Podróż po Polsce Alfred Döblin 7,5

Jest to niezwykła książka. Podobnie zresztą jak moja droga dotarcia do niej, o czym więcej, dla zainteresowanych, w Postscriptum.
W roku 1924 Alfred Döblin, (1878-1957) niemiecki lekarz psychiatra, pisarz związany z nurtem ekspresjonizmu - autor m.in. jednej z pierwszych tzw. miejskich powieści „Berlin Alexanderplatz: Die Geschichte vom Franz Biberkopf” - dość znany ówcześnie działacz o niezwykle ciekawym życiorysie, podróżuje przez dwa miesiące po Polsce i ponad rok później ukazuje się jego „Reise in Polen”.
Urodził się w niemieckim Szczecinie, jego rodzice pochodzili ze środowisk żydowskich, z Poznania - ojciec, z Szamotuł - matka. Ale tych miejscowości podczas swojej wizyty w Polsce Döblin nie odwiedza. Trasa podróży to: Warszawa-Wilno-Lublin-Lwów-Zagłębie naftowe-Kraków-Zakopane-Łódź-Gdańsk. Pewnie dlatego, że jeśli chodzi o polskich Żydów, interesowały go przede wszystkim tradycyjne, większe skupiska.
W znakomitym Posłowiu Henryka Grynberga do polskiego wydania książki - z zajrzeniem do którego, podobnie jak do interesujących Notatek tłumaczki, Anny Wołkowicz, nie trzeba moim zdaniem czekać na ukończenie lektury - Grynberg nazywa „Podróż po Polsce” reportażem. Ale jest to reportaż szczególny, odbiegający od obecnych wymogów wobec tego gatunku. W ekspresyjnej formie oddaje Döblin bardzo zróżnicowane wrażenia podróżnika z obserwacji odwiedzanych miejsc, podbudowane jego własnymi przemyśleniami nad istotą i znaczeniem tego, co widzi. A są to przemyślenia - sądzę, ze nie tylko w moim odczuciu - nie zawsze spójne ze sobą, ale zawsze fascynujące. Obok osobistych przekonań autora, czasami zresztą ulegających przemianom, ilustrują pewne trendy epoki, np. modne wśród zachodnich intelektualistów rozczarowanie ówczesną sytuacją społeczno-polityczną.
Przystępując do lektury myślałam, że głównym celem wizyty Döblina w Polsce było tropienie korzeni własnego żydostwa. Ale tak nie jest, książka zajmuje się tym, na co wskazuje tytuł, oraz skorelowaniem podróżniczych obserwacji nowej, trochę egzotycznej rzeczywistości z wcześniej nabytą teoretyczną wiedzą i własnym systemem przekonań. Czyż tak nie robi większość z nas podróżując po świecie?
Wspólnoty żydowskie różnią się między sobą w zależności od miasta - na przykład ciekawe różnice miedzy dworami poszczególnych cadyków mają pewien wpływ na życie codzienne ich wyznawców - ale oczywiście w pamięci czytelnika pozostają przede wszystkim wspólne charakterystyczne cechy nie istniejącego już świata, na czele z biedą i wszystkimi niezbyt przyjemnymi doznaniami zewnętrznego obserwatora, z jakimi ona się wiąże. Ciekawe są wrażenia autora z dwóch miast, które wywarły na mnie bodaj największe wrażenie. We Lwowie najbardziej dobitnie dochodzi do głosu jego niechęć wobec wszelkich nacjonalizmów. Choć wymienia wszystkie narodowości, z którymi ówczesne państwo polskie nie daje sobie rady, na pierwszym miejscu ilustrującym tę bezradność nie stawia antysemityzmu - mimo że wspomina o tzw. „Polskim procesie Dreyfusa”, opisywanym w niedawno wydanej książce Grzegorza Gaudena - ale stosunki polsko-ukraińskie. Z kolei jego obraz mojej rodzinnej Łodzi nie przypomina Reymontowsko-Wajdowskiej wizji miasta trzech kultur. W tworzeniu łódzkiego kapitalizmu, z różnymi jego wadami i zaletami, zafascynowany jest jedynie rolą czynnika niemieckiego.
Alfred Döblin miał w owym czasie obsesję na temat negatywnej roli państwa jako zwornika aspiracji narodowych, przekształcających je - jak należy domniemywać - w szkodliwe nacjonalizmy. W związku z tym nie tylko nie po drodze mu było z ruchami syjonistycznymi, ale swoją antypaństwową doktrynę traktuje jako regułę uniwersalną. Uważa, że spoiwem wspólnotowym, także narodowym, powinny być wartości duchowe, na przykład religia. Dlatego, mimo mieszanych odczuć podczas obserwacji, podziwia manifestowanie swojej religijności przez chasydów. Sam z kolei przeżywa swoistą epifanię na widok Ukrzyżowanego w krakowskim kościele mariackim, co zresztą mogło zaważyć na jego paru późniejszych życiowych decyzjach.
Wśród wielu innych obserwacji niemiecki podróżnik po Polsce trafnie punktuje różnice między byłym zaborem rosyjskim i austriackim. Jednak, ażeby w pełni docenić ciekawą osobowość niemiecko-żydowskiego intelektualisty i jego skomplikowany obraz międzywojennej Rzeczypospolitej najlepiej po prostu książkę przeczytać, co gorąco polecam, życząc sukcesów w polowaniu na nią. O czym słów kilka poniżej
.
Postscriptum: Zaczęło się od rekomendacji książki, wydanej w przekładzie na norweski w roku 2023, przez przyjaciół mieszkających w Bergen. Okazało się, że po polsku została wydana w roku 2000 przez Wydawnictwo Literackie. Na stronie LC zebrała nawet parę, pozytywnych opinii, ale znanymi mi kanałami, kupna lub pożyczenia, nigdzie nie udało mi się na nią trafić. Dopóki nie zaczęłam przeglądać bazy Biblioteki Narodowej. Ucieszyłam się, gdy z katalogu BN dowiedziałam się, że istnieje także wydanie online. Jednak ze względu na obwarowania przez prawa autorskie ściągnąć go na swój czytnik nie będę mogła. Dostęp do pliku książki mogę mieć jedynie na tzw. dedykowanym terminalu. Na szczęście w mojej bibliotece gminnej (Tarnowo Podgórne) taki terminal posiadają. Tymczasem dzień, gdy przemiłe panie bibliotekarki (serdecznie dziękuję) powiadomiły mnie, że książka rzeczywiście u nich na terminalu jest dostępna, zbiegł się z nieoczekiwaną wiadomością od znajomego. Nie tylko potwierdziło się, że kiedyś książkę kupił, ale dzięki wydatnej pomocy bystrej wnuczki udało mu się w swoim przepastnym księgozbiorze ją znaleźć. Odetchnęłam z ulgą, bo książka, mimo pozornie niewielkiej objętości, 317 stron, jest kolokwialnie rzecz ujmując, gęsta. Zarówno pod względem zwartości treściowej, stylu autora, jak i sposobu drukowania, toteż na pewno znacznie wygodniej było mieć ją fizycznie dostępną w domu. Tye że podczas lektury zaczęła się rozklejać i obecnie jest u introligatora. Nad tym jak osobę oferującą takie usługi znalazłam, zresztą w zupełnie innej podpoznańskiej gminie, nie będę się rozwodzić.. W każdym razie książkę przeczytałam, czego, jak wspomniałam wyżej, wszystkim zainteresowanym także życzę. Bo warto!