rozwińzwiń

Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Okładka książki Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych autora Tomasz Lach, 9788328704725
Okładka książki Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych
Tomasz Lach Wydawnictwo: Muza biografia, autobiografia, pamiętnik
480 str. 8 godz. 0 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2017-11-15
Data 1. wyd. pol.:
2017-11-15
Liczba stron:
480
Czas czytania
8 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328704725
Średnia ocen

5,4 5,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Kumpel. O Komedzie, Zośce i innychi

Zmurszała pocztówka z przeszłości



719 1 155

Oceny książki Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Średnia ocen
5,4 / 10
18 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

avatar
860
69

Na półkach:

Książka to głównie świadectwo dziecka i młodego człowieka, który skupia się na odczuciach, emocjach, pierwszych doświadczeniach, a zwłaszcza relacjach z bliskimi i dalszymi osobami. Ale w dzieciństwie i wczesnej młodości faktografia nie jest dla większości z nas kluczowa. Ten zabieg powoduje, że skupiamy się właśnie na rzeczach najistotniejszych z punktu widzenia młodego człowieka, na elementach, jakie go kształtują.
Na pewno wiele osób zaskoczy fakt, że autor tak dobrze pamięta zdarzenia, a zwłaszcza treść, a w zasadzie sens rozmów sprzed pięćdziesięciu z górą lat. Jednak wiele obrazów, słów, a nawet całych dialogów pozostaje w nas z czasu pierwszych odkryć. Często powtarzam sobie moją autorską sentencję: „najpiękniejsza jest dziewiczość zmysłów” – czyli sytuacja, kiedy doświadczamy czegoś po raz pierwszy. A jak pisała pewna nobliwa noblistka nic dwa razy się nie zdarza. Dlatego te pierwsze rozmowy, reakcje, gesty, przedmioty, zapachy, kolory, kształty czy w końcu relacje najlepiej zapadają w pamięć.
Więcej->
https://natemat.pl/blogi/marcinponikowski/236357,dziecko-zofii

Książka to głównie świadectwo dziecka i młodego człowieka, który skupia się na odczuciach, emocjach, pierwszych doświadczeniach, a zwłaszcza relacjach z bliskimi i dalszymi osobami. Ale w dzieciństwie i wczesnej młodości faktografia nie jest dla większości z nas kluczowa. Ten zabieg powoduje, że skupiamy się właśnie na rzeczach najistotniejszych z punktu widzenia młodego...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
355
350

Na półkach:

Niestety, muszę to powiedzieć dosadnie - ta książka to minoderyjne wspominki dojrzałego mężczyzny o czasach, gdy był takim fajnym chłopcem! Bardzo przypomina mi opowiadania mężczyzn o wojsku, gdzie każdy trząsł kompanią, rozrabiał, a kaprala ogrywał, jak dzieciaka.
Poza tym napisana jest językiem, który na wyżyny popularności wyniosła niegdyś (bardzo niegdyś) Joanna Chmielewska. I który na dłuższą metę okazał się nieznośny. To styl pełen grepsów, dowcipów słownych, mrugania do czytelnika. Takim językiem napisano całą książkę, wyjąwszy ze dwa ostatnie rozdziały, w których autor wznosi się z kolei na szczyty patosu, bo o śmierci Komedy już nie szło pisać językiem cwaniaczym i dowcipnym.
Kto jest bohaterem tej książki? Czytelnik zwiedziony tytułem oraz okładką srodze się się zawiedzie. Od człowieka żyjącego kilka lat w rodzinie Krzysztofa Komedy (był formalnie jego pasierbem) nie dowiemy się niczego nowego, co wie o kompozytorze szanujący się fan jazzmana. Ani o czasach - czyli latach 60-70 ub.w. i życiu polskiej bohemy. Dowiemy się za to, jakim fajnym i słodkim rozrabiaką był Tomaszek, ile bud rozwalił lub spalił, mebli i innego dobytku zniszczył. Jego życie to ciąg przygód, zdarzeń i rozróbek z kumplami z podwórka, plaży sopockiej czy internatu. Mówiąc językiem autora - szkoły się o niego biły! Żadna nie chciała go przyjąć!
W porządku, napisał sobie książkę o dawnych, wspaniałych czasach... Tylko dlaczego podparł się sławnym nazwiskiem?

