Dzwon nie bije nikomu

Okładka książki Dzwon nie bije nikomu autorstwa Charles Bukowski
Okładka książki Dzwon nie bije nikomu autorstwa Charles Bukowski
Charles Bukowski Wydawnictwo: Noir sur Blanc literatura piękna
320 str. 5 godz. 20 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The Bell Tolls for No One
Data wydania:
2025-10-22
Data 1. wyd. pol.:
2025-10-22
Liczba stron:
320
Czas czytania
5 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788384030301
Tłumacz:
Marek Fedyszak
„Dzwon nie bije nikomu” to zbiór opowiadań publikowanych w prasie w latach 1948−1985, głownie w autorskiej rubryce Bukowskiego „Zapiski starego świntucha”. Ukazują one szeroką gamę umiejętności autora, który próbuje sił w rozmaitych gatunkach: science fiction, parodii westernów, opowieści o dżokejach i futbolistach. W charakterystyczny sposób wybiera epizody ze swojego życia i przetwarza je, wzbogacając rzeczywistość wymyślonymi elementami fabuły, nadaje swojej egzystencji strukturę mitu. Oczywiście Bukowski nie byłby sobą, gdyby w tych opowieściach zabrakło kobiet i seksu. Ich bohater, alter ego autora, zanurza się w kotle miłości, namiętności i cielesności, starając się znaleźć w romantycznym uczuciu lekarstwo na demony, które poddają go próbie. Drwi jednak zarazem z mężczyzn i pokazuje absurdalność kompleksu romantycznej miłości. Mieszając patos z farsą i tragedią, wystawia na pośmiewisko cały wachlarz obrazów rewolucji seksualnej: salony masażu, sklepy dla dorosłych, starsze kobiety podrywające młodych mężczyzn. Jak czytamy we wstępie do amerykańskiego wydania: „Bukowski rozwinął własny precyzyjnie modulowany «język», by portretować świat, w którym zbawcza potęga miłości była stale zagrożona”.
Średnia ocen
7,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dzwon nie bije nikomu w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Dzwon nie bije nikomu



1156 709

Oceny książki Dzwon nie bije nikomu

Średnia ocen
7,5 / 10
43 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Dzwon nie bije nikomu

avatar
1049
709

Na półkach: , ,

Więcej opinii znajdziesz na www.jakeczyta.blogspot.com

Wydawnictwo Noir Sur Blanc wraca do czytelników z kolejnym zbiorem felietonów Bukowskiego, które pierwotnie publikowane były w czasopismach dla mężczyzn w latach 1948–1985. Charles Bukowski dał się poznać jako autor o wyrazistym, brudnym stylu, formułujący bezpośrednie tezy i często traktujący kobiety w sposób przedmiotowy. O ile wiele jego tekstów zachowuje dystans i autoironię — a takich jest tu sporo — o tyle kilka z nich bywa dość obrazoburczych.

Nie znaczy to jednak, że Bukowski jest szowinistą. Wręcz przeciwnie — jego teksty bezlitośnie wyśmiewają mężczyzn, przedstawiając ich jako kierujących się głównie popędem. Poniekąd autor kpi także z koncepcji romantycznej miłości i całej otoczki wokół seksu — salonów masażu, fetyszy czy prostytucji.

Ciekawa jest również zabawa formą. Nie znajdziemy tu wierszy, ale tematyka felietonów momentami ociera się o absurd. Oprócz typowych dla Bukowskiego motywów — seksu, alkoholu i wyścigów konnych — pojawiają się teksty zahaczające o science fiction czy parodię westernu.

Postbitnikowski styl autora sprawia, że automatycznie traktujemy bohaterów jego tekstów jako odbicie samego Bukowskiego. I nie jest to całkowicie błędne założenie — wiele felietonów bazuje na autentycznych wydarzeniach z jego życia, choć odpowiednio podkoloryzowanych.

Do tej pory czytałem Bukowskiego niemal taśmowo, chłonąc brudne Los Angeles. W przypadku „Dzwon nie bije nikomu” (notabene parafraza tytułu powieści Hemingwaya — nieprzypadkowa, bo sam Ernest pojawia się w kilku tekstach) poczułem jednak pewien przesyt. To pierwsza sytuacja, w której jego teksty mnie zatrzymały. Zaryzykuję stwierdzenie, że to, co w innych zbiorach było siłą napędową, tutaj momentami przeszkadza. Jest to jednak bardziej zarzut wobec doboru tekstów niż samego autora.

Całościowo „Dzwon nie bije nikomu” to dobry, klasyczny Bukowski — bawiący i dostarczający rozrywki.

Więcej opinii znajdziesz na www.jakeczyta.blogspot.com

Wydawnictwo Noir Sur Blanc wraca do czytelników z kolejnym zbiorem felietonów Bukowskiego, które pierwotnie publikowane były w czasopismach dla mężczyzn w latach 1948–1985. Charles Bukowski dał się poznać jako autor o wyrazistym, brudnym stylu, formułujący bezpośrednie tezy i często traktujący kobiety w sposób...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
814
356

Na półkach: ,

„Jeśli myślicie, że jestem tylko gościem, który łazi po okolicy i pisze nieprzyzwoite opowiadania, jesteście szaleni. […] Ja nawet nie wiem, jak zakończyć jedno z tych opowiadań. Chyba tak: KONIEC”.

Bukowski to jeden z najbardziej charakterystycznych autorów. W jego pisarstwie nie ma tabu, nie ma niedomówień, nie ma tematów, które mogłyby być nieporuszone. Ten zbiór opowiadań to zbiór brudu, smrodu, segsu (i to nie zawsze dobrowolnego). Opowiadania brutalne, niepozostawiające nadziei. Bukowski w wielu tych tekstach tapla się w smutku opowiadając wulgarnie na temat świata. Większość przywar i fantazji jakie opisywał Bukowski nic się nie zestarzała, świat nie poszedł ku lepszemu, mimo całego bajzlu, wciąż wiele z tych opowiadań jest aktualnych. Bukowski opowiada świat jako miejsce, w którym grzeczni ludzie nie przetrwają, opowiada świat jako miejsce walki, jako miejsce, które można obśmiać z każdej strony. Opowiadania buchając segsem, fantazją i przerysowaniem - sorry not sorry - stary świntuch jest jedyny w swoim rodzaju i ja pióro Bukowskiego szalenie kocham. Kocham głównie za to, że nie upiększał, że pozwala wytaplać się błocie, za to, że tworzy duszny klimat w swoich historiach, w których dosłownie czuć opary alko - można próbować udawać Bukowskiego, ale nikt gościa nie będzie w stanie zastąpić.

„Jeśli myślicie, że jestem tylko gościem, który łazi po okolicy i pisze nieprzyzwoite opowiadania, jesteście szaleni. […] Ja nawet nie wiem, jak zakończyć jedno z tych opowiadań. Chyba tak: KONIEC”.

Bukowski to jeden z najbardziej charakterystycznych autorów. W jego pisarstwie nie ma tabu, nie ma niedomówień, nie ma tematów, które mogłyby być nieporuszone. Ten zbiór...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1220
288

Na półkach:

Oto wchodzimy na ścieżkę chaosu. Przed lekturą opowiadań należy koniecznie przeczytać poprzedzający je wstęp autorstwa Davida Stephena Calonne'a. Czynność tę należy powtarzać zawsze wtedy, kiedy czytelnik poczuje się zagubiony. Czyli często. Dzięki uprzejmości Oficyny Literackiej Noir sur Blanc miałem przyjemność zapoznać się z najnowszym polskim tłumaczeniem utworów Charlesa Bukowskiego. Nie była to lekka przeprawa, przyznaję, ale gdyby była lekka - po co miałbym właściwie to czytać?

"Dzwon nie bije nikomu" to zbiór krótkich utworów (44 sztuki),które pierwotnie były publikowane w latach 1948-1985. Spora część z nich nie ma tytułów. Niektóre sprawiają wrażenie, jakby nie miały początku lub zakończenia (wróć do wstępu). Ale za to są rysunki samego Bukowskiego! Niezbyt wiele, ale kilka jest. Dominujące motywy? Kobiety, seks i alkohol, a jakże. Z tym, że zawsze jest coś jeszcze. Te historie, choć z pozoru grubiańskie, zawsze mają jakieś drugie dno.

