-
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać8 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać116 -
Artykuły
Wielkanocna chwila odpoczynku z literaturą – okazje na ebooki do -95% i ranking top tytułów
LubimyCzytać2
Biblioteczka
Falsyfikaty Pana Samochodzika. Czwarta odsłona ćwierlejowskiego cyklu zwanego na tym portalu „Marcin Engel” pokazuje, że pisarz znalazł się na rozdrożu.
Z jednej strony jest coraz lepszym rzemieślnikiem. Czyta się „Dobrą nowinę” doskonale. Jest zabawna, lekka i, może nie trzyma w napięciu, ale wciąga. Trudno się od niej oderwać. Znakomite jest też gra planami czasowymi, sprawiające, że cała ta historia nabiera nieco epickiego rozmachu. Właśnie, sprawiająca, bo „Dobra nowina” to prościutka, bardzo nieskomplikowana historia nadająca się w gruncie rzeczy na, może nieco dłuższe, opowiadanie. Ale owe zabiegi sprawiają, że Ćwirlejowi udaje się z tego uszyć blisko czterystustronnicową historię. Zresztą te gry czasem to nie jedyna wydłużająca tekst zagrywka, Pozostałe są dużo mniej wyrafinowane. Przede wszystkim pojawiają się w „Dobrej nowinie” przegadane lub niepotrzebne dialogi. Ale to nie są ich jedyne problemy. Choć mają być dowcipne, pisarz buduje je na dość tanich sucharach. Jednak te, momentami lekko irytujące, gadki to mniejszy problem. Większym je powtarzanie pewnych partii tekstów. Tak, jakby Ćwirlej zakładał, że czytelnik odłoży powieść na jakiś czas i powróci do niej, dajmy na to: po dwóch tygodniach. I nie pomaga tu, że niektóre z tych powtórzeń – jak treść monologu właściciela stacji benzynowej na temat faktycznej istoty, stanowiącego jeden z tematów powieści, cudu – stanowią jeden z najmocniejszych intelektualnie fragmentów w całej twórczości Ćwirleja. No bo nie chcę podejrzewać, że pisarz, wzorem Netflixa, traktuje czytelnika/widza jak idiotę, któremu trzeba pewne rzeczy powtarzać, ponieważ może ich nie zrozumieć lub jest rozproszony, bo w czasie lektury/oglądanie zajmuje się scrollowaniem na swoim kupionym w promocji smartfonie.
„Dobra nowina” ujawnia też kolejny problem pisarza. Tym razem związany z całą serią o Marcinie Engelu. Inne cykle Ćwirleja, choć utrzymane w lekkim, sowizdrzalskim, tonie, są jednak literaturą sensacyjną, chwilami ocierają się o thriller. Tu o tej sensacji trudno mówić. Stąd zresztą to moje początkowe nawiązanie do Pana Samochodzika. I nie chodziło mi tylko o treść powieści, która tematycznie bliska jest historiom Zbigniewa Nienackiego – z wojną, ukrywającym skarby Niemcami i zaginionymi cennymi działami sztuki. Tu cały klimat historii utrzymany jest w klimacie uroczej letniej przygodówki, gdzie może i na bohaterów czyhają niebezpieczeństwa, trup ściele się umiarkowanie gęsto – średnio jeden na sto stron – i trwa nieustająca gonitwa, ale w gruncie rzeczy to wszystko jest dobrą zabawą. Tylko nieco bardziej ekscytująca od oglądania w czwartkowe wieczory „Ojca Mateusza”.
Ćwirlej, jeden z moich ulubionych polskich pisarzy, coraz wyraźniej wkracza tu na poletko literatury cosy: lekkich, łatwych i przyjemnych czytadełek. Błahostek służących zabijaniu czasu, a nie dobrej zabawie. Słyszałem, że cosy jest popłatne, ale pisarz fruwał już zbyt wysoko, by teraz szybować tuż nad ziemią.
Ale, niezależnie od tego w jakim kierunku, Ryszard Ćwirlej, mimo ponad trzydziestu książek na koncie rozwija się nie tylko warsztatowo. Dojrzewa intelektualnie. W „Dobrej nowinie” widać to bardzo wyraźnie. Poprzednie powieści cyklu były, chwilami wręcz ostentacyjnie, antyklerykalne. Tutaj obraz kościoła i duchownych oraz ich relacji z wiernymi jest dużo bardziej zniuansowany: i w malowanych przez pisarza portretach duchownych, i w obrazie kościoła jako instytucji. Choć oczywiście autorowi mogło też po prostu zależeć na rozszerzeniu bazy czytelników o widzów i słuchaczy medialnego księstwa z Torunia.
„Dobra nowina” budzi wątpliwości i potwierdza, że seria o Marcinie Engelu, babci Matyldzie oraz ich czeredce, to najsłabszy cykl Ryszarda Ćwirleja. Na pewno pozostawiający największy niedosyt. Ale i tak na tyle dobry, że z pewnością kupię w dniu premiery i od razu przeczytam jego kolejną odsłonę.
Falsyfikaty Pana Samochodzika. Czwarta odsłona ćwierlejowskiego cyklu zwanego na tym portalu „Marcin Engel” pokazuje, że pisarz znalazł się na rozdrożu.
Z jednej strony jest coraz lepszym rzemieślnikiem. Czyta się „Dobrą nowinę” doskonale. Jest zabawna, lekka i, może nie trzyma w napięciu, ale wciąga. Trudno się od niej oderwać. Znakomite jest też gra planami czasowymi,...
Katalog amerykańskich szaleństw. Wydanie rozszerzone i poprawione. W swojej drugiej solowej powieści Carl Hiaasen przygląda się kolejnym, po chciwości, głupocie i festyniarstwu, żenującym obliczom Stanów Zjednoczonych. Tym razem, obok tej nieświętej trójcy, rozprawia się z dewocją, kultem wielkiej męskiej przygody oraz telewizji. Na dodatek robi to jeszcze efektowniej niż w swoim uroczo obrazoburczym „Sezonie turystycznym”.
„Podwójne oszustwo” to bliska perfekcji komedia sensacyjna. Jednak, w odróżnieniu od większości produkcji literackich i książkowych tego typu, nie zasadza się na humorze sytuacyjnym oraz konstrukcji postaci. Jeżeli o to chodzi, Hiaasen jest śmiertelnie poważny. Mamy tu ostrą, bliską dreszczowcowi, krwawą fabułę i mocno nakreślone, w większości bardzo nieprzyjemne postaci. Jego pomysł zasadził się na ostrym przerysowaniu, doprowadzeniu fabuły do granicy – nigdy jednak nie przekroczonej – farsy. I to farsy bardzo dosadnej. A to, że jednocześnie cały czas jesteśmy trzymani w napięciu, dowodzi warsztatowej sprawności autora.
Choć powieść została napisana w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, a więc blisko czterdzieści lat temu, a na dodatek jest bardzo mocno osadzona w ówczesnym amerykańskim tu i teraz, nie straciła nic ze swojej aktualności. No dobra, może niektórym trudno będzie zrozumieć fenomen wpływowych telewizji kablowych i wędkarstwa sportowego, ale wystarczy uzmysłowić sobie, że tak naprawdę można to potraktować jako metaforę rozrywki, gdzie wszystko jest na pokaz, konkursy są ustawiane albo pełne brudnych zagrywek, a tak naprawdę chodzi o tylko o kasę reklamodawców, którą przyciąga pogłowie widzów. Nawet w ekranowych modłach wyglansowanych, wypluwających piękne słowa kaznodziei. W ich przypadku ta gra jest zresztą najbrudniejsza, bo żeruje się na wrażliwości i duchowych potrzebach wiernych.
Tego brudu jest tu naprawdę dużo. W zasadzie przyglądamy się rynsztokowi. Jednak sposób podania tej historii powoduje, że nie czujemy gnojówki, w której babra się część bohaterów powieści. Zresztą nie tylko sposób podania.
„Podwójne oszustwo” to kolejny hołd złożony naturze. Wyraźnie widać, że Hiaasen jest kibolem florydzkiej przyrody. Mamy tu bardzo dużo opisów tamtejszych krajobrazów i gatunków zwierząt. Pięknych, ale bardzo amerykańskich, pozbawionych patosu, stanowiących przeciwieństwo legendarnych nabzdyczonych, pseudopoetyckich dłużyzn z „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej. Hiaasen pisze tak, że chce się tam być, i to mimo tłumów wieśniaków w ryczących motorówkach.
Przyrodę pisarz darzy miłością. Natomiast szacunkiem – wszelkiej maści outsiderów. Sprawia wrażenie człowieka, który jedyną – choć niewielką – szansę na uratowanie świat widzi w tych, którzy w powszechnej opinii uchodzą za dziwaków i odszczepieńców. Tylko oni nie godzą się na status quo i mają na tyle cojones, że są w stanie aktywnie tamować coraz bardziej rozlewającą się falę chciwców, głupców i cyników.
Katalog amerykańskich szaleństw. Wydanie rozszerzone i poprawione. W swojej drugiej solowej powieści Carl Hiaasen przygląda się kolejnym, po chciwości, głupocie i festyniarstwu, żenującym obliczom Stanów Zjednoczonych. Tym razem, obok tej nieświętej trójcy, rozprawia się z dewocją, kultem wielkiej męskiej przygody oraz telewizji. Na dodatek robi to jeszcze efektowniej niż w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Connelly w wersji light. Podobny smak, ale jednak coś innego. Ten smak to tempo, perfekcyjne połączenie intrygi z przewodnikiem po procedurach kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości oraz wykorzystanie tych procedur do gry z czytelnikiem. No i główny bohater – outsider uwikłany w systemowe gry, wykorzystujący je do swoich celów; wybujały solista w świecie solistów konsekwentnie przycinającym. Niby nic nowego, ale umiejętne stawianie przecinków sprawia, że nie ma się poczucia czytania o przygodach tekturowego standu. Sierżantowi detektywowi Stilwellowi blisko do detektywa Bosha. Tyle, że nie tego z prozy Connelly’ego, a z opartych na niej seriali. Bosha wykreowanego nie przez Connelly’ego, a grającego rolę życia Titusa Wellivera.
Natomiast tym czymś innym jest nastrój powieści. Oczywiście przede wszystkim związany ze zmianą scenografii. Zamiast zimnego mimo upałów i odhumanizowanego choć pełnego ludzi Los Angeles, tym razem pisarz zabiera nas na jego dalekie przedmieścia, sprawiającą wrażenie sielskiej, bardzo prowincjonalną wyspę Catalina. Jednak nie chodzi tu tylko o to, że Stilwell nie przemieszcza się po multipasmowych autostradach, nie ugania po biurowcach i kamienicach, zrujnowanych domach i wypasionych rezydencjach, za to jeździ elektrycznym wózkiem, nurkuje i pływa motorówką. Bo jest jeszcze owe light.
Powieści o Harrym Boshu, Mickey’u Hellerze, Renée Ballard czy Jacku McEvoyu są duszne. W trakcie lektury wyczuwa się niesławny smog wiszący nad Los Angeles. „Wilcza jagoda” jawi się przy nich, niczym „Wakacje z duchami” – tonąca w świeżym powietrzu i pięknych krajobrazach wakacyjna przygodówka. Tyle, że przygodówka napisana przez gościa uznawanego za najlepszego lub jednego z najlepszych współczesnych amerykańskich twórców literatury sensacyjnej. I to gościa w najlepszej od lat formie.