Niestety, muszę to powiedzieć dosadnie - ta książka to minoderyjne wspominki dojrzałego mężczyzny o czasach, gdy był takim fajnym chłopcem! Bardzo przypomina mi opowiadania mężczyzn o wojsku, gdzie każdy trząsł kompanią, rozrabiał, a kaprala ogrywał, jak dzieciaka.
Poza tym napisana jest językiem, który na wyżyny popularności wyniosła niegdyś (bardzo niegdyś) Joanna...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
465
289

Na półkach:

Powieść to właściwie autobiografia Tomka Lacha od wieku lat czterech do osiemnastu tj. okresu, w którym Komeda partnerował jego matce. Oczywiście, Komeda pojawia się tu często wkraczając w życie swego pasierba. Trzeba przyznać, że Komeda z godną podziwu cierpliwością znosi wiele młodzieńczych wybryków swego wychowanka. Nie sili się przy tym na to by być drugim ojcem. Sam określa siebie mianem kumpla. Tomek często pisze o tym jak podgląda Komedę w jego twórczym wirze. Możemy się wiele dowiedzieć o tym niezwykłym kompozytorze i jego rodzinie. Jest to z pewnością fajny punkt widzenia pozwalający lepiej poznać twórcę. Powieść unika jak ognia wszelkich dat tak przygniatających w innych biografiach. Chwilami to jednak też może być wkurzające. Takie zawieszenie w próżni czasowej.

Powieść to właściwie autobiografia Tomka Lacha od wieku lat czterech do osiemnastu tj. okresu, w którym Komeda partnerował jego matce. Oczywiście, Komeda pojawia się tu często wkraczając w życie swego pasierba. Trzeba przyznać, że Komeda z godną podziwu cierpliwością znosi wiele młodzieńczych wybryków swego wychowanka. Nie sili się przy tym na to by być drugim ojcem. Sam...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

63 użytkowników ma tytuł Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych na półkach głównych
  • 38
  • 24
  • 1
12 użytkowników ma tytuł Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych na półkach dodatkowych
  • 6
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Inne książki autora

