rozwińzwiń

A Time of Gifts

Okładka książki A Time of Gifts autora Patrick Leigh Fermor, 9781848545236
Okładka książki A Time of Gifts
Patrick Leigh Fermor Wydawnictwo: John Murray Publishers Cykl: Trylogia (Patrick Leigh Fermor) (tom 1) literatura podróżnicza
384 str. 6 godz. 24 min.
Kategoria:
literatura podróżnicza
Format:
papier
Cykl:
Trylogia (Patrick Leigh Fermor) (tom 1)
Tytuł oryginału:
A Time of Gifts
Data wydania:
1977-01-01
Data 1. wydania:
1977-01-01
Liczba stron:
384
Czas czytania
6 godz. 24 min.
Język:
angielski
ISBN:
9781848545236
Średnia ocen

8,0 8,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup A Time of Gifts w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki A Time of Gifts

Średnia ocen
8,0 / 10
1 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce A Time of Gifts

avatar
1586
1246

Na półkach: , , ,

W grudniu 1933 roku osiemnastoletni Fermor wyrusza w swoją kilkuletnią pieszą podróż po Europie, której celem było dotarcie do Konstantynopola. Książka powstała w latach 70-tych, pisana więc była już z perspektywy czasu, większym dystansem, czasem Fermor wspomina o późniejszych losach spotkanych osób czy nawiązuje do czasów wojennych (autor podczas drugiej wojny światowej walczył w szeregach greckiego ruchu oporu na Krecie, w jednym z filmów w jego postać wcielił się Dirk Bogarde).
Tom pierwszy, czyli "Czas drogi" kończy się nad Dunajem, na węgierskim pograniczu. Fermor wyruszył z Hoek von Holland i poruszając się po Europie odwiedził takie miasta jak Rotterdam, Kolonię, Bingen, Augsburg, Monachium, Wiedeń, Melk, Pragę czy Bratysławę. To piesza wędrówka, więc pisarz spotkał na swojej drodze wiele osób, które mu pomogły, nakarmiły go, z którymi pił alkohol i toczył rozmowy na rozmaite tematy. No i właśnie erudycja autora jest tutaj największą siłą, bo jeśli ktoś rusza w podróż z dziełami Horacego w plecaku, to można się domyślać, że mamy do czynienia z interesującą osobą.
Na dzieło Fermora można patrzeć z kilku poziomów. Jak dla mnie ta podróż jest swoistym hołdem dla europejskiej kultury. Autor odwiedza zamki, katedry i opactwa, rozmyśla o Szekspirze, pisze o dziełach Breugla, Alfdorfera i Durera, a kiedy widzi Dunaj na myśl przychodzą mu pieśni Schuberta.
Z innej beczki odczułem, że trochę jak u Zweiga, jest to opowieść o świecie wczorajszym, zarówno osobistym jak i tym makrohistorycznym. Samotny student nocujący w przytułkach, chodzący beztrosko od miejsca do miejsca i kiedy brakuje mu pieniędzy dorabiający sobie tworzeniem portretów. Z drugiej strony u Fermora czuć już nadchodzący dramat drugiej wojny światowej (pewnie efekt pisania po latach),na niemieckich ulicach przechadzają się już goście w mundurach, toczą się rozmowy o nazizmie i Hitlerze.
Nie da się ukryć, że także przyroda stanowi tutaj ważny element i w to taki sposób, który osobiście lubię. U Fermora spodobał mi się ten pierwiastek historyka - kiedy widzi Ren, myśli o Cezarze przekraczającym tę rzekę ze swoimi wojskami, kiedy widzi ruiny zamku Durnstein, myśli o uwięzionym Ryszardzie Lwie Serce. W innym wypadku może to być wtręt o bocianach.
Oczywiście, nie jest to łatwa lektura. Fermor czasem dość szybko gna z punktu A do punktu B, czasem mamy więcej informacji o nabytych znajomościach i wypitym alkoholu, w innych wypadkach znowu więcej jakiejś luźnej dygresji jak rozważania o szekspirowskich Czechach i i ich położeniu nad morzem (typowe "co poeta miał na myśli"). Można się dość łatwo odbić od tego stylu, można się w nim zakochać, mi się akurat bardzo podobał.