To, że mamy tu dwa śledztwa nie sprawia wrażenia sztukowania fabuły. To przemyślany, prowadzony i rozwijany konsekwentnie pomysł, mocna podstawa dramaturgiczna fabuły wiodącej nas w zaskakującym, nie do przewidzenia, kierunku. Plejada postaci otaczających głównego bohatera oczywiście zbudowana jest na archetypach, jednak pisarz docina je tak, że nie wyglądają na rozstawione na planszy grubo ciosane figury, a ludzi z krwi i kości.
No i rzecz najważniejsza, być może najmocniej świadcząca o klasie autora. Po raz pierwszy od dawna w prozie głównego nurtu pojawia się femme fatale – konstrukcja, którą w czasach politycznej poprawności na wszelki wypadek lepiej było zamknąć w schowku z niebezpiecznymi narzędziami. Connelly nie bał się protestów aktywistów/aktywistek/osób aktywistycznych i – niczym giganci gatunku z XX wieku – postawił tę postać w centrum wydarzeń. Na dodatek nie próbował jej wygładzać, zaś usprawiedliwienie postępowania – również klasyczne – podaje tak, że można je potraktować również jako jej kolejne kłamstwo/fantazję. Dzięki tej odwadze – bo tak w dzisiejszych czasach trzeba to nazwać – „Wilcza jagoda” nabiera wiarygodności, a przez to atrakcyjności. Przestaje być kolejnym schematycznym produkcyjniakiem pisanym dla lub pod kątem streamingu, a jest znaczącym, na pewno atrakcyjnym dziełem pop. Może i nie nowym klasykiem, ale na pewno jedną z najlepszych powieści sensacyjnych, jakie ukazały się w ostatnim czasie. Błyskotka. Niby nieduża, a cieszy.
A streaming pewnie się o Stilwella i tak upomni. Zresztą, mam wrażenie, że po sukcesach „Bosha”, „Bosha: Dziedzictwo”, „Prawnika z Lincolna” i „Ballard”, Connelly od początku myślał o ekranizacji przygód swojego nowego bohatera. Filmowość czy serialowość „Wilczej jagody” jest doskonale widoczna. Ta plastyczność to kolejna zaleta tej powieści. Nic tu nie szeleści papierem, czytając widzimy tę historię. Osiągnięcie tego przy zachowaniu charakterystycznego, bardzo lapidarnego stylu to kolejny dowód na pisarką czy rzemieślniczą wielkość Michaela Connelly’ego.
Connelly w wersji light. Podobny smak, ale jednak coś innego. Ten smak to tempo, perfekcyjne połączenie intrygi z przewodnikiem po procedurach kalifornijskiego wymiaru sprawiedliwości oraz wykorzystanie tych procedur do gry z czytelnikiem. No i główny bohater – outsider uwikłany w systemowe gry, wykorzystujący je do swoich celów; wybujały solista w świecie solistów...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Kuzyn „Dextera”. Dużo starszy, ale wciąż robi wrażenie. I to chyba nie tylko na kobietach. Ma ten sam szalony szyk – brawurowe połączenie humoru i makabry sprawiające, że zamiast wstrząsać się z obrzydzeniem lub co najmniej niesmakiem, płaczemy. Ze śmiechu. No i jeszcze ta Floryda – duszna, skorumpowana i zlana krwią efekciarska, tandetna podróbka raju na ziemi. Kraina, gdzie słońce wypala mózgi do tego stopnia, że spotkanie kogoś normalnego graniczy z cudem. To ona, zwłaszcza jej stołeczne Miami z jego przesiąkniętym korupcją i występkiem klimatem, jest kolejnym łącznikiem pomiędzy powieściami i serialem o Dexterze Morganie a „Sezonem turystycznym”.
Carl Hiaasen nie jest twórcą oryginalnym. Przynajmniej nie w amerykańskim pojęciu. Ten pracujący w Miami dziennikarz jest twórcą mocno osadzonym w tamtejszym stylu pisania. „Sezon turystyczny” to tekst, któremu blisko do lepszych scenariuszy i znakomitej większości powieści Elmore’a Leonarda czy legendarnemu „Miami Blues” Charlesa Willeforda – rzecz w stylu określanym Florydzkim Noir albo komedią Neo Noir. Na dodatek zaskakująco – nawet jak na bardzo wysokie standardy amerykańskiego pulpu – dobrze napisana. Wyraźnie widać tu prasowe doświadczenie autora – fabularną płynność, precyzję i rzeczowość, choć ta ostatnia jest doskonale ukryta pod, chwilami bardzo ostrą, komediową szarżą.
Jednym z najważniejszych elementów owej komediowej szarży jest konstrukcja bohaterów. Protagoniści, antagoniści, postaci drugo- i trzecioplanowe a nawet tylko przemazujące się przez akapity tej powieści to malownicza czereda nieudaczników i błaznów, niebezpieczna już choćby dlatego, że któryś/któraś/któreś może się zaraz potknąć o własne nogi i przy okazji niechcący wepchnąć kogoś pod samochód czy uszkodzić jakimś przedmiotem.
Postacie ludzi tworzone przez Hiaasena są groteskowe i przerysowane. Czuć, że autor doskonale się bawił przy ich konstruowaniu. Jednak jest w „Sezonie turystycznym” bohater, jeden z głównych, wyraźnie darzony przez pisarza gorącym uczuciem. To florydzka przyroda, którą – przez swoją chciwość, głupotę i krótkowzroczność – chcą zniszczyć chciwi ludzie, zwłaszcza deweloperzy lub do deweloperki aspirujący. Tych z kolei chce zniszczyć kto inny. I tu widać, że debiutancka solowa powieść Carla Hiaasena jest czymś więcej niż tylko kawałkiem doskonałej, wysokooktanowej rozrywki. Nie jest to na pewno coś, co można porównywać ze „Zbrodnią i karą” czy nawet masową produkcją „Dostojewskich za trzydzieści centów” – Charlesa Williamsa i tym podobnych, jednak pod tą całą krwawą i komediową błazenadą kryje się tu prawdziwa tragedia. Hiaasen zadaje pytania o granice, których w obronie dobra nie należy przekraczać i o tych, którzy je przekraczają. Czy czyniąc dobro można być złym? Czymś jednoznacznie złym jest tu tylko amerykański system: i społeczny, i polityczny. Wszyscy bohaterowie są jego ofiarami. Na dodatek pisarz sam nie ma gotowych odpowiedzi na te swoje pytania. Nie ma albo nie chce ich podać. Zmusza czytelników, by sami je znaleźli. To zaskakujące jak na prozę rozrywkową. Zresztą w dzisiejszych czasach nie tylko rozrywkową. No, ale „Sezon turystyczny” ma już czterdzieści lat. I nic się nie zestarzał. Jego lektura bawi i skłania do refleksji równie mocno, jak ponad trzydzieści lat temu, gdy ukazało się jego polskie wydanie.
Kuzyn „Dextera”. Dużo starszy, ale wciąż robi wrażenie. I to chyba nie tylko na kobietach. Ma ten sam szalony szyk – brawurowe połączenie humoru i makabry sprawiające, że zamiast wstrząsać się z obrzydzeniem lub co najmniej niesmakiem, płaczemy. Ze śmiechu. No i jeszcze ta Floryda – duszna, skorumpowana i zlana krwią efekciarska, tandetna podróbka raju na ziemi. Kraina,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Połowiczny sukces. Z jednej strony Colson Whitehead już w swoim debiucie pokazał, że jest jednym z najlepiej piszących współczesnych Amerykanów. Ulubieńcy opiniotwórczych elit w rodzaju Jonathana Franzena to przy nim pretensjonalni półamatorzy. Językowo facet od początku gra w tej samej lidze co choćby śp. David Foster Wallace czy Thomas Pynchon. Jest jednocześnie wnikliwym i błyskotliwym obserwatorem, na dodatek bardzo po amerykańsku cynicznym.
Zresztą perfekcyjne panowanie na językiem to nie jedynym, co łączy go z tymi dwoma mistrzami. Podobnie jak oni, Whitehead perfekcyjnie diagnozuje społeczeństwo i jego słabości, te wszystkie mechanizmy rządzących nim patologii. No i doskonale zdaje sobie sprawę, że ludzie nigdy się z tego nie wyleczą, zaś jedyną receptą na ich szaleństwo jest pozostawanie w zdrowym dystansie od źródeł ich choroby. Na dodatek, tak jak najwięksi za Oceanem, jednocześnie czerpie i z wielkiej, i z tandetnej amerykańskiej tradycji literackiej, zwłaszcza pulpowego noir tworząc wielkie metafory, którym trudno odmówić trafności.
Językowo „Intuicjonistka” waha się między ósemką a dziesiątką. To rzemiosło najwyższych lotów. Olimp. Niestety, fabularnie – choć widać już zaczątki wielkości – Whitehead jeszcze nie staje tu na podium. Jasne, ta historia to już kawał tekstu, jednak można odnieść wrażenie, że chwilami pisarz gubi się w narracji lub chce wycisnąć z tej opowieści zbyt wiele. „Intuicjonistka” to jednocześnie satyra obyczajowa, kolejne badanie mechanizmów władzy, wielka dystopijna analiza rozwoju cywilizacyjnego oraz odrobina gangsterki. No i oczywiście – w końcu żyjemy w takich czasach, a na dodatek Whitehead jest Czarny – więc mamy w tu także rozkminkę problemów rasowych. Zresztą nie tylko rasowych, bo przez chwilę pochylamy się także nad losem kobiet w połowie XX wieku. Na szczęście to wątki bardzo tu poboczne. No i mamy do czynienia z Panem Pisarzem, a nie szukającym łatwego poklasku wyrobnikiem, dlatego poszukujący łatwych opozycji i czarno–białego obrazu rzeczywistości mogą się poczuć rozczarowani. U Whiteheada wszyscy unurzani są w systemie i skłonni do brudzenia rąk – niezależnie od koloru skóry. Problematyka społecznej nierówności płci nie jest pokazana już tak wieloznacznie, ale na pewno bohaterek nie można nazwać aniołami. Doskonale wkomponowują się w ten świat. Tyle, że jest im ciężej niż panom.
Tematów więc Whitehead chciał ugryźć wiele. Niestety, był zbyt niedoświadczony literacko i/lub zachłyśnięty swoją sprawnością językową. Dlatego kolejne akapity to slalom bohaterki przez bliskie doskonałości zdania oraz stojące gęsto tyczki kolejnych problemów, z którymi musi się mierzyć. Tyle, że biorąc kolejne zakręty traci z oczu, podobnie zresztą jak my, kierunek. Co prawda nie wywraca się lub nie rozbija o stojące zbyt blisko trasy drzewo, ale zaczyna kręcić się w kółko. Bo finał „Intuicjonistki”, choć logicznie uzasadniony, intelektualnie rozczarowuje. Aż prosi się o pytanie: I po co ta cała szalona jazda? Na szczęście była na tyle przyjemna, że trudno mieć do Whiteheada pretensje, że nas na nią zaprosił.