Tomasz Lach
Tomasz Lach
Tomasz Lach - ur. 1952 r. w Poznaniu. Plastyk, malarz, grafik reklamowy, fotograf, projektant i technolog dekoracji, publicysta, instruktor sportowy. Uczył się w Liceum Sztuk Plastycznych w Zakopanem i Krakowie. Syn Zosi Komedowej. Od 5 roku życia wychowywany również przez Krzysztofa Komedę Trzcińskiego.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Bukartyk. Fatalny przykład dla młodzieży Jakub Jabłonka
Bukartyk. Fatalny przykład dla młodzieży
Jakub Jabłonka Paweł Łęczuk Piotr Bukartyk
Ta książka ma tylko jedną, ale za to poważną wadę. Jest za krótka! Wydawca reklamuje ją jako autobiografię. Owszem, opowieść to bez wątpienia autobiograficzna, jednak skonstruowana dość swobodnie, zarówno w formie, jak i treści. Formalnie to rodzaj swoistego wspomnieniowego kolażu, który - choć zachowujący chronologię wydarzeń - przedstawia wybrane jego fragmenty, takie właśnie kolażowe wycinki. Genialny autor tekstów, wnikliwy obserwator rzeczywistości i - co może w kontekście tej książki najważniejsze - człowiek obdarzony nieprzeciętnym poczuciem humoru. Bo lektura "Fatalnego przykładu..." jest wyśmienitą okazją do poobcowania z humorem najwyższej próby, inteligentnym, bystrym, celnym. W życiu, jak to w życiu, nie zawsze jest kolorowo, ale nawet o tych czarno-białych okresach Bukartyk potrafi opowiedzieć barwnie. A opowiada m.in. o dzieciństwie w przaśnym PRL-u, o początkach swej drogi muzyczno - literackiej, o doświadczeniach z drapieżnie rozwijającym się rynkiem muzycznym i galopujacym kapitalizmem, o relacjach międzyludzkich. Czyli o wzlotach i upadkach, gdyby chcieć ująć to lapidarnie. Mądry życiowo facet, któremu udało się znaleźć miejsce w życiu, a miejsce to gwarantuje mu szlachetną pozycję pieśniarza wybitnego. I jak na książkę o pieśniarzu przystało: nie brak tu tekstów piosenek oraz wspomnień o okolicznościach ich powstawania. Zresztą - obecność i obfitość rożnorakich anegdot jest w przypadku takiej publikacji dość oczywista. Bogactwo materiału zdjęciowego już takie oczywiste nie jest, ale ta pozycja i pod tym względem się broni. Jak w sprawdzonym babcinym przepisie: jest to, co musi być, i tyle, ile potrzeba. Czytajcie i słuchajcie Bukartyka. Bo Wielkim Artystą jest.
Simon Undervin - awatar Simon Undervin
ocenił na85 lat temu
Nie wrócą te lata. Autobiografia i listy do męża Mariola Pryzwan
Nie wrócą te lata. Autobiografia i listy do męża
Mariola Pryzwan
Dotychczas nie byłem tak wielkim fanem Ireny Jarockiej. Lubię lata 70. i 80. w polskiej muzyce, ale repertuar piosenkarki wydawał mi się zbyt delikatny i refleksyjny jak na moją osobowość. Tymczasem po przeczytaniu tej książki autorka mnie totalnie „kupiła”! Jestem pod ogromnym wrażeniem jej klasy, wrażliwości i profesjonalizmu. Doceniłem też dorobek artystyczny i sporo się dowiedziałem o tym, jak wyglądało w tamtych czasach budowanie kariery estradowej. Jarocka zaimponowała mi także swoim bogatym życiem duchowym, zainteresowaniami filozofią, ezoteryką i innymi kulturami. W momencie, kiedy opisuje amerykański okres swojego życia (jej kariera została wtedy wygaszona),miałem obawy, że czekają mnie nudne fragmenty książki, a tymczasem pojawiła się przede mną kobieta inteligentna, świadoma i zdecydowanie godna podziwu. Niestety, wspomniana już wrażliwość autorki chwilami nie służy autobiografii. Subtelność i dyskrecja nie pozwalają jej rozwinąć niewygodne i trudne wątki, jak chociażby próbę samobójczą podczas stypendium w Paryżu. Ten dramatyczny moment został wspomniany tylko jednym zdaniem, jakby wydarzył się mimochodem, po czym natychmiast został zamieciony pod dywan. Nie chodzi mi o roztrząsanie tego czy dawanie pożywki brukowcom, ale o konsekwencję w opowiadaniu swojego życia, skoro już się zdecydowało na pisanie biografii. Niemniej nadal jestem Jarocką oczarowany!