W grudniu 1933 roku osiemnastoletni Fermor wyrusza w swoją kilkuletnią pieszą podróż po Europie, której celem było dotarcie do Konstantynopola. Książka powstała w latach 70-tych, pisana więc była już z perspektywy czasu, większym dystansem, czasem Fermor wspomina o późniejszych losach spotkanych osób czy nawiązuje do czasów wojennych (autor podczas drugiej wojny światowej...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1513
1488

Na półkach:

Druga to moja książka Fermora z trylogii nt. jego pieszej wędrówki z Rotterdamu do Konstantynopola z wczesnych lat 30., ta odnosi się do pierwszego etapu jego wardęgi - bo lekturę całości zacząłem od drugiej w kolejności.

Wszystko jak w drugim tomie (“Między lasem a wodą” - który jednak mocniej do mnie przemówił) czyli wielka satysfakcja czytelnicza. Autora cechuje niezwykła umiejętność snucia pięknych opowieści, bogaty język, wielokrotnie złożone zdania, finezyjna konstrukcja, wybitna erudycja, a zarazem olbrzymi dystans do samego siebie, nieukrywanie własnych słabości, cudowne zamiłowanie do przemijającego szczegółu.

To wzorcowa, zachwycająca od A do Z literatura podróżnicza, wypełniona nie byle jakimi refleksjami kulturowymi, pełna także intrygujących przerw w wędrówce. I ci wszyscy spotkani i poznani po drodze!

Autor szedł przez Europę, mając 19 lat, opisał ją zaś będąc już po pięćdziesiątce. I to chyba nawet lepiej, bo nabrał już odpowiedniej wiedzy kulturowej, uzyskał odpowiedni dystans. Młody człowiek takiej książki nie napisze - żeby zacytować klasyka….

Anabaza zaczyna się w Londynie na Tamizie, gdzie Autor wsiada na statek, którym dopłynie do Rotterdamu, skąd rusza pieszo. Sypia, gdzie mu wypadnie, często w chłopskiej chacie, w schronisku dla studentów czy bezdomnych, nawet na komisariacie, ale trafi się też sporo zamków i szykownych willi - tu pomaga mu łańcuszek poleconych znajomych znajomych, ale i nowo poznanych.

Początkowo to prawdziwa Winterreise, nb. z odniesieniami do Schuberta, bo ambitny Anglik wyrusza zimą.

Zachwyca się Holandią, bo nie można chyba inaczej.... “Kiedyś zasłyszałem, że w Holandii skromni wędrowcy mogą przenocować na policyjnym posterunku, co okazało się prawdą (...) Dali mi nawet miskę kawy i ćwiartkę chleba, zanim ruszyłem dalej. Dzięki Bogu do paszportu wpisałem +student+ - działało niczym amulet i zaklęcie otwierające sezam. W europejskiej tradycji określano w ten sposób młodą osobę, ubogą i poważną, gnaną po gościńcach Zachodu żądzą wiedzy, a więc co za tym idzie, nie bacząc na jej pełen animuszu nastrój i skłonność do pijackich piosenek obfitujących w uliczną łacinę, chętnie spieszono jej w sukurs”.

“W Holandii bohaterem jest pejzaż, a czysto ludzkie wydarzenia – nawet tak doniosłe jak Ikar spadający głową w dół do morza, ponieważ stopił się wosk w jego sztucznych skrzydłach – są drugorzędnymi szczegółami”.

“Zalana dziwnym światłem spokojna, harmonijna kraina sunęła ku nieskończoności pod nadciągającymi chmurami”.

Fermor (brał udział w II wojnie jako agent wywiadu, m. in. na Krecie) nie ma uprzedzeń do Niemiec. O śpiewających tam pieśni ludowe zapisuje: “Urok uniemożliwiał, w tamtej chwili, kojarzenie pieśniarzy ze zorganizowanym prześladowaniem, rozbijaniem wystaw żydowskich sklepów oraz z palonymi po nocach stosami książek”.

Autor nie wstydzi się własnych błędów, są one zresztą rzadkie. Gdy przegapia drogę na Aachen, pisze: “Gdybym zdawał sobie wówczas sprawę, że to po prostu niemiecka nazwa stolicy Karolingów, Akwizgranu, ruszyłbym pełną parą w tamtą stronę”.

Albo coś takiego: “Niezgodnie z panującą tendencją, ale całkiem zgodnie z przewidywaniem, szybko stwierdziłem że ich lubię. W Niemczech panuje od dawna tradycja życzliwości wobec młodego wędrowca, już sama więc skromność mojego stanu działała jak zaklęcie otwierające sezam serdeczności i gościnności. Z niemałym zaskoczeniem także stwierdzałem, że pomaga to, że jestem Anglikiem; rzadki ptak wzbudzał zaciekawienie”.

“W pewnym stopniu darzyli Anglię estymą z powodów, które w poważnych kręgach angielskich przestano brać pod uwagę. Mianowicie podziwiali nasze podboje z przeszłości, to znaczy zasięg kolonii i wciąż najwyraźniej nieosłabioną potęgę imperium”.

Zarazem odnotowuje: “Panował czas, kiedy wszędzie w Niemczech z powodu różnicy poglądów rozpadały się przyjaźnie i rodziny”.

“Szczególną przyjemność sprawiało mi stąpanie po twardych kałużach. Szare lodowe pokrywy trzeszczały pod ćwiekami butów z tajemniczym westchnieniem uwięzionego pod nimi powietrza, a potem pękały i wraz z rozszerzaniem się gwiaździstej pajęczyny rys stawały się coraz bardziej białe”.

Niemiecka kuchnia nie zawsze mu pasuje: “Speck (...) - były to zimne kęsy słoniny, najgorsza rzecz, jaką w życiu jadłem".

Im bardziej na południe, tym dla niego lepiej: “Niziny zostały daleko z tyłu, a słońce wysyłało migotliwe iskierki oraz odblaski znad śniegu; przekroczone zostały jeszcze dwie niewidoczne, ale ważne linie: zmienił się akcent oraz miejsce piwiarni zajęły winiarnie”.

Zwraca też uwagę, że na północy Niemiec każdy pytał go “Dlaczego idziesz pieszo?” - na południu pytano już “Dokąd idziesz?”.

“Na prostych odcinkach drogi, wśród powoli zmieniającej się scenerii, pomagał mi śpiew, a kiedy kończył się repertuar piosenek, ratowałem się poezją. (...) W Niemczech śpiewanie jest powszechne, nie wywołuje konsternacji.(...) Ale wiersz to co innego. Na moje recytowanie pod nosem unoszono brwi i rzucano zatroskane spojrzenia”.

W każdym zwiedzanym po drodze niemieckim mieście upaja się ich charakterem. “Atmosfera późnego średniowiecza wypełniała miasto (..) W tej części miasta nie było widać nic późniejszego niż wieki średnie, przynajmniej tak mi się wydawało”.

“W owych dniach polowałem na katedry. Ledwie kilka godzin później poznawałem wnętrze kolejnej, przegryzając chleb, ser i cebulę w jej transepcie”.

Fascynuje go wszystko, to i przyroda. W Ulm obserwuje też pstrągi pod lodem: “Jak one sobie dają radę pod taką grubą warstwą lodu? Potrafią brać kurs w ciemnościach? Czy w głębokim ukryciu pędzą na oślep, podążając za swoimi schubertowskimi rytmami?”.

Autorowi czasem nie staje konsekwencji. “Pierwsze spojrzenie na Dunaj! Widok był niesamowity. W Europie tylko Wołga jest dłuższa”. Parędziesiąt stron dalej mamy jednak autopoprawkę: “Po Wołdze, która jest właściwie zbyt daleko, by brać ją w rachubę, to Dunaj jest największą rzeką w Europie.(...) Jeden tylko Dunaj płynie z zachodu na wschód”.