Połowiczny sukces. Z jednej strony Colson Whitehead już w swoim debiucie pokazał, że jest jednym z najlepiej piszących współczesnych Amerykanów. Ulubieńcy opiniotwórczych elit w rodzaju Jonathana Franzena to przy nim pretensjonalni półamatorzy. Językowo facet od początku gra w tej samej lidze co choćby śp. David Foster Wallace czy Thomas Pynchon. Jest jednocześnie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Totalny odjazd. Chyba najlepsza komedia, jaka ukazała się w Polsce w ostatnich latach. Jednak wielbiciele polskiej myśli kabaretowej mogą poczuć się nią mocno rozczarowani. „Drzewa” to komedia bardzo specyficzna. Nie dość czarna jak smoła i czerwona od litrów krwi przelewających się przez kolejne akapity, to na dodatek bawiąca się charakterystycznymi, popkulturowymi, bardzo amerykańskimi, formatami literatury i kina gatunkowego – horroru, horroru gotyckiego oraz dusznego, południowego dreszczowca noir. Na dodatek Percival Everett hasa sobie tu z niezwykłą – na pewno niespotykaną u naszych twórców – dezynwolturą, nie tylko po to, żeby bawić się schematami gatunków kochanych przez młodzież, studentów oraz różnego typu adrenalinowych ćpunów czy dark copersów. Jego powieść to także mocno osadzona we współczesności, gryząca (choć bawiąca chyba jeszcze bardziej niż fabuła – fragmenty z prezydentem Trumpem są fenomenalne) satyra społeczna i sugestywny bryk z historii zbrodni, jakich w ciągu ostatnich stu lat dopuszczali się wobec swoich czarnych sąsiadów biali amerykanie z południa Stanów.
A więc Everett jest amerykańską inkarnacją Ignacego Krasickiego. Wprowadza w życie jego zasadę „uczyć bawiąc”. Niestety, ma problem z balansem emocjonalnym. Zapewne – jako czarny – nie potrafi przejść do porządku dziennego nad tym, co działo się z jego braćmi. Ale jak na mistrza (a jest nim na pewno) pióra, powinien chyba bardziej kontrolować nastrój całości. Tymczasem pisząc o linczach staje się poważny, elegijny. Z jednej strony to zrozumiałe, z drugiej jednak, gdy opisywane są zbrodnie dokonywane na białych, dobry nastrój go nie opuszcza. W zasadzie wszystkie są w jakiś sposób zabawne. Oczywiście „Drzewa” to fikcja, autor ma prawo mieć różny stosunek do swoich bohaterów, jednak jako powieść mająca przypomnieć nigdy nie rozliczone zbrodnie, traci przez to siłę. Nie wierzymy w obiektywny osąd pisarza, którego bawi zabijanie głupich kmiotów. Podświadomie podważamy jego wiarygodność jako obiektywnego narratora, traci publicystyczną wiarygodność.
Jako praca pop historyczna „Drzewa” więc się nie bronią. Raczej tylko zwracają uwagę na dość powszechnie pomijany i coraz częściej zapominany na świecie mroczny aspekt historii Stanów Zjednoczonych. Jednak tylko w niewielkim stopniu obniża to ocenę tej znakomitej, ocierającej się namiętnie o wybitność powieści. Może nie tak błyskotliwej jak oscarowe, niestety jeszcze nie przetłumaczone na Polski, „Erasure” (zekranizowane jako „American Fiction”, ze statuetką Amerykańskiej Akademii Filmowej za scenariusz), ale i tak jaśniejącej na naszym – skupionym na traumach, przaśnym fantasy oraz eskapistycznych polokryminałach – rynku.
Totalny odjazd. Chyba najlepsza komedia, jaka ukazała się w Polsce w ostatnich latach. Jednak wielbiciele polskiej myśli kabaretowej mogą poczuć się nią mocno rozczarowani. „Drzewa” to komedia bardzo specyficzna. Nie dość czarna jak smoła i czerwona od litrów krwi przelewających się przez kolejne akapity, to na dodatek bawiąca się charakterystycznymi, popkulturowymi, bardzo...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Mistrzowski strzał. I nie chodzi tu bynajmniej tylko o ten, który padł w sobotę, 11 kwietnia 1992, na polowaniu w lesie pod Obornikami Wielkopolskimi. Snajperem okazał się także Ryszard Ćwirlej, który trafił tu bardzo blisko dziewiątki.
„Grobowa cisza” to zdecydowanie jego najlepsza powieść z trylogii (dotychczas) lat dziewięćdziesiątych. Nie piszę: cyklu Prokuratorka Brygida Bocian, bo pisarz ewidentnie nie daje sobie rady z tą bohaterką. Znów pojawia się w trzech scenach i wiemy o niej wciąż to samo – że jest inteligentna, mądra i piękna. A więc nawet trochę mniej niż wynikało z poprzedniej powieści cyklu – „Pocałunku Judasza”. Dużo ciekawiej wypada za to debiutantka – druga prokuratorka. Autor wyposaża ją w interesujący i rozwijający się zestaw cech profesjonalnych oraz ludzkich. Zresztą mam wrażenie, że ten wątek, nagle urwany, będzie powracał. To może być bardzo interesujące, bo ujawnia się w nim nieznany dotąd aspekt ćwirlejowego pisania – melodramatyczny. Z czymś takim w prozie tego pisarza spotykamy się dopiero po raz drugi – po dość kwadratowym wątku w cyklu o dziennikarzu Marcinie Engelu. Tutaj może nie mamy do czynienia z majstersztykiem prozy romantycznej, ale doskonale mieści się w sowizdrzalskiej melodii Ćwirleja. Smakowicie niuansuje jej – wciąż bardzo chłopacką – nutę.
Dziwnie pisze się to o trzydziestej powieści autora, ale Ryszard Ćwirlej w „Grobowej ciszy” złapał oddech. No dobra: po raz kolejny złapał oddech. To chyba zasługa (świadomej lub przypadkowej) jednej decyzji. Po meandrujących na oceanie (a może celniej byłoby: jeziorze Płotki pod Piłą?) nastojów poprzednich odsłonach cyklu, pisarz wrócił do tego, w czym jest najmocniejszy. Ta powieść to powrót do klimatu jego historii z lat osiemdziesiątych. Nie tylko fabularnie możemy ją potraktować jako kontynuację „Morderczej rozgrywki” – ostatniej części tamtego cyklu. Mamy tu nie tylko ten sam – lekko tylko wzbogacony – zestaw postaci, ale i dokładnie tą samą anarchizującą jazdę bez trzymanki. Po kilku zawirowaniach sytuacja w wielkopolskim wszechświecie wróciła do normy.
O złapaniu kolejnego oddechu Ćwirleja świadczy też jego – bardzo widoczny – pisarski rozwój. Różnica w klasie tekstu pomiędzy kolejnymi powieściami cyklu chyba jeszcze nigdy nie była u niego tak widoczna. Mamy tu kilka fantastycznie rozpisanych scen – z ćwirlejowską wersją „Szybkich i wściekłych” na czele – oraz psychologiczny rozwój postaci wiodących – Teofila Olkiewicza i Mariusza Blaszkowskiego. Rozwój bardzo zaskakujący, bo Teoś jest teraz kimś zupełnie innym niż wiecznie popijający, lecący na farcie, neoszwejk z poprzednich powieści. Więcej, owego Szwejka już ledwo przypomina. Natomiast prymus Blacha ujawnia nam swoje mroczne oblicze. Na dodatek autorowi wystarczy do tego króciutki akapit. Mamy też zaskakującą – i jednak moralnie bardzo ryzykowną – zmianę w stosunku do byłych esbeków. Nie mniej ryzykowna, za to bardzo smakowita, jest scena tortur.
Jak zwykle u Ćwirleja akcja toczy się tu bardzo żwawo. Ścieżki bohaterów przecinają się w gąszczu wątków tak, że łatwo się zgubić. Zresztą mam wrażenie, że autor raz lub dwa sam pobłądził. Nie dowiadujemy się ostatecznie, kto był strzelcem, zaś schwytanie głównego Złego sprawia wrażenie nieco niedopracowanego: zniknął i nagle się znalazł. No, ale podobne wpadki zdarzały się największym. Przecież Raymond Chandler nie wiedział, kto w jego „Wielkim (Głębokim?) śnie” zabił Owena.
Ale te niedoróbki to drobiazg. „Grobową ciszę” pochłania jednym tchem. Kończy się rozczarowaniem: dlaczego to już koniec. Na szczęście Ryszard Ćwirlej pędzi niczym zarekwirowany mercedes prowadzony przez Grzecha Kowala, więc pewnie najpóźniej za rok dostaniemy kolejną część tego cyklu. Już się nie mogę jej doczekać.
Mistrzowski strzał. I nie chodzi tu bynajmniej tylko o ten, który padł w sobotę, 11 kwietnia 1992, na polowaniu w lesie pod Obornikami Wielkopolskimi. Snajperem okazał się także Ryszard Ćwirlej, który trafił tu bardzo blisko dziewiątki.
„Grobowa cisza” to zdecydowanie jego najlepsza powieść z trylogii (dotychczas) lat dziewięćdziesiątych. Nie piszę: cyklu Prokuratorka...
Anty Bond, anty Clint Eastwood, anty Charles Bronson i anty dziesiątki innych powieści oraz filmów sensacyjnych z upozowanymi na twardzieli gwiazdorami, którzy latali po ekranach z bronią palną różnej długości. Ale przede wszystkim bardzo gorzki klasyk. Gorzki z dwóch powodów. Po pierwsze: tak znakomita powieść, uchodząca nie tylko w ojczyźnie autora – Francji, ale też w Stanach Zjednoczonych, za rzecz, która na nowo zdefiniowała gatunek i przeniosła go w nowe – trwające do dzisiaj – czasy, jest w Polsce zupełnie nieznana. O pozycji, jaką ma „Na straconej pozycji”, w zachodniej popkulturze doskonale świadczy choćby to, że było dwukrotnie filmowane. Zaraz po premierze, w 1981 roku, powstał film „The Choc” z Alainem Delonem i Catherine Deneuve. W 2015 roku miał premierę „Gunman: Odkupienie”. Główne role zagrali w nim Sean Pann, Idris Elba i Javier Bardem.
Drugim tej goryczy powodem jest wymowa tego tekstu. Jean–Patrick Manchette pisze o pułapkach. I to nie tylko tych związanych z wykonywaną przez głównego bohatera profesją – zabijaniem za pieniądze. Jasne, od tego tu się zaczyna i na tym się kończy, w końcu to dreszczowiec, jednak równie niebezpieczne jak pułapki zastawiane przez przeciwników Martina Terriera są tu sidła w jakie wplątują nas uczucia i najbliżsi oraz cały otaczający nas świat.
„Na straconej pozycji” to proza wysokooktanowej akcji. Wszystko toczy się tu błyskawicznie, chwilami trudno złapać oddech a trup sieje się gęsto. Jednak dzięki zastosowaniu poetyki noir i perfekcyjnej – także w swojej lapidarności – konstrukcji staje się czymś więcej. To w gruncie rzeczy dramat psychologiczny i obyczajowy podany w wyjątkowo brutalnym, ociekającym krwią, sosie.
Poetykę noir wykorzystywał tu Manchette nie tylko dla zobrazowania swojej wizji świata i ludzkiego losu. Także na poziomie języka francuski pisarz nawiązywał do starych amerykańskich mistrzów gatunku, zwłaszcza Dashiella Hammetta i Rossa Macdonalda. Manchette jest surowy i precyzyjny, tu liczy się tylko – posuwający akcję – konkret. Zresztą jak mógłby stosować ozdobniki, skoro jego świat i bohaterowie są pozbawieni jakichkolwiek oznak piękna. Tu uczucia są zbędnym, śmiertelnie groźnym, niebezpieczeństwem, zaś miłość niepotrzebną, choć niestety zdarzającą się, reakcją chemiczną w organizmie. Natomiast seks to waluta albo chwila przyjemnego zapomnienia, coś jak butelka dobrego koniaku opróżniana „z gwinta”.