jozef-nowicki22 - awatar jozef-nowicki22
ocenił na85 miesięcy temu
Poza napisanym Jarosław Czechowicz
Poza napisanym
Jarosław Czechowicz
Pisanie powieści to forma sztuki. W zależności od gatunku, w jaki ma się wpisać, książka powinna zapewnić odrobinę rozrywki, wywołać cały wachlarz emocji, poszerzyć horyzonty czy też zachwycić wirtuozerią słowa. Sięgając po określony tytuł, mamy w stosunku niego określone oczekiwania, a w samym autorze pokładamy ogromny kredyt zaufania. To właśnie autor łapie chwile i za pomocą liter przeistacza je w obrazy. To autor odpowiedzialny jest za dobór słów i stojący za nimi przekaz. Czasem zapomina się, że za każdą książką stoi człowiek. Kim zatem jest, co jest dla niego istotne a co uważa za kwestię marginalną? Co pragnie przekazać w swojej twórczości? Skąd czerpie inspiracje, dlaczego pisze i jaka jest metodyka jego pracy? Jakie lęki i radości skrywa? W czym tkwi według niego fenomen dobrej powieści i w jaki sposób wychodzi poza utarte schematy? Na między innymi te, jaki na wiele innych, mniej lub bardziej oczywistych pytań odpowiedziało kilkunastu współczesnych powieściopisarzy. Znany z wyróżniających się zarówno merytorycznie, jak i stylistycznie publikacji krytycznoliterackich bloger – Jarosław Czechowicz wziął pod lupę takie nazwiska jak: Sylwia Chutnik, Mateusz Marcin Lemberg, Andrzej Muszyński, Wit Szostak, Greg Baxter, Katarzyna Tubylewicz, Hanna Samson, Magdalena Parys, Jacek Melchior, Małgorzata Warda, Jakub Małecki oraz Zośka Papużanka po to, by w sposób mocno osadzony w twórczości danego rozmówcy, odbyć z nim szczerą rozmowę. Poza napisanym to antologia przeprowadzonych przez niego wywiadów. Każdy poprzedzony został zdjęciem rozmówcy oraz wyłuskanym z rozmowy, frapującym cytatem. Uderzające są dwa fakty. Po pierwsze – merytoryczne przygotowanie Czechowicza do wywiadów, z naciskiem na dogłębną znajomość twórczości osoby, z którą autor odbywa rozmowę. To właśnie na wgłębianiu się w literacki dorobek rozmówców, w znacznej mierze opiera się szkielet większości z nich. To rozmowy, które schematem mocno przypominają te, które na przestrzeni lat przeprowadzone zostały przez dziennikarzy z czołowymi pisarzami literatury światowej dla magazynu The Paris Review (opublikowane nakładem Wydawnictwa Książkowe Klimaty w dwóch niezależnych tomach pt. Sztuka powieści. Antologia wywiadów z The Paris Review). Przebija przez nie zarówno aspekt filozoficzny (jak chociażby porywająca rozmowa z Witem Szostakiem) jak i różnice w socjologicznych uwarunkowaniach wynikających z miejsca zamieszkania (za przykład posłużyć może rozmowa z Magdaleną Parys czy Gregiem Baxterem). Z drugiej zaś strony, nietrudno zauważyć, iż Czechowicz, próbując ocieplić czysto zawodowy wizerunek swoich mówców, niejednokrotnie wkracza na bardziej prywatny grunt. Czysto techniczne pytania dotyczące pisarstwa ustępują tym mniej zobowiązującym, nabierają rodzinnego kolorytu. Dialog staje się niniejszym bardziej przystępny i swojski, a przepytywani pisarze stają się jednocześnie ludźmi z krwi i kości, osobami ze swoimi upodobaniami, zaletami i wadami. Każdy z wywiadów jest inny, odzwierciedlając poniekąd charakter osoby, z którą został przeprowadzony. Ich poziom jest wprawdzie wyrównany a zawartość merytoryczna więcej, aniżeli satysfakcjonująca, niemniej jednak, szczególnie rozmowa z Jakubem Małeckim pozostawia pewien niedosyt, coś na kształt rozczarowania. Fascynujący w niniejszej publikacji jest jej jeden, naczelny aspekt: rozmowy z osobami, których twórczości (jeszcze) się nie zna, nie nużą, są interesujące, intrygujące. Co więcej – zachęcają do poszerzenia wiedzy i sięgnięcie do źródeł, do twórczości rozmówców. Jeśli taki był zamysł Jarosława Czechowicza – w znacznej mierze został zrealizowany. Jak się okazuje, nie tylko pisanie powieści jest formą sztuki, ale przeprowadzenie wywiadu również. www.bookiecik.pl
