kraju, którego rodzime dźwięki nie kojarzą mi się z żadnym znaczeniem; teraz przynosiło ulgę, kiedy zasłyszałem także niemiecki”.
“Już na samym początku wybrałem jedną z wielu żydowskich kawiarni. Mógłbym godzinami tam siedzieć zachwycony, czując, że jestem w samym sercu miasta.(...) Pomimo bladości i roztargnienia niektóre z tych twarzy naznaczone zostały piękne młodych świętych. Z dala od swych pulpitów patrzyli zagubionym wzrokiem, jakby ciągle zaskoczeni. Ich oczy – jasnoniebieskie lub ciemne niczym głęboka noc – rozszerzały się do rozmiaru niewinnych oczu gazeli”.
Nie sposób się nie zgodzić z taką oceną: “Praga różniła się od wszystkich miast tej podróży, do których wkraczałem pieszo, we wspomnieniu też pozostała odmienna.(...) Oszałamiające, zniewalające miasto”.
“Podczas wybuchu wojny trzydziestoletniej Czechy były krajem protestanckim. Kiedy wojna się kończyła, stały się katolickie i tak wolne od herezji, jak Langwedocja po krucjacie przeciw albigensom”.
Celna uwaga nt. Szwejka. “Cieszyłem się, że Hans dał mi do przeczytania Dobrego Wojaka Szwejka, ale dopiero dużo później zrozumiałem znaczenie tej książki. Po Don Kichocie Szwejk jest drugą postacią fikcyjną, której udało się zostać reprezentantem – choćby tylko pod pewnym względem i w szczególnych okolicznościach – całości narodu. Jego postawa życiowa i charakter mają więcej wspólnego z Sancho Pansą niż Don Kichotem, ale zręczna ironia autora każe powątpiewać, co zbawiennie chroni bohatera: przebiegłość, niewinność czy może zwyczajna naturalna odporność na prześladowania”.
Równie trafne wywody o odwiecznym nacjonalizmie Węgrów, który dzisiaj nakazuje im kierować się w najgorszą ze stron…..
“Słowacy żyli pod Madziarami od tysiąca lat, zawsze traktowani jako gorsza rasa, a kiedy któryś odnosił sukces w świecie, natychmiast skwapliwie kuszono go przyznaniem pomniejszego madziarskiego tytułu szlacheckiego – w wyniku czego całe lokalne przywództwo wyparowało. Słowackie dzieci odbierano rodzicom i wychowano na Madziarów”.
“Węgrzy nawet wtedy, kiedy walczyli z Austriakami w obronie swojej narodowości i języka, jednocześnie zajmowali się uciskaniem i madziaryzacją własnych słowackich poddanych”.
Są i ptaki…. “Powietrze było pełne wskazówek i znaków. Wzdłuż rzeki dostrzegało się błyski i rozlegały się świsty, niczym żwawy ruch nożyc fryzjerskich, zanim spadną i ciachną – szum i kołowanie nowo przybyłych jerzyków”.
PS Jedynie kilka uwag, i to wyłącznie do wydawcy. W polskim języku tradycyjne jest określenie cesarza Fryderyka jako Barbarossy a nie “Rudobrodego”. “Coblenz” wpisuje się w obcą mi modę pomijania polskich egzonimów obcych nazw fizjograficznych. I ten odwieczny problem podawania brytyjskich miar. Na te wszystkie funty, stopy, jardy nie ma i nie może być mojej zgody. I wolałbym bikorna niż dwuroga…
Druga to moja książka Fermora z trylogii nt. jego pieszej wędrówki z Rotterdamu do Konstantynopola z wczesnych lat 30., ta odnosi się do pierwszego etapu jego wardęgi - bo lekturę całości zacząłem od drugiej w kolejności.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWszystko jak w drugim tomie (“Między lasem a wodą” - który jednak mocniej do mnie przemówił) czyli wielka satysfakcja czytelnicza. Autora cechuje...