Czytając „Na straconej pozycji” widać też doskonale, jaką rzeźnię w naszej kulturze wywołała poprawność polityczna i szkolne, lizusowskie i bezrefleksyjne, odczytywanie – szlachetnej przecież – idei feminizmu. W powieści Manchette’a pojawiają się zaledwie cztery panie. Dwie z nich nie mają większego znaczenia – to halabardniczki. Jednak dwie kolejne – choć jedną poznajemy zaledwie w dwóch scenach – to doskonałe, mistrzowsko wycieniowane, portrety. Zniuansowane, bardzo niejednoznaczne, złożone charakterologicznie postaci. Postaci ludzkie a nie figurki udręczonych, szlachetnych, wystawianych na prostackich postumentach, boginek.
Dziewczyny/kobiety Manchetta fascynują swoim człowieczeństwem, stanowią intrygującą – niemożliwą do rozszyfrowania – zagadkę. Są niepokojące, a przez to ciekawe. Ludzkie do sześcianu. Dziś już takich konstrukcji popkultura nie stawia. Prozy tej klasy też jak na lekarstwo.
Anty Bond, anty Clint Eastwood, anty Charles Bronson i anty dziesiątki innych powieści oraz filmów sensacyjnych z upozowanymi na twardzieli gwiazdorami, którzy latali po ekranach z bronią palną różnej długości. Ale przede wszystkim bardzo gorzki klasyk. Gorzki z dwóch powodów. Po pierwsze: tak znakomita powieść, uchodząca nie tylko w ojczyźnie autora – Francji, ale też w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Kulawy Graal PRL–owskiej sensacji. Coś, co wygląda jak nieoficjalny remake serialu „Życie na gorąco”, w którym w roli głównej obsadzono syna redaktora Maja z owego „Życia…” oraz Pana Samochodzika. Wiem, wiem, to ryzykownego zdanie, ale w powieści milicyjnej oraz kawałkach sensacyjnych, szpiegowskich i przygodowych z czasów Polski Ludowej płodzono rzeczy dużo bardziej ryzykowne. Na pewno jeszcze bardziej urągające inteligencji. W każdym razie na pewno główny bohater „Leniwej zemsty” jest – podobnie jak Maj – zabójczo przystojny, nad wyraz inteligentny i do bólu skuteczny. Zna też judo i karate oraz ma słabość do szkockiej, bo jak wiadomo to zawsze był nasz napój narodowy, zaś za komuny pito go litrami. W każdym razie na pewno – i tym się różni od drugiego taty – nasz bohater. Za to po odziedziczył po nim wykształcenie – jest historykiem sztuki oraz skłonność do popisów oratorskich – tandetnych plagiatów melodii Chandlera. Na dodatek tak wysilonych, że trudnych do zniesienia.
Nie wiem, kim był autor tej pracy, Norman Leliwa, ale podejrzewam, że to pseudonim literacki jakiegoś wyrobnika pióra z epoki Gierka, który pisząc „Leniwą zemstę” chciał odreagować siermięgę prawilnej prozy tamtego okresu – poruszających kawałków o awansie społecznym polskiej wsi, ekscytujących reportaży o wielkich budowach – Huty Katowice czy czegoś w podobnym rozmiarze albo tchnących optymizmem opowieściach o tzw. politechnizacji, czyli zachęcania młodzieży do studiów technicznych. Oczywiście na pewno też myślał o pieniądzach. Pewnie przeczytał gdzieś, że facet od Bonda i tym podobni za takie kawałki postawili sobie spore chaty. A coś takiego, to każdy by chciał.
Pisząc „Leniwą zemstę” Leliwa się nie hamował. Ta powieść to szalona jazda przez schematy kapitalistycznej sensacyjnego eskapizmu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych czytana przez kompleksy faceta, który ubierał się w socjalistycznych domach towarowych. Leliwa chwilami tak popuszcza, że jego tekst staje się „Londyn Parano” – psychodeliczną jazdą kolesia, któremu wbito do głowy, że Zachód to owszem: funty, marki i dolary, ale też zepsute do cna piękne kobiety i szalejące na ulicach gangi uzbrojonych narkomanów. No, ale od czego są te judo i karate naszego Pana Maja.
Leliwa robi tu za światowca, ale ma naszą, swojską duszę. I to nie tylko dlatego, że jego bohater – szlachetny Polak z trudnym życiorysem, który osiągnął sukces pracą swoich rąk i mózgu – jest tak nieskazitelny, że wkrótce zacznie się jego proces beatyfikacyjny. Ta Polskość, a może raczej PRL–owskość Leliwy, jest widoczna tu przede wszystkim dlatego, że nawet kreując naszego, lepszego, Bonda nie zapomniał, że nad Wisłą najważniejszy był kryminał milicyjny. Dlatego w przygody Agenta Naszej Swojskiej Mości musiał wpleść jego – schodzone niczym trzewiki z Radoskóru – schematy. Mamy tu więc wojnę i tajemnicze skarby ukryte przez uciekających Niemców, odrażającego mordercę z Zachodu grasującego w sielskiej, bieszczadzkiej wiosce i grand finale rozgrywające się w scenerii kolejnej wielkiej budowy socjalizmu. Pojawiają się oczywiście też milicjanci. Są rzeczowi i na maks profesjonalni. Borewicz to przy nich chłystek.
Inna sprawa, że z tego grand finale można się lekko pośmiać, ale tak naprawdę jest dowodem na to, że Leliwa potrafił w litery. Choć cała historia sprawia wrażenie wymyślonej i pisanej pod wpływem alkoholu lub innych substancji psychoaktywnych, które zresztą dość często przewijają się tu w tekście, ostatnia scena ma świetną konstrukcję i fantastyczną dynamikę. No i ta dwuznaczność zakończenia – bo przecież można je czytać, jako rzecz otwartą. Jednak to za mało, by uznać tę powieść za udaną. No, chyba, że mamy do czynienia z – podaną z kamienną twarzą – parodią.
Szkoda, że „Leniwa zemsta” nie została zekranizowana. Sądzę, że „Klątwa Doliny Węży” miałaby szansę stracić tytuł Najgorszego (albo Najbardziej Odjechanego) Polskiego Filmu. Na pewno w pewnych kręgach film według prozy Leliwy zyskałby status kultowy i co weekend byłby oglądany pod jointa i alk.
Kulawy Graal PRL–owskiej sensacji. Coś, co wygląda jak nieoficjalny remake serialu „Życie na gorąco”, w którym w roli głównej obsadzono syna redaktora Maja z owego „Życia…” oraz Pana Samochodzika. Wiem, wiem, to ryzykownego zdanie, ale w powieści milicyjnej oraz kawałkach sensacyjnych, szpiegowskich i przygodowych z czasów Polski Ludowej płodzono rzeczy dużo bardziej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Esencja mrocznej sensacji. Bardzo brutalnej. Jednak przemoc – pokazywana chyba we wszystkich odmianach – nie jest tu celem samym w sobie. Służy jako środek do pokazania mechanizmów rządzących społeczeństwem i światem. Wzorzec z Sèvres wysokooktanowej mieszkanki akcji i noir, królującej w pulpowej literaturze oraz gatunkowym kinie klasy B – a może nawet K – lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, która napędzała i napędza Quentina Tarantino (vide: „Spekulacje o kinie”) oraz rzesze jego kopistów. Tu nie ma miejsca na długie rozkminki psychologiczne – choć każda z postaci jest doskonale zarysowana (i to w 3D) oraz długie akapity z pustymi przelotami pseudofilozofii i rozmyślań o skomplikowanym świecie i bezdrożach ludzkiej egzystencji. Żadnego udającego inteligencję i intelektualizm młotkowania czytelników. Jean–Patrick Manchette był majstrem tej klasy, że egzystencjalizm, którego był najwyraźniej – świadomym lub nie – wyznawcą, wydobywa się spomiędzy litera i spacji. Podobnie zresztą, jak obraz niejednoznaczności świata i życia jako boskiego (chociaż nie, był Francuzem, więc, po prostu: głupiego) żartu.
„Spokojny typ”, który za życia uczynił Manchette’a legendą twardej sensacji, to „minimum słów, maksimum muzyki”. Już pięćdziesiąt lat temu pisarz zdał sobie sprawę, że walczący o przetrwanie nie mają czasu na gadanie, podobnie jak ścigający ich zabójcy. Dla tych drugich zresztą, to poniekąd także wymóg zawodowy – mogą był podsłuchiwani przez policję. Dlatego zastosował metodę, którą kilkadziesiąt lat wcześniej wymyślił Hemingway – języka telegraficznego. Ale ponieważ był Europejczykiem, nawet w swoje lakoniczne zdania potrafił wpleść poczucie humoru oraz coś, co wciąż mnie zastanawia i, jednak, fascynuje w literaturze francuskiej – krytykę społeczną wymierzoną przede wszystkim w klasę średnią. Tyle, że – znowu – owa krytyka nie pojawia się w specjalnie na nią przeznaczonych partiach tekstu, nie ma tu akapitów piętnujących intelektualną inercję i jałowość egzystencji mieszczan. To pojawia się we wrzucanych od czasu do czasu zdaniach, które służą jednocześnie jako znaki przestankowe. A te znaki przestankowe są tu niezbędne. Tempo, w jakim Manchette opowiada swoją historię jest tak zawrotne, że kraksa na pierwszym ostrzejszym zakręcie byłaby nieunikniona. Na szczęście pisarz prowadzi swój narracyjny bolid pewną ręką, dlatego nawet gdy fabularna nawierzchnia napotyka pewne nierówności, nie wypadamy wraz z bohaterami, tylko mkniemy – choć przez chwilę z nieco mniejszą prędkością – ku gorzkiemu finałowi. Zwycięstwo może okazać się klęską. Gwałtowność lepszym, na pewno ciekawszym, sposobem na życie niż tzw. normalność.
Rzecz absolutnie wybitna. Nic dziwnego, że po „Spokojnym typie” Alain Delon uczynił z Manchette’a swoim literackim doradcą i osobistym korektorem scenariuszy. No i kilka lat później przeniósł tę powieść – choć nieco podkręcił i jeszcze podczernił historię – na ekran. „Trzech ludzi do zabicia”/„Trois hommes à abattre” z 1980 roku to dziś klasyka kina gwałtownej przemocy. We Francji otoczona kultem.
Esencja mrocznej sensacji. Bardzo brutalnej. Jednak przemoc – pokazywana chyba we wszystkich odmianach – nie jest tu celem samym w sobie. Służy jako środek do pokazania mechanizmów rządzących społeczeństwem i światem. Wzorzec z Sèvres wysokooktanowej mieszkanki akcji i noir, królującej w pulpowej literaturze oraz gatunkowym kinie klasy B – a może nawet K – lat...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Tomasz Lipiński wystawia sobie pomnik. Na szczęście jest jest twórcą i wykonawcą z klasą, dlatego nie jest to typowo polskie rzeźbienie – grubo ciosane, pełne przesadzonych zachwytów, praktycznie stawiające bohatera/kę na ołtarzu, sprowadzające go/ją do roli spiżowej karykatury. Jednak, jak wielu wybitnych twórców/twórczyń, Lipiński jest człowiekiem o wybujałym ego, stąd całe „Jeszcze będzie przepięknie” ma nas przekonać o jego wyjątkowości.
