Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Pochwała małych i zabawnych

Pochwała małych i zabawnych
23 wartościowy tekst

Jego wygląd pewnie nikogo nie zaskoczył. Na podest wdrapał się słusznej postury mężczyzna, z dość krzaczastą i niezbyt starannie przystrzyżoną brodą (biegunowo odległą od tak częstych dziś hipsterskich twarzowych fryzów), odziany w dżinsową bluzę i takież spodnie, z kurtką pod pachą (szatnią wzgardził) i wyraźnie wysłużonym plecakiem na ramieniu. Spoczął z impetem na kanapie i zaczęliśmy spotkanie. Mówił ze swadą, wyraźnie znajdując kontakt z publicznością, zupełnie na luzie, a kiedyśmy z kolegą współmoderatorem zamierzali przejść do pytań z sali, wstał i oświadczył, że musi iść do toalety, zaś kiedy sala przyjęła to z rozbawieniem, oświadczył poważnie: „No co, przecież przed spotkaniem wypiłem dwa litry piwa!”.

Petr Šabach wpisuje się pełną gębą w model „czeskiego pisarza”.

Bo Petr Šabach – o nim tu bowiem mowa i o spotkaniu, które odbyło się podczas Festiwalu Conrada w Krakowie – na pierwszy rzut oka spełnia nasze standardowe oczekiwania, wpisując się pełną gębą w model „czeskiego pisarza”. Opowiadał masę anegdot (jak choćby ta, kiedy to poważnie zirytowany na żonę oświadczył jej dramatycznie, że wychodzi i wcale nie jest takie pewne, czy wróci, na co ona odparła przytomnie: „To weź przy okazji wynieś śmieci”), wyrażał swój dość luźny i prześmiewczy stosunek do ludzi (prześmiewczy, ale tak ciepło, a nie złośliwie), w jego opowieściach występowali często kumple, żona, a także dalsza rodzina (no i amerykańskie służby graniczne, jak i w ogóle Amerykanie, sportretowani, jak by to delikatnie ująć, w sposób typowo europejski), wszystko to w różnych konstelacjach, których spoiwem nader często było piwo.

A i jego książki zdają się pasować do naszych oczekiwań. Są nieduże, taki sympatyczny rozmiar, mają dość zabawne okładki (może nie jakiś szczyt estetycznego artyzmu, ale ponoć syn mu je projektował i rzeczywiście, mają w sobie coś takiego… domowego), tytuły sugestywne i zabawne, a czasem wręcz szarżujące (jak choćby Gówno się pali). I jak się je zaczyna czytać, to ma się wrażenie, że to właśnie będzie taka czeska proza obyczajowa, zabawna, niegłupia, opowiedziana soczystym i potoczystym językiem, wiecie, jakby Ota Pavel z Hrabalem wzięli się za ręce i wspólnie tańcowali. Po pierwszych kilkudziesięciu stronach pierwszej jego książki miałem takie właśnie wrażenie: Całkiem fajne, ale trochę jakbym odgrzewanego Škvorecky’ego czytał.

Ale co często robią pozory – wiadomo. Bo im się człowiek głębiej wczytuje w te teksty – a idzie to łatwo, bo opowiada Šabach potoczyście, w czym oczywista jest zasługa Julii Różewicz, tłumaczki i wydawczyni w jednej osobie – tym lepiej widzi, że tam o owo mityczne „coś więcej” chodzi. Czy też raczej nie chodzi, ono po prostu jakoś tam się zjawia, przenika, nienachalnie, subtelnie, w ilościach umiarkowanych, ale satysfakcjonujących. Może sobie nas autor mamić, że taki z niego wesołek i kumpel, anegdociarz i kawalarz, może i Podróże konika morskiego zaczynają się jak zabawna męska wersja „Dziennika Bridget Jones”, mogą Masłem do dołu i Pijane banany bawić nas knajpianym gwarem, ale jak się chce poskrobać, jak się chce pogrzebać i pomyśleć, to można odkryć, że przy okazji to i owo nam o świecie – by się tak wyrazić generalnie – autor opowiada. I tak na przykład historia rodzinnych komplikacji w życiu córki bohatera „Masłem…” okazuje się nie to, że jakimś traktatem-traktacikiem moralnym, ale w sprawach moralności głos zabiera, w sposób zresztą nietuzinkowy, nie do końca grzeczny i tym samym prawdziwszy. Może też Šabach mydlić nam oczy opowieściami, że jest pisarzem spontanicznym czysto, że się mu te historyjki same rodzą, a on je tylko spisuje – może i nawet tak jest, choć święte to prawo pisarza opowiadać o swoim pisaniu, co mu się jeno zachce – ale nietrudno dostrzec, że są te jego książki nieźle wymyślone i ułożone, a takie, na przykład, opowiadanko „Bellevue” z tomu „Gówno się pali” to kompozycyjny i narracyjny majstersztyk.