Czego tutaj nie ma... Oprócz "klasycznych" opowiadań, jest np. postawiony na głowie western, kryminał w krzywym zwierciadle, trollowanie pacjentów na oddziale psychiatrycznym czy tragikomiczny opis dnia pracy w sklepie dla dorosłych. Kilka wątków przewija się więcej niż raz: konfrontacja z demonicznymi zwierzętami (gigantycznym wieprzem albo szaloną małpą),kafkowskie porwania i przesłuchania, uprowadzenia samolotów przez zdemoralizowanych porywaczy (w tym jedno z elementami science-fiction i powalającym plot twistem). Charles Bukowski to synonim literackiej nieprzewidywalności. W charakterystycznym, bezkompromisowym stylu pastwi się nad ludzkimi słabościami, prowokuje tak, aby podrażnić nasze pragnienia i lęki, oraz zwrócić uwagę na ogólną absurdalność ludzkiego życia. Krytykuje ówczesny rząd i politykę (wojna w Wietnamie),kościół katolicki, a w opowiadaniu "Brzydki figiel spłatany Bogu" w cudowny sposób rozprawia się z nazizmem.

Uwielbiam rynsztokowy humor Bukowskiego, co się uśmiałem to moje. Zazwyczaj te niewybredne żarty okazują się zaskakująco błyskotliwe. Podobnie jak w powieści "Kobiety", pojawia się tutaj sporo... wątpliwych moralnie zdarzeń, a kilkukrotnie dochodzi do opisów przemocy seksualnej. Radzę mieć to na uwadze. "Dzwon nie bije nikomu" dostarczył mi rozmaitych emocji, często skrajnie różnych. Od rozbawienia po zadumę. Od fascynacji po zniesmaczenie. Polecam przetestować na własnym organizmie.

Oto wchodzimy na ścieżkę chaosu. Przed lekturą opowiadań należy koniecznie przeczytać poprzedzający je wstęp autorstwa Davida Stephena Calonne'a. Czynność tę należy powtarzać zawsze wtedy, kiedy czytelnik poczuje się zagubiony. Czyli często. Dzięki uprzejmości Oficyny Literackiej Noir sur Blanc miałem przyjemność zapoznać się z najnowszym polskim tłumaczeniem utworów...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

97 użytkowników ma tytuł Dzwon nie bije nikomu na półkach głównych
  • 49
  • 45
  • 3
25 użytkowników ma tytuł Dzwon nie bije nikomu na półkach dodatkowych
  • 18
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Charles Bukowski
Charles Bukowski
Amerykański poeta, powieściopisarz, nowelista, scenarzysta filmowy i rysownik niemieckiego pochodzenia. Bukowski przez wielu zaliczany do pokolenia Beat Generation, sam nigdy nie dał się jednoznacznie sklasyfikować. Sławę zyskał dzięki cyklowi powieściowemu, w którym stworzył postać alkoholika i "ćmy barowej" − Henry'ego Chinaskiego. Twórczość Bukowskiego inspirowana była jego własnymi doświadczeniami, związanymi z seksem, alkoholem, biedą, niedolą pisarza i słabościami każdego człowieka. Pomimo wulgarnego języka i prostego stylu, jego twórczość ujmuje wrażliwością i głębokim zrozumieniem ludzkiej natury. Sam Bukowski był znany z awanturniczego, pełnego skandali życia, toteż typowy bohater jego − częstokroć mocno autobiograficznej − prozy to człowiek z marginesu społecznego, outsider przepełniony sceptycyzmem wobec ludzi, a jednocześnie wiecznie poszukujący bliskości z nimi. Źródło: Wikipedia
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Dzwon nie bije nikomu przeczytali również