Widać to już w długim, chyba jednak zbyt rozbudowanym, przedstawieniu rodzinnych korzeni autora/bohatera/narratora. Podprogowo, ale w niezbyt zawoalowany sposób, Lipiński opowiada o swoich artystycznych i socjalizujących korzeniach. A więc świetna krew. Bardzo arystokratycznie. To określenie przyszło mi do głowy dopiero w trakcie pisania, ale zdałem sobie sprawę, że doskonale opisuje Lipińskiego. Arystokrata kultury alternatywnej – chyba właśnie tak się widzi. Można to zresztą wyczytać już w części opisującej jego lata szczenięce: zawsze obok, w swoim świecie, z wzrokiem wpatrzonym w horyzont, a pewnie nawet dalej, tylko czasem wchodzący w relacje z tłuszczą. Zresztą to „zawsze obok” obok wielokrotnie podkreślanej samotności z wyboru, jest bardzo artystowskie. Oto Lipiński który od zawsze, był tak duży, że nie mieścił się w mainstreamie. Nigdy. Zawsze ponad to. W tej książce nawet typowe dla tego typu literatury opowieści o ganianiu z kolegami po ruinach podnoszącej się z wojennych zniszczeń Warszawy, są rzucane mimochodem, jakby istniały, ale nie były najważniejsze w procesie dorastania i dojrzewania artysty, za jakiego niewątpliwie uważa się bohater/narrator/autor.
Można się z ego Lipińskiego podśmiewać, ale jego autobiografia po raz kolejny pokazuje, że ma jednak bardzo dużo pod palcami. Poczucie wyjątkowości i spoglądanie z góry na świat oraz maluczkich nie zakłóca mu perspektywy i panoramy. Opisy dorastania w odbudowującej się Warszawie oraz młodzieńczych ekscesów i przygód z lat siedemdziesiątych czynią z „Jeszcze będzie przepięknie” coś więcej niż autobiografię. Opowieść o losach Lipińskiego staje się kawałkiem doskonałej prozy pokoleniowej, zaś nazwisko i – budowana także tutaj – legenda autora czynią z niej kawałek w tym podgatunku chyba najważniejszy. Na pewno w ostatnich latach.
Paradoksalnie, najbardziej zainteresowani Lipińskim mogą jego książką poczuć się rozczarowani. Mało w „Jeszcze będzie przepięknie” muzyki. Co prawda pierwsze nuty pojawiają się tu już w okresie późno dziecięcym, ale zawsze stanowią one wątki poboczne głównego nurtu historii. Nawet bardzo poboczne, choć nawet tu Lipiński, jakby mimowolnie – choć poprzez dość nachalne podkreślanie swoich bardzo szerokich (i, oczywiście, maksymalnie oddalonych od mainstreamu), wręcz ekskluzywnych, zainteresowań – podkreśla swoją wyjątkowość.
Tak naprawdę muzyka pojawia się tu na dobre dopiero w ostatnim rozdziale. Długim, bo w zasadzie obejmującym całość wczesnych twórczych i wykonawczych doświadczeń autora/bohatera/narratora: od pierwszy prób, przez montowanie składu grupy TILT, rzadkie koncerty i jeszcze rzadsze trasy do 13 grudnia 1981 roku. Ale z punktu widzenia polskiego kulturoznawstwa to jeden z najważniejszych kawałków dotyczących polskiego offu czy, jak kto woli, alternatywy. Lipiński porządkuje – pełną przekłamań, legend oraz kreowania się fałszywych bohaterów i świadków – historię początków warszawskiej sceny nowofalowej. Zapewne nie jest do końca szczery, ale przynajmniej nie czyni z siebie króla. Buduje tron na tyle szeroki, że mieszczą się na nim także pośladki Roberta Brylewskiego. To dobrze, bo apologeci Brylewskiego, Lipińskiemu miejsca na tronie skąpią. Ich prace próbują wywołać wrażenie, że był w tym rozdaniu tylko statystą. Tymczasem w rzeczywistości grał na pierwszym planie. Płyta Brygady Kryzys to w większości jego utwory – to on skomponował podstawowe melodie i napisał najważniejsze fragmenty tekstów.
Opis pierwszych miesięcy tej legendarnej grupy to na pewno najważniejszy fragment „Jeszcze będzie przepięknie”. Tekst ostateczny. Już nikt nie będzie mógł pisać o Brygadzie bez odniesienia się do tej książki. I to nie tylko w treści, ale i w formie. A w przypadku tej drugiej autor wyjątkowo zawyżył poziom. Językowo jego książka jest mistrzowska.
Pisanie Lipińskiego przypomina jego piosenki. Stosuje proste środki/słowa/język, ale jest tak doskonałym pisarzem/kompozytorem/autorem tekstów, że to wystarczy, by przedstawić za ich pomocą głębsze, często wieloznaczne treści. Ten mistrzowski w swojej naturalności i sile język sprawia, że nawet jeżeli uważa się Lipińskiego za kabotyna i/lub nie interesuje się polską kulturą alternatywną, lektura „Jeszcze będzie przepięknie” jest więcej niż przyjemnością. A potężny ciężar gatunkowy ostatniego rozdziału to świetny prognostyk przed zapowiadaną przez autora częścią drugą wspomnień.
Tomasz Lipiński wystawia sobie pomnik. Na szczęście jest jest twórcą i wykonawcą z klasą, dlatego nie jest to typowo polskie rzeźbienie – grubo ciosane, pełne przesadzonych zachwytów, praktycznie stawiające bohatera/kę na ołtarzu, sprowadzające go/ją do roli spiżowej karykatury. Jednak, jak wielu wybitnych twórców/twórczyń, Lipiński jest człowiekiem o wybujałym ego, stąd...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Klasyk. Wciąż zaskakujący. I to na każdym poziomie. Powieść, w której nie można znaleźć choćby jednej fałszywej nuty. Tekst, który choć ukazał się przed czterdziestu laty wciąż uwodzi swoją śmiałością, zwięzłością oraz głębią. Ale przede wszystkim nowoczesnością, bo choć język zmienia się ostatnio bardzo gwałtownie i powieści sprzed lat dwudziestu trącą myszką, ta powieść sprawia wrażenie pisanej dzisiaj. Na dodatek jest to tekst debiutanta, i to nie byle jakiego – Bret Easton Ellis zaczął pisać „Mniej niż zero” jako dziewiętnastolatek, książka ukazała się, gdy miał lat dwadzieścia jeden.
Zawsze mi się wydawało, że najwybitniejszą powieścią Ellisa jest „American Psycho” – obraz młodych królów życia w społeczeństwie szału totalnej konsumpcji. Obraz z premedytacją przerysowany, bawiący się typowo amerykańską figurą seryjnego mordercy. Bawiący się, bo rzeźnia, w którą zaczyna się zmieniać głównego bohatera – młodego maklera w jednym z czołowych banków inwestycyjnych z Wall Street – ukazana jest z wisielczym poczuciem humoru. Ta powieść to doskonały i wciąż aktualny fresk epoki „wielkiego żarcia”. Bo przecież Patrick Bateman (oczywiście bez jego rysowanej grubą kreską pasji) oraz jego znajomi to starsze wcielenie współczesnej kadry menadżerskiej z wielkich korporacji. Jednak teraz, po lekturze „Mniej niż zero”, mam wrażenie, że debiut Ellisa, choć na pewno nie tak brawurowy jak „American Psycho”, nie jest powieścią większą.
Na pewno dziewiętnasto/dwudziestoletni Ellis nie był tak rozbuchany. Brakowało mu też odwagi (a może wyrachowania) by z premedytacją skandalizować. Początkowo chciałem użyć słowa szokować, ale „Mniej niż zero” jest również szokujące. I to nie tylko w dwóch wyjątkowo drastycznych scenach pod koniec książki. Szokuje w zasadzie od pierwszych zdań. No bo jak nazwać opowieść o jeżdżących kabrioletami, często wypasionymi modelami Mercedesa i BMW, młodych ludziach z tzw. dobrych (czytaj: związanych z Hollywood, deweloperką, hotelarstwem lub bankowością) domów, których życie wypełniają kawiarnie i kluby, narkotyki i pozbawiony zahamowań seks? Jak nazwać egzystencję dorastających dzieciaków, które nie mają żadnych zainteresowań i planów, dla których jedyną miarą człowieczeństwa jest marka ciuchów?
Co ciekawe, Ellis w żaden sposób nie ocenia swoich bohaterów. To jest to kolejne zaskoczenie i, być może, przewaga tego tekstu nad „American Psycho”. Jego język w „Mniej niż zero” jest bardzo lapidarny, bliski tym Wielkim Amerykańskim Pisarzom – Hemingwayowi, Steinbeckowi czy Capotemu. Precyzyjny i oszczędny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. Niezwykłe jest to, że dziewiętnasto/dwudziestolatek, a więc chłopak w wieku, w którym jego rówieśnicy uwielbiają popisywać się także na poziomie języka, jest tak dojrzały, perfekcyjnie łączący opis szczegółów i scen. Ten język Ellisa ma tu tak doskonałą melodią i rytm, że ten ostentacyjnie zbudowany ze scenek rodzajowych – a więc w zasadzie uciekający od płynności typowej produkcji prozatorskiej – tekst, płynie niczym składanka najmodniejszych piosenek z 1984 roku. Zresztą Ellis, swoim zwyczajem, podrzuca nam tu muzyczne tropy, płyty czy zespoły, których warto słuchać w czasie lektury. Warto, bo dodaje tej opowieści, jeszcze więcej głębi, ale też nie jest konieczne: tekst „Mniej niż zero” ma wystarczającą siłę rażenia czytany bez podkładu muzycznego.
No i jeszcze jedno zaskoczenie. Czytając o wchodzących w dorosłość w połowie lat osiemdziesiątych dzieciakach z bogatych rejonów Los Angeles, widać, że nic się nie zmieniło. Gdyby Ellis przeniósł swoją historię do współczesności, zmienił imiona bohaterów i nazwy dzielnic LA na te bogatsze rejony naszych wielkich miast, ta historia wciąż robiłaby potężne wrażenie. Jego portret błądzącej, zepsutej i zdeprawowanej amerykańskiej młodzieży z pierwszej połowy tak doskonale oddaje grzechy dorastania w środowiskach pozbawionych trosk materialnych, że zapewne będzie aktualny za kolejne czterdzieści lat i to pod każdą szerokością geograficzną.
Klasyk. Wciąż zaskakujący. I to na każdym poziomie. Powieść, w której nie można znaleźć choćby jednej fałszywej nuty. Tekst, który choć ukazał się przed czterdziestu laty wciąż uwodzi swoją śmiałością, zwięzłością oraz głębią. Ale przede wszystkim nowoczesnością, bo choć język zmienia się ostatnio bardzo gwałtownie i powieści sprzed lat dwudziestu trącą myszką, ta powieść...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
To nie mogło się udać. Przecież zebrano tu absolutne resztki z den pudeł z archiwaliami Charlesa Bukowskiego. Ale okazuje się, że ten stary drań znów jest górą.
„Zapiski starego świntucha” nie są najwyżej cenioną pozycją w przebogatym dorobku Buka. Nic dziwnego. Składały się bowiem na nie teksty publikowane w latach 1967 – 1969 w undergroundowym tygodniku „Open City” z Los Angeles. Publikowane regularnie, co tydzień. Już choćby z tego powodu nie mogły być najwyższych lotów. Żaden twórca piszący w takim tempie nie jest w stanie zapewnić zawsze towaru pierwszej klasy. Poza tym miały jednak charakter chałtury. Bukowski uważał się wtedy jeszcze za poetę. Opowiadania były dla niego rzeczą mniej istotną. Poza tym to był tygodnik „Open City” – kontrkulturowy, obrazoburczy, prowokujący establishment. Pisanie dla tego tytułu aż się prosiło o wywołanie skandalu. Dzięki temu Bukowski, jeden z najbardziej autokreacyjnych wśród wielkich pisarzy amerykańskich, mógł tu sobie do woli poswawolić budując na przegięciach wizerunek wyluzowanego super pijaka i mega kobieciarza. Bo wtedy taki styl uchodził w artystowsko/rock’n’rollowych kręgach za wyjątkowy szyk. Wszystko to powodowało, że „Zapiski…” są bardzo nierówne, oprócz kawałków znakomitych można tam znaleźć prawdziwy gruz, którego chwilę po napisaniu autor już nie pamiętał.
