-
Artykuły
Czytamy w weekend. 17 kwietnia 2026
LubimyCzytać313 -
Artykuły
"Malarz" Piotra Chomczyńskiego - mamy dla Was 30 egzemplarzy książki
LubimyCzytać4 -
Artykuły
Wiosenne porządki w księgarni Matras. Setki hitów już od 5 złotych!
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Jak dobrze znasz Katarzynę Bondę? Alfabet pisarki.
LubimyCzytać12
Biblioteczka
2026-03-25
2026-02-22
"Obłok Magellana" to jedna z kilku książek, które Lem pragnął po latach pogrzebać; powodów miał ku temu sporo, ale dla czytelnika zapalonego, by poznać cały kontekst jego twórczości, zarówno "Obłok Magellana", jak i "Astronauci", "Człowiek z Marsa", oraz trylogia "Czas nieutracony", stanowią cenne artefakty, z których dużo można się dowiedzieć. Lekcja pierwsza i najważniejsza jest taka, że wbrew domniemanemu geniuszowi, Lem nie urodził się perfekcyjny; musiał napisać wpierw kilka książek miałkich, których przeznaczeniem było szybko i paskudnie się zestarzeć, by później dopiero wspiąć się na szczyty literatury science fiction. "Obłok Magellana" jest więc poniekąd wprawką pisarską, ale bardziej ambitną i bardziej interesującą - moim zdaniem - niż "Astronauci". Najgorsze wady wytknął już "Obłokowi" profesor Jarzębski w posłowiu: dydaktyczny smrodek, wysokie zagęszczenie nieznośnych sentencji. Wprawdzie nie umiem dostrzec w stylu Lema rzekomych wpływów Rilkego, bo zwyczajnie go nie czytałem, ale widzę tu zalążki przyszłych powieści, takich jak "Niezwyciężony", a zwłaszcza "Fiasko". "Obłok" jest niesamowicie nierówny; dobre sceny sąsiadują to z kiepskimi, błyskotliwe pomysły z paskudnie postarzałymi, ciekawe przemyślenia z idealistycznymi głupotami. Dzięki temu powieść nie wydała mi się jednak nudna, przeciwnie - pożarłem ją łapczywie, zafascynowany zarówno tym co dobre, jak i tym co kiepskie. Najważniejsze, co pozostaje mi napisać, to że jestem wdzięczny za "Obłok Magellana". Był stopniem, po którym Lem wspiął się ku świetlanej przyszłości, i nie zasługuje na całkowite zapomnienie.
"Obłok Magellana" to jedna z kilku książek, które Lem pragnął po latach pogrzebać; powodów miał ku temu sporo, ale dla czytelnika zapalonego, by poznać cały kontekst jego twórczości, zarówno "Obłok Magellana", jak i "Astronauci", "Człowiek z Marsa", oraz trylogia "Czas nieutracony", stanowią cenne artefakty, z których dużo można się dowiedzieć. Lekcja pierwsza i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-20
"Intermezzo" jest moim zdaniem dobrą demonstracją umiejętności Sally Rooney; nikt nie pisze o problemach dobrze wyglądających białych Europejczyków tak jak ona. I mówię to z odrobiną sarkazmu, bo szczerze uważam, że jej zdolność do czytelnego i realistycznego przedstawiania całej gamy ludzkich emocji jest naprawdę imponująca. W "Intermezzo" mamy dwie główne linie fabularne, skupiające się wokół dwóch braci, ich nienormatywnych związków i burzliwych relacji rodzinnych. Przez pierwszą połowę książki zdecydowanie lepiej czytało mi się wątek Ivana, podczas gdy rozdziały poświęcone Peterowi wlokły się nieco. W drugiej połowie nastąpił zwrot o 180 stopni i to ta druga nitka stała się nagle bardziej interesująca. Doceniam ostrożny nonkonformizm tej powieści, choć momentami chciałbym czegoś bardziej agresywnego. To powiedziawszy, "Intermezzo" było momentami niekomfortowo prawdziwe, co należy czytać jako pochwałę; ale było też powolne i wyczerpujące, i w efekcie czytałem je z przerwami przez pół roku, jeśli nie więcej. Mimo to, patrząc wstecz, nazwałbym je drugą po "Normalnych ludziach" najlepszą książką Rooney.
"Intermezzo" jest moim zdaniem dobrą demonstracją umiejętności Sally Rooney; nikt nie pisze o problemach dobrze wyglądających białych Europejczyków tak jak ona. I mówię to z odrobiną sarkazmu, bo szczerze uważam, że jej zdolność do czytelnego i realistycznego przedstawiania całej gamy ludzkich emocji jest naprawdę imponująca. W "Intermezzo" mamy dwie główne linie fabularne,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-11-11
Trzecia odsłona siedmiotomowego cyklu to chyba dobry moment, by zacząć formułować ogólne przemyślenia o szkielecie narracyjnym całości fabuły, prawda? Jedyne, co przychodzi mi do głowy po lekturze "Ziemi jałowych", to wyjątkowo znielubiony przeze mnie frazes: podróż liczy się bardziej niż cel. Na tym etapie tytułowa Mroczna Wieża jest w najlepszym razie tylko prowizorycznie nakreśloną linią mety. W żaden sposób mnie do niej nie ciągnie; jest mi obojętne, czy King mnie w końcu do niej zaprowadzi czy nie. W najgorszym razie zaś, Wieża jest nawet nie tyle stacją końcową tej podróży, co pytaniem, i to niewłaściwie zadanym (patrz: słynne pytanie o życie, kosmos i wszystko inne w "Autostopem przez galaktykę" Douglasa Adamsa). Mógłbym się spierać o to, czy cel nadaje kształt podróży, i czy podróż bez celu może rzeczywiście być taka ciekawa, ale nie potrzeba tym razem wchodzić w dyskusje filozoficzne; mam silne uczucie, że nawet gdyby "Ziemie jałowe" mogły się pochwalić jasnymi stawkami i zrozumiałymi motywacjami, podróż Rolanda i jego ekipy wciąż wydawałaby mi się bałaganiarska i nieciekawa. Większość wydarzeń w Mrocznej Wieży ma miejsce dlatego, że tak miało być; postaci wiedzą o rzeczach dlatego, że po prostu wiedzą; czytelnika zniechęca się do samodzielnego myślenia i zadawania pytań; wszystko podszyte jest dziwacznym narracyjnym determinizmem, jakby to King próbował przekonać samego siebie, że tak jest, tak ma być, i zawsze tak było. A jednak wyraźnie czuć, że fabułę kleci na bieżąco i bez przemyślanego planu. Nie wątpię, że dla Kinga podróż rzeczywiście liczy się bardziej niż cel; to tłumaczyłoby jego reputację twórcy licznych rozczarowujących zakończeń.
Trzecia odsłona siedmiotomowego cyklu to chyba dobry moment, by zacząć formułować ogólne przemyślenia o szkielecie narracyjnym całości fabuły, prawda? Jedyne, co przychodzi mi do głowy po lekturze "Ziemi jałowych", to wyjątkowo znielubiony przeze mnie frazes: podróż liczy się bardziej niż cel. Na tym etapie tytułowa Mroczna Wieża jest w najlepszym razie tylko prowizorycznie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-09-09
"Na Zachodzie bez zmian" jest dokładnie taką książką, jaką powinno być. Jest może więcej sposobów, by opisać koszmar wojny z perspektywy szeregowca na linii frontu, ale pewnie ani jednego bardziej efektywnego. Nie jest to dzieło skomplikowane, bo nie ma miejsca na narracyjne wygibasy, gdy pisze się o śmierci na taką skalę. To powieść, która musiała powstać; powieść, której można używać jak wytrycha w dyskursie o dowolnym konflikcie zbrojnym. Remarque dorósł do oczekiwań.
"Na Zachodzie bez zmian" jest dokładnie taką książką, jaką powinno być. Jest może więcej sposobów, by opisać koszmar wojny z perspektywy szeregowca na linii frontu, ale pewnie ani jednego bardziej efektywnego. Nie jest to dzieło skomplikowane, bo nie ma miejsca na narracyjne wygibasy, gdy pisze się o śmierci na taką skalę. To powieść, która musiała powstać; powieść, której...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-08-20
To jedna z tych książek, które może i nie zmienią niczyjego życia, może i naginają czasami granice prawdopodobieństwa, ale nawet taki zblazowany i wybredny czytelnik jak ja przeczyta je z czystą przyjemnością. Najjaśniejszym punktem warsztatu Uketsu jest konstrukcja fabuły; choć jego język jest prosty i funkcjonalny, narracja zaplanowana jest misternie i z dbałością o szczegóły. Uketsu dzieli opowieść na pozornie niepowiązane segmenty, tym samym każąc czytelnikowi nie tylko szukać rozwiązania zagadki, ale i wynajdywać wspólne wątki. "Dziwne obrazki" są lekturą lekką i przyjemną, ale potrafią zaskoczyć brutalną sceną albo przejmująco smutnym wydarzeniem - te momenty są jak dobrze wycelowane pociski, bo przy tak skromnej objętości, w książce skupionej przede wszystkim na wartej akcji, nie powinny w zasadzie robić na czytelniku wrażenia... a jednak!
To jedna z tych książek, które może i nie zmienią niczyjego życia, może i naginają czasami granice prawdopodobieństwa, ale nawet taki zblazowany i wybredny czytelnik jak ja przeczyta je z czystą przyjemnością. Najjaśniejszym punktem warsztatu Uketsu jest konstrukcja fabuły; choć jego język jest prosty i funkcjonalny, narracja zaplanowana jest misternie i z dbałością o...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-07-18
Pod względem tematu i metody twórczej "Vanishing World" nie różni się wiele od wydanych w tym roku po polsku "Ziemian", czy jakiś czas temu przetłumaczonego na angielski zbioru "Life Ceremony". Sayaka Murata jest autorką konsekwentną i poniekąd każda jej książka poświęcona jest podobnym zagadnieniom - w tym wypadku skupia się na obecności seksu w kulturze i tym, jak zmiany społeczne wpływają na jego postrzeganie. Tradycyjnie już naszą postacią jest kobieta, która nie czuje się w swoim świecie zupełnie jak w domu. Wraz z nią patrzymy na ten świat obcymi oczami, wnosząc do niego swoje przekonania i przyzwyczajenia, i przeglądamy się w nim jak w lustrze. Ale tym razem nie wypada to najlepiej. "Vanishing World" jest książką starszą niż poprzednie wydane na zachodzie powieści Muraty, i w porównaniu sprawia wrażenie przymiarki literackiej. Przyczyn tego niewypału widzę kilka: pierwsza połowa książki jest powtarzalna i wolna; druga połowa z kolei wydaje się przeczyć charakteryzacji głównej bohaterki, którą Murata nakreśliła do tej pory; wreszcie, zakończenie popada w nieprzekonujące, płytkie shock value. Trudno polecić "Vanishing World" komukolwiek poza osobami, które czytały już "Dziewczynę z konbini", "Ziemian" i "Life Ceremony", i chcą koniecznie się dowiedzieć, jak wyglądała wcześniejsza twórczość Muraty - ale nawet ci czytelnicy powinni moim zdaniem czuć się ostrzeżeni.
Pod względem tematu i metody twórczej "Vanishing World" nie różni się wiele od wydanych w tym roku po polsku "Ziemian", czy jakiś czas temu przetłumaczonego na angielski zbioru "Life Ceremony". Sayaka Murata jest autorką konsekwentną i poniekąd każda jej książka poświęcona jest podobnym zagadnieniom - w tym wypadku skupia się na obecności seksu w kulturze i tym, jak zmiany...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-05-30
"Ludzka przystań" łączy w sobie mrowie rozmaitych wątków, które tworzą jednolitą całość tylko w takim sensie, w jakim kilka wzajemnie się znających jednostek tworzy grupę; każda z tych osób ma swój własny świat, ale jeśli wystarczająco długo razem przebywają i łączy je dość wspólnych elementów, ostatecznie możemy zacząć je postrzegać jako część tego samego zbioru. Ma to tym bardziej sens, że sercem "Ludzkiej przystani" są postaci, napisane przez Lindqvista z empatią i dbałością o psychologiczne prawdopodobieństwo (którą tylko raz czy dwa nagina dla dobra fabuły). Dwa główne tematy tej opowieści, gdyby tak wysupłać ją ze wszystkich ozdobników i położyć pod lupą, to relacja człowieka z przyrodą i odrzucenie poza nawias społeczności - czyli w zasadzie horrorowa klasyka. I w porządku - ludzkość od tysiącleci opowiada sobie w różnej formie te same historie, więc jedyne czego mogę sobie życzyć, to żeby jak najczęściej były opowiadane tak kompetentnie, jak robi to Lindqvist.
"Ludzka przystań" łączy w sobie mrowie rozmaitych wątków, które tworzą jednolitą całość tylko w takim sensie, w jakim kilka wzajemnie się znających jednostek tworzy grupę; każda z tych osób ma swój własny świat, ale jeśli wystarczająco długo razem przebywają i łączy je dość wspólnych elementów, ostatecznie możemy zacząć je postrzegać jako część tego samego zbioru. Ma to tym...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-04-28
Jako koneser niewiarygodnych narratorów, "Hańbę" czytałem z dużym zainteresowaniem, ale i narastającym dyskomfortem. David Lurie jest, jak mówi jego była żona, bardzo dobry w oszukiwaniu samego siebie. To wykładowca zajmujący się komunikacją społeczną, który nie umie jednać sobie ludzi. To intelektualista, którego inteligencja emocjonalna reprezentuje dramatycznie niski poziom. Wiedząc, że całą książkę będę musiał spędzić w jego głowie, martwiłem się, że Coetzee zrobi z "Hańby" klasyczną narrację o odkupieniu; i trochę tak się dzieje, ale obywa się przynajmniej bez klepania po plecach. Interesujące są postaci drugoplanowe i interesujące jest, że Coetzee czyni je drugoplanowymi –zakrawa to na niesprawiedliwość, oddać głos tylko Luriemu i nikomu więcej – a jednak jest w tym metoda. "Hańba" to powieść całkiem tematycznie obfita mimo relatywnie skromnej objętości. Frapujące tematy przewijają się tu także w tle i na uboczu; taka choćby transformacja Republiki Południowej Afryki po upadku apartheidu nie jest w centrum uwagi, ale jednocześnie przenika tkankę fabuły na wskroś, pozwalając snuć dodatkowe konteksty dla zdarzeń i postaci. Nie jestem "Hańbą" zachwycony, ale rozumiem przynajmniej zachwyty innych.
Jako koneser niewiarygodnych narratorów, "Hańbę" czytałem z dużym zainteresowaniem, ale i narastającym dyskomfortem. David Lurie jest, jak mówi jego była żona, bardzo dobry w oszukiwaniu samego siebie. To wykładowca zajmujący się komunikacją społeczną, który nie umie jednać sobie ludzi. To intelektualista, którego inteligencja emocjonalna reprezentuje dramatycznie niski...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-03-29
"Demon z samotnej wyspy" jest równie rozrywkowy, co frustrujący. Pierwsza połowa zapowiada przyzwoity staroszkolny kryminał przygodowy. Druga połowa, a zwłaszcza finał, obróciły jednak moje nadzieje w proch. Pojawiają się błędy logiczne, motywacje postaci robią się karykaturalne, a intryga zamiast gęstnieć, rzednieje. To nie koniec problemów. Nie chcę się rozwlekać nad tym, jak powieść licząca sobie sto lat okazuje się zawierać niedzisiejsze poglądy - tego należało się, przynajmniej do pewnego stopnia, spodziewać. Nie mówię tu już nawet o tym, jak Ranpo traktuje postać Michio Moroty; tłumacz poświęca kilkanaście stron temu problemowi i kontekstowi, w jakim należy go czytać. Bardziej drażni mnie ekstremalnie nieprzyjazne przedstawienie niepełnosprawności fizycznych, które Ranpo zwyczajnie tu demonizuje, tylko okazjonalnie pozwalając sobie na krzynę empatii. Utożsamianie brzydoty ze złem i piękna z dobrem uważam za jeden z najżałośniejszych toposów, jakie znaleźć można w dreszczowcu. O ile zbiór "Gąsienica" pokazywał Ranpo z najlepszej strony, o tyle "Demon" raczej nie przysłuży się jego reputacji w Polsce.
"Demon z samotnej wyspy" jest równie rozrywkowy, co frustrujący. Pierwsza połowa zapowiada przyzwoity staroszkolny kryminał przygodowy. Druga połowa, a zwłaszcza finał, obróciły jednak moje nadzieje w proch. Pojawiają się błędy logiczne, motywacje postaci robią się karykaturalne, a intryga zamiast gęstnieć, rzednieje. To nie koniec problemów. Nie chcę się rozwlekać nad tym,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-02-27
"Rama II" to w najlepszym razie przeciętna książka: nie wnosi wiele nowego do oryginału, ani nie jest najlepiej napisana. Nie jest też jednak tragiczna, jak chcieliby niektórzy z miłośników Clarke'a. Prawdę mówiąc, mam dużo sympatii dla Lee, który jako rzemieślnik odpowiedzialny za większość czarnej roboty, zbiera od lat baty za niski poziom sequeli "Ramy". Otóż czytałem sequele "Odysei kosmicznej 2001", które Clarke napisał bez niczyjej pomocy, i w porównaniu z nimi "Rama II" jawi mi się jako arcydzieło. Po pierwsze, zawiera odrobinę intrygi kryminalnej, nawet jeśli porzuca ją w połowie, by nigdy do niej nie powrócić. Po drugie, posiada postaci. Może i tylko proste archetypy, ale da się chociaż je odróżnić od siebie nawzajem. Po trzecie, ma wyraźne stawki. Samo to sprawia, że jestem wdzięczny za udział Lee; po samym Clarke'u nie spodziewałbym się bowiem niczego lepszego, przynajmniej nie na tym etapie jego kariery.
"Rama II" to w najlepszym razie przeciętna książka: nie wnosi wiele nowego do oryginału, ani nie jest najlepiej napisana. Nie jest też jednak tragiczna, jak chcieliby niektórzy z miłośników Clarke'a. Prawdę mówiąc, mam dużo sympatii dla Lee, który jako rzemieślnik odpowiedzialny za większość czarnej roboty, zbiera od lat baty za niski poziom sequeli "Ramy". Otóż czytałem...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-02-13
"Secret History" to addendum, epilog, i w pewnym sensie odautorksi fanfik do trylogii "Mistborn". Nerdowskie instynkty Sandersona ujawniają się tutaj w całej krasie: na przestrzeni skromnej minipowieści podejmuje się spięcia w całość swojego wielotomowego uniwersum. Na swój sposób jest to fascynujący zabieg, bo "Secret History" zupełnie nie działa jako samodzielna powieść, nie działa nawet jako sequel, ale świetnie się sprawdza jako przerośnięty przypis. Nie da się za dużo o tej książce napisać bez wdawania się w spojlery, więc fabułę zmilczę. Powiem jednak, że jej lektura jest niekompletna bez znajomości innych serii Sandersona, tak samo jak zapewne lektura tychże serii jest niekompletna bez znajomości "Secret History". Trochę to straszne, i nie wiem czy zachęca mnie do dalszego wikłania się w to monstrualne uniwersum. Ale z drugiej strony, Sanderson jak zwykle wygrywa swoim gładkim stylem i umiejętnością pisania sympatycznych postaci, toteż ostatecznie trudno się gniewać.
"Secret History" to addendum, epilog, i w pewnym sensie odautorksi fanfik do trylogii "Mistborn". Nerdowskie instynkty Sandersona ujawniają się tutaj w całej krasie: na przestrzeni skromnej minipowieści podejmuje się spięcia w całość swojego wielotomowego uniwersum. Na swój sposób jest to fascynujący zabieg, bo "Secret History" zupełnie nie działa jako samodzielna powieść,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-02-08
Z prozą Kang zapoznałem się przed Noblem raczej przelotnie. Czytałem parę lat temu "Wegetariankę" i byłem nią pozytywnie zaskoczony: o ile pamięć mnie nie zawodzi, to dobrze napisana, emocjonalnie prawdziwa powieść o przemocy i traumie. Dramat opisany w tej książce był uniwersalny; dramat opisany w "Białej elegii" budzi zaś we mnie wielkie wątpliwości. Problemy z "Wegetarianki" powinny być bliskie większości czytelników; centralny problem "Białej elegii" wydaje mi się czymś, o czym może się zadumać pisarka z nadmiarem wolnego czasu na wyjeździe zagranicznym, a co zwykłemu człowiekowi może wydać się nieco naciągane. Nie mówię, że refleksja nad zmarłym przedwcześnie dzieckiem, którego nawet nie miało się okazji zobaczyć, jest mi całkiem obca. Ale jako szkielet podtrzymujący ponad sto stron mdłych anegdot i opisów z kolorem białym w roli głównej - moim zdaniem po prostu nie działa. Z tego powodu całość wydała mi się płytka jak wydmuszka. To powiedziawszy, jestem czytelnikiem odpornym na uroki poezji i ulotne impresje. Spodziewam się więc, że gdzieś na drugim końcu czytelniczego spektrum znajdą się osoby, którym "Biała elegia" da coś, czego ja od niej dostać nie mogę.
Z prozą Kang zapoznałem się przed Noblem raczej przelotnie. Czytałem parę lat temu "Wegetariankę" i byłem nią pozytywnie zaskoczony: o ile pamięć mnie nie zawodzi, to dobrze napisana, emocjonalnie prawdziwa powieść o przemocy i traumie. Dramat opisany w tej książce był uniwersalny; dramat opisany w "Białej elegii" budzi zaś we mnie wielkie wątpliwości. Problemy z...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-01-30
Jako osoba obsesyjnie oddana swoim zainteresowaniom, znalazłem w "Idolu w ogniu" kawałek siebie. Nie wypłynęła z tego żadna głęboka introspekcja, bo nie jest to książka skomplikowana ani odkrywcza, nawet jeśli zawarte w niej zwięzłe studium osobowości może zaskoczyć niektórych czytelników. Za to poczułem się w trakcie lektury jednocześnie niekomfortowo, i trochę jak w domu. Jest to powieść jak przelotna rozmowa w podróży - póki trwa, budzi silne uczucia, ale nie tęskni się potem do niej, ani jej nie wspomina.
Jako osoba obsesyjnie oddana swoim zainteresowaniom, znalazłem w "Idolu w ogniu" kawałek siebie. Nie wypłynęła z tego żadna głęboka introspekcja, bo nie jest to książka skomplikowana ani odkrywcza, nawet jeśli zawarte w niej zwięzłe studium osobowości może zaskoczyć niektórych czytelników. Za to poczułem się w trakcie lektury jednocześnie niekomfortowo, i trochę jak w domu....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-01-24
Nie wiem na ile niepopularna jest opinia, że tom pierwszy "Mrocznej Wieży", "Roland", to komicznie zła książka. Zajęło mi aż trzy lektury tego pierwszego tomu (który jest litościwie krótki) i kilkanaście lat (!), zanim wreszcie zmotywowałem się do kontynuowania serii. King mówi, że dopiero w "Powołaniu trójki" cykl skręcił na właściwą drogę. Niestety, według mnie jedyne na co trafił to fabularna mielizna. King wciąż miga się od przedstawienia czytelnikowi jasnych stawek. Mroczna Wieża jest na tym etapie zaledwie McGuffinem: popycha fabułę do przodu, pewnie, ale nic o niej nie wiadomo. Zapewne powinienem być zaintrygowany, ale nie jestem. "Powołanie trójki" jest bardziej typową powieścią Kinga niż "Roland", ale też znacznie bardziej przeciętną; czyta się może płynniej, ale jest mniej interesująca. Rewolwerowiec odrobił pracę domową, bo wie, że przed wyruszeniem w podróż należy zebrać drużynę - i o tym jest cała powieść. Drużyna składa się z postaci absurdalnych, niewiarygodnych psychologicznie, i nieszczególnie lubialnych, co z jednej strony źle wróży kolejnym tomom, ale z drugiej strony budzi moje zainteresowanie. Co King zamierza zrobić z tym bałaganem? Dokąd potoczy się dalej ta pokraczna fabuła? Mam nadzieję, że zabranie się za trzeci tom pójdzie mi nieco szybciej, bo inaczej nie poznam zakończenia w tym życiu.
Nie wiem na ile niepopularna jest opinia, że tom pierwszy "Mrocznej Wieży", "Roland", to komicznie zła książka. Zajęło mi aż trzy lektury tego pierwszego tomu (który jest litościwie krótki) i kilkanaście lat (!), zanim wreszcie zmotywowałem się do kontynuowania serii. King mówi, że dopiero w "Powołaniu trójki" cykl skręcił na właściwą drogę. Niestety, według mnie jedyne na...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-12-09
"Rozdroże kruków" to bardzo nieskomplikowana książka. Główny wątek dałoby się streścić w dwóch, trzech zdaniach, a gdyby pominąć nazwiska bohaterów i sztafaż gatunkowy, brzmiałoby to jak streszczenie bardzo typowego westernu albo powieści sensacyjnej. Nie trzyma poziomu wczesnych opowiadań z cyklu o wiedźminie, bo jest trochę rozwodnione i brak tu przewrotnego zakończenia. Nie ma tu skomplikowanej intrygi na miarę pięcioksiągu. Ale za to jest styl Sapkowskiego, i powiem bez ogródek - sam ten styl sprawia, że książkę zasługującą na 6/10 czyta się jak taką, której można by spokojnie dać 9/10. Dopiero patrząc z perspektywy mogę pokręcić noskiem i powytykać nowemu tomowi różne - mniejsze lub większe - wady. Nie będę wspominał "Rozdroża kruków" przez długie lata i fabuła może mi wywietrzeć z głowy, bo zwyczajnie nie jest to powieść odkrywcza. Ale jeśli Sapkowski napisze - jak zapowiada - jeszcze jeden tom, będę na niego czekał z wywieszonym jęzorem.
"Rozdroże kruków" to bardzo nieskomplikowana książka. Główny wątek dałoby się streścić w dwóch, trzech zdaniach, a gdyby pominąć nazwiska bohaterów i sztafaż gatunkowy, brzmiałoby to jak streszczenie bardzo typowego westernu albo powieści sensacyjnej. Nie trzyma poziomu wczesnych opowiadań z cyklu o wiedźminie, bo jest trochę rozwodnione i brak tu przewrotnego zakończenia....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-12-08
"The Hero of Ages" jest godnym domknięciem trylogii, które z bardzo subiektywnych powodów nie podobało mi się tak, jak by mogło. Nie mogę jednak winić Sandersona, że uległ pokusie epickiego rozmachu, bo cała fantastyka nieustannie zachłystuje się swoją skalą. Toteż w DNA "The Hero of Ages" znaleźć można wpływ tolkienowskiej wojny totalnej, którą obserwujemy oczami wybrańców losu: cesarza i superbohaterki. Czytając, tęskniłem za przyziemnością i zrozumiałymi ludzkimi motywacjami, bez kosmicznych stawek, bez wyzierającego zza horyzontu końca świata. To w zasadzie jedyna poważna krytyka, jaką mogę przeciwko "The Hero of Ages" wytoczyć. Mógłbym może snobować się, że to już wszystko było, że nie ma tu nic ponad przyzwoitą rzemieślniczą robotę, ale nie mam zamiaru, bo są to rzeczy, za które Sandersona szanuję.
"The Hero of Ages" jest godnym domknięciem trylogii, które z bardzo subiektywnych powodów nie podobało mi się tak, jak by mogło. Nie mogę jednak winić Sandersona, że uległ pokusie epickiego rozmachu, bo cała fantastyka nieustannie zachłystuje się swoją skalą. Toteż w DNA "The Hero of Ages" znaleźć można wpływ tolkienowskiej wojny totalnej, którą obserwujemy oczami wybrańców...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-10-27
Najbliżej "Przeklętemu królikowi" do literatury grozy, ale docelową publicznością z pewnością nie są miłośnicy horrorów. Opowiadania Chung zawierają elementy suspensu, groteski i historii obyczajowej; niektóre napisane są jak bajki, bądź potencjalnie nawiązują do nieznanych mi koreańskich tekstów kultury. Żadne z nich mnie nie porwało, chociaż niektóre były akurat na tyle intrygujące, bym mógł polecić "Przeklętego królika" jako lekką i przystępną lekturę na Halloween. Nie wydaje mi się, by opowiadania łączyła jakaś szczególnie ważka myśl przewodnia, choć sama autorka wskazuje w posłowiu na samotność jako centralny motyw. Nie oponuję, choć temat to tak obszerny, że nie stanowi szczególnie ciekawego klucza interpretacyjnego. Teksty są przynajmniej na tyle otwarte, że zostawiają miejsce dla indywidualnej interpretacji - zakładając że teksty Chung w ogóle trafią w wasze gusta. Można spróbować, ale cudów nie obiecuję.
Najbliżej "Przeklętemu królikowi" do literatury grozy, ale docelową publicznością z pewnością nie są miłośnicy horrorów. Opowiadania Chung zawierają elementy suspensu, groteski i historii obyczajowej; niektóre napisane są jak bajki, bądź potencjalnie nawiązują do nieznanych mi koreańskich tekstów kultury. Żadne z nich mnie nie porwało, chociaż niektóre były akurat na tyle...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-09-24
"Czarna chmura" była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem: choć od strony literackiej jest sucha i pozbawiona pretensji artystycznych, opowiada historię bardzo intrygującą, a na swoje czasy zapewne także dość oryginalną. Nie zdradzając zbyt wiele, zaczyna się jak klasyczna powieść katastroficzna, w której niezidentyfikowany obiekt zbliża się do Ziemi, ale nieco później skręci w zupełnie innym kierunku. Hoyle ma oko do szczegółów i bierze pod uwagę ludzką naturę i psychologię: dlatego w świecie "Czarnej chmury" wiele zależy od impulsywności polityków, nieuważności opinii publicznej i arogancji naukowców. Choć literacka sprawność Hoyle'a pozostawia wiele do życzenia, udaje mu się nakreślić zaskakująco dużo przyzwoitych postaci. Oczywiście najlepiej wyszedł mu Kingsley, pewnie dlatego, że wzorowany był na nim samym. Moim faworytem był jednak Parkinson, cyniczny polityk, człowiek o właściwym czasie we właściwym miejscu. I choć "Czarna chmura" idzie czasami na skróty i nie dorasta pod wieloma względami do twórczości Lema albo Strugackich, to jednak wydaje mi się, że na tle współczesnych jej pisarzy amerykańskich - zwłaszcza Clarke'a i Asimova - wypada bardzo dobrze.
"Czarna chmura" była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem: choć od strony literackiej jest sucha i pozbawiona pretensji artystycznych, opowiada historię bardzo intrygującą, a na swoje czasy zapewne także dość oryginalną. Nie zdradzając zbyt wiele, zaczyna się jak klasyczna powieść katastroficzna, w której niezidentyfikowany obiekt zbliża się do Ziemi, ale nieco później skręci w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-08-31
"Wielkość urojona" pochodzi z roku 1973 - umościła sobie miejsce gdzieś między "Głosem Pana" a "Katarem", dwoma powieściami, których w porównaniu nie nazwałbym ciężkimi lekturami; ale w pewnym sensie stanowi też zapowiedź Lema lat 80-tych, który - znudzony tradycyjnymi formami literackimi - da się już całkiem pochłonąć afabularnym eksperymentom i porzuci tradycyjną fikcję na rzecz eseistyki oraz innych form, które pozwolą mu wyrażać myśli w bardziej bezpośredni sposób, jednocześnie alienując wielu czytelników ze względu na rosnącą nieprzystępność. Niemniej pomysł na "Wielkość urojoną", czyli pisanie wstępów do nieistniejących książek, jest fenomenalny. Zdarzyło mi się kiedyś kupić w antykwariacie stare wydania "Wojny światów" Wellsa i "Pikniku na skraju drogi" Strugackich tylko po to, by zdobyć wersje z przedmowami Lema, i nie byłem rozczarowany, mogę więc z całym przekonaniem powiedzieć, że pisał on fantastyczne wstępy do książek rzeczywiście istniejących. Ale co z fikcyjnymi? Tu jest trochę gorzej, bo koncept ten służy Lemowi także do pójścia na skróty. Może w ten sposób napisać zarys pomysłu bez rozwijania go; może zaprezentować myśl, nie ubierając jej w fabułę; może podzielić się ideą, która nie pasowała do żadnej z powieści ani opowiadań. Efekt jest intrygujący, ale mało angażujący. Ostatecznie najbardziej z całego tomu podoba mi się, o ironio, wstęp - ten, w którym Lem natrząsa się z własnego pomysłu i szuka mu miejsca w krajobrazie sztuki nowoczesnej. Za największą wadę wskazałbym fakt, że Lem nie stara się nawet pisać głosami innymi niż swój; choć pod wstępami podpisani są fikcyjni ludzie o różnych specjalnościach i pochodzący - jak podejrzewam - z różnych czasów, każdy z nich pisze po prostu jak Lem. Koniec końców jestem "Wielkością urojoną" trochę rozczarowany, ale jest to jednak pozycja jedyna w swoim rodzaju, więc polecałbym zainteresowanym zapoznać się z nią niezależnie od opinii innych czytelników.
"Wielkość urojona" pochodzi z roku 1973 - umościła sobie miejsce gdzieś między "Głosem Pana" a "Katarem", dwoma powieściami, których w porównaniu nie nazwałbym ciężkimi lekturami; ale w pewnym sensie stanowi też zapowiedź Lema lat 80-tych, który - znudzony tradycyjnymi formami literackimi - da się już całkiem pochłonąć afabularnym eksperymentom i porzuci tradycyjną fikcję...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
"Dziwne obrazki" czytałem pierwsze, i choć jest to książka pod wieloma względami lepiej przemyślana, to "Strange Houses" broni się moim zdaniem samym pomysłem. Początek i rozwinięcie są może lepsze od zakończenia, które wymaga bardzo, bardzo dużo zawiaszenia niewiary; ale nie mam Uketsu do zarzucenia wiele więcej. To kryminał z elementem grozy, w tradycji Edogawy Ranpo, i to całkiem dobry.
"Dziwne obrazki" czytałem pierwsze, i choć jest to książka pod wieloma względami lepiej przemyślana, to "Strange Houses" broni się moim zdaniem samym pomysłem. Początek i rozwinięcie są może lepsze od zakończenia, które wymaga bardzo, bardzo dużo zawiaszenia niewiary; ale nie mam Uketsu do zarzucenia wiele więcej. To kryminał z elementem grozy, w tradycji Edogawy Ranpo, i...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to