Fabuła i opowieść o wędrówce ciekawa. Długie i żmudne dygresje z opisami architektury niestety nie na moją wyobraźnie. Z pewnością wiele obiektów sakralnych jest pięknych ale całe strony detali pomijałem jako nie wnoszące wiele w treść i sens podróży
Fabuła i opowieść o wędrówce ciekawa. Długie i żmudne dygresje z opisami architektury niestety nie na moją wyobraźnie. Z pewnością wiele obiektów sakralnych jest pięknych ale całe strony detali pomijałem jako nie wnoszące wiele w treść i sens podróży
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka dostarczyła mi emocji wszelkich, jakich tylko doświadczyć może czytelnik. Od zachwytu, poprzez irytację i zniecierpliwienie do nudy.
"Czas drogi" to zapis pieszej wędrówki autora (wtedy dziewiętnastolatka) poprzez Europę. Od Niderlandów do Konstantynopola. Ta konkretnie książka do prowadza nas do granicy Węgier.
Fermor pisał "Czas drogi" w latach mniej więcej 1964-1975 więc jego perspektywę oceny sytuacji zastanej podczas wędrówki zmieniła wojna i jego osobiste doświadczenia. To zresztą wyraźnie daje się zauważyć. Nie przeszkadza to w odbiorze, może nawet go wzbogaca.
Teraz o moich emocjach.
Część dotycząca Holandii krótka i dosyć niemrawa, ale zachęcająca. Niemcy - ciężkie, nużące niekiedy nudnawe wręcz, ale przebrnęłam
Austria i Wiedeń już świetne, Słowacja i wypad do Pragi zachwycające, reszta drogi do granicy z Węgrami doskonała.
Jestem pod wielkim wrażeniem i bardzo zachęcam do przeczytania. Obecnie już nie piszę się książek podrżzniczych w ten sposób a może szkoda.
Ta książka dostarczyła mi emocji wszelkich, jakich tylko doświadczyć może czytelnik. Od zachwytu, poprzez irytację i zniecierpliwienie do nudy.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Czas drogi" to zapis pieszej wędrówki autora (wtedy dziewiętnastolatka) poprzez Europę. Od Niderlandów do Konstantynopola. Ta konkretnie książka do prowadza nas do granicy Węgier.
Fermor pisał "Czas drogi" w latach mniej więcej...
„Czas drogi” uważany jest za klasykę literatury podróżniczej. A podróż Patricka Leigh Fermora była doprawdy imponująca. Obejmowała trasę od Niderlandów przez Niemcy, Austrię i Węgry do Konstantynopola – wymarzonego Bizancjum. Przy czym był to czas przedwojnia, dochodzenia do głosu nacjonalizmów, kształtowania się i umacniania nazizmu i faszyzmu, co też mamy okazję w tych wspomnieniach zobaczyć.
Sam Patrick Leigh Fermor, czyli po prostu Paddy, to bardzo kolorowa postać, obieżyświat i poszukiwacz przygód, odważny i romantyk w jednym, podróżujący z tomikiem Horacego w plecaku, zakochujący się z wzajemnością w księżniczce, czynnie uczestniczący w walkach greckiego ruchu oporu, na koniec doceniony nawet przez królewski majestat czyli Elżbietę II. Zapewne doczekamy się kiedyś i jego biografii, która bez wątpienia będzie porywająca.
Książka powstała na podstawie zachowanych notatek oraz archiwum zgromadzonego w pojemnej pamięci Paddy`ego. Ukazała się zaś aż 44 lata po jego powrocie z wyprawy.