Tymczasem „Dzwon nie bije nikomu”, to w sporej części opowiadanka, na które w „Zapiskach…” zabrakło miejsca. Były za słabe. Na dodatek to nie one są w tym tomiku najsłabsze. Zebrano tu bowiem także teksty, które Bukowski pisał jako młody pisarz, niektóre sprzed okresu „wielkiego chlania” z lat pięćdziesiątych. Choć intelektualnie i emocjonalnie nie ustępują temu, co Bukowski tworzył później, łatwo zauważyć brak autorskiej pewności i swobody. Stylistycznie bliżej im do wypracowań niż kontrolowanego szaleństwa czy nonszalancji z jego złotego okresu z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Inna sprawa, że także zamieszczone tu teksty z owego złotego okresu ustępują większości tego, co do tej pory z bogatego dorobku Bukowskiego opublikowano. Styl jest tu już znakomity, ale z treścią bywa bardzo różnie. Czasem widać bardzo wysilone pomysły na historię, czasami tych pomysłów nawet nie ma. Jest po prostu historyjka bez dobrej puenty, najczęściej z po raz kolejny mielonym wydarzeniem z życia pisarza, które ten stara się ograć na pięćsetny sposób. No i bardzo tu widać autokreacyjną, cyniczną pisarską kalkulację – budowanie wizerunku największego skandalisty w mieście.
Dla czytelników/czytelniczek/osób czytelniczych, którzy przy „Dzwonie…” zetkną się z Bukowskim po raz pierwszy, lektura tego tomu może być sporym rozczarowaniem. Niektórzy a zwłaszcza niektóre mogą nie dać rady przez to przebrnąć. Dosadność i brutalność, mizoginia i seksizm czy po prostu mizantropia niektórych tekstów mogą wywołać u nich nawet nie obrzydzenie, ale odruchy wymiotne. Starzy fani Bukowskiego też raczej nie osiągną przy lekturze orgazmu, ale mogą bez obaw wydać pieniądze na ten tomik. To jednak wciąż ten Stary Świntuch. Może daleki od życiowej formy, ale potrafiący pisać teksty lepsze od większości tego, co jest dziś wydawane i zbudować klimat dużo bardziej pociągający niż to, co dzieje się teraz na świecie.
To nie mogło się udać. Przecież zebrano tu absolutne resztki z den pudeł z archiwaliami Charlesa Bukowskiego. Ale okazuje się, że ten stary drań znów jest górą.
„Zapiski starego świntucha” nie są najwyżej cenioną pozycją w przebogatym dorobku Buka. Nic dziwnego. Składały się bowiem na nie teksty publikowane w latach 1967 – 1969 w undergroundowym tygodniku „Open City” z Los...
Thriller erudycyjny. Niestety, bardzo daleko od „Imienia róży”, które jest chyba Wzorcem z Sèvres dla tego gatunku. I to daleko nie tylko dlatego, że jego akcja toczy się kilkaset lat później – w 1957 roku oraz kilka tysięcy kilometrów dalej – na Spitsbergenie. W odróżnieniu od Umberta Eco, Twardoch, choć jest ewidentnie zna gatunkowe schematy prozy sensacyjnej i ma sporo do powiedzenia na temat świata, ludzi, polityki, społeczeństw, ludzi i ich kondycji duchowej – nie potrafi płynnie połączyć formy z treścią. Jest tak rozgadany, że nie potrafi zapanować nad tekstem. Zapomina o – niezbędnych dla literatury gatunkowej – budowaniu i stopniowaniu napięcia oraz dramaturgicznych twistach. Tu się tego się nie uświadczy. Dlatego, podczas lektury, zamiast otrzymywać kolejne ciosy w splot słoneczny, jeździć na emocjonalnym rollercoasterze, czytamy historiozoficzne rozkminki. Inna sprawa, że te jego rozkminki mają swój ciężar.
A więc „Zimne wybrzeża” to fatalny thriller. Jednak z pewnością nie są złą powieścią. Choć w trakcie lektury trudno mówić o wielkiej ekscytacji tekstem, mamy tu fragmenty co najmniej interesujące. To zajawki tematów, które już za chwilę – w 2012 roku, gdy światło dzienne ujrzy „Morfina” – staną się spécialité de la maison twardochowej prozy: problematyka tożsamości narodowej i jej wpływu na nasze życie oraz nieuchronnego walca dziejów, tej kottowskiej Machiny Koła Fortuny, błędnego koła wiecznego powtórzenia, które – niezależnie jak szybko uciekamy i/lub jak dobrze się ukryjemy – w końcu nas dopadną i rozjadą. I właśnie dla nich warto po tę powieść sięgnąć.
„Zimne wybrzeża” to niezbędnik dla literaturoznawców i literaturoznawczyń, domorosłych specjalistów i specjalistek od popkultury oraz, przede wszystkim, fandomu Szczepana Twardocha. Choć część tego ostatniego możne poczuć się rozczarowana. Pisarz nie włada jeszcze tak perfekcyjnie jak dziś językiem. Jego próby żonglerki słowami sprawiają czasem wrażenie pretensjonalnych i efekciarskich. Na dodatek przesadne skupienie na szczegółach geograficznych, topograficznych, geologicznych oraz biologicznych nie dość, że spowalnia – i tak niezbyt dynamiczną – narrację, to jeszcze wygląda na nuworyszowski popis: że autor tam był, że chodził tymi samymi ścieżkami, oddychał tym samym powietrzem. Rozumiem, że ten mega realizm, miał go uwiarygodnić, ale w gruncie jest raczej niepotrzebnym popisem, bardzo podobnym do żeglarskiego szczególarstwa z pierwszej części „Chołodu” (2022). Jednak czytając tę powieść widać – zwłaszcza z perspektywy lat – że rodzi nam się potwór, rozumiejący pop erudyta, śmiało i celnie polemizujący z Polską martyrologiczną mitologią. Tyle, że był to poród w bólach. Inna sprawa, że i tak bardzo szybki. Czytając „Zimne wybrzeża” aż trudno uwierzyć, że za trzy lata ukaże się „Morfina”, powieść, która na naszej literackiej planszy zmieni wszystko i przedstawi światu jednego z największych Polskich pisarzy – nie tylko współczesnych.
Thriller erudycyjny. Niestety, bardzo daleko od „Imienia róży”, które jest chyba Wzorcem z Sèvres dla tego gatunku. I to daleko nie tylko dlatego, że jego akcja toczy się kilkaset lat później – w 1957 roku oraz kilka tysięcy kilometrów dalej – na Spitsbergenie. W odróżnieniu od Umberta Eco, Twardoch, choć jest ewidentnie zna gatunkowe schematy prozy sensacyjnej i ma sporo...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Ćwirlej poważnie zaryzykował. Choć finał „Na trwogę bije dzwon” – jego poprzedniej powieści z cyklu o Antonim Fischerze – zapowiadał, że będzie trochę poważniej, „Krwi nie odmówi nikt”, to typowy dla tego autora tekst. Jest więc nie tylko emocjonująco, ale przede wszystkim sowizdrzalsko; alk się leje, ferajna daje sobie radę z każdym problemem i generalnie: bywa trudno, ale jest fajnie. No, może opisy zbrodni są tu bardziej dosadne niż w poprzednich powieściach tego autora. No i możemy sobie przeczytać, jak to mało estetycznie wyglądają ofiary katastrofy kolejowej. Skąd więc to ryzyko, jeżeli pisarz w zasadzie nie zmienia nic, leci na automacie? Ano stąd, że tym razem Ryszard Ćwirlej pisze o Polsce pod Niemiecką okupacją, a to jednak była mało sowizdrzalska rzeczywistość. Z faktami trudno polemizować. Ale faktem jest też, że niewielu dotąd odważyło się spojrzeć na nią pod kątem innym niż martyrologia, morze łez i ocean cierpień. Do szerszego obiegu weszły tylko dwie próby – filmy: oparte na prozie „Wiecha” Wiecheckiego „Cafe pod Minogą” (1959) Bronisława Broka oraz „Giuseppe w Warszawie” (1964) Stanisława Lenartowicza. Ćwirlej zapewne je zna. Nie wiem, czy go inspirowały, ale „Krwi nie odmówi nikt” ma w sobie ducha (i coś z fabuły) tych, niestety, zapomnianych, znakomitych obrazów.
Fabularny pomysł Ćwirleja był prosty: przenieść bohaterów swojego uniwersum w kolejną – po Polsce międzywojnia, lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i współczesnej – rzeczywistość. Pokazać, że pewne cechy sprawiają, iż niezależnie od tego, co dzieje się wokół, życie może być znośne, ciekawe a nawet ekscytujące. Może być trwającą latami fajowską przygodą. Tymi cechami są: odwaga, tupet, lojalność i – choć to ryzykowne stwierdzenie w przypadku złodziei, którzy są tu jednymi z najważniejszych i najsympatyczniejszych postaci – uczciwość. Oczywiście wszystkie są mocno podlane wódką i bro. Aha, no i jeszcze cwaniactwo, bo zachowania większości bohaterów Ćwirleja doskonale wypełniają jego definicję. Na dodatek często cwaniactwo zastępujące inteligencję. Ale w końcu po co myśleć? Trzeba działać.
Paradoksalnie, ten relatywizm moralny protagonistów z wielkopolskiego wszech świata Ryszarda Ćwirleja doskonale sprawdza się wprowadzony na nową – okupacyjno/wojenną – orbitę. Ich typowe Polskie cechy (z zaradnością na czele) i przywary idealnie wpasowują się w rzeczywistość Niemieckiego terroru i zbrodni.
Jasne, można się pozżymać, że pod piórem Ćwirleja okupacja nie jest dramatem, a zwykłą niedogodnością, że ta – jakby nie było – sensacyjna historia chwilami ociera się o chłopacki infantylizm, że bliżej jej do przygód Bolka i Lolka niż „Stawki większej niż życie”, ale czyta się to znakomicie.
A propos kapitana Klossa. Finał „Na trwogę bije dzwon” zapowiadał, że Ćwirlej będzie próbował iść właśnie w tym kierunku – mocnego, ekscytującego kawałka szpiegowskiego. Jeżeli chciał płynąć w tym kierunku, to albo się wystraszył, albo jednak woli się bezpiecznie pluskać w wannie z wciąż tymi samymi zabawkami, bohaterami z różnych stron – zwłaszcza tej z dwudziestolecia – swojego uniwersum. Trochę szkoda, choć powtarza się wciąż z wielkim wdziękiem i maestrią. Bo choćby wyciągnięcie jednego ze statystów z wcześniejszych powieści i uczynienie go tu ważną postacią drugoplanową to prawdziwy majstersztyk.
Można też ponarzekać, że mimo bardzo wielu bohaterów i tajemnic wszystko okazuje się zbyt oczywiste i banalne, a domknięcie akcji jest chyba zbyt skrótowe – tak, jakby autor musiał się streszczać, bo wydawnictwo nie dało więcej na papier. Jednak te refleksje przychodzą dopiero chwilę po zamknięciu książki. W trakcie lektury trudno się od tej historii oderwać. Może więc to marudzenie wynika z tego, że tak szybko skończyły się cukierki.