Wspaniałe refleksje kulturowe o znaczeniu lancknechtów i ich bajecznych ubiorach: “Pyszne, wyzywające wąsiska nad wystającymi, gęsto zarośniętymi brodami. Miękkie kapelusze, zawadiacko przekrzywione, pod zawijasem strusiego pióra rozkładały się absurdalnie jak dwuwarstwowy beret przypominający płatki barwinka. (..) Kaftan z ozdobnymi pęknięciami poszerzał każdemu barki, a przepikowane w pasy rękawy wydymały ramiona przypominające zeppeliny(...) A wokół i tak już obszernych ramion wiły się w podobnych skośnych oplotach barwne taśmy: szkarłatne, cynobrowe, pomarańczowe, kanarkowe, w kolorze pruskiego błękitu trawiastej zieleni fioletu i ochry. (...) “Stroje były zawadiackie, bogate i niedorzeczne, ale noszący je mężczyźni nie mieli w sobie nic z fircyków: pod mamiącą wzrok pasmanterią znajdowali się ponurzy rycerze krzyżowi, wciąż średniowieczni.

Absolutnie powalają impresje z Monachium. Autor najpierw idzie pod tzw. Feldhernhalle: “Prawe ramiona wszystkich przechodzących obok wystrzeliwały do góry, jak w odruchu na porażenie prądem elektrycznym. Powstrzymywanie się od takiego złożenia hołdu było niebezpieczne. Opowiadano historie o niedoinformowanych obcych przybyszach, których zaatakowali fanatycy i doszło do rękoczynów”.

A skoro jest w stolicy Bawarii, nie może sobie odmówić wizyty w “potężnej budowli obiektywnego pragnienia: Hofbräuhaus”. I tu opowieść sięga szczytów mistrzostwa:

“Kiedy podchodziłem, z łukowatych drzwi wylewał się na zadeptany śnieg hałaśliwy, chwiejny tłum brązowych koszul. Korpusy owych ucztujących mieszczan szerokością przypominały beczki. Rozłożone na dębowych ławach pośladki zajmowały po jardzie. Ich biodra rozgałęziały się w uda, każde grube jak tors 10-latka, ramiona rozmiarów tej samej skali. Równały się wypchanym zagłówkom, obleczonym w samodział”.

“Podbródek i klatka piersiowa tworzyły jedną kolumnę, a każdy nabity kark się marszczył, stwarzając imitację trzech uśmiechów. Szczecina została przycięta i podgolona na gruzłowatym skalpie.(...) Wszystkie głowy odbijały światło i lśniły jak wypolerowana powierzchnia strusiego jaja. (...) Ich ręce, przypominające wiązki kiełbasek, zwinnie podfruwały, nadziewając widelec za widelcem porcje szynki, salami, frankfurterek, plastry Krenwurst i Blutwurst, kamienne kufle unosiły się i pomagały zwilżyć gardła długimi łykami płynu, który natychmiast - kolejny raz - uderzał do policzków oraz skroni. Pochłaniali wszystko, jakby na wyścigi ze stoperem, a ich głosy, tylko częściowo wytłumione przez usta pełne przeżuwanych frykasów, stawały się coraz donośniejsze i powietrzem wstrząsały częste wybuchy niekontrolowanego śmiechu.(...) Kelnerki, odznaczające się budową sztangisty bądź zapaśnika, uwijały się wkoło tego obroku, a ich cera ociekała i błyszczała, niczym na licach bankietujących ogrów. Wkrótce stół był na powrót pustym polem kości, gwar się załamywał, małe oczka zasępiały się jak w żałobie, w powietrzu zawisał cień smutku”.

“Przez pomyłkę zabłądziłem do sali pełnej oficerów SS, Gruppen – i Sturmbannführerów, w której poczerniało od kołnierzyków opatrzonych błyskawicą oraz lasu wysokich butów pod stołem. Po framudze okiennej wspinały się odwieszone czapki z trupią główką i skrzyżowanymi piszczelami. Podkute buty zgrzytały, kufle stukały się z innymi kuflami, w nozdrza przybysza uderzał zmieszany zapach piwa, ciał, starej odzieży i wiejskiej zagrody. W moich oczach stoły jawiły się jako działobitnie, gdzie każdy działonowy służył cichemu i bezodrzutowemu działu dobrze przezeń wyćwiczonemu w jednostajnym ostrzeliwaniu w oblężeniu. (...) Zaangażowanych tu było chyba z tysiąc stanowisk! Tu i tam na blatach, z głowami w kałużach, leżeli pojedynczy bombardierzy wykoszeni ze swych posterunków. Sklepienie rozbrzmiewało echem grzmotu ognia zaporowego.(...) Wspierani przez towarzyszy ranni schodzili z pola, zataczając się wśród dymu bitewnego, a na każde zwolnione miejsce wślizgiwał się nowy strzelec”.