Decyzja o wyjeździe była spontaniczna. 18-letni Paddy czuł, że czas przecieka mu przez palce, że zwyczajnie go marnuje i nie bardzo wie, jak spożytkować. „Zmienić scenerię; porzucić Londyn i wyruszyć przez Europę niby włóczęga – lub, jak znamiennie sformułowałem to na własny użytek, niczym pielgrzym bądź pątnik, jak wędrowny uczony, błędny rycerz albo bohater „Klasztoru i miłości”. Zrozumiałem nagle, że to jest nie tylko oczywiste, ale wręcz jedyne, co mogę zrobić.” I taka też jest ta książka – pełna rozmaitości, dygresji, często daleko odbiegających od tematu, zmierzających w zaskakujących kierunkach, a to w stronę literackich porównań, co czyta się z wypiekami na twarzy, a przytaczane lektury notuje na boku w notesie do późniejszego przeczytania. A to znów w stronę historii albo malarstwa, co wciąga na całego i prowokuje do własnych poszukiwań w Google. Wędrówka Paddy`ego rzeczywiście przypominała pielgrzymkę. Szedł pieszo, zatrzymując się po drodze tam, gdzie chciał, gdzie coś wzbudziło jego zainteresowanie i było warte zobaczenia, na nocleg także decydował się tam, gdzie zastała go noc, czy był to stóg siana, uboga noclegownia, aresztancka cela czy też zamkowa komnata – nie miało żadnego znaczenia. Na tym właśnie polega przygoda.
Opowieść rozwija się niespiesznie, co chwila przystając, byśmy mogli rzucić okiem na mijane przez autora krajobrazy, budynki, ludzi, zapoznać się z wiążącymi się z tym wszystkim skojarzeniami. Ten gawędziarski, jakby pochodzący z innej nieco epoki styl zachwycił mnie bez reszty. Jakże to dalekie i o ileż lepsze od współczesnych podróżniczych relacji, skupionych ściśle na temacie, bez umiejętności snucia całych, rozbudowanych historii, kiedy to nie masz pojęcia, czego możesz za chwilę się spodziewać, co cię zainspiruje. Nie można „Czasu drogi” nazwać sprawozdaniem z podróży ani nawet tylko wspomnieniem czy reportażem. To o wiele więcej, może bardziej pasowałaby tu proza podróżnicza albo refleksje wokół pielgrzymowania, albo wymyślcie sami coś, co trafnie obejmie swym znaczeniem tę całą mnogość treści.
Dzięki darowi malarskiego spojrzenia na otoczenie, umiejętności ubrania szczegółów w barwne metafory, oddające przejściowe nastroje z delikatnością wrażliwego poety, możemy znacznie lepiej wyobrazić sobie to, co Paddy widział w czasie swojej podróży, a dodatkowo poczuć też jego przejęcie, zachwyt, niesmak czy też zdumienie. Zauważyłam, że tak jak autor powoli rozwija swoją historię, której spisanie zajęło mu wiele lat, tak i ja, zanurzając się w nią coraz głębiej, jednocześnie też przestaję się spieszyć. Zaczynam smakować kolejne zdania, wsłuchiwać się w nie, by odczytać każdy niuans, jaki autor mógł w nich skryć. Albo choć zwyczajnie poddaję się magii chwili: „Pod skrzydłami kawek zamieszkujących kościelną wieżę rozłożyło się wodne miasto. Zostało zbudowane z wyblakłej cegły, nakryte stykającymi się spadami dachów, schodkowymi szczytami i dachówkami zasypanymi śniegiem, poszatkowane przez kanały i na powrót pozszywane przez mosty.”
Gdy holenderski krajobraz, wprost niczym z płócien mistrzów, zastępuje swastyka królująca na niemieckiej ziemi od dziesięciu miesięcy, atmosfera spokoju i sielanki zanika. „Miasto obwieszono flagami narodowego socjalizmu. Sąsiadująca z trafiką witryna sklepu odzieżowego eksponowała partyjny ekwipunek: odpinane opaski ze swastyką na ramię, sztylety dla Młodzików Hitlera, bluzki dla Dziewcząt Hitlera i brązowe koszule dla dorosłych członków SA. Opaski zostały ułożone w taki sposób, że ich dziurki na guziki tworzyły napis „Heil Hitler”, a perliście uśmiechający się androgyniczny woskowy manekin miał na sobie pełny mundur(…)” Sami Niemcy, przynajmniej ci, na których natykał się Paddy, to jednak wzór gościnności, co dla wędrującego pieszo chłopaka, bez pieniędzy, bez szczegółowych planów na podróż i bez wsparcia, okazywało się najczęściej zbawienne. Z czasem zaobserwował wzrost fanatyzmu na ulicach, ale wówczas już kończył swój niemiecki etap wyprawy. Zmiana pejzażu, wycieczki po alpejskich ścieżkach, odwiedziny w muzeach i spacery uliczkami zabytkowych dzielnic kolejno mijanych miast pozwalały oderwać myśli od politycznych niepokojów i cieszyć się wędrówką, czemu sprzyjał też jego młody wiek.