Ćwirlej poważnie zaryzykował. Choć finał „Na trwogę bije dzwon” – jego poprzedniej powieści z cyklu o Antonim Fischerze – zapowiadał, że będzie trochę poważniej, „Krwi nie odmówi nikt”, to typowy dla tego autora tekst. Jest więc nie tylko emocjonująco, ale przede wszystkim sowizdrzalsko; alk się leje, ferajna daje sobie radę z każdym problemem i generalnie: bywa trudno, ale...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Ależ to jest napisane. Cała wtórność tej historii, niezbyt wymyślne zwroty akcji i puenta, w której nie ma nic odkrywczego, zaskakującego czy seksownego są nieistotne. Tu liczą się tylko język autora oraz jego mistrzowskie tłumaczenie w wykonaniu Jana Pędzińskiego.
Fabularnie „Republika” to kolejny produkt coraz bardziej zbanalizowanej i odchodzącej w zapomnienie literatury uniwersyteckiej. Ot, następny pracownik naukowy przygląda się sobie oraz swoim koleżankom i kolegom. Nie dostrzega nic nowego. Ale czemu się dziwić? Jest przekonany o swoich szerokich horyzontach, a tak naprawdę jedynym, czego mu nie brakuje, są wybujałe ego oraz niepewność i kompleksy. Ma poczucie, że powinien być intelektualną gwiazdą wyrastającą ponad środowisko, a jednocześnie boi się, że nawet w swoim środowisku jest kimś nieistotnym, najwyżej tym drugim. Podobne historyjki można było przeczytać dziesiątki razy. Równie rozdygotanych, zakompleksionych, nie radzących sobie z tzw. normalnym – poza murami uczelni – życiem, kryjących się za pustą elokwencją, bohaterów mogliśmy obserwować razy setki, choćby u – cieszącego się wielką popularnością w Polsce lat dziewięćdziesiątych – Davida Lodge’a. Nawet wydający się odkrywczym i uroczo odjechanym pomysł na dziedzinę studiów – hitlerologię – tak naprawdę jest wtórny. Przecież zajmował się nią już Jack Gladney z wielkiego – gigantycznego chyba, bo pieniądze na jego ekranizację wyłożył sam wszechmocny Netflix – „Białego szumu” Dona DeLillo. A jednak, czytając „Republikę”, nieustannie ma się wrażenie obcowanie z czymś bardzo fresh’n’funky.
Nie wiem, czy Joost de Vries czyta pop, nie mam zielonego pojęcia, czy wie kim był Stieg Larsson i kim są, nawet najsłynniejsi/sze, z tabunów jego naśladowców/naśladowczyń, ale na pewno nie padł ofiarą naszej cywilizacyjnej choroby – języka coraz bardziej zredukowanego, skupionego na konkrecie, akcji, a nie formie w jakim historia jest opowiadana. Tymczasem ten holenderski pisarz i dziennikarz bawi się słowami, związkami frazeologicznymi i zdaniami. A to pozwala mu doskonale pokazać schematyzm postaw tych, którzy uważają się za postacie wyjątkowe oraz rutynę i banał ich życia, które ma być niezwykłe lub chociaż wyjątkowo interesujące. Dlatego jego tragifarsa o zakompleksionym nieudaczniku próbującym zastąpić Mistrza, w którego cieniu dotąd się ogrzewał, to prawdziwa komediowa orgia, radosne i bezczelne deptanie dętych, pośpiesznie i niechlujnie kreowanych autorytetów, którymi uwielbiają podpierać się współczesne media. Chwila oddechu od świata przeładowanego gównoburzami, komediami romantycznymi, true crime i sensacyjnymi doniesieniami o kolejnych aferach na brytyjskim dworze. Niby to tylko błahostka, świecidełko, ale pięknie błyszczące na współczesnym intelektualnym ugorze. Także intelektualnym ugorze świata intelektualistów i autorytetów opisywanego przez de Vriesa.
Ależ to jest napisane. Cała wtórność tej historii, niezbyt wymyślne zwroty akcji i puenta, w której nie ma nic odkrywczego, zaskakującego czy seksownego są nieistotne. Tu liczą się tylko język autora oraz jego mistrzowskie tłumaczenie w wykonaniu Jana Pędzińskiego.
Fabularnie „Republika” to kolejny produkt coraz bardziej zbanalizowanej i odchodzącej w zapomnienie literatury...
Lektura obowiązkowa. I to nie tylko dla fanów serialu „Luther”. Prawdopodobnie zniecierpliwiony gadaniną na temat kontynuacji opowieści o londyńskim detektywie, jego twórca – Neil Cross – stworzył prequel, który nie tylko bije na głowę większość odcinków cyklu, ale jest też jedną z najlepszych powieści sensacyjnych, jakie ukazały się w XXI wieku. Zresztą być może powieść „Luther. Odcinek Zero” jest przerobionym niewykorzystanym scenariuszem/pomysłem na film lub odcinek serialu – przecież ostatnie odsłony „Luthera” były w istocie filmami telewizyjnymi. Za teorią na temat niewykorzystanego odcinka/filmu/pomysłu przemawia rysunek bohaterów i bohaterek powieści. Cross perfekcyjnie odtwarza wizerunki oraz kreacje grających ich i je aktorów i aktorek. Ale to silne powiązanie z serialem w niczym nie przeszkadza w lekturze tym, którzy go nie znają. Wręcz przeciwnie – zachęca do jego obejrzenia. Zwłaszcza, że finał „Odcinka Zero” doskonale nakłada się na początek telewizyjnego cyklu. A więc mamy tu zawiązanie większości najważniejszych wątków z serii BBC: splot wydarzeń, który spowodował, że Luther stał się tym, kim został, a otaczający go ludzie zajęli takie, a nie inne, pozycje. Aby do tego doszło, musiało wydarzyć się wiele, więc Cross nas nie oszczędza. „Odcinek Zero” to najbardziej drastyczna i przejmująca odsłona cyklu. I choć jest autorem rozumiejącym możliwości percepcyjne odbiorcy, nieustannie testuje granice naszej wrażliwości, chwilami niebezpiecznie ryzykując odłożeniem książki. Natężenie przemocy jest tu bowiem trudne do zniesienia, zaś opisy zła ocierają się o pornografię zbrodni. Ale warto zaryzykować te chwile dyskomfortu. Zwłaszcza, że Cross nie szokuje dla samego szokowania.
„Odcinek Zero” to coś więcej niż kolejny i – jeżeli się wczytać – w gruncie rzeczy dość schematyczny opis śledztwa, które jest wyścigiem z czasem. Pisarzowi/scenarzyście udało się stworzyć plastyczny obraz świata ze współczesnym miastem molochem, w tym przypadku Londynem, które w niczym nie różni się od tego, po którym poruszał się ponad sto lat temu Kuba Rozpruwacz. Gdzie, oprócz kilku enklaw blichtru, śmierdzi. Którego ulicami poruszają się ludzie stojący niżej niż większość przedstawicieli świata zwierząt – te przecież, oprócz kilku gatunków, zabijają tylko z konieczności. Tak, można napisać, że to świat karaluchów, bo te wywołują obrzydzenie, ale one mogą roznosić drobnoustroje chorobotwórcze nieświadomie. Bohaterowie Crossa zarażają złem świadomie, ponieważ ulegają swoim chuciom.
Rzeczywistość „Odcinka Zero” tonie w mroku, ale może dlatego na tym czarnym tle tak dobrze widać tu ludzi. Rzadko – nie tylko w literaturze popularnej – spotyka się postacie tak złożone i niejednoznaczne jak u Crossa. To świat udręczonych codziennością, starających się przeżyć ją z jak największą godnością, jakąś odrobiną szacunku dla wyznawanych przez siebie wartości, dla siebie. To świat ludzi a nie tekturowych czy plastikowych standów. Bohaterowie Crossa rozwijają się, poprzez – słuszne lub nie – decyzje odbywają podróż, zmieniają się; dojrzewają i idą na, chwilami, bardzo ryzykowne kompromisy – z otoczeniem i światem.
Oczywiście najciekawszym bohaterem wykreowanym przez Crossa jest sam detektyw John Luther. To postać wysokiego ryzyka. Z jednej strony ma cechy odbezpieczonego granatu potężnej mocy, z drugiej Chrystusa lub innego bohatera z biblioteki kultów religijnych – poświęca wszystko co ma dla naszego dobra. Jest nibyChrystusem, a jednak ma pociąg do przemocy. Owszem, może nadstawić drugi policzek, ale jeżeli pomoże mu to osiągnąć – często niezgodny z prawem – cel. Jest ousiderem. Świadomym, z premedytacją. Gdyby zabawić się w poezję, to boi się, iż jest skażony złem i nie chce nim zarażać najbliższych. A więc pokręcony, ale niezłomny gigant (także fizycznie). Zbyt pokręcony, żeby podniecać kobiety i fascynować lub inspirować mężczyzn. Heros i antyheros jednocześnie. Fascynujący i odpychający. Tak zresztą jak cała ta książka. Thriller z najwyższej półki.
Szkoda, że nie powstały kolejne literackie odsłony „Luthera”. To proza niezwykłej klasy i – choć nie jest lekka, łatwa i przyjemna w lekturze – urody.
Lektura obowiązkowa. I to nie tylko dla fanów serialu „Luther”. Prawdopodobnie zniecierpliwiony gadaniną na temat kontynuacji opowieści o londyńskim detektywie, jego twórca – Neil Cross – stworzył prequel, który nie tylko bije na głowę większość odcinków cyklu, ale jest też jedną z najlepszych powieści sensacyjnych, jakie ukazały się w XXI wieku. Zresztą być może powieść...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Augustowska masakra elektryczną maszynką do golenia, paralizatorem, nożykiem i parom innymi urządzeniami. Można by sobie trochę ze „Złotowłosej” pożartować, ale swoją najnowszą powieścią Wojciech Chmielarz ostatecznie udowadnia, że jest najlepszym, a na pewno najciekawszym, twórcą polskiej sensacji. To wciąż bardziej rzemieślnik niż artysta, ale też więcej niż rzemieślnik. To Pan Rzemieślnik.
Zamiast osiadać na laurach i bezpiecznie powielać schematy, które przyniosły mu popularność, pisarz wciąż szuka. Nieustannie ucieka ze swojej strefy pisarskiego komfortu i nie pozwala zamelinować się w swoich strefach komfortu czytelnikom. W czasach, gdy coraz popularniejsza staje się literatura cosy, on penetruje zupełnie inne rejony popu. Jego proza jest coraz twardsza i brutalniejsza, coraz śmielej ociera się o kulturowe ekstrema. Ale, w przeciwieństwie do nich, nie chodzi tu tylko o popisowe przekroczenia granic. Nie. To paradoks, ale coraz bardziej szokując, Chmielarz stawia czytelniczki/czytelników/osoby czytające przed coraz większymi wyzwaniami intelektualnymi. Zaczynał jako kronikarz wzlotów i upadków klasy średniej, sprawozdawca z jej strefy lęków i marzeń. Był polskim Cobenem. Od czasów wybitnego „Żmijowiska” stawał się klasy średniej sędzią. Coraz ostrzejszym. W „Złotowłosej” jego oceny stały się bliskie ekstremum rzadko spotykanym w naszej literaturze. W popie w zasadzie nigdy. Nawiązujące do poetyki gore „Złotowłosa” skłania do coraz głębszej refleksji; spojrzenia w siebie i na swoich bliskich, każe zadać sobie pytania o – jakkolwiek pretensjonalnie to zabrzmi – jakość, sens i, przede wszystkim, wartość życia.