Diabeł i Pani Davenport Paulette Kennedy
Diabeł i Pani Davenport
Paulette Kennedy
Jakie tytuły z upiorami kryjącymi się w ognisku domowym przychodzą Wam na myśl? Piekło za zamkniętymi drzwiami otwiera swe wrota wraz z rozpoczęciem czytania "Diabła i pani Davenport"! A wszystko kręci się w Missouri w 1955 roku wokół Loretty Davenport, będącej przykładną żoną oraz matką, która spełnia każdą prośbę swojego pnącego się po szczeblach kariery zawodowej męża Pete'a. Jako asystent wykładowcy na uczelni biblijnej mocno dba o swój autorytet i zaangażowanie w wierze. Życie dwojga zaczyna się komplikować wraz z nadejściem wieści o $mierci jednej ze studentek. Wtedy to właśnie Loretta odkrywa swój ukryty dar i zaczyna słyszeć głosy zmarłych... Rzeczywistość, w której religia i męskie autorytety to świętość, przypadłość Loretty jest co najmniej kłopotliwa. Świat znany głównej bohaterce zaczyna się rozpadać, a osamotnienie, desperacja i wewnętrzne rozdarcie zaczną być jej jedynymi towarzyszami. "Diabeł i pani Davenport" spod pióra Paulette Kennedy, to powieść, która angażuje od pierwszych stron za sprawą świetnie wykreowanych bohaterów jak również gęstej atmosfery, która jak mgła otacza czytelnika. Nie da się ukryć, że mąż Loretty wzbudzał we mnie mnogość negatywnych emocji od samego początku i bardzo współczułam głównej bohaterce oraz podziwiałam to jak dzielnie znosi jego zachowanie. Moja nienawiść rosła z każdą stroną i to napędzało mnie, by jak najprędzej poznać ciąg dalszy tej historii. Należy jednak podkreślić, że mocno mnie zainteresował również wątek niezwykłych zdolności Loretty, które pociągały za nici fabuły i rosnącej atmosfery tajemnicy. Z wypiekami na twarzy kibicowałam Lorettcie w jej zmaganiach z niesprzyjającą rzeczywistością, w której kobieta ma mocno nakreślone obowiązki i żadnych praw do własnego zdania. Doceniałam, że mimo przeciwieństw starała się zgłębiać swój osobliwy dar i próbowała rozwikłać mnożące się sekrety. Nie chcąc zdradzać wielu szczegółów zatrzymam się w tym miejscu, jednak zachęcam Was, byście poznali historię pani Davenport. To świetna opowieść o pękających fasadach idealnego małżeństwa oraz próbach walki o prawdę, jak również o odkrywaniu potęgi wewnętrznej siły, a wszystko to otulone drobnym elementem paranormalnym. Polecam!
Eweliteratura - awatar Eweliteratura
oceniła na82 miesiące temu
Puste domy Brenda Navarro
Puste domy
Brenda Navarro
Bardzo lubię to uczucie, gdy sięgam po książkę bez żadnych oczekiwań, a ta okazuje się naprawdę świetną lekturą, która wciąga niemal od pierwszej strony. Zresztą Navarro zaczęła "Puste domy" z grubej rury - od porwania trzyletniego chłopca z placu zabaw. A potem zgłębiła się w różne relacje rodzinne, w których niestety więcej jest patologii niż miłości, przedstawiając wszystko w tak dosadny sposób, że jednocześnie nie chce się tego czytać i chce się wiedzieć, co dalej. Historię poznajemy z punktu widzenia dwóch kobiet, dwóch bezimiennych narratorek, które łączy jedno - obie próbują być matkami tego samego chłopca. Który, jakby było mało problemów, ma autyzm i nie umie wyrazić własnych uczuć czy potrzeb. Pierwsza to dziecko urodziła i nazwała Danielem. Wydawało jej się, że chce być matką, ale macierzyństwo (podwójne, bo połączone z adopcją osieroconej dziewczynki z rodziny) wydaje się ją przerastać, zwłaszcza gdy partner wyraźnie woli adoptowaną córkę od autystycznego syna. Druga dziecko porwała i nazwała Leonelem. Nie mogła się doczekać macierzyństwa, mimo że jej facet pił, bił i zdradzał, a pojawienie się porwanego autystycznego dziecka w związku zdecydowanie nie poprawiło tej relacji. Navarro świetnie pokazała różnorodne podejście do macierzyństwa, choć powiedziałabym, że główny wniosek, jaki dla mnie wynika z tej powieści, to: naprawdę nie każda rodzina powinna mieć dziecko. Dwie różne narracje to też dwa kompletnie odmienne style snucia opowieści. Matka Daniela stara się panować nad emocjami i analizować przeszłość, próbując zrozumieć, co było większym błędem - stracenie dziecka z oczu, co umożliwiło jego porwanie, czy w ogóle urodzenie go? Matka Lionela swoich uczuć nie kontroluje zupełnie, jej wypowiedzi są bardzo emocjonalne i pełne przekleństw. Warto wziąć pod uwagę, jeśli kogoś to drażni, bo choć mi pasowały one do tej postaci, to jednak narracja pełna bluzgów trochę mnie irytowała. Mimo wszystko książkę pochłonęłam bardzo szybko - na pewno pomógł tu fakt, że liczy sobie ona niecałe 200 stron. Lektura wciąga, daje do myślenia, działa na emocje - naprawdę lubię takie powieści, nawet jak kompletnie nikogo z bohaterów nie da się tu polubić, a otwarte zakończenie nie nastraja optymistycznie...
Gabi Zet - awatar Gabi Zet
ocenił na81 miesiąc temu
Wilk w białej furgonetce John Darnielle
Wilk w białej furgonetce
John Darnielle
Nie trzeba grać w DND i wiedzieć, co to demogorgon, by „Wilk” Darnielle’a zostawił w głowie wspomnienie lektury, która sięga do decyzyjnego początku, absolutnego pierwszego kroku: stoisz na rozstaju dróg i tylko od ciebie zależy, którą drogą podążysz. Wyruszasz w świat z ledwie wypełnionym tobołkiem i wszystko, co się wydarzy, jest zależne od ciebie. Bo życie (w tym kierunku, jak sądzę, ruszył Darnielle, mimo że to banał nad banały) to rozgrywka. Ale – jak to w grach bywa – nic nie jest proste, a niektóre ścieżki, którymi zmierza bohater, bywają zdradzieckie. Jedne prowadzą do chwały, inne przez labiryntu bez wyjścia. I w tym zamyśle siedzi clue powieści Darnielle’a. Jej bohaterem jest Sean, twórca fantastycznej gry fabularnej, który listownie koresponduje z graczami, przesyłając im kolejne wytyczne. Tak, psze państwa, albowiem były kiedyś czasy, gdy nie marzyło się o internecie, a żeby posłuchać płyty, trzeba ją było własnymi rękoma obrócić na adapterze i nastawić igłę. I wcale nie były to czasy prusowskiej lalki. Ale takie straszliwe zaprzeszłości pokazują, że nawet jeśli upłyną dziesięciolecia, pewne stałe nie ulegają zmianom – młode umysły to chłonne, naiwne gąbki. Jakże trudno niektórym odróżnić prawdę od rozgrywki, rozsądek od zaleceń mistrza gry. I tak w fantazję wdziera się rzeczywistość. Jest to historia dojrzewania i chłopięcej samotności (ale i ucieczki od niej),tego delikatnego okresu, kiedy pryszczaty dzieciak przeistacza się w mężczyznę i zdaje sobie sprawę, że odpowiada za swoje czyny. To również opowieść o tym, jak łatwo przekroczyć barierę, za którą będzie wszystko albo nie będzie już niczego – wystarczy ołowiana kula i skierowana w cel lufa. Do tego Darnielle świetnie oddaje klimat lat dziewięćdziesiątych, burz szalejących w spokojnym z pozoru Seanie, wszelkich pytań bez odpowiedzi i uporczywego przymusu stąpania po linie nad przepaścią. Tekst płynie wraz z dźwiękami puszczanej przez Seana (dziś już klasycznej) muzyki. Ciekawa, prowadzona dwutorowo fabuła, nieco wytrąca z pewności i zmusza do wytężenia uwagi. Ale zapewniam, że jest w niej sporo nawiązań do współczesności – podanych w oldschoolowym sosie wciąż aktualnych prawd o odcieniach świata wchodzącego w dorosłość człowieka. Niekiedy mocna, raz żartobliwa, specyficzna mieszanka nastrojów i nawiązań do Conanów, Krulla, filmów klasy B i gier video. O traumie. Skowycie i wrzaskach wypełniających przestrzeń pod czaszką, które trzeszczą, gdy podążasz ścieżką wojowników z Trace Italian. Przekład Agi Zano, okładka Adama Walasa i Sabiny Twardowskiej.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na72 miesiące temu
