Pokrewne Krystyna Miłobędzka 5,8

ocenił(a) na 739 tyg. temu Gospodarz w sobie_pierwszy tomik Miłobędzkiej_pożegnanie poetki
65 lat temu debiutowała, zmarła dwa miesiące temu, Krystyna Miłobędzka. Poetka z segmentu quite luxury. Słowa są u niej ekonomicznie rzadkie ( mamy nieskończone potrzeby wypowiedzi, a skończone środki wyrazu),jej wszędobylski awangardyzm („gra językiem cały czas: tu sama ta sama a przecież się dwoję, odstęp między nami, odstępstwo od kogo?”) wydaje się dzisiaj czymś, co nie daje nam spokoju w swej odwadze bycia nie na sprzedaż. W wierszu „Porządek rzeczy” mówi o poezji jako o chwili, cudaku, który z zewnątrz ma żywe liście, a w środku zapałkę. Ta chwila zrozumienia, że to jedność, to jest też moment zamilczenia, gdy poeta jest już nie potrzebny. Była to poetka właśnie tej chwili, gdy jesteśmy tak blisko świata, że czujemy jego oddech.
Jako poetka szukała istoty zjawisk. Pierwszy wiersz w tomiku szuka zaczajonej w ziemi „roślinności”, która „pcha się górę, tłoczy”, by się „wyrwać”. Najważniejszym elementem poezji Miłobędzkej jest dostrzeganie, takie rozszczepianie zjawisk, że krajobraz w bezruchu emituje tęcze. Dostrzec, to znaczy uchwycić wody, które „nie potrafią dopędzić brzegu”, i trzeba zrozumieć, że to nie jest poezja głęboka, dyskursywna, ponieważ funkcja oczu jako narzędzia dostrzegania jest inna („Oczy nie widzą głęboko, widzą daleko albo blisko”). W wierszu „Narodzenie z oczu” pada ważkie pytanie: czy myśleniu wystarczy oczu na zatopienie świata? Myślenie jednak w momencie dostrzegania ulatnia się, staje się wiatrem, znika.
Żeby dostrzegać, jednak trzeba dochować swoje „niewyrośnięte”, które, tutaj idiosynkrazja Miłobędzkiej, chowa się w ogrodzie („Zdarzyłaś mi ogród”).
Te dostrzeżenia Miłobędzkiej to próby uchwycenia fenomenu języka, naszej gatunkowej innowacji, próby złapania języka na wysłowieniu się.
Są to próby zawodne, ulotne, skazane na porażkę. Niczym „wycinanki” jakiejś kultury ludowej próbujące opisać takie zjawiska jak jesień lub liście. Nie jest to poezja wielkich słów i wielkich liter. „Nie o drogę pytam, ale o wydrążone miejsce wśród małego życia”. Ale to małe życie nie jest takie łatwe: „wyciągam z poplątanego — i to jest proste. Kładę proste na prostym — i znów się plącze”. Największym lękiem życia jest nie-życie. Śmierć, nic. Jak pisze poetka w tytułowym wierszu: „boję się tego nic, co głodne siedzi w oczach”.
Są to wiersze w duchu empiryzmu, wiary w doświadczenie, w doznawanie subiektywnych wrażeń, które są jedynym wartym uwagi kontaktem ze światem („Krzesło to krzesło”, „Wierzę sobie, tu nie ma innego koguta, tylko ten”, „każdy pan na swoim”).
Paradoksem takiej postawy jest to, że „po naszej stronie”, po stronie życia wszystko dzielimy, jak w pięknym wierszu „Podzielne”, gdzie wszystko jest w jakimś dualizmie, „naprzykrzamy się sobie”, jakoś się ranimy, choć jesteśmy stworzeni, żeby do siebie pasować. Jednak te ułomne, „podzielne” życie to wszystko, co mamy, dopiero śmierć, nic nas połączy, dopełni życie z nie-życiem dając zero.
Mimo wszystko, ten krzyk życia, miłość spostrzegania są przepotężne. Żal umierać, „oczy bolą z powrotem do ziemi”.
Tomik dostępny na WolneLektury.pl