Autor spełnił swoje największe marzenie, a teraz tą książką zaraża nas bakcylem przygody. Tylko czy dzisiaj ktoś jeszcze tak podróżuje? Pieszo, samotnie, na żywioł. Nie bukując hoteli, nie planując trasy zwiedzania, wdając się w rozmowy z zupełnie obcymi ludźmi i zaprzyjaźniając się z nimi na tyle, by oferowano mu życzliwą gościnę. Dzisiaj brzmi to trochę jak bajka. A przecież gdy Paddy wybrał się w drogę przez Europę przetaczała się już wichura, która kilka lat później zakończyła się światową nawałnicą. To romantyczna przygoda, wielka niewiadoma, ekscytujące oczekiwanie, niezapomniane wrażenia.
Pamiętajmy, że Paddy odtwarzał zdarzenia, chronologicznie i niesłychanie dokładnie, po upływie wielu lat. Widać więc, że takie historie utrwalają się mocno w pamięci i są źródłem wzruszeń jeszcze długo, długo w przyszłości. Oj, działa to wszystko na wyobraźnię, popycha do działania, zachęca. Niecierpliwie czekam więc na kolejną część przygód Paddy`ego, na opis jego dalszej drogi.
Książkę mogłam przeczytać dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
„Czas drogi” uważany jest za klasykę literatury podróżniczej. A podróż Patricka Leigh Fermora była doprawdy imponująca. Obejmowała trasę od Niderlandów przez Niemcy, Austrię i Węgry do Konstantynopola – wymarzonego Bizancjum. Przy czym był to czas przedwojnia, dochodzenia do głosu nacjonalizmów, kształtowania się i umacniania nazizmu i faszyzmu, co też mamy okazję w tych...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOsiemnastolatek postanawia opuścić rodzinną Anglię i udać się do Konstantynopola. Ambitny cel, a dodam, że jesteśmy w 1933 roku. W tym miejscu u czytelnika powinna pojawić się błyskawiczna kaskada faktów, zdarzeń, które w niedługim czasie nastąpią w Europie. Gdzieś tego również dotyka „Czas drogi” Patricka Leigh Fermora, którego wędrówka opisana w książce wiedzie poprzez stodoły, klasztory i inne równie ciekawe miejsca spoczynku.
W kwestii tej wielkiej (i strasznej) historii nasz bohater z początku trafia do Holandii, z której przedostaje się do Niemiec. Tak, tych faszystowskich. Jego oczom ukazuje się krajobraz ze swastykami, gdzie młodzież karnie maszeruje. Ale znaleźć można i takich ludzi, którzy przygarną wędrowca pod swój dach. Również wygłaszając uwagi krytyczne względem panującego ładu. Mit jedności narodu może (choć nie musi) prysnąć pod wpływem tej lektury.
W trakcie wędrówki zapiski autora, a dokładniej pamiętnik, giną i nie odnajdują się. A więc co my właściwie czytamy? Pytanie jest zasadne, gdyż autor musi polegać na swej pamięci, a efekt końcowy został spisany dłuższy czas po przebytej drodze. To ciekawe zderzenie, gdyż część notatek autor posiada, a część – już jako osoba dorosła, a nawet dojrzała – dopisuje pisząc o sobie jako o młodym człowieku. Ot, kolejna z literackich szarad.
Lekturę utrudnia również prowadzona narracja, która często skręca w dygresje, a przygodowość bywa często przysłaniania przez dłuższe wywody lub refleksje. Niejednostajne tempo nie ułatwia sprawy, ale książki takie jak ta, nie są po to, aby ułatwiać, ale aby pokazać szlachetną formę myślenia. Myślę więc, że warto.
Osiemnastolatek postanawia opuścić rodzinną Anglię i udać się do Konstantynopola. Ambitny cel, a dodam, że jesteśmy w 1933 roku. W tym miejscu u czytelnika powinna pojawić się błyskawiczna kaskada faktów, zdarzeń, które w niedługim czasie nastąpią w Europie. Gdzieś tego również dotyka „Czas drogi” Patricka Leigh Fermora, którego wędrówka opisana w książce wiedzie poprzez...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo interesująca opowieść, relacja z pieszej wędrówki przez Europę - od ujścia Renu do Konstantynopola. To jest pierwszy tom i wraz z autorem dociera się jedynie na Węgry, co zajęło mu około 3,5 miesiąca.
Czytanie w oryginale polecam tylko jednostkom bardzo wytrwałym i ambitnym, ponieważ skubaniutki autor jest niesamowitym erudytą i chwilami można utonąć w gęstwinie słów, zwłaszcza gdy bierze się za opisy zabytków czy dzieł sztuki.
Podróż odbywał 19 letni chłopak, natomiast autor opisuje ją mając lat 50+. Więc nie są to tylko bezpośrednie opisy oglądanych miejsc i napotykanych ludzi, ale już przefiltrowane doświadczenia i refleksje - bardzo dużo o sztuce!
Rzecz jest absolutnie fascynująca, wsiąkłam w to całkowicie na tydzień, oglądałam mapę, porównywałam zdjęcia historyczne z obecnymi, zaglądałam gdzie tylko się dało przez internet 🙂
Gdybym chciała czytać sprawdzając w słowniku każde nieznane mi słowo, to pewnie zajęło by mi tyle, co autorowi wędrówka 😉
Książka jest wydana po polsku, jako "Czas drogi" (tłumaczenie Ewa Ledóchowicz). Polecam, jeżeli ktoś ma ochotę na całkowite oderwanie się od rzeczywistości.
Jedyne, czego mi zabrakło, to więcej obserwacji społecznych i politycznych - halo, jest rok 1934, w Europie, zwłaszcza w Niemczech, przecież się kotłuje! Tymczasem autor, dotarłszy do Monachium, najbardziej zainteresowany jest odwiedzeniem słynnego browaru i knajpy przy nim 😉
Bardzo interesująca opowieść, relacja z pieszej wędrówki przez Europę - od ujścia Renu do Konstantynopola. To jest pierwszy tom i wraz z autorem dociera się jedynie na Węgry, co zajęło mu około 3,5 miesiąca.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzytanie w oryginale polecam tylko jednostkom bardzo wytrwałym i ambitnym, ponieważ skubaniutki autor jest niesamowitym erudytą i chwilami można utonąć w gęstwinie...
Bardzo lubię czytać książki drogi. To czego od nich oczekuje, to m.in. dynamika. Marsz to ruch, książka powinna mieć swoje tempo. W tej książce tempo jest bardzo zmienne. Już akcja się rozwija, nabieram apetytu na jakąś przygodę autora, a tu nagle pojawia się dłużyzna, jakieś wtrącenia luźno powiązane - mój czytelniczy zapał opada, zaczynam się nudzić, i nagle znów kawałek ciekawej relacji z drogi. Dużo w tej książce jest nazwisk postaci historycznych, więc aby zrozumieć kontekst zdania trzeba szukać informacji o postaci, inaczej trudno zrozumieć myśl autora. Takie ciągłe odrywanie się od wątku drogi trochę mi w czytaniu przeszkadzało.
Bardzo lubię czytać książki drogi. To czego od nich oczekuje, to m.in. dynamika. Marsz to ruch, książka powinna mieć swoje tempo. W tej książce tempo jest bardzo zmienne. Już akcja się rozwija, nabieram apetytu na jakąś przygodę autora, a tu nagle pojawia się dłużyzna, jakieś wtrącenia luźno powiązane - mój czytelniczy zapał opada, zaczynam się nudzić, i nagle znów...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to