Dominika Rygiel - awatar Dominika Rygiel
ocenił na78 lat temu
Młynarski. Rozmowy Wojciech Młynarski
Młynarski. Rozmowy
Wojciech Młynarski
Dlaczego nie zachwyca, a zachwycać miała…? Wydaje mi się, że wielu czytelników pomyliło Mistrza Młynarskiego z książką ‘Młynarski. Rozmowy’. Większość super pozytywnych recenzji rozpoczyna się od peanów na cześć, od wyznań miłości, pokłonów w kierunku twórczości czy podziwu dla charyzmy, kultury osobistej, intelektu i finezji pana Wojciecha. I ja mogę się również podpisać pod tym wszystkim obiema rękami i nogami. Albowiem Młynarskiego lubię. Nie uwielbiam, ale nucę, cytuję, słucham ku pokrzepieniu serc. Mocno zdziwiło mnie, że ktoś może postrzegać go jako przaśnego, rubasznego i seksistowskiego twórcę przyśpiewek i pioseneczek w stylu pijanego wujka na weselu (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/od-oddechu-do-oddechu-najpiekniejsze-wiersze-i-piosenki/opinia/64575960),ale obce jest mi też popadanie w kolejną skrajność. Rewelacyjna? Wybitna? Arcydzieło? – takie są w większości opinie o książce „Młynarski. Rozmowy”, której autorem jest … Wojciech Młynarski. Czy jednak na pewno? Jest autorem odpowiedzi na pytania, ale moderatorem rozmowy, autorem koncepcji przedstawienia portretu, niejako współtwórcą tego pamiętnika jest Agata Młynarska. A ona, jako rozmówca i autor całego przedsięwzięcia, arcydzieła – moim skromnym zdaniem - nie stworzyła. Nie chcę odbierać książce uroku. Ciekawe było poczytać, jak zostaje się tekściarzem. Miło było udać się w podróż sentymentalną po spektaklach, na których wystawałam gdzieś na schodach na wejściówkach, bo na bilety mnie nie było stać (nawet z pieniędzy oszczędzanych na szkolnych obiadach :))),albo po prostu było niemożliwością je dorwać. Wspaniele dowartościować się znajomością większości wymienianych twórców, poetów, aktorów (A może jednak zdołować, gdzyż tak dalekie sięganie pamięcią już mniej uroczo przypominało mi moim wieku?). Fajnie było zajrzeć do warsztatu mistrza, zobaczyć jego biurko – takie zwykłe, odziedziczone po dziadku, stojące gdzieś w mieszkaniu na warszawskim blokowisku. Ale to były takie drobne smaczki, nawet nie ploteczki. Wszystko poza tym, to nic innego jak – i tu zacytuję kolejnego czytelnika, gdyż nie sposób się z nim nie zgodzić – „Niewiele więcej niż laurka od dzieci. […] Trzeba czekać na poważną biografię”. (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/mlynarski-rozmowy/opinia/66407359) Na koniec dodam pewną anegdotkę. Lubię pisać limeryki i inne moskaliki. Dobrze się przy tym bawię i śmiem twierdzić, że wychodzą mi nieźle, nawet po angielsku. Pewnego dnia moja mama powiedziała: „Piszesz o wszystkich, a kiedy stworzysz limeryk na mój temat?” Wyzwanie podjęłam, ale … wiłam się straszliwie. Limeryk, a raczej cały 18-zwrotkowy limerykowy ‘poemat’ powstawał w ogromnych bólach. Nie twórczych. Ale ‘cenzorskich’. Bo mój wewnętrzny cenzor co chwila zadawał mi pytania czy aby nie za ironicznie, nie za ostro, czy mama się nie obrazi moim postrzeganiem jej osoby. I wydaje mi się, że w tym przypadku zadziałał ten sam