Opowieść o starym dziecku Jenny Erpenbeck
Opowieść o starym dziecku
Jenny Erpenbeck
Niełatwa rzecz o bolesnej odmienności, nielubianej Inności - niejednoznaczna, niepokojąca, otwierająca wiele możliwości interpretacji. Ładunek emocji, tych najbardziej wewnętrznych, przewyższa tu większość czytanych książek. Ta trzecia moja rzecz Jenny Erpenbeck, znanej mi już z nadzwyczajnej empatii, jest modelową analizą kwestii wykluczenia i to na kilku różnych poziomach. Ten debiut niemieckiej Autorki jest - Bogu dzięki - pozbawiony klasycznej fabuły (nie mówiąc już o dialogach),co dopuszcza, a wręcz nakazuje czytającym własną interpretację. Do pewnego sierocińca w nieznanym mieście (potem rozpoznamy je po dramatycznych okolicznościach) trafia dziewczynka bez pamięci, z nadmiernym wzrostem i tuszą oraz niepełnosprawnością intelektualną, pozbawiona na dodatek świadomości zasad funkcjonowania społecznego. Wszystko to, eufemistycznie mówiąc, nie ułatwia jej życia w placówce. To klasyczny przypadek wykluczenia i przez personel, i przez rówieśników, ale zarazem i wybitnie empatyczna opowieść. I choć chodzi o osobę - cały czas zwaną dziewczynką - niepasującą do grupy, pogardzaną i ignorowaną, to jednak z czasem staje się ona użyteczna. Deficyty będące powodem wrogości obraca, cóż, że nieświadomie, na swoją korzyść. Efektem jest dopuszczenie - cóż, że częściowe - do pewnej konfidencji przez grupę rówieśniczą, która wcześniej ja odrzucała. Dominują tu, właśnie w takim stopniu, jak lubię, długie, wielokrotnie złożone zdania, które pochłaniam z wyjątkową satysfakcją. Ponadto są one uzależniające, powiedziałbym nawet - narkotyczne. Jakim mistrzem języka trzeba być, żeby tak wręcz sensualnie opowiedzieć historię o kimś z tak poważnymi dysfunkcjami, w takim stopniu odstającym od normy, jeżeli w ogóle uznać, że jakakolwiek norma istnieje, tylko dlatego, że kiedyś tak się ludzie umówili…. Cytować można by w nieskończoność, choć zaiste niełatwa i nielekka to lektura… “W soboty i niedzielę przechodzą przez tę bramę odwiedzające swoje dzieci rodzice, wyglądający biednie albo dobrze sytuowani, płaczący i niepłaczący, ale do niektórych dzieci nie przechodzą przez bramę ani rodzice zabiedzeni, ani dobrze sytuowani, ani płaczący, ani w ogóle żadni”. “Są takie dzieci, tak nieczyste, tak przerośnięte albo tak odtrącające, że nawet nie trzeba ich odsyłać z powrotem, po prostu nikt ich w ogóle nie ogląda, bo i tak nie przeszłyby przez sito, które utkano na potrzeby tej selekcji.(...) Z pewnością będzie się do nich zaliczać także dziewczynka”. “Cała postać dziewczynki jest tak jakoś powykrzywiana, nawet sposób w jaki ona chodzi, jest tak zwichrowany, że każdy, kto chciałby ją wziąć za rękę, sięgnąłby dosłownie w nicość”. “Podczas gdy inni zawsze starają się wyrwać z każdego ogrodzonego miejsca, z więzienia, z zakładu pracy, domu dla obłąkanych czy koszar, dziewczynka, całkiem na odwrót, wdarła się właśnie na taki otoczony parkanem teren, do tego domu dziecka, i nie istnieje choćby cień prawdopodobieństwa, że ktokolwiek wpadnie na pomysł, by wyprowadzić ją za bramę i wyrzucić z powrotem w świat”. “Będzie jej dozwolone zająć jedno z najniższych miejsc w wewnętrznej hierarchii klasy, może nawet najniższe, a ono jest najbezpieczniejsze, bo jest dokładnie tym miejscem, którego wymogom z pewnością będzie mogła sprostać”. “Zarazem czuje ogromny spokój, że wolno jej zajmować to najniższe miejsce, którego nikt nie zamierza jej odebrać, miejsce, którego nie musi sobie wywalczać i utrzymywać kolosalnym wysiłkiem, lecz które po prostu ma wyłącznie dzięki gruntownemu zapominaniu i wynikającej z niego gruntownej głupocie, dzięki temu, że daje się popychać, i dzięki odrobince płaczu”. “Mogła więc płakać do woli, a przy tym mieć całkowitą pewność, że płacz nie pozostawi na jej dużej twarzy żadnych śladów”. “Innym razem okłamała kogoś i od razu sprawdziła w lusterku, czy jej twarz stała się twarzą kłamczuchy, jednak jej twarz albo od początku była twarzą kłamczuchy, albo po prostu wcale się nie zmieniła od tego kłamstwa”. “Innym dziewczynkom wystarczyło jedno spojrzenie, by upewnić się, że to żadna piękność, która mogłaby zaburzyć porządek misternie utkanej hierarchii, gdyż ów gigantyczny stwór już w momencie, kiedy siadał, natychmiast opadł na samo dno owego porządku niczym ołowiany osad, a chłopcy od razu pojęli, że trafił im się nowy łup, że okazja do wyśmiewania się z nowej sama im wpadła do gąbki”. “Nauczyciel uśmiecha się do dziewczynki szczególnie życzliwie, ponieważ po raz pierwszy odważyła się odezwać, głosem tak cichym, tak cienkim, głosem słodkim, głosikiem, który zdaje się stworzony do udzielania w żałosny sposób złych odpowiedzi”. “Stało się dla niej jasne, że szkoła to miejsce, w którym trzeba się mylić, żeby miało ono w ogóle jakiś sens, szkoła to miejsce poprawiania i żadna zła ocena nie pociąga za sobą czegoś rzeczywistego”. “A kiedy nauczyciele wciąż napominają, że uczymy się nie dla szkoły, lecz dla życia, to tylko kolejny raz potwierdza niezachwiane przekonanie dziewczynki, że szkoła i życie to dwie różne rzeczy”. “Podobnie jak ona zwraca wolność szkolnym wiadomościom, zapominając je od razu, tak samo chciałaby uzyskać wolność dzięki temu, że nauczyciele powiedzą w końcu: Dajmy sobie z nią spokój”. “W oczywisty sposób nie jest ona ani leniwa, ani nie odmawia nauki ze złej woli, nie uważa się też za kogoś lepszego, nie, jest tylko głupia”. “Jestem najsłabsza. Żadna ze znajd, które mnie otaczają, nie jest słabsza ode mnie”. “Dzięki niej tak wyraźnie uwidacznia się kontrast między tymi, którzy w życiu do czegoś zmierzają, a nią, która jest po prostu zbyt głupia, żeby do czegoś zmierzać”. “Wszystko, co wydobywa się z jej ust, brzmi jak kłamstwo, nawet gdy kłamstwem nie jest, dziewczynka cały czas sprawia na swoich kolegach wrażenie, jakby sama sobie nie wierzyła, jakby nie mogła samej sobie uwierzyć nawet w prawdę, a wtedy prawda przestaje być prawdziwa”. “I gdy tak ogląda i ogląda wyświetlany film, dopiero po dłuższej chwili zauważa, że inni śmieją się dokładnie w tych momentach, w których ona płacze”. “Spanie jest jedną z tych nielicznych umiejętności, które dziewczynka opanowała do perfekcji. (...) Dziewczynka nie ma nic przeciwko łóżku, a zwłaszcza przeciwko formalnemu przykuciu do niego, bo jak wiadomo, łóżko jest bez wątpienia najbezpieczniejszym miejscem na ziemi, a ponadto jednym z najcieplejszych”. “Podczas gdy zazwyczaj jest nijaka, aż do granic niewidzialności, to intensywność, z jaką pochłania jedzenie, nadaje jej pozór charakteru”. “Podczas gdy inni spędzają życie na tym, by zapamiętywać ukryte intencje innych i przewidywać konsekwencje porównywalnych wydarzeń, dziewczynka ćwiczy się w sztuce zapominania”. “Im mniej dziewczynka mówi, tym mniej może zrobić źle”. “Jakiekolwiek poczucie własnej korzyści jest jej zupełnie obce (...),jakby w jej głowie zawalił się most, który normalnie u ludzie myślących rozpina się między tym co im wyrządzono, a tym, co oni wyrządzają innym”. “Oprócz tego wszystkiego, co zachowuje niepotrzebnie, zachowuje także milczenie. I tak oto się okazało, że dziewczynka może być użyteczna. Zaniemówiła, nie wiedząc że jej niemota jest pierwszą cechą, którą cenią w niej koledzy z klasy”. “Dziewczynka zaczyna robić rzeczy nasuwające