Lubię takich pisarzy i takie pisanie: dyskretne, skromne, które więcej daje niż obiecuje.

Lubię takich pisarzy i takie pisanie: dyskretne, skromne, które więcej daje niż obiecuje. Bo bombardowani jesteśmy poetyką zupełnie przeciwną, książkami, które górnolotne hasła wypisane mają na sztandarach, deklarują podejmowanie wielkiej problematyki, a jak się to czyta, to wydają żałościwy pisk, jak balonik, z którego powoli upuszczamy powietrze. Zestawiam sobie na przykład takiego Šabacha z „Oskarem i panią Różą” Schmitta (choćby dlatego, że obaj mają nazwiska na esz): Czech udaje wesołka, a pisze rzeczy poważne (acz zarazem śmieszne), bestsellerowy Francuz rzuca się z motyką patosu na słońce wielkich dramatycznych pytań o śmierć i cierpienie, gra na najwyższych nutach (chore dziecko – dobra pani – Bóg), by wykręcić się sianem, retoryczną sztuczką, bonmocikiem (Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera, Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy.). Nie tylko książek to zresztą dotyczy, jest to chyba po prostu cechą współczesnego standardu obyczajowego, żeby krzyczeć i machać łapami, a już co się krzyczy – mniejsza o to.

I na to takie małe książeczki mogą być pociechą, a może nawet remedium.

Tomasz Pindel


Pokaż wszystkie teksty publicystyczne.
Komentarze
Autor:  Tomasz |  wypowiedzi: 5  [pokaż ostatnią] Odpowiedź
książek: 105
Tomasz
06-11-2015 15:46
Zapraszam do dyskusji.
książek: 239
krack
09-11-2015 08:32
Pijane banany rewelacja, w ogóle Sabach to samo życie, nie napina się facet i to jeden z jego największych plusów, a jest ich dużo więcej.
Użytkownicy oznaczyli ten post jako spam
książek: 6134
allison
08-11-2015 09:42
Z książek Sabacha czytałam tylko "Pijane banany", ale polecam wszystkim z czystym sumieniem. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Jest tu spora dawka świetnego poczucia humoru, ale podszytego lekką nutką melancholii i refleksji.
Dlatego zgadzam się z panem Tomaszem Pindelem, że książka ta może być pociechą, bo na pewno poprawia samopoczucie i pozwala oderwać się od codzienności.
książek: 410
macrac1068
08-11-2015 19:06
Kocham gościa i jego małe książeczki, i tyle mam do powiedzenia :))
książek: 214
Osioł_Dardanelski
10-11-2015 11:06
oo, ciekawe... muszę sprawdzić. Dzięki.
Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany. Logowanie

Opinie czytelników


O książce:
7EW

Apokalipsa według Neala Stephensona rozgrywa się w trzech aktach. Pierwszy – tajemnicza zagłada Księżyca, zmienionego w chmurę mniejszych i większych odłamków – dość szybko okazuje się mieć konsekwencje znacznie bardziej doniosłe, niż tylko zmiana dekoracji na nocnym niebie. Naukowe symulacje nie po...

zgłoś błąd zgłoś błąd