mechanizm. Poprawnie napisana laurka, bez trudnych pytań … Dodatkowo, w ebooku czasami podpisy nie zgadzały się ze zdjęciami, a załączone programy czy listy, przy nawet największym powiększeniu były nieczytelne, co było lekko irytujące. Ps. Errata. Otóż ... przy okazji wiosennych porządków znalazłam na półce egzemplarz tej książki. Namacalny nie tylko w sensie dosłownym, ale też jako dowód, że naprawdę chciałam tę książkę przeczytać (a ze względu na ograniczenia lokalowe nie kupuję zbyt dużo książek drukowanych). I muszę przyznać, że tu dopiero widać różnicę między ebookiem (o audiobooku nawet nie wspominając) a wydaniem klasycznym. Książka jest pięknie wydana, zdjęcia w tej oprawie są bardzo klimatyczne i poniekąd zrewidowałam swój pogląd na zachwyty innych czytelników. Podwyższam ocenę z 5 na 6 (jednocześnie podtrzymując to, co napisałam wcześniej :))
fidrygauka - awatar fidrygauka
oceniła na63 lata temu
Towarzysz Hemingway. Pisarz, żeglarz, żołnierz, szpieg Nicholas Reynolds
Towarzysz Hemingway. Pisarz, żeglarz, żołnierz, szpieg
Nicholas Reynolds
Spora dawka wiedzy na temat wybitnego pisarza i jego czasów, ale też szerokie światło, które na spiżową (?) postać, rzuca amerykański historyk. Książka o głębokim podłożu źródłowym, naprawdę obszerna bibliografia. Ale do rzeczy. Hemingway, zaciekły antyfaszysta i tu pełna zgoda, ale za jaką cenę? Zauroczony i szczerze oddany Republikanom w hiszpańskiej wojnie domowej, ale całkowicie obojętny na działania innego reżimu, sowieckiego. Ignorujący mordy i szpiegowską grę sowietów w Hiszpani, którzy rękoma Republikanów, chcieli opanować ten kraj. Ślepy na pakt Ribbentrop-Mołotow, ślepy na agresję sowietów na Polskę i potem na Finlandię, ślepy na zbrodnię w Katyniu. Wszystko to usprawiedliwiał bohaterską walką Stalina z Hitlerem. Źródła wskazują (patrz bibliografia) że jednak było coś więcej. Cała postawa pisarza, jego bierność i milczące poparcie, sprowadza się do roli sowieckiego agenta wpływu, którą spełniał. Zainteresowanych funkcją agenta wpływu, odsyłam do książek V. Volkoffa. Hemingway zawsze deklarował głęboki patriotyzm i obcość wobec komunizmu, ale z faktami się nie dyskutuje, a tych w książce sporo. Ktoś powie że nie jest to wszystko biało-czarne (czy raczej czerwone),i pewnie trochę w tym racji. Zainteresowanych odsyłam do pozycji, bo to książka naprawdę bogata w wiedzę. Z pozdrowieniem
Michał Kozaczewski - awatar Michał Kozaczewski
ocenił na610 miesięcy temu
Warto żyć. Lejb Fogelman. Michał Komar
Warto żyć. Lejb Fogelman.
Michał Komar
„Los osadził mnie w miejscu, przez które przechodzi Axis Mundi – Oś Świata”. Był „upalny wrześniowy dzień 1969 roku”, gdy autor tego swoistego podsumowania dotychczasowego życia, a zarazem bohater wywiadu z Michałem Komarem, wylądował na nowojorskim lotnisku. Witany i wyczekiwany przez brata matki, czyli wujka i jego żonę. Niechciany przez Polskę w 1968 roku Żyd. Miał dziewiętnaście lat, tekturową walizkę z imitacją skóry i przeszłość studenta Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W tym momencie diametralnych zmian zrozumiał jedno! Tą myślą podzielił się z prowadzącym wywiad – „Zrozumiałem, że ja, szary pisklak z Pułtuska i Legnicy, mogę tu rozwinąć skrzydła i być, kim tylko zechcę. Kolorowym ptakiem! Bo w końcu to ja jestem Fogelman, co w jidysz oznacza człowieka ptaka”. Rozwinął więc skrzydła i poleciał przed siebie w poszukiwaniu swojej nowej ścieżki. Nowej drogi, a właściwie autostrady życia pełnej niespodziewanych zdarzeń, nieplanowanych wydarzeń, szczęśliwych okoliczności, mnożących się możliwości i niezliczonej rzeszy