To pijaństwo źle się skończyło dla Autora, bo skradziono mu wtedy plecak, paszport, pieniądze. Na szczęście konsul brytyjski był na tyle uprzejmy, że nie tylko mu wystawił nowy paszport - na gębę!!! - ale i pożyczył pieniądze. Dawno minione czasy….

W Niemczech Fermor korzystał z przepisów które zobowiązywały wójta gminy do udzielania wędrownym studentom i pielgrzymom darmowej kolacji z piwem oczywiście, noclegu oraz rano kawy i chleba - nawet za faszyzmu.

Z kolei w Austrii wędrował (bywając też podwożonym) często od zamku do zamku, dzięki poleceniom znajomych z wyższych warstw. Jak wtedy zauważył, “wiele korzyści płynie z przechodzenia z siana prosto do łoża z baldachimem i z powrotem”.

Autor nie pomija słynnego opactwa cystersów w Melku (nasz Lubiąż - a to wszak ten sam styl i czas - niewiele mniejszy): “Uwertury i preludia szły za sobą, gdy dziedziniec otwierał się za dziedzińcem. Prowadzące w dół schody kroczyły chełpliwie niczym pawany. Krużganki rozwijały się ze złożonością podwójnych potrójnych i poczwórnych fug. Kolejne oficjalne apartamenty komponowały się ze sobą, tworząc różnorodność nastrojów i ozdobników jak we frazach symfonicznych. (...) W uszy wkradła się wspaniała, przemyślana polifonia. W powietrzu nagle rozchodziły się arabeski fletów, w końcu dołączała do nich wyciszona fanfara z sufitu, aż wszystko wibrowało kontrolowanym i przenikającym się przepychem”.

W Wiedniu Fermor jest świadkiem małej wojny domowej faszystów z socjalistami. “Wyciszone przez odległość odgłosy bitwy, która doprowadziła do oblężenia, pomyliłem z grzmotem.(...) Zaraz potem – i to najbardziej zaskoczyło obcego przybysza w mieście - cały temat się ulotnił, jakby się w ogóle nie wydarzył, i z zadziwiającą szybkością powróciło zwykłe życie”.

“Wielu poddanych obcych nacji, uważając własne stolice regionalne za nazbyt dla siebie ciasne, ciągnęło do błyszczącego Kaiserstadt: Czesi, Słowacy, Węgrzy, Rumuni, Polacy, Włosi, Żydzi z całej Europy Środkowej i Wschodniej i przedstawiciele wszystkich odłamów Słowian południowych”.

W Wiedniu Autor ma największe towarzyskie używanie. Z jednym znajomym z tych pijatyk spotka się podczas wojny, gdy baron von der Heydte - nb. antynazista - dowodził oddziałem niemieckim zrzuconym na Kretę.

A potem Słowacja. “Oto stary Pressburg, ponownie ochrzczony słowiańską nazwą Bratysława.(...) Nad wspinającymi się dachami górował olbrzymi, smukły zamek; symetria jego bryły oraz narożnych wysoki wież nadawały mu wygląd postawionego do góry nogami stołu”.

“Słuchając obcego gwaru - słowackiego, a na drugim brzegu węgierskiego – zdałem sobie sprawę, że w końcu dotarłem do kraju, którego rodzime dźwięki nie kojarzą mi się z żadnym znaczeniem; teraz przynosiło ulgę, kiedy zasłyszałem także niemiecki”.

“Już na samym początku wybrałem jedną z wielu żydowskich kawiarni. Mógłbym godzinami tam siedzieć zachwycony, czując, że jestem w samym sercu miasta.(...) Pomimo bladości i roztargnienia niektóre z tych twarzy naznaczone zostały piękne młodych świętych. Z dala od swych pulpitów patrzyli zagubionym wzrokiem, jakby ciągle zaskoczeni. Ich oczy – jasnoniebieskie lub ciemne niczym głęboka noc – rozszerzały się do rozmiaru niewinnych oczu gazeli”.

Nie sposób się nie zgodzić z taką oceną: “Praga różniła się od wszystkich miast tej podróży, do których wkraczałem pieszo, we wspomnieniu też pozostała odmienna.(...) Oszałamiające, zniewalające miasto”.

“Podczas wybuchu wojny trzydziestoletniej Czechy były krajem protestanckim. Kiedy wojna się kończyła, stały się katolickie i tak wolne od herezji, jak Langwedocja po krucjacie przeciw albigensom”.

Celna uwaga nt. Szwejka. “Cieszyłem się, że Hans dał mi do przeczytania Dobrego Wojaka Szwejka, ale dopiero dużo później zrozumiałem znaczenie tej książki. Po Don Kichocie Szwejk jest drugą postacią fikcyjną, której udało się zostać reprezentantem – choćby tylko pod pewnym względem i w szczególnych okolicznościach – całości narodu. Jego postawa życiowa i charakter mają więcej wspólnego z Sancho Pansą niż Don Kichotem, ale zręczna ironia autora każe powątpiewać, co zbawiennie chroni bohatera: przebiegłość, niewinność czy może zwyczajna naturalna odporność na prześladowania”.

Równie trafne wywody o odwiecznym nacjonalizmie Węgrów, który dzisiaj nakazuje im kierować się w najgorszą ze stron…..

“Słowacy żyli pod Madziarami od tysiąca lat, zawsze traktowani jako gorsza rasa, a kiedy któryś odnosił sukces w świecie, natychmiast skwapliwie kuszono go przyznaniem pomniejszego madziarskiego tytułu szlacheckiego – w wyniku czego całe lokalne przywództwo wyparowało. Słowackie dzieci odbierano rodzicom i wychowano na Madziarów”.

“Węgrzy nawet wtedy, kiedy walczyli z Austriakami w obronie swojej narodowości i języka, jednocześnie zajmowali się uciskaniem i madziaryzacją własnych słowackich poddanych”.

Są i ptaki…. “Powietrze było pełne wskazówek i znaków. Wzdłuż rzeki dostrzegało się błyski i rozlegały się świsty, niczym żwawy ruch nożyc fryzjerskich, zanim spadną i ciachną – szum i kołowanie nowo przybyłych jerzyków”.

PS Jedynie kilka uwag, i to wyłącznie do wydawcy. W polskim języku tradycyjne jest określenie cesarza Fryderyka jako Barbarossy a nie “Rudobrodego”. “Coblenz” wpisuje się w obcą mi modę pomijania polskich egzonimów obcych nazw fizjograficznych. I ten odwieczny problem podawania brytyjskich miar. Na te wszystkie funty, stopy, jardy nie ma i nie może być mojej zgody. I wolałbym bikorna niż dwuroga…

Druga to moja książka Fermora z trylogii nt. jego pieszej wędrówki z Rotterdamu do Konstantynopola z wczesnych lat 30., ta odnosi się do pierwszego etapu jego wardęgi - bo lekturę całości zacząłem od drugiej w kolejności.

Wszystko jak w drugim tomie (“Między lasem a wodą” - który jednak mocniej do mnie przemówił) czyli wielka satysfakcja czytelnicza. Autora cechuje...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
467
296

Na półkach:

Fabuła i opowieść o wędrówce ciekawa. Długie i żmudne dygresje z opisami architektury niestety nie na moją wyobraźnie. Z pewnością wiele obiektów sakralnych jest pięknych ale całe strony detali pomijałem jako nie wnoszące wiele w treść i sens podróży

Fabuła i opowieść o wędrówce ciekawa. Długie i żmudne dygresje z opisami architektury niestety nie na moją wyobraźnie. Z pewnością wiele obiektów sakralnych jest pięknych ale całe strony detali pomijałem jako nie wnoszące wiele w treść i sens podróży

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

258 użytkowników ma tytuł A Time of Gifts na półkach głównych
  • 185
  • 66
  • 7
39 użytkowników ma tytuł A Time of Gifts na półkach dodatkowych
  • 26
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Cytaty z książki A Time of Gifts

Więcej
Patrick Leigh Fermor Czas drogi Zobacz więcej
Patrick Leigh Fermor Czas drogi Zobacz więcej
Patrick Leigh Fermor Czas drogi Zobacz więcej
Więcej