przypuszczenie, że jej lojalność wobec kolegów graniczy z głupotą. Na przykład podczas klasówki czas, jaki uczniowie mają do dyspozycji, przeznacza na to, żeby napisać na czysto właściwe rozwiązania dla kolegów i potajemnie im je przekazać. (...) Niezrozumiałe pozostaje natomiast, dlaczego nie wykazuje ani krzty zainteresowania tym, by sama oddać poprawnie rozwiązane zadanie”. “Ona ma duszę służącej, a szczęśliwy los sprawił, że została przyjęta na służbę do swoich kolegów z klasy”. “Zamiast poszukać sobie jakiegoś braciszka albo siostrzyczki, którzy byliby jej podporządkowani, zaczyna się z młodszymi bawić, i bawi się nie tak, jak zazwyczaj bawią się z nimi starsi, czyli niecierpliwie i z wyższością, lecz z pełnym zaangażowaniem, jak równy z równym”. “Dziewczynka odpowiada zawsze tylko tak lub nie. Pytania, na które nie da się odpowiedzieć tak lub nie, po prostu zostawia bez odpowiedzi. Nie używa tego, co opowiedzą jej koleżanki, jako schodka, po którym mogłaby się wspiąć do własnej opowieści, bo ona nie ma ani jednej własnej opowieści”. Dopiero pod koniec dowiadujemy się, gdzie i kiedy działa się akcja. Zakończenie nie jest ani wesołe, ani zupełnie jasne, choć logiczne…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na73 dni temu
Opowieści niesamowite z języka japońskiego Kenzaburō Ōe
Opowieści niesamowite z języka japońskiego
Kenzaburō Ōe Yasunari Kawabata Kōbō Abe Yukio Mishima Jun'ichirō Tanizaki Ryūnosuke Akutagawa Kyōka Izumi Atsushi Nakajima Edogawa Ranpo Yumiko Kurahashi
Opowieści niesamowite, opowieści o duchach mają w Japonii bardzo długą tradycję. W wierzeniach shinto, religii w zasadzie animistycznej, ożywiony jest cały świat przyrody, swoje duchy mają góry, drzewa, skały, źródełka. Demonem stać się może każdy, którego spotka śmierć nagła i gwałtowna, kto umarł nie pogodzony ze sobą. Wierzenia te wypełniają niezliczone opowieści ludowe, baśnie dla dzieci, sztuki no i kabuki, wczesne manga i wiele filmów. Do najbardziej znanych zresztą utworów literackich opartych o niesamowite wierzenia należą nowele – cudzoziemca, Lafcadio Hearna w zbiorze „Kwaidan”. Stał się on naturalizowanych Japończykiem, a jego prace uchodzą za wzór japońskiej powieści grozy opartej na wierzeniach ludowych. Autorzy zbioru opowiadań wydanych przez PIW poszli w inna stronę. Prawie nie ma tu folkloru, a ludowe postaci, takie jak lisy czy tanuki (jenoty) robiące ludziom złośliwe i okrutne figle, tu pojawiają się w postaci mocno przetworzonej. Toteż zbiór powinno się nazwać jakoś inaczej, opowieści z pogranicza snu i jawy, opowieści o różnych stadiach obłędu, opowiadania detektywistyczne, historie odległe od rzeczywistości, surrealistyczne, oniryczne, zwariowane. Ale nie niesamowite. Opowieść niesamowita z natury swojej musi budzić strach, ocierać się o horror. Tego horroru nie sposób w nich dostrzec. Kryteria gatunku spełnia więc tylko kilka najlepszych historii. Przede wszystkim Akutagawa Ryunosuke – „Piekieł wizerunek niezwykły” czy „Niezwykłe spotkanie” czy Tanizaki Jun’ichiro – „Tatuaż”, „Szkaradne oblicze”, a nawet poniekąd „Królestwo w miniaturze”. I te opowiadania są najlepsze, najciekawsze, najbardziej sieją grozę. Inne opowieści, mimo że napisane przez znakomitych autorów, nawet noblistów, co tu dużo mówić – są takie sobie. Lepsze czy gorsze, ale bez suspensu. A suspens w opowieści niesamowitej musi być.
Ewa Szulc - awatar Ewa Szulc
ocenił na61 miesiąc temu
Agonia bursztynowych ważek Przemysław Budziński
Agonia bursztynowych ważek
Przemysław Budziński
W przypadku Agonia bursztynowych ważek Przemysława Budzińskiego naprawdę trudno nie mówić o czymś więcej niż tylko „dobrej książce”. To jest literackie wydarzenie – mroczne, bezkompromisowe, chwilami mocne aż do bólu, a przy tym niezwykle prawdziwe w opowieści o człowieku postawionym pod ścianą historii. To moje czwarte spotkanie z twórczością Przemysława Budzińsiego – po „Szczecinowiercy”, „Kieszenie pełne ślimaków” oraz „Cisza roju. Insektorium Tom 1”. Jego styl jest rozpoznawalny: gęsty od emocji, dopracowany, świadomy. To nie jest proza „na szybko”. Trzeba jej poświęcić uwagę, ale w zamian dostaje się prawdziwą czytelniczą ucztę. Akcja rozgrywa się na powojennym pograniczu Pomorza Zachodniego, w czasie, gdy wprowadzana jest polska administracja. Chaos, napięcie, brutalność codzienności – w takiej rzeczywistości spotykają się dawni niemieccy mieszkańcy i nowi osadnicy zza Buga. Budziński dzieli tę historię na cztery części, symbolicznie powiązane z jeźdźcami Apokalipsy: Wojną, Zarazą, Śmiercią i Głodem. Pierwsze opowiadanie skupia się na żołnierzach niemieckich oddziałów Werwolf, którzy dopuszczają się mordów i grabieży na polskich osadnikach. Historyczny realizm jest tu bardzo surowy, ale autor przełamuje go wprowadzeniem motywu słowiańskiej wiedźmy. W drugim opowiadaniu trafiamy do obozu, gdzie niemieccy oprawcy znęcają się nad Cygankami. Trzecia część opowiada o Arturze uciekającym na Zachód przed własną przeszłością. Gdy dociera do Polic, musi w końcu zmierzyć się z losem i z samym sobą. To bardzo poruszająca historia o winie i pamięci. Ostatnie opowiadanie jest najbardziej symboliczne – opowiada o czworonogu ocalonym przed śmiercią przez tajemniczą istotę–organizm. Jedną z największych zalet tej książki jest to, że nie ma tu prostych podziałów. Nie znajdziemy łatwego schematu: dobrzy Polacy, źli Niemcy czy Sowieci. Wszyscy są uwikłani w powojenną traumę, strach i potrzebę odwetu. Granice dobra i zła rozmywają się, a czytelnik musi sam zmierzyć się z niewygodnymi pytaniami. Jednocześnie Budziński nie odbiera swoim bohaterom człowieczeństwa – nawet w najbardziej mrocznych momentach. W mojej ocenie „Agonia Bursztynowych Ważek” to nie jest lektura „do poduszki”. To powieść, którą się przeżywa i która zostawia po sobie niepokój – taki, który nie znika wraz z zamknięciem ostatniej strony. Przemysław Budziński po raz kolejny udowadnia, że jego proza to nie tylko literacka przyjemność, ale przede wszystkim mocne, długo rezonujące doświadczenie.
Książkowa_Wieża - awatar Książkowa_Wieża
oceniła na101 miesiąc temu
Czernie Artur Pomierny
Czernie
Artur Pomierny
To nie jest książka, którą się „czyta dla przyjemności”. Raczej taka, którą się przeżywa – powoli, czasem z oporem, czasem z potrzebą odłożenia jej na bok, żeby złapać oddech. Przepełniona bólem, przemocą i niesprawiedliwością. Gęsta od grozy, podszyta demonizmem, pozbawiona jasnych barw. Wchodzisz w nią i nagle wszystko widzisz w czerni i bieli – i co gorsza, te obrazy zostają z Tobą nawet wtedy, gdy już zamkniesz okładkę. Czytałam ją na raty (zgodnie z sugestią samego autora),bo inaczej się po prostu nie dało. Nie przez język – choć ten bywa wymagający – ale przez ciężar tego, co autor chce powiedzieć. To książka, która po prostu nie daje spokoju. Zuza ma dziesięć lat. Dziecko wojny. Empatyczna, pełna wyobraźni, boleśnie dojrzała jak na swój wiek. I właśnie ona styka się z Czernią – tą najciemniejszą, najgłębszą, która nie tylko otacza, ale wnika w człowieka. I wtedy zaczyna się coś więcej niż tylko historia o wojnie. Bo „Czernie” nie zatrzymują się na realistycznym tle. Ono jest tylko punktem wyjścia. Pretekstem do wejścia w coś znacznie głębszego – w świat, który wymyka się logice, balansuje na granicy jawy i tego, co rodzi się gdzieś w ludzkiej psychice. Czernie pojawiają się w momentach granicznych – kiedy człowiek pęka, kiedy rzeczywistość przestaje być do zniesienia. Wabią, przyciągają… i zabierają gdzieś, skąd nie zawsze chce się wracać. To jedna z tych książek, które czyta się powoli nie dlatego, że są trudne, ale dlatego, że są zbyt intensywne, żeby je „połknąć” na raz. Bo tutaj wszystko boli bardziej. Bezradność, zagubienie, rozpacz bohaterów – ludzi próbujących zrozumieć świat, który nagle przestał mieć jakiekolwiek zasady. To proza ambitna, surowa i niesamowicie sugestywna. Pełna metafor, ale jednocześnie brutalnie realistyczna. Autor prowadzi nas przez ciemność – nie tylko tę wojenną, ale przede wszystkim tę wewnętrzną. Tę, z którą każdy z nas prędzej czy później musi się zmierzyć. Bo „Czernie” są przede wszystkim opowieścią o człowieku. O jego wyborach, słabościach, grzechach i wartościach. O miłości, która potrafi ocalić. O zdradzie, która niszczy. O śmierci – i o tym, co może kryć się po drugiej stronie. I wreszcie – o tej najtrudniejszej walce. Nie z tym, co na zewnątrz. Bo największa ciemność wcale nie zawsze czai się wokół nas… czasem nosimy ją w sobie.
OczamiMatkiWiedźmy - awatar OczamiMatkiWiedźmy
ocenił na825 dni temu
Queer William S. Burroughs
Queer
William S. Burroughs
Powieść „Queer”, choć napisana na początku lat pięćdziesiątych, musiała czekać dekady na swoją publikację, stając się jednym z najbardziej osobistych i surowych zapisów w dorobku Williama S. Burroughsa. Moja ocena odzwierciedla fascynujący, choć momentami trudny w odbiorze charakter tego dzieła. Jest to książka istotna z punktu widzenia historii literatury i biografii autora, jednak jako samodzielna narracja bywa niespójna i nużąca, co może stanowić barierę dla czytelnika niebędącego zagorzałym fanem nurtu Beat Generation. Podczas lektury można się też przekonać, jak bardzo ostatnia ekranizacja dzieła z Danielem Craigiem wypacza i spłyca obecne tu wątki. Fabuła osadzona w Mexico City skupia się na Williamie Lee – alter ego autora – który pogrąża się w obsesyjnym pożądaniu wobec młodego Eugene’a Allertona. „Queer” to przede wszystkim studium desperacji. Burroughs z brutalną szczerością odziera miłość z romantyzmu, pokazując ją jako formę uzależnienia, nieustanną potrzebę akceptacji i lęk przed samotnością. Lee, będący na krawędzi odstawienia narkotyków, zastępuje jeden nałóg drugim – staje się emocjonalnym wampirem, który za wszelką cenę próbuje nawiązać kontakt z kimś, kto pozostaje wobec niego chłodny i obojętny. Ta dynamika relacji jest nakreślona z bolesną precyzją, czyniąc z „Queer” niemal kliniczny opis neurozy. Warsztatowo książka znajduje się w połowie drogi między tradycyjną prozą a późniejszymi, eksperymentalnymi technikami Burroughsa, takimi jak „cut-up”. Styl jest oszczędny, momentami wręcz szorstki, co doskonale koresponduje z duszna atmosferą meksykańskich barów i tanich pokoi hotelowych. Najciekawszym elementem są monologi Lee – jego „rutyny” – które pokazują kiełkujący geniusz Burroughsa w tworzeniu groteskowych, surrealistycznych wizji. To właśnie w tych fragmentach przebija się czarny humor i cynizm, które stały się znakiem rozpoznawczym autora „Nagiego lunchu”. Mimo tych zalet, „Queer” cierpi na brak wyraźnego nerwu narracyjnego. Druga część powieści, opisująca podróż bohaterów do Ameryki Południowej w poszukiwaniu legendarnej rośliny yagé, wydaje się doklejona nieco na siłę i traci intensywność emocjonalną wypracowaną w pierwszej połowie. Fragmentaryczność tekstu, choć zrozumiała ze względu na okoliczności jego powstania, sprawia, że lektura bywa rwana i mało satysfakcjonująca jako spójna historia. Podsumowując, „Queer” to pozycja obowiązkowa dla badaczy twórczości Burroughsa i miłośników literatury kontrkulturowej, stanowiąca klucz do zrozumienia traumy, która ukształtowała tego pisarza. Dla przeciętnego czytelnika może to być jednak doświadczenie zbyt hermetyczne i przygnębiające. To literatura ważna, ale niełatwa w odbiorze, oferująca wgląd w duszę człowieka rozpaczliwie szukającego połączenia w świecie, który go odrzuca. Solidna szóstka za odwagę i niepodrabialny klimat, przy jednoczesnym uznaniu warsztatowej nierówności dzieła.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na620 dni temu
A świat trwa László Krasznahorkai
A świat trwa
László Krasznahorkai
Człowiek pochłonięty przez własną samotność; zamknięty w nieuchronności przemijania, łatwo mogący osiągnąć stan samounicestwienia, czasem tylko dostrzegający przelotnie, przypadkiem, chwilowo sens i nadzieję, jakiś swój raj. Niezbyt doskonałe dziecko niezbyt doskonałej epoki, znajdujące się „dokładnie w środku cynicznej samozagłady”, w którego życiu „nie napotkałem jednoznacznych śladów tęsknoty za tym, co wieczne i wspaniałe, a jedynie na niezaprzeczalne dowody, że człowiekiem kieruje małostkowy instynkt chwilowego zaspokojenia”. Chce żyć, ale jednocześnie chce opuścić ziemię „świata pogrążonego w nudzie beznadziei”, „gdzie ciężar tego wszystkiego, co nieznośne, niemożliwe do wytrzymania, zimne, smutne, śmiertelne i pozbawione życia, zmusza do ucieczki, złapania walizki (…)”. Towarzyszy mu nieustanna „tęsknota, by nie tylko możliwie najdalej znaleźć się od tego, co teraz, ale trafić na miejsce obiecane, gdzie człowiek może wreszcie spokojnie odetchnąć, gdyż o to właśnie idzie, o chwilę wytchnienia, tego właśnie szuka człowiek w wytęsknionej dali, spokoju po niewypowiedzianie przytłaczającym, bolesnym i szalonym niepokoju, który go ogarnia, gdy tylko pomyśli o swojej sytuacji, o punkcie wyjścia, o bezgranicznie obcej ziemi, na której się znajduje i z której musi odejść (…)”. Można odejść, od wszystkiego można uciec, zostawić można „ciężar, nadzieję, oczarowanie i spokój (…) wszystko, co ukochane i bliskie, wszystko, co poruszało, porywało za sobą i uwznioślało”. I człowiek próbuje, chcąc wyjechać ze świata, „żeby tylko nie cztery razy i nie zawsze w lewo albo w prawo (…) nie cztery razy w tę samą stronę, bo wtedy już nie będzie ucieczki, wtedy wrócę tam, skąd przyszedłem”, a więc próbuje, próbuje, coraz bardziej przyspieszając, gubiąc się w prędkości (jak na skrzyżowaniu Nine Dragon Crossing),by nie musieć siebie usłyszeć: „Czy nikt nie rozumie, że po prostu nie potrzebujemy takiej szybkości?! – zaczekał chwilę, ale nikt mu nie odpowiedział (…) a w piekle Nine Dragon Crossing przestała trwać ludzka obecność, bo przecież dla człowieka nie było tam miejsca, bo człowiek nie miał tam czego szukać”. Ucieka od świata - ale ucieczka od samego siebie nie jest możliwa. Więc by siebie nie usłyszeć, poza prędkością powoduje też hałas, podczas gdy „jedynym racjonalnym zachowaniem jest milczeć”, co jest szczególnie ciężkie w świecie, który za pośrednictwem walki o uwagę czy treści szybkiej konsumpcji jest „ani nie mądry, ani nie sensowny, ani nie godny, smutno-melancholijny, a jednocześnie słodki jak miód, barwny i przekonujący (…)”. Czuć ponadto w powieści głęboki katastrofizm zagubienia w absurdzie istnienia: „[Człowiek] chce zapomnieć, że sam jest przyczyną swojej przegranej, i nie może nikogo o nią winić, ani obcej władzy, ani losu, dalekiej, złowieszczej ingerencji, sam jest sobie winien, że nie ma ani Boga, ani żadnej idei. Chce zapomnienia, bo nie potrafi z godnością znieść gorzkiej porażki, bo piekielny dym i piekielny alkohol wyżarły mu duszę, bo doprawdy tylko tyle, dym i tani alkohol pozostały z tęsknot niegdysiejszego metafizycznego wędrowcy do anielskiego imperium – brudny dym zamiast pragnień i wykręcający nos alkohol zamiast wprawiającego w szaleństwo napoju”. Autor uwalnia jednak od ciężaru katastrof człowieka, gdyż (1) dotykające człowieka katastrofy „nie oznaczają, że wszystko pędzi ku mrocznej, przypadkowej zagładzie, lecz to, że wszystko, katastrofa także, ma swoją krótką jak błysk konstrukcję – konstrukcję, która jest nie do pojęcia, niemierzalna, niepojęta i do szaleństwa skomplikowana (…)”, (2) „w obojętnej, piekielnej całości świata zaistniałych okoliczności zamiar składa się z całego uniwersum poprzedzających go przesłanek, bo składa się z zamiaru, bezwiednego wyboru czasu, składa się z tego, że kluczyk z trudem wchodził do stacyjki, że nie najpierw na trzecim, a potem na drugim, ale na drugim, a potem na trzecim biegu zjeżdżaliśmy… (…). Na czym więc się powinniśmy oprzeć? Może na założeniu, „że świat nigdy nie miał sensu, nigdy, w żadnej historycznej przeszłości, jedynie ludzie, z konieczności, wierzyli, że ma, my zaś doskonale wiemy, że świat jest dalece bezsensowny, a słowa, że świat i całość w dłuższej perspektywie zależą od losu i tym podobne, to puste dyrdymały, które najsłuszniej należałoby nazwać głupotami, bo nimi są, to wszystko jest głupotą i nie dlatego, że jest nieuchwytną abstrakcją, ale dlatego, że to tylko myślowe błędy, o tym mówimy, o nieporozumieniu, kiedy człowiek, któremu na krótko dane jest życie, zaczyna w te abstrakcje wierzyć, czasami w sposób bezpośredni, a czasami, widząc, jak się potwierdzają, rozkłada je przed sobą niczym dywan i mówi, proszę (…)” Buduje bowiem – przedstawiciel kolejnego mijającego pokolenia – „wieczne imperium wiedzy o faktach” – bazując na pojęciu tej pierwszej osoby – reprezentanta pierwszych pokoleń, która „zrozumiała, pojęła i przekazała tradycję”. A jednak – patrząc na sprawy z innej perspektywy – ta dzisiejsza osoba, dzisiejszy człowiek, „była w stanie na wypaczonej, choć niepojęcie głębokiej wiedzy zbudować zrozumiały dla ludzi świat, z którego nie można już domyślić się oryginalnych sformułowań i w którym nie ma już znaczenia, co było, co się zagubiło (…)”. Co więcej, „zamieniła na rozum błędnie pojmowane głębokie związki między rzeczami, jednocześnie zagadkowo ukrywając swoje nadal funkcjonujące narzędzia, i w ten sposób pozbawiła samą siebie nadającej kierunek siły prawdziwego rozumu, poległa od własnej broni, zniszczona pychą wiedzy, która nigdy nie była wiedzą, chyba, że wiedzą głupią (…) czym bezwzględnie musi być w jednocześnie istniejącej i rozpadającej się masie trylionów faktów.” „Każdy najdrobniejszy punkt oryginalnego rozumowania zamienił się w pełne nieporozumienie, każdy fragment zapisów jest pomyłką, każdy fragment komentarzy jest pomyłką, wyjaśnienia i uzupełnienia, objaśnienia i odwołania, wszystko to pomyłka, pomyłka i jeszcze raz pomyłka, a od szaleństwa cynizmu chroni nas jedynie to (…),że w każdym stworzonym, zatrzymanym w miejscu obrazie czujemy, że kiedyś powstała pierwotna myśl, że świat, kosmos, uniwersum, czyli coś i wszystko: w jakiś sposób, na wieki w sposób niewyobrażalny jednak istnieje – na krótką chwilę, niezależnie od tego, czym są te światy, kosmosy i uniwersum; po prostu trudno nie ulec przeświadczeniu, że we wszystkim i zawsze wyczuwalne jest istnienie nieuchwytnych i niepojętych faktów (…) ”. Jednocześnie, świat nie jest zupełnie nielogiczny i absurdalny, skoro „potrafię wyłączyć się ze świata, to umiem, a co dzieje się wokół mnie, bo przecież świat istnieje i pracuje na swój sposób racjonalnie, a ja potrafię się w danym momencie skupić na jego szczegółach, na przykład na dniu dzisiejszym (…) świat jest racjonalny, aczkolwiek patrząc na całość, jak i po co działa, tego już nie potrafię sensownie opisać”. Otaczający zaś człowieka ludzie są dokładnie tacy jak on, „podobnie jak on mają ciężkie walizki i takie same przygarbione plecy (…) wszystko na nich było podobne, a nawet nie tylko podobne, lecz identyczne”. Skazani na ten sam los. Analizie nie umyka też wzajemne ludzkie pożądanie („skandalicznie wyrafinowanej, szatańskiej zmysłowości”),którego „zwierzęca istota kryje się w opóźnianiu, w czekaniu, żeby tylko obiecywały ci to spojrzeniem (…),swoim wzrokiem to, na co tak polujesz (…) a jak macie dobry dzień i ich wzrok cię odnajdzie, a w dodatku coś obieca, że no teraz, no, teraz, może… gdyż opóźnianie jest istotą tej diabelskiej istoty, która trzyma cię w niewoli, i wszystkich mężczyzn (…)”. Jednocześnie – do malarza, który zrozumiał istotę tego, co zwraca uwagę – „ty ciągle chcesz malować tę następną chwilę, chwilę spełnienia obietnicy, by w ten sposób ją uchwycić, do czego z wielu przyczyn nie jesteś zdolny (…) w spełnionej obietnicy ginie to, co obiecano, spełniona obietnica to niszczy, usuwa to, co jest przedmiotem pragnienia, tym sposobem pragnienie ogranicza samo siebie, bardzo czegoś pragniesz i na tym koniec, bo pragnienie to nie jest rzeczywistość, można je co najwyżej odłożyć na później (…)”. Człowiek nie sprostał i nie dał rady nie tylko swoim pragnieniom i swej istocie, ale także duchowości, nie podołał świętości – „daremnie próbujemy zapomnieć o samych sobie i wyruszamy ku szlachetniejszemu celowi czy wyższej sile, wszystkie nasze starania skazane są na sromotną porażkę. (…) Daremnie chcemy, nie potrafimy, mówiąc o czymś, wyjść poza samych siebie, bo umiemy jedynie mówić o historii, o stanie człowieka, o nigdy niezmieniającej się jakości, która tylko dla nas jest intrygującym odniesieniem”. Nie zrozumiał także obecności Jezusa w świecie, „nie było nikogo, kto by to zrozumiał i utulił (…) nadać formę, nadać nową formę temu wstrząsającemu przesłaniu, nie zdawać się na tak zwane zrozumienie, nie polegać na łasce rozumu, który nie może zrobić nic więcej, jak tylko je zniszczyć, bo albo je dla siebie zatrzymał, albo wysłał do imperium wiary, wszystko jedno, którą z dróg wybrał, by zniszczyć przesłanie księcia (…)”. To, co pozostało, nasze odmienne rozumienia, „nie nadadzą się do tego, żeby pocieszyć nas w obliczu poniesionej straty, że nie ma już do niego powrotu”, a „ten, który mógłby coś powiedzieć, już wszystko powiedział, kiedyś, tylko że nikt nie pojął jego słów, że trzeba zapomnieć o rozumie i trzeba zapomnieć o znaczeniu (…)”. Stało się więc jasne, że człowiek jest niczym istota pozbawiona zdolności lotu – ptak, który prowadzi wyjątkowo tajemnicze życie; by uniknąć niebezpieczeństw podróży nie wzbija się w powietrze; obronny nawyk pozostawania na ziemi prowadzi go do utraty zdolności lotu i wymusza tryb życia w ukryciu, by nie stać się ofiarą drapieżników; zmusza do szczególnej ostrożności i nieufności; zamienia nieufność w doskonałe narzędzie obrony. Dla niektórych taka istota budzi zachwyt – dla innych jest nieumiejącym latać ptakiem. Jego głównym dążeniem życia, elementem naturalnie wykształconej ciekawości, stało się jednak wrażliwe kierowanie się ku istocie świata, „ukrytej i znikającej za gęstą mgłą smutku” – gdzie „każdy ruch, każdy zamiar, by tej istoty dosięgnąć, powoduje, że człowieka ogarnia smutek…”. „To właśnie zniszczyło moje życie i niszczy je do dziś (…) na niego polowałem (…) jak bardzo słaby na bardzo silnego”. Smutek to najbardziej tajemnicza skłonność, by zmierzać ku istocie tego świata. Wykładowca z eseju Krasznahorkaia wyróżnia jego trzy źródła: (1) niepohamowane użalanie się nad samym sobą bez najmniejszego powodu, (2) przejście w muzyce z tonacji durowej w tonację moll, (3) najdłużej trwający i najgłębszy smutek bierze się zaś z miłości. Mimo to, człowiek szuka, „no bo taki jest przecież porządek rzeczy, że po wcześniejszych doświadczeniach i odnoszonych w ich wyniku strasznych ranach ludzki duch, wznosząc się ponad rezygnację z doczesności, ma dość pogrążonego w nudzie beznadziei świata, ulatuje ponad niego i w końcu go opuszcza, nazywając sekretną, nierozpoznaną, tajemniczą wielkość przedmiotu swoich duchowych wyborów wszechświatem albo bogiem wszechświata. Po czym – smutne, co też muszę powiedzieć: oczywiście – nie odnajduje szczęścia, gdyż jego uwaga cały czas skupiona jest na nim samym i jako podmiot zawsze pozostaje więźniem własnego bezpieczeństwa. Nie ciekawi go wszechświat, lecz jego szczególne miejsce w tym wszechświecie, nie bóg wszechświata, ale to, jaka jest szansa, że zostanie wybrańcem, słowem przedmiot stanie się świętym, ale boleśnie niewykonalnym zadaniem, podczas gdy godny byt przedmiotu, waga uwagi – w przeciwieństwie do wagi i godności podmiotu tej uwagi – ciągle istnieje i zawsze będzie istnieć.” Szuka jednak punktu zaczepienia, pozostając w miejscu, „w którym najważniejsze byłoby, abym jakoś odnalazł drobne radości i w zasadach regulujących funkcjonowanie ludzkiego świata odkrył jednoznaczne ślady tęsknoty za tym, co wspaniałe i wieczne, czyli za jakimś szerzej rozumianym bytem”. Zostaje mu punkt nadziei, „gdzie zamknięci w cudownie wąskim kącie ludzkiego postrzegania, pod koniec drogi pełnej duchowej udręki spostrzegamy, że poza tą cudowną ciasnotą nic nas tam nie trzyma, nic, ani istnienie, nawet istnienie, jedynie obietnica, że kiedyś w samej głębi piękna rozpadającego się krajobrazu dostrzeżemy to coś, co dotyczy nas samych”. A świat trwa. Nie pocieszając i nie dając nadziei. Nie wskazując na cel ani sens istnienia. Krasznahorkai to istny geniusz prowadzenia słów, wykorzystania tekstu, tworzenia praktycznie samoreprodukującej się kreatywnie i spójnej z myślą przewodnią narracji. Długie zdania prawie bez kropek, meandrujące obrazowo naokoło stanu współczesnego ducha – czy jest coś trudniejszego dla współczesnego ducha?
Miłosz Kozikowski - awatar Miłosz Kozikowski
ocenił na78 dni temu
Takie urywki Bianca Bellová
Takie urywki
Bianca Bellová
Nie jestem pewien, czy „Takie urywki” to po prostu kolejna książka na waszej półce. Czytając ją, odnosiłem wrażenie, że to trochę taki literacki odpowiednik sytuacji, w której ktoś w autobusie zaczyna mówić coś bardzo osobistego, po czym wysiada trzy przystanki później, zostawiając cię z niedokończoną historią. Bianca Bellová najwyraźniej uznała, że fabuła jest przereklamowana, a sens najlepiej działa w dawkach homeopatycznych. I konsekwentnie trzyma się tej decyzji. Mamy tu zbiór osiemnastu tekstów, które robią dokładnie to, czego nie wypada robić w porządnej narracji. Co mam tu na myśli? Ano to, że wchodzą w środek i wychodzą bez pożegnania. Nie ma tu klasycznej fabuły, bo Bellová nie opowiada historii. Ona je podsłuchuje. Albo raczej stoi obok, notuje kilka szczegółów, a resztę zostawia w powietrzu. Jakby chciała powiedzieć – dalszy ciąg czytelniku dopowiesz sobie sam. Bohaterowie pojawiają się na moment i znikają. Syn, który przez całe życie potrzebuje jednego spojrzenia ojca i dostaje je w najgorszym możliwym momencie. Dziadek próbujący ogarnąć czternastoletniego wnuka z depresją, nie bardzo wiedząc, czy lepiej milczeć, czy mówić cokolwiek. Dziewczyna, która reanimuje topielicę, choć od początku wiadomo, że to nic nie da. Profesor w pociągu, który zapomina walizki i przy okazji przypomina sobie największą życiową zdradę. Żadnych fajerwerków. Same drobiazgi. Małe momenty, które w normalnym życiu uznalibyśmy za nieistotne. To właśnie one u Bellovej nagle zaczynają ważyć. Autorka „Jeziora” ma ten talent (albo tę bezczelność),żeby brać sytuacje absolutnie zwyczajne i nie robić z nimi nic wartego wzmiankowania. Nie podkręca emocji, nie tłumaczy, nie moralizuje. Zostawia bohaterów dokładnie tam, gdzie są. Czasami w niezręczności, innym razem w napięciu, praktycznie zawsze w niedopowiedzeniu. I w mojej opinii ta metoda działa naprawdę dobrze. Życie przecież rzadko daje puenty. Jest w tych tekstach sporo mroku, ale dla mnie na pierwszy plan wysuwa się humor. Nie taki wiecie, że boki zrywać, ale czarny, suchy, czasem absurdalny. Za wzorowy przykład niech uchodzi randka z Tindera, która kończy się wizytą policji. Brzmi jak żart, dopóki nie przestaje nim być. Opowiadanie o ćmie balansuje gdzieś między kafkowskim niepokojem a zwyczajnym ludzkim strachem przed tym, czego nie potrafimy nazwać. Śmiejesz się krótko, po czym orientujesz się, że ten mechanizm był raczej odruchem obronnym. Autorka interesuje się relacjami, ale bez sentymentalizmu. Rodzina nie jest tu ani bezpiecznym azylem, ani wyłącznie źródłem traumy. To raczej pole napięć, które nie znikają wraz z wiekiem. Więzi trwają nawet wtedy, gdy są zerwane. A może zwłaszcza wtedy. Język Bellovej jest lapidarny, precyzyjny, wyczyszczony z ozdobników. Każde zdanie zdaje się ważyć dokładnie tyle, ile trzeba. Ani grama więcej. Autorka ufa pauzie, zawieszeniu, ciszy między akapitami. Styl dopasowuje się do bohaterów, ich sposobu myślenia, ich ograniczeń. Mimo wielości postaci i sytuacji, zbiór układa się w spójną opowieść o ludzkim doświadczeniu. To nie jest książka, w której cokolwiek się rozwiązuje. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych historii kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym coś zaczyna uwierać. Bellová najwyraźniej lubi zostawiać bohaterów i czytelników w zawieszeniu. Zresztą nie powinno to dziwić osoby znające jej poprzednie powieści. „Takie urywki” najlepiej działają wtedy, gdy czyta się je powoli. Po jednym. Z przerwą. Z chwilą ciszy po tekście. Czytane ciurkiem potrafią się zlewać w jeden nastrój. Trochę melancholijny, lekko duszny, nie do końca komfortowy. Nie wszystko z tego zbioru zostanie ze mną na długo. Zresztą Bellová chyba wcale tego nie chce. Zostaną obrazy, zdania, jakieś drobne uczucia, które wrócą znienacka przy myciu naczyń albo w tramwaju. Jak te rozmowy z autobusu, których nigdy nie powinniśmy byli słyszeć, a jednak słyszeliśmy. To literatura z tej samej półki co „Manchester by the Sea”. Nikt nie krzyczy. Nikt nie wygrywa. Każdy robi, co potrafi. Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2026/01/recenzja-takie-urywki-bianca-bellova.html
Melancholia codzienności - awatar Melancholia codzienności
ocenił na73 miesiące temu

Cytaty z książki Dzwon nie bije nikomu

Więcej

Dopóki ludzie nie nauczą się wypróżniać i kopulować publicznie, nie będą ani porządnymi dzikusami, ani osobami dostatecznie nowoczesnymi.

Dopóki ludzie nie nauczą się wypróżniać i kopulować publicznie, nie będą ani porządnymi dzikusami, ani osobami dostatecznie nowoczesnymi.

Charles Bukowski Dzwon nie bije nikomu Zobacz więcej

To nie śmierć nas boli, ale starzenie się, starzenie... pomarszczone dłonie, pomarszczona twarz... Chryste, nawet mój tyłek jest pomarszczony! Chryste, Chryste, starość; nienawidzę jej, nienawidzę.

To nie śmierć nas boli, ale starzenie się, starzenie... pomarszczone dłonie, pomarszczona twarz... Chryste, nawet mój tyłek jest pomarszczon...

Rozwiń
Charles Bukowski Dzwon nie bije nikomu Zobacz więcej
Więcej