przychylnych ludzi. Tych nieznanych i tych z pierwszych stron mediów jak: Jimi Hendrix, Mick Jagger, Jan-Paul Sartre, Jerzy Grotowski, Wiaczesław Mołotow, Wiktor Jerofiejew, Włodzimierz Wysocki i wiele, wiele innych. Spośród nich najbardziej nierealny – Włodzimierz Ilicz Lenin. A dokładniej jego mózg. Zakonserwowany w spirytusie, który pił z wybitnym neurologiem z Moskiewskiego Instytutu Badań Mózgu W. I. Lenina zakąszanym kiszoną kapustą... Życie, które rozmówca kreował, zaczynało brzmieć wręcz nieprawdopodobnie. Nic dziwnego, że z ust prowadzącego padło w końcu wymowne stwierdzenie świadczące o pojawieniu się nuty sceptycyzmu i niedowierzania skierowane pod adresem rozmówcy – „Drogi baronie Münchhausen...”, na które uzyskał szybką odpowiedź – „Mówię prawdę. Münchhausen zmyślał, żeby przetrwać. Ja nie muszę, bo przetrwałem”. I wtedy mnie olśniło! Historia o swoich losach opowiadana przez rozmówcę była wierzchnią, widoczną warstwą „high life” kolorowego ptaka prowadzonego w USA, Francji i ZSRR, wynikającą z jego osobowości – otwartej, głodnej wrażeń, kreatywnej, eksperymentującej, odważnej, ryzykownej i wystawiającej swoje słabości na próbę, by je pokonać. Spośród przytaczanych faktów, które świadczyły jednoznacznie o życiowym stylu lekkoducha i ekscentryka przebijały się od czasu do czasu informacje o sukcesach niemożliwych jednak do osiągnięcia bez równoważnych cech – odpowiedzialności, systematyczności, pracowitości, rozumnych wyborów, planowania i dalekosiężnego spoglądania w przyszłość. W tym pełnym kontekście zaczęłam rozpatrywać podejście rozmówcy do życia, by dobrze zrozumieć tytuł – warto żyć. Przekuwać problemy na możliwości. Z tych ostatnich korzystać na maksa, ciężko pracując, ale nie zapominając o radości życia. To dlatego cały wywiad był nie tylko przeciekawy, bo rozmówca okazał się nieprzeciętnym erudytą, ale emanował również radością, energią, optymizmem i pozytywnym nastawieniem do świata i ludzi. Prawnikiem o duszy artysty, czyli kolorowym ptakiem, o którym przeczytałam na okładkowym skrzydełku – „Można go czasem spotkać przemierzającego centrum Warszawy w nienagannie skrojonym garniturze i kapeluszu. I jeśli któryś z przechodniów go zainteresuje, w stylu Sokratesa zatrzymuje go rozmową”. Chciałabym być tą zatrzymaną osobą. naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na71 rok temu
Dziennik 2003-2004 Krystyna Janda
Dziennik 2003-2004
Krystyna Janda
Krystynę Jandę kocham, uwielbiam i czczę miłością czystą i niebiańską :-))) Nie znam ludzi, którym ta aktorka byłaby obojętna. Jedni (i tych jest większość) łączą się ze mną w uwielbieniu, inni psioczą, utyskują i krytykują. Krytyka stała się większa od czasu, kiedy Pani Krystyna wyraźnie opowiedziała się przeciwko partii rządzącej (i znowu moje uwielbienie wzrosło),ale na szczęście - jak to mówi mądre przysłowie - psy szczekają, karawana idzie dalej. Od wielu, wielu lat czytuję publikowane w Internecie zapiski Pani Krystyny na temat... życia. Po prostu. Pod adresem krystynajanda.pl internetowy przechodzień może zapoznać się z dziennikami prowadzonymi od 2001 r. To już 16 lat... Powiem Wam, że dzienniki towarzyszą mi przez całe dorosłe życie. Raz częściej, raz rzadziej, ale zawsze i niezmiennie - zaglądam. To właśnie przy lekturze dzienników gdzieś w głowie zakołatało: Może bloga bym założyła? Kiedy Wydawnictwo Prószyński i spółka zapowiedziało wydanie Dzienników w formie papierowej, byłam przeszczęśliwa. Posiadanie ich na półce jest naprawdę przyjemnością w najczystszej postaci. Wprawdzie pierwszy tom trochę mnie przeraził, bo tomiszcze liczące ponad 