Tak naprawdę nowa powieść Chmielarza to slasher w najczystszej postaci. Nadwiślańska siostra amerykańskich klasyków w stylu „Teksańskiej masakry piłą łańcuchową”, „Piątku, trzynastego”, „Halloween” czy „Ostatniego domu po lewej”. Pisarz, od jakiegoś czasu specjalizujący się w wystylizowanym realizmie polskiego zadupia, po mistrzowsku przeniósł gatunkową scenerię oraz przelepił plastelinowe figurki jego typowych osób dramatu. Znalazł nawet miejsce dla archetypicznej blondynki, która staje się ofiarą własnej bezmyślności i wynikającego z niej oglądu sytuacji. Oczywiście z charakterystycznym dla siebie cierpkim humorem i dopasował ją do współczesnych trendów socjotechnicznych. Reszta to już czyste odtworzenia schematów. Psychologia i logika nie są najważniejsze, liczy się orgia irracjonalnej przemocy i kąpiele w litrach krwi.
Ale też Chmielarz nie jest typowym twórcą slasherów. Dla niego krew i doprowadzona do ekstremum przemoc nie są celem samym w sobie. To środki, dzięki któremu opowiada o źle naszym powszednim. Środki, dzięki którym może odkrywać – po mistrzowsku – kolejnego tego zła pokłady. Odkrywa je w bardzo hitchcockowski sposób. Zaczyna się od trzęsienia Ziemi a potem schodzimy coraz głębiej do zbanalizowanego piekła naszej codzienności, pisarz odsłania przez nami kolejne pokłady zła.
Chmielarz nie oszczędza tu nikogo. Nawet naszych, ciepłego chowu, ukochanych milusińskich. W swojej analizie ludzkiej małości i podłości stara się znaleźć ich korzenie. Znajduje je właśnie w naszym dzieciństwie, szkolnych presjach i stresach, rywalizacji rówieśniczej, która stanowi – skrzywione przez nastoletni bunt, bezmyślność i chęć wyróżnienia się – odzwierciedlenie lub pochodną tego, co młodzi ludzie odczuwają i widzą w domach.
Jest więc „Złotowłosa” frontalnym atakiem na życie rodzinne i społeczne klasy średniej, odkrywaniem mrocznych sekretów szczęśliwych, dostatnich rodzin i pokazywaniem, że to diabelskie perpetum mobile, nieustannie nakręcająca się spirala zła, które nigdy się nie kończy. Niezależnie od tego, jak się zakończy potyczka i tak ostatecznie przegrywają wszyscy. Ale przecież liczy się tylko przetrwanie, za wszelką cenę. Dlatego najdłużej pożyją najbardziej skuteczni – niedźwiedzice i niedźwiedzie.
Augustowska masakra elektryczną maszynką do golenia, paralizatorem, nożykiem i parom innymi urządzeniami. Można by sobie trochę ze „Złotowłosej” pożartować, ale swoją najnowszą powieścią Wojciech Chmielarz ostatecznie udowadnia, że jest najlepszym, a na pewno najciekawszym, twórcą polskiej sensacji. To wciąż bardziej rzemieślnik niż artysta, ale też więcej niż rzemieślnik....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Chmielarz nie jest Polańskim. Zapewne dlatego pierwsza część „Za granicą” – próba gry thrillerem erotycznym nieco w stylu nieudanych i pretensjonalnych „Gorzkich godów” (1992) – nie jest najłatwiejsza do przejścia. Już nie mówiąc o tym, że zmysłowość, nie należy do najmocniejszych stron zawsze bardzo rzeczowego i panującego nad tekstem Chmielarza. Dziw bierze, że facet tak bardzo świadomy stawianych przez siebie liter wpakował się na takie pole minowe. Ewidentnie nie powinien wkraczać w te rejony. Jeżeli chodzi o seks w różnych odcieniach nie daje rady. Dość powiedzieć, że parę razy pojawia się tu słowo masturbacja. Można je potraktować jako metaforę autorskich pragnień i możliwość ich realizacji.
Dalej w „Za granicą” jest nieco lepiej, choć daleko od chmielarzowych peaków. Łatwo wyczuć, że autor miał pomysł, ale nie do końca wiedział, jak uzasadnić kolejne ruchy figur na planszy. Na pewno nie prawdopodobieństwem psychologicznym, bo tego w tej powieści nie uświadczysz. Gdyby wszystko, co tu się dzieje, było ujęte w nawias – jako mroczna fantazja, wyświetlenie podświadomych pragnień i lęków czy nieprzyjemny, dręczący sen – wszystko byłoby w porządku. A tak mamy akcję, której prawdopodobieństwo – nawet jak na umowny realizm polskiej prozy sensacyjnej – jest nieco mniej niż minimalne. A przez to niezbyt ekscytujące. Dla dreszczowca/powieści sensacyjnej to grzech śmiertelny.
W sensie fabularnym „Za granicą” jest porażką. Ale jest w tym tekście druga warstwa, która czyni z niego jeden z najlepszych kawałków, jakie zostały napisane w Polsce od co najmniej kilku lat – zarówno w literaturze, jak i publicystyce. Z jednej strony nie jest to zaskakujące. Chmielarz od początku kariery literackiej przyglądał się klasie średniej, opowiadał o jej kondycji, małych szczęściach i wielkich niespełnieniach. Był w tym naszą – dużo bardziej zniuansowaną, a przez to interesującą od oryginału – odpowiedzią na powieściowy taśmociąg Harlana Cobena. Ta chmielarzowa wiwisekcja naszej middle class przyniosła już jedno arcydzieło – „Żmijowisko”. „Za granicą” nie ma w sobie tej spójności i przemyślanej, konsekwentnie przeprowadzonej intrygi, ale jeżeli chodzi analizę i płynące z niej wnioski jest dziełem dużo głębszym, bardziej dosadnym i poruszającym, nie pozostawiającym żadnych wątpliwości co do tego, jak taki styl życia się kończy. To w zasadzie psychologiczne gore z trzodą uwięzioną w stereotypach, mentalnie niezdolną do jakiejkolwiek zmiany kierunku i świadomie idącą na rzeź. Jest więc „Za granicą” klasycznym pop kawałkiem z happy endem, który w gruncie rzeczy kończy się klęską. I to niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze losy głównych bohaterów.
O tym, że ta nie do końca udana powieść jest dowodem na coraz większą literacką jakość Chmielarza świadczą też dwa małe fragmenty, w zasadzie nieistotne fabularnie wtręty – zdania czy akapity. Pierwszy dotyczy tatuaży, a drugi powiązań dużych „białych” szwedzkich pieniędzy ze światem przestępczym. Ten drugi – dzięki swojej zwięzłości i błyskotliwości – stawia Chmielarza obok skandynawskich gigantów, z wielkim Jensem Lapidusem na czele. To więcej niż sporo jak na dość przeciętną, ale zaskakująco głęboką powieść.
Chmielarz nie jest Polańskim. Zapewne dlatego pierwsza część „Za granicą” – próba gry thrillerem erotycznym nieco w stylu nieudanych i pretensjonalnych „Gorzkich godów” (1992) – nie jest najłatwiejsza do przejścia. Już nie mówiąc o tym, że zmysłowość, nie należy do najmocniejszych stron zawsze bardzo rzeczowego i panującego nad tekstem Chmielarza. Dziw bierze, że facet tak...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Hiaasen nie bierze jeńców. W jego trzeciej solowej powieści dostaje się wszystkim. Nie ma dobrych i złych czy normalnych i szalonych. Opisywany przez niego świat przypomina dom wariatów, zoolog, który zwiedzamy, by stając przed kolejnymi klatkami zapoznawać się z różnymi przypadkami ludzkiej pazerności i bezmyślności.
„Druga skóra” to kolejna florydzka powieść Hiaasena. Jak zwykle w przypadku tego pisarza bardzo mocno osadzona w tamtejszej rzeczywistości, tym razem początku lat dziewięćdziesiątych. Jednak po raz pierwszy jego opowieść o codziennym szaleństwie, charakterystycznej dla tego pisarza republice wariatów, jest nie tylko uroczym, możliwym do metaforycznego odczytania, semi retro z gadżetami z epoki „Policjantów z Miami”. Podczas lektury nie odczuwa się, że została napisana ponad ćwierć wieku temu – w 1991 roku. I tu nie chodzi o ludzkie zachowania – w znakomitej większości homosapiens byli, są i będą głupi i chciwi – ale całą oprawę. Chirurgia estetyczna, czy jak się wówczas mówiło: plastyczna, stanowiąca lejtmotiw tej historii, jest dziś równie – a może jeszcze bardziej – popularna i dochodowa, zaś inscenizowana telewizyjna reporterka udająca true crime, która wówczas wchodziła na rynek medialny, dziś na rynku tym króluje. No i jeszcze drobiazg: telefon komórkowy. Co prawda tu jest tylko efekciarskim narzędziem, ale dzięki jego obecności w historii, czujemy się jak w domu. Ale to wszystko stanowi tylko efektowną oprawę.
Najważniejsza w „Drugiej twarzy” jest oczywiście historia. Autor znów nie wymyśla koła. To kolejna (i nieostatnia) w jego dorobku krwawa, a jednocześnie bawiąca do łez, granicząca z przeszarżowaną farsą, komedia sensacyjna. Oczywiście – bo to przecież Carl Hiaasen – z bardzo mocnym wątkiem ekologicznym. Tyle, że tym razem natura nie jest jednym z bohaterów/bohaterek historii. To piękny i niebezpieczny element scenografii. Jedyna stała w świecie, który stracił kompas. Bezlitośnie niszczona przez homo sapiens, a jednocześnie stoicko przyglądająca się, jak ów homo sapiens niszczy siebie.
Brzmi to bardzo poważnie i serio, ale „Druga skóra”, choć podejmuje bardzo ważne, wręcz egzystencjalne, tematy, stanowi przeciwieństwo tego, co zwykliśmy określać serio. Na dodatek Hiaasen wyraźnie rozwija się jako pisarz. Choć już wcześniej miał tendencje do brawury, tak ostro nie jeszcze nie leciał. Nie ma dla niego tematów tabu. Żartuje z ludzkich cech i przywar w stylu, na który dziś nie poważyłby się żaden pisarz/pisarka/osoba pisząca. Ale robi to z taką klasą i wdziękiem, że chyba nawet najbardziej zasadniczy/a strażnik moralności czy politycznej poprawności (oczywiście myślący/a) nie poczuje się urażony.
Jednak, jak zwykle u tego autora, całe to brutalne wesołe miasteczko ma zaskakujący, dwuznaczny finał. Może i nie kończy się krwawą szekspirowską tragedią, jednak śmiech nagle zastyga na ustach czytelnika. Carl Hiaasen okazuje się kimś więcej niż świetnym satyrykiem. To współczesny Stańczyk. Figura, której tak bardzo brakuje w dzisiejszym, nie tylko polskim, popie.
Hiaasen nie bierze jeńców. W jego trzeciej solowej powieści dostaje się wszystkim. Nie ma dobrych i złych czy normalnych i szalonych. Opisywany przez niego świat przypomina dom wariatów, zoolog, który zwiedzamy, by stając przed kolejnymi klatkami zapoznawać się z różnymi przypadkami ludzkiej pazerności i bezmyślności.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Druga skóra” to kolejna florydzka powieść Hiaasena. Jak...