700 stron to nie przelewki. Zapewniam Was, że kiedy już czytelnik wsiąknie w ten świat naprawdę nie chce się go opuszczać. Drugi tom zawierający zapiski z lat 2003-2004 jest równie porywający. Po dwóch latach pisania Krystyna Janda wyraźnie zdała sobie sprawę, że dzienniki są czytywane i mogą stanowić świetne narzędzie do kontaktu z fanami i publicznością. Publikuje więc mnóstwo opinii recenzji i materiałów z festiwali filmowych, konkursów i koncertów. Występuje na tych imprezach w rolach mniej lub bardziej oficjalnych (od widza po członka jury),ale wszystkie zapiski tchną szczerością i chęcią podzielenia się wrażeniami. Pani Krystyna pozwala nam również zajrzeć do domu. Dzieli się z czytelnikiem anegdotami z dnia codziennego i chwilami spędzonymi z mężem i dziećmi. Raz jest śmiesznie raz wzruszająco, niezmiennie jednak ciepło i szczerze. Dzienniki jak to dzienniki - zapiski skaczą z tematu na temat i to jest właśnie cudowne. Mamy możliwość poczytać wiersze, poznać kilkanaście anegdot z życia aktorów, oraz ściągnąć przepis na kluseczki francuskie. Możemy pooglądać zdjęcia z wyjazdów i z premiery sztuki teatralnej. Są też posty w stylu: "Bardzo przepraszam. Wyjeżdżam na dzień" Dobrego dnia" Każdy zapisek zaczyna się od cytatu, który zapadł Pani Krystynie w pamięci. W wersji internetowej każdy post rozpoczynał się życzeniami dla jubilatów, którzy w danym dniu obchodzili swoje święto, ale - nie wiedzieć czemu - wydawca zrezygnował z tego. Niemniej jednak prawie każdy zapisek kończy się niezmiennym "Dobrego dnia". Oczywiście nawet z tego zwrotu powstał zapisek: Dobrego dnia. (Kiedy pisałam „Dobrego dnia” napisało mi się „Dobrego dna”, i to mnie rozśmieszyło, ale zapomnijmy o tej literówce!). Usłyszałam wiele żartów ostatnio, ale są tak niecenzuralne albo niepoprawne, że nie mogę ich zacytować, a szkoda, a szkoda! Poszczególne zapiski są często okraszone zdjęciami, co daje poczucie jeszcze większej intymności i „kolegowania się" z Panią Krystyną. Ujęcia z premiery spektaklu, mimochodem pstryknięta fotka ze spaceru, fotki z wyjazdu na narty... wszystko to przybliża i skraca dystans na linii czytelnik - autor. Czytając Dzienniki na przemian śmiałam się, płakałam, wkurzałam i rozczulałam. Szkoda, że papierowa wersja dzienników nie jest wiernym odzwierciedleniem dziennika internetowego. Tak jakby wydawca i redaktor próbowali troszkę, tak troszeczkę, uporządkować nieuczesane myśli Pani Krystyny. Podam tylko jeden przykład, który troszkę mnie zasmucił, choć rozumiem, że Internet ma mniejsze wymagania niż papier. 19 czerwca 2004 r. Pani Krystyna Janda zamieszcza trochę nostalgiczny post związany ze śmiercią p. Jacka Kuronia. Nagle pada takie zdanie: Czy wyobrażacie sobie, że lotnisko może mieć adres: Księżycowa 1? To jak żart. Rzeczywiście zdanie ni z gruszki, ni z pietruszki, ale pamiętam, że ubawiłam się czytając to zdanie. Tymczasem w wersji papierowej tego zdania nie ma, a szkoda. Takie wyrwane z kontekstu myśli dodawały dziennikom lekkości i polotu. Żeby nie było - uważam, że papierowe dzienniki również są mistrzostwem świata, ale mając świadomość takiego lekkiego retuszu byłam ociupinkę rozczarowana. Polecam każdemu fanowi Krystyny Jandy i każdemu wielbicielowi różnorakich dzienników. Zapiski Krystyny Jandy tryskają poczuciem humory, ciepłem i wrażliwością, co powoduje, że gdy czytelnik raz zanurzy się w świat koncertów, teatrów i festiwali nie będzie chciał się z niego wydostać. Pozdrawiam Pani Krystyno!
Maleństwo - awatar Maleństwo
ocenił na98 lat temu

Cytaty z książki Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych