-
Artykuły
Wielkanocna chwila odpoczynku z literaturą – okazje na ebooki do -95% i ranking top tytułów
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nie żyje Wiesław Myśliwski. Autor „Kamienia na kamieniu” i „Traktatu o łuskaniu fasoli” miał 94 lata
LubimyCzytać43 -
Artykuły
Zaczęłam od tajemnicy. Reszta przyszła sama - rozmowa z Małgorzatą Rogalą
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać444
Biblioteczka
Dawno tak bardzo nie żałowałam przeczytania jakiejś książki. Zawód jest o tyle dotkliwszy, że „Dom nad błękitnym morzem” naprawdę pokochałam, ale przez katorgę, jaką okazało się czytanie kontynuacji, na tom pierwszy również nie jestem w stanie spojrzeć tymi samymi oczami.
Problem z „Gdzieś za morzem” jest jeden i to bardzo zasadniczy: nie da się stworzyć dobrej, kompletnej historii, jeżeli jedyną motywacją autora jest bycie „anty-kimś”. W tym przypadku autor wprost pisze w podziękowaniach, że chce zostać zapamiętany jako „anty J.K. Rowling” i to bardzo czuć w całej książce. Czuć, że nie powstała ona z realnej potrzeby dopowiedzenia dalszych losów bohaterów, a jedynie jako forma sprzeciwu wobec poglądów autorki „Harry’ego Pottera”.
I okej, jestem w stanie to zrozumieć. Sama nie popieram poziomu nienawiści, jaki prezentuje sobą Rowling, ale byłoby miło, gdyby ktoś uświadomił autorowi, że pisząc książkę, którą później sprzedaje czytelnikom, jest przede wszystkim nośnikiem historii, a nie poglądów. Jeżeli sprzedaje fabularyzowaną powieść, a nie esej przeciw transfobii, to, poza epatowaniem własnymi przekonaniami, jego książka musi mieć angażującą fabułę.
No i tutaj T.J. Klune poległ na całej linii. Historia jest zrzynką pierwszej części, którą dałoby się zmieścić na 100 stronach. Dlaczego więc ma ich aż 500? Ponieważ brak wydarzeń autor przeplata wzniosłymi elaboratami o szkodliwości nienawiści i jej przyczynach. I okej, są to treści wartościowe, ale warto zauważyć jedną ważną rzecz: nawet na Goodreads książka wpisana jest w gatunek Adult, a autor ewidentnie traktuje odbiorcę jak średnio rozgarniętego pięciolatka. Tak, autorze, zrozumiałam, że nienawiść jest zła. Ba, zrozumiałam to nawet zanim włożyłeś dziesiąty monolog na ten temat w usta bohatera, bo wynika to z samej fabuły. Dorosły czytelnik potrafi czytać między wierszami i wyciągać wnioski z przesłania książki. A jeżeli, jak w tym przypadku, jest ono niemal opisane neonem, bo autor ewidentnie wątpi w moją domyślność, książka zaczyna odnosić skutek wprost przeciwny.
Jest we mnie dużo goryczy na myśl o tej historii, bo odczuwam ją jako kompletnie stracony potencjał. Naprawdę chciałam ją pokochać- bohaterowie są ciekawi i chętnie poczytałabym o nich więcej, ale błagam, niech to będzie fabuła, która ma realny sens i nie zrzyna wydarzeń z pierwszego tomu. Autor tak bardzo zakręcił się w nienawiści do J.K. Rowling, że nie spojrzał obiektywnie na własny tekst. I nie wyszło to tej książce na dobre. Bo poglądy Rowling są, jakie są, ale przynajmniej potrafiła stworzyć kompletną i angażującą historię, w której najważniejsza jest akcja, a nie pouczanie. T.J. Klune osiągnął efekt wprost przeciwny.
Teraz chyba pięć razy przemyślę sięganie po kolejne historie jego autorstwa.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Muza.
Dawno tak bardzo nie żałowałam przeczytania jakiejś książki. Zawód jest o tyle dotkliwszy, że „Dom nad błękitnym morzem” naprawdę pokochałam, ale przez katorgę, jaką okazało się czytanie kontynuacji, na tom pierwszy również nie jestem w stanie spojrzeć tymi samymi oczami.
Problem z „Gdzieś za morzem” jest jeden i to bardzo zasadniczy: nie da się stworzyć dobrej, kompletnej...
Książka Angeli Węckiej przyciągnęła mnie poruszaną tematyką. Mam wrażenie, że opis trudnych starań o dziecko nie pojawia się, szczególnie w polskiej literaturze, zbyt często, a taki głos od osoby, która, jak sama przyznaje, również się z tym mierzy, jest niesamowicie wartościowy.
Powieść odsłania przed nami historie trzech różnych kobiet, które los lub przypadek łączy w kawiarni obok kliniki leczenia niepłodności. Każda z nich niesie ze sobą inny ciężar. Daria próbuje odnaleźć swoje życie na nowo po tragicznej śmierci partnera i jednocześnie zdecydować, czy mimo jego nieobecności będzie w stanie podjąć się macierzyństwa. Amelia musi robić dobrą minę podczas filmików swojego męża influencera, choć w środku pochłania ją niepewność i obawa o sukces zabiegu in vitro. Kasia natomiast powoli godzi się z faktem, że w jej przypadku na macierzyństwo może być już za późno. Kobiety postanawiają założyć szczególne miejsce- Klub Jednej Kreski, który w atmosferze kobiecej przyjaźni i wsparcia pozwala im uzewnętrznić obawy i odnaleźć pocieszenie.
Bardzo cenię styl pisania Angeli. Nie jest infantylny, co, niestety, bywa częstą przypadłością wśród polskich pisarek obyczajowych. Z odpowiednią dozą empatii i wrażliwości opisuje naprawdę trudne życiowe wybory i zakręty. Decyduje się poruszyć wiele trudnych tematów: starania o dziecko, problemy w związku, które mogą z nich wynikać, żałoby. Szczególnie ten ostatni temat mnie poruszył, bo autorka przykłada do niego niesamowitą uwagę. Nie jest tak, że pustka po stracie swojego ukochanego znika w Darii pod wpływem wydarzeń z książki, bądź że wątek ten zostaje zapomniany, co często zdarza się autorom. Tutaj żałoba napływa do niej falami, ukazując, ze strata będzie towarzyszyć człowiekowi zawsze, należy po prostu nauczyć się z nią żyć.
Równie wiarygodnie wypadają wątki dotyczące starań o ciążę. Autorka prezentuje różne perspektywy, dzięki czemu łatwiej zrozumieć, jak złożony i emocjonalnie trudny to temat.
Nie jest to jednak książka pozbawiona wad. Momentami trudno było mi zrozumieć zachowanie Kaśki. Mam wrażenie, że portret jej i jej męża został nieco zbyt powierzchownie zarysowany, szczególnie na początku. Dodatkowo dostrzegłam jeden błąd natury prawnej (bez wchodzenia w szczegóły: polskie prawo wyklucza możliwość zwolnienia kobiety w ciąży, o czym szefowa HR powinna doskonale wiedzieć). Są to jednak drobne mankamenty na tle naprawdę poruszającej historii.
Gorąco polecam sięgnięcie po tę książkę. Myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, niezależnie od tego, czy stara się o dziecko, już je ma, czy też nie planuje macierzyństwa. Każdy odnajdzie się wśród tych bohaterek, bo książka mimo trudnych tematów, otula ciepłem i wsparciem wynikającym z kobiecej jedności i solidarności w tak trudnych okolicznościach.
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl
Książka Angeli Węckiej przyciągnęła mnie poruszaną tematyką. Mam wrażenie, że opis trudnych starań o dziecko nie pojawia się, szczególnie w polskiej literaturze, zbyt często, a taki głos od osoby, która, jak sama przyznaje, również się z tym mierzy, jest niesamowicie wartościowy.
Powieść odsłania przed nami historie trzech różnych kobiet, które los lub przypadek łączy w...
Jestem prostą osobą. Kiedy widzę obietnicę mitologicznego retellingu, od razu dodaję książkę do mojego TBRu. Nie inaczej było z „Hiacyntem”, szczególnie znając zakończenie oryginalnego mitu. Byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób autorka podejdzie do tematu, czy zakończy historię w ten sam sposób i jakie będą okoliczności tego zdarzenia. Czy książka ostatecznie spełniła moje oczekiwania?
W świecie, gdzie bogowie greccy przemieszczają się wśród śmiertelników, swoje miejsce próbuje odnaleźć Hiacynt. Czuje, ze nie nadaje się do pracy w rodzinnej korporacji, a jego związek z bóstwem wiatru- Zefirem staje się bardziej ograniczeniem niż drogą do wolności. W trakcie tego życiowego rozdarcia wybiera się na wystawę do lokalnej galerii sztuki, gdzie na żywo poznaje Apollona- greckiego boga artystów. Od początku czują do siebie nieodparte przyciąganie. Nie wiedzą jednak, że początek ich romansu może przynieść konsekwencje, a raz zraniona duma szybko nie zapomina.
Myślę, że słowem najlepiej oddającym moje odczucia po skończeniu jest niedosyt. Bo historia miała wielki potencjał. Osadzenie bogów greckich we współczesnym świecie, ukazanie, jak dzięki swojej niebywałej fortunie mogą wpływać na losy śmiertelników, opisanie, w jakiej dziedzinie najlepiej się odnaleźli to naprawdę ciekawe zagadnienia. Mam jednak nieodparte wrażenie, ze autorka poświęciła im zbyt mało uwagi, skupiając się przede wszystkim na romansie i perypetiach głównych bohaterów. Brakowało mi nawet opisu życia Apollona w kontekście różnych wydarzeń historycznych, co pomogłoby lepiej ukazać jego charakter.
Te duże braki w światotwórstwie dość mocno mi przeszkadzały, szczególnie że po skończeniu dalej nie wiem, jak dokładnie bogowie funkcjonują na ziemi. Czy wszyscy śmiertelnicy wiedzą o ich istnieniu? A jeżeli tak, dlaczego obchodzą Boże Narodzenie? Dlaczego Hiacynt w pewnym momencie mówi „O Jezu”? Przecież to najbardziej osadzone w chrześcijaństwie wyrażenie, więc totalnie niezrozumiałe w kontekście systemu wierzeń, w którym umieszcza nas autorka.
Lekkie rozczarowanie tym aspektem rekompensuje jednak styl pisania. Jest naprawdę piękny i poetycki. Perypetie bohaterów co jakiś czas przerywane są głębszymi przemyśleniami na temat sztuki czy miłości, a te stwierdzenia nie są pretensjonalne i płytkie, tylko rzeczywiście dające do myślenia. No i epilog. Zasługuje na dodatkowe wyróżnienie, bo bardzo podobała mi się koncepcja, jaką przyjęła na niego autorka. Kto czytał, ten wie, a pozostałym polecam się przekonać, bo nie chcę zdradzać zbyt dużo z obawy przed spojlerami.
Wątek romantyczny początkowo pozostawił mnie bez większych emocji, a wręcz ze swego rodzaju rozczarowaniem, bo rozpoczął się zdecydowanie za szybko. Im dłużej jednak myślałam nad tym zagadnieniem, tym bardziej zaczynałam rozumieć jego zasadność. Autorka konsekwentnie kreuje postać Apollona jako bardzo uduchowionego, ale i roztrzepanego boga i do jego charakterystyki pasuje takie natychmiastowe zauroczenie. Nie ukrywam jednak, że mogła lepiej opisać, jaka iskra w Hiacyncie wzbudziła w dwóch bogach aż takie emocje, bo jak dla mnie był postacią dość nijaką. Ostatecznie jednak opisana przez autorkę miłość była piękna, bo skupiona na aspektach również duchowych, cielesność odgrywała tutaj poboczne znaczenie.
Ostatecznie „Hiacynt” nie trafi do moich ulubieńców, ale jednocześnie jestem w stanie dostrzec wiele aspektów, które mogą się podobać i które doceniam. Swoją książką Katarzyna Tkaczyk pokazała literacki kunszt, który z chęcią porównam z jej pozostałymi pozycjami. Gdyby książka została lepiej dopracowana, może też rozwinięta na więcej stron, byłaby naprawdę świetna.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Nyks.
Jestem prostą osobą. Kiedy widzę obietnicę mitologicznego retellingu, od razu dodaję książkę do mojego TBRu. Nie inaczej było z „Hiacyntem”, szczególnie znając zakończenie oryginalnego mitu. Byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób autorka podejdzie do tematu, czy zakończy historię w ten sam sposób i jakie będą okoliczności tego zdarzenia. Czy książka ostatecznie spełniła moje...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Rok temu „Five Broken Blades” Mai Corlnad zupełnie niespodziewanie podbiło moje serce i roczną topkę. Z niecierpliwością wyczekiwałam więc na kontynuację tej wspaniałej historii i nareszcie mogę trzymać ją w swoich rękach! Czy treść okazała się równie zachwycająca jak wydanie? I czy sprostała moim wymaganiom?
UWAGA, SPOJLERY DO TOMU PIERWSZEGO
Po wielkim odkryciu z pierwszego tomu bohaterowie wracają do punktu wyjścia. Muszą zjednoczyć się pomimo dzielących ich tajemnic we wspólnym celu, jakim jest dostanie się na audiencję do siostry Eyuna i kradzież jej magicznego pierścienia. Jak wykonać jednak tę misję, gdy między wszystkimi wyrósł mur nie do przekroczenia, zbudowany z zawiedzionych oczekiwań i wątpliwości co do lojalności? Misja wydaje się tym trudniejsza, że cały czas bohaterom towarzyszy przeczucie, że kryje się za tym więcej, niż mają przekazane. Na czym tak naprawdę zależy Joonowi?
Zachwyt od pierwszej strony poczułam przede wszystkim dzięki świetnemu wprowadzeniu autorki. Nie dość, że przypomina nam wszystkie istotne postacie, to jeszcze streszcza pokrótce wydarzenia z poprzedniej części, co bardzo ułatwia sprawę w przypadku, gdy lekturę skończyło się rok wcześniej. Dzięki temu płynnie przeszłam do bohaterów i szybko poczułam się, jakbym nigdy ich nie opuściła. Nie utracili charakterystycznej dla siebie dynamiki. Moje serce niezmiennie oddane jest Mikailowi, który jest chyba najbardziej kompleksowym bohaterem, a do tego niesamowicie inteligentnym. Podobnie Sora. Ich rozmowy były starciem dwóch silnych osobowości i nie wiem, komu kibicowałam mocniej. Aeri i Royo nie budzą we mnie aż tak entuzjastycznych emocji, bo są kalką dość popularnego motywu romantycznego w tego typu książkach, a Eyun wzbudza we mnie bardzo niejednoznaczne emocje, ale po częsxi jestem w stanie go zrozumieć. Wychowany w królewskiej bańce musi znaleźć balans pomiędzy wartościami, które mu wpajano, a cierpieniem zwykłych obywateli.
Akcja, podobnie jak w pierwszym tomie, pędzi na łeb na szyję. Tu nie ma miejsca na nudę czy zbędne opisy. Książkę czyta się błyskawicznie i z niegasnącym zaangażowaniem. Autorka co chwila raczy nas zabawnymi wstawkami czy zaskakującymi zwrotami akcji. No i niezmiennie muszę docenić polityczne intrygi, które w tym tomie również odgrywają znaczącą rolę.
Zakończenie ponownie pozostawia mnie z masą emocji i apetytem na więcej. Z niecierpliwością będę wyczekiwała kolejnego tomu. To niesamowite, jak autorka potrafi dozować napięcie.
„Four ruined realms” utrzymuje poziom tomu pierwszego. Nadal jednak poprzednik będzie w moim sercu wyżej ze względu na element zaskoczenia. Tutaj spodziewałam się dobrej rozrywki i również go otrzymałam.
Ta seria szturmem podbiła moje serce i szybko trafiła do rankingu najlepszych serii fantastycznych, jakie czytałam. Wszystko jest tu wyważone w idealnych proporcjach.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar.
Rok temu „Five Broken Blades” Mai Corlnad zupełnie niespodziewanie podbiło moje serce i roczną topkę. Z niecierpliwością wyczekiwałam więc na kontynuację tej wspaniałej historii i nareszcie mogę trzymać ją w swoich rękach! Czy treść okazała się równie zachwycająca jak wydanie? I czy sprostała moim wymaganiom?
UWAGA, SPOJLERY DO TOMU PIERWSZEGO
Po wielkim odkryciu z...
Kiedy po raz pierwszy wzięłam „Star Bringera” do ręki, byłam lekko przerażona. Prawie 700 stron historii wyglądało imponująco, ale jednocześnie zastanawiałam się, czy autorkom uda się utrzymać stały poziom i tempo przez tak długi czas. Zwyciężyła jednak moja ciekawość i chęć poznania bliżej bohaterów.
A już sam opis bardzo mnie zachęcił.
Książka rozgrywa się w galaktyce, w której rządy sprawuje Imperium. Dba ono o dobrobyt Dziewięciu Planet, jednak niedługo może się to stać trudniejsze, niż dotychczas. Układowi Senestris grozi bowiem zagłada. Słońce stopniowo gaśnie, wypuszczając w przestrzeń niebezpieczne rozbłyski. Szansą na ratunek jest artefakt dawnej cywilizacji, na którego oficjalne poznanie zjeżdżają się przedstawiciele wszystkich planet Układu. Nie wszystko dzieje się jednak zgodnie z planem. Kiedy na Caelestis wybuchają pociski, grupa przypadkowych i różniących się od siebie bohaterów trafia na tajemniczy statek i wyrusza w niespodziewaną wyprawę, podczas której nie tylko zbliżą się do siebie, ale również odkryją tajemnice, które mogą podważyć porządek na wszystkich planetach.
Jedno muszę książce przyznać, nie ma w niej miejsca na nudę. Od pierwszej strony autorki wrzucają nas do bardzo rozbudowanego świata w sam środek intryg i akcji, dzięki czemu nasze zaangażowanie nie słabnie. Początek to jednocześnie dość spore wyzwanie, bo osadzenie bohaterów na różnych planetach i zrozumienie ich historii wymaga trochę czasu. W lekturze pomaga jednak lekkość stylu. Dla niektórych język powieści może być wręcz zbyt potoczny. Bo rzeczywiście, liczne przekleństwa i proste sformułowania nie mają w sobie dużo literackości, ale byłam w stanie uwierzyć, że młodzi dorośli mogą się ze sobą porozumiewać w taki sposób. A skoro o nich mowa, autorki zaserwowały nam wrażeń, tworząc wiele interesujących postaci. Na statku znajduje się ich aż 7 i ich interakcje zdecydowanie budują całą fabułę. Boli mnie jednak, że historię poznajemy tylko z 4 perspektyw i to jeszcze postaci najbardziej sztampowych.
Merrick czy Gage zdecydowanie bardziej mnie zaintrygowali i nie rozumiem, czemu autorki nie poświęciły im więcej czasu.
Perspektywy, które mamy są w zasadzie stworzone w jednym celu- by autorki mogły się skupić na tym, co ewidentnie lubią najbardziej, czyli wątku romantycznym. Mamy więc księżniczkę i najemnika, doskonale wpisujących się w schemat enemiem to losers oraz kapłankę i rebeliantkę, które zakochują się w sobie od pierwszego spojrzenia, przez co ich relacja wypadła nienaturalnie. I tak naprawdę na tym skupia się większa część fabuły. Autorki urozmaicają ją epickimi pościgami, wybuchami i tajemnicami, ale nie da się nie odczuć, że książka to typowe romantasy, osadzone jedynie w trochę innej scenerii. Jeden wątek związany z księżniczką Kaliną szczególnie przypadł mi do gustu i był to rozwój jej, jako postaci. Uważam że całkiem naturalnie wypadło jej zagubienie, gdy stopniowo odkrywała kłamstwa, którymi karmiona była przez całe życie.
W fabule dostrzegam pewne logiczne nieścisłości, jak chociażby fakt, że mieszkańcy całego Układu posługują się identycznym językiem, bez gwary czy specyficznego akcentu. Uważam to za bardzo nienaturalne, biorąc pod uwagę, że nawet ludzie na jednej planecie, ba, nawet w jednym kraju nie mówią dokładnie w ten sam sposób. Niestety, przez zbytnie skupienie na wątku romansowym, rozwój świata przedstawionego dość mocno ucierpiał.
Nie powiem jednak, że historia była zła. Bawiłam się na niej dobrze, nie odczuwałam zażenowania i śledziłam fabułę z zaciekawieniem. Uważam jednak, że pewne elementy wymagają jeszcze lepszego rozwinięcia, ale jest to pole do poprawy w kolejnych historiach.
Jeżeli lubicie sarkastycznych bohaterów, motyw grupki wyrzutków, jednoczących się w jednym celu, czy ogólnie gatunek romantasy, myślę, że może to być coś dla was.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Storylight.
Kiedy po raz pierwszy wzięłam „Star Bringera” do ręki, byłam lekko przerażona. Prawie 700 stron historii wyglądało imponująco, ale jednocześnie zastanawiałam się, czy autorkom uda się utrzymać stały poziom i tempo przez tak długi czas. Zwyciężyła jednak moja ciekawość i chęć poznania bliżej bohaterów.
A już sam opis bardzo mnie zachęcił.
Książka rozgrywa się w galaktyce, w...
„Dom astrologiczny” Carinn Jade zainteresował mnie, odkąd przeczytałam opis. Thriller polecany fanom Agathy Christie i „Na noże”. Książka, w której tajemnica miesza się z astrologią. Byłam ciekawa, jak autorka podejdzie do tej tematyki. Czy ostatecznie powieść spełniła moje oczekiwania?
Astrologiczne zacisze „Stars Harbor”. Miejsce, gdzie goście mogą spędzić czas w urokliwej scenerii, a jednocześnie uczestniczyć w przeróżnych aktywnościach powiązanych z astrologią oraz poznać swoje przeznaczenie zapisane w gwiazdach. To właśnie do tego miejsca przyjeżdża grupa 8 połączonych ze sobą osób. Każda ma inne oczekiwania w stosunku do nadchodzącego weekendu oraz znajduje się na rozdrożu. Margot mimo dwóch lat walki z bezpłodnością nadal nie traci nadziei i liczy, że astrolożka przyniesie jej ukojenie i wyczekiwane zapewnienie, Aimee chce odbudować wygasające uczucie łączące ją z mężem i dalej utwierdzać swoich instagramowych obserwatorów w przekonaniu o jej idealnym życiu, Adam próbuje łączyć powinność i uczucie, a Farah mierzy się z nowoodkrytą wiedzą o sobie. Wszystkich ich łączy Rini, właścicielka ośrodka, która ma własne plany na nadchodzący czas. Dlaczego zgromadziła wszystkich w tym miejscu? Jaki los czeka ich w ciągu nadchodzącego weekendu?
Jak na thriller, książka cierpi trochę na brak realnego napięcia. Większa jej część to bardziej obyczajówka, w której w tle przewija się wątek tajemnicy, której rozwiązanie okazało się dla mnie niesatysfakcjonujące. Część przewidziałam, a reszta wydarzeń była dla mnie bardzo naciągana.
Nie oznacza to, że cała historia okazała się dla mnie stratą czasu. Tak naprawdę najbardziej ciekawiły mnie wątki astrologiczne. Sama nie jestem bardzo zaznajomiona z tematem, ale muszę przyznać, że opisywane w książce kosmogramy były interesujące i zachęciły mnie do poczytania o tym trochę więcej. Na początku kilku pierwszych rozdziałów otrzymujemy również astrościągawki o każdej z postaci, co pozwoliło uporządkować sobie ich imiona i lepiej zorientować się w fabule, bo kiedy do jednej willi trafia aż ośmioro bohaterów, połapanie się w imionach i koligacjach między nimi może okazać się nielada wyzwaniem.
Jeżeli już o postaciach mowa, ich charaktery nie były szczególnie wyróżniające się. Do żadnej z postaci nie zapałałam bliższą sympatią, ale podobało mi się, że autorka za ich pomocą poruszyła naprawdę wiele trudnych społecznie tematów. Opisała, chociażby proces zmagania się z bezpłodnością i był to poruszający obraz.
Książkę czyta się szybko, więc nie miałam podczas lektury poczucia nudy. Po skończeniu nie czuję jednak satysfakcji. Myślę, że autorka powinna bardziej rozbudować tę historię, lepiej nakreślić bohaterów, może opisać więcej perspektyw, bo narrację pierwszoosobową ma jedynie 5 z 9 osób w fabule i brakuje mi również ich zdania. Nie zmienia to faktu, że „Dom astrologiczny” wspominać będę przyjemnie, szczególnie biorąc pod uwagę motywy, które zawierała.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar.
„Dom astrologiczny” Carinn Jade zainteresował mnie, odkąd przeczytałam opis. Thriller polecany fanom Agathy Christie i „Na noże”. Książka, w której tajemnica miesza się z astrologią. Byłam ciekawa, jak autorka podejdzie do tej tematyki. Czy ostatecznie powieść spełniła moje oczekiwania?
Astrologiczne zacisze „Stars Harbor”. Miejsce, gdzie goście mogą spędzić czas w...
„Wola wielu” to chyba obecnie najobszerniejsza książka na mojej biblioteczce. Nie ukrywam, że z pewną rezerwą podchodziłam do tych praktycznie 900 stron, bo zwykle wychodzę z założenia, że w historiach powyżej 500 stron autorzy często popadają w niepotrzebne dłużyzny. Po przeczytaniu mogę jednak przyznać, że nie doceniłam Islingtona. Stworzył absolutnie genialną opowieść, w której każde zdanie było potrzebne i angażujące.
Vis jest sierotą, a ze względu na swoje pochodzenie musi ukrywać się na ulicach Imperium Catenu. Środki do życia zapewnia mu uczestnictwo w walkach oraz służba więzienna. To właśnie podczas jednej z wart zostaje zauważony przez wysoko postawionego mężczyznę, który oferuje mu wyjątkową możliwość społecznego awansu i przeniknięcia w struktury elitarnej Cateńskiej Akademii, by odkryć, jakie ukryte motywy kierują tamtejszymi namiestnikami. Mordercze treningi ciała i umysłu staną się jego codziennością, ale nikt nie wie, że poza celami politycznymi, które naciskają go z zewnątrz, to również wewnętrzna chęć zemsty za dawne krzywdy kieruje jego kolejnymi krokami.
Niesamowite jest to, jak szybko książka podbiła moje serce. Tak naprawdę już pierwsze strony przekonały mnie, że będzie to lektura wyjątkowa, przede wszystkim ze względu na głównego bohatera. Dawno nie czytałam o tak charyzmatycznej i inteligentnej postaci. Jednocześnie nie są to jedynie cechy nadane przez autora. On aktywnie opisuje szkolenia i kształcenie się Visa, dzięki czemu stopniowo obserwujemy, jak staje się coraz lepszy. Pokochałam jego humor, spryt i doceniłam dzięki niemu pierwszoosobową narrację, bo mogłam spędzić z nim maksymalną ilość czasu. Nie mogę też nie wspomnieć o innej polubionej przeze mnie postaci- Callidusie. Również bohaterki kobiece okazały się bardzo intrygujące.
Oczywiście na docenienie zasługuje też zdecydowanie świat przedstawiony, który oparty jest na starożytnym Rzymie. System skonstruowany na podziałach i hierarchii społecznej, w której najwyższe warstwy pobierają Wolę od tych niższych rangą, a wszystko odbywa się przez proces dobrowolnego „cedowania”. Jest to naprawdę intrygujący element. Niezmiennie pozostaję też fanką elementów politycznych intryg i również w tym aspekcie moje serce zostało zaspokojone, bo gdy mamy do czynienia z taką strukturą, do tego podzieloną na frakcje Rządu, Armii i Religii, tarcia i próby siły są gwarantowane.
Książka zawiera wiele klasycznych motywów: radosnego ucznia i zgorzkniałej mentorki, nauki w elitarnej akademii i próby odnalezienia się w ustalonych przez innych uczniów strukturach, bezwzględne mocarstwo i buntowników. Całość jest jednak skonstruowana bardzo świeżo, dodatkowo co jakiś czas autor odkrywa kolejne karty, których totalnie bym się nie spodziewała. Przysięgam, że co kilka stron uśmiechałam się pod nosem, gdy na swoje miejsce wskakiwały kolejne puzzle w układance. Tak jak wspominałam, tutaj żadnej kartki nie uważałam za zmarnowaną, a wręcz żałowałam, że przybliżają mnie one do końca tej przygody.
Moja drobna uwaga dotyczy jedynie zakończenia, które niestety pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi i sama nie do końca wiem, czy prawidłowo zrozumiałam wszystkie rozwiązania. Do tego nie wybaczę, co autor zrobił jednemu z bohaterów.
Całość zapewniła mi jednak tyle rozrywki, wybuchów śmiechu, przygryzania paznokci z niepokoju i całkowitego odcięcia się od otaczającego świata, że mam wrażenie, że 5/5 gwiazdek to w przypadku tej historii za mało. Gorąco Wam ją polecam, a sama będę wypatrywać kolejnego tomu, jak również pozostałych książek tego autora. To jest Fantastyka przez duże F i mam ochotę wcisnąć ją każdemu fanowi gatunku.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.
„Wola wielu” to chyba obecnie najobszerniejsza książka na mojej biblioteczce. Nie ukrywam, że z pewną rezerwą podchodziłam do tych praktycznie 900 stron, bo zwykle wychodzę z założenia, że w historiach powyżej 500 stron autorzy często popadają w niepotrzebne dłużyzny. Po przeczytaniu mogę jednak przyznać, że nie doceniłam Islingtona. Stworzył absolutnie genialną opowieść, w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Premiera tej książki przeszła kompletnie bez echa i jest to nieodżałowana strata, bo uważam, że jest naprawdę wyjątkowa.
Napisana w latach 20. XX wieku nie traci na aktualności i dalej zachwyca stylem i nowojorskim klimatem. Autorka przenosi nas do tamtego czasu i z ogromną plastycznością oddaje codzienne życie mieszkańców w czasach prohibicji.
Główna bohaterka jest na wskroś nowoczesną kobietą i ma pełno wartościowych przemyśleń i obserwacji na temat otaczającego świata. Jedyną postacią, której nie mogłam znieść był jej były mąż i jestem zdziwiona, ze jego zachowania nie były adresowane w dalszej części książki, ale biorę poprawkę na czasy, w których była tworzona. Nie zabrakło tu również wzruszeń i humoru, a całość zyskuje po przeczytaniu posłowia i przedmowy, które osadzają historię trochę lepiej w samej biografii autorki.
Kiedy myślałam, że w 2025 roku planuję sięgać po więcej literatury pięknej, aby natrafiać na wartościowe pozycje, właśnie takie książki miałam w głowie. Na długo ją zapamiętam.
Premiera tej książki przeszła kompletnie bez echa i jest to nieodżałowana strata, bo uważam, że jest naprawdę wyjątkowa.
Napisana w latach 20. XX wieku nie traci na aktualności i dalej zachwyca stylem i nowojorskim klimatem. Autorka przenosi nas do tamtego czasu i z ogromną plastycznością oddaje codzienne życie mieszkańców w czasach prohibicji.
Główna bohaterka jest na...
W nowy rok wkroczyłam z książką, której przeczytanie zajęło mi rekordową ilość czasu, bo lekturę zaczęłam na początku grudnia. W czasie czytania miałam też kilka momentów zwątpienia, ale udało mi się dobrnąć do końca. I w zasadzie się z tego cieszę, bo moja opinia może być przez to wieloaspektowa. A w „Niech żyje zło” tych aspektów jest naprawdę dużo.
Rae choruje na postępującą chorobę nowotworową. Jest coraz słabsza, a jedyne promienie radości w wypełnione cierpieniem dni, wnosi wspólne czytanie z siostrą, która wprowadza ją do fantastycznego świata nad krawędzią- Eyam. W pewnym momencie dziewczyna otrzymuje możliwość przeniknięcia do tej historii, wcielając się w postać złoczyńczyni, skazanej na śmierć za swoje zdrady. Musi uniknąć stracenia i zdobyć Kwiat Życia i Śmierci, który w prawdziwym życiu ma moc ją ocalić. Czy dziewczyna osiągnie swój cel? A co, jeśli zmiana przeznaczenia jest niemożliwa?
Dawno na żadną premierę nie wyczekiwałam z taką niecierpliwością. Bohaterka, która ma okazję przeniknąć do świata z ulubionej książki? Wcielająca się w rolę złoczyńcy? Brzmi to lepiej niż dobrze. Z bólem serca muszę jednak stwierdzić, że powieść nie sprostała moim oczekiwaniom. Przede wszystkim jest okropnie przegadana. Ma ponad 500 stron tekstu pełnego długich opisów i rozwleczonych ekspozycji, co było poniekąd przyczyną mojej opieszałości w czytaniu, bo miejscami musiałam się zmuszać do dalszej lektury. Kolejnym minusem jest humor, który totalnie nie trafiał w moje gusta, bo jeśli kogo rzeczywiście śmieszą żarty z dużego biustu i nazywanie swoich piersi imionami bądź „złowieszczymi bliźniaczkami” to na pewno nie zaliczam się do tych osób.
Główna bohaterka jest jak dla mnie antypatyczną postacią. Nie byłam w stanie jej kibicować ani popierać motywów jej działania. Dodatkowo ani przez moment nie kwestionuje sytuacji, w jakiej się znalazła, a zaadaptowanie do dosłownych przenosin między światami przychodzi jej nad wyraz łatwo.
tyl pisania też mi się odpowiadał, bo poza wspomnianymi już wcześniej, wybitnie nieśmiesznymi żartami, autorka co parę stron wplata nam też niby odkrywcze zdania o złoczyńcach, które odbierałam bardziej jako dziecinne niż głębokie. Problemem jest też niestety korekta, a raczej jej widoczny brak w literówkach i złych konstrukcjach zdań.
Zakończenie pozostawia nas z ogromnym cliffhangerem, ale nie do końca mnie on przekonał, a znudzenie fabułą zniechęca mnie do kontynuowania przygody z tą serią.
Chcę jednak docenić kilka elementów, a głównym z nich jest relacja Mariusa i Kobry. To, ile między tymi postaciami było chemii, zasługuje na docenienie i nie raz miałam ochotę krzyknąć „Just kiss already”, bo to romantyczne napięcie między nimi było wyczuwalne. Bardzo zafascynowała mnie też postać Klucza, a sam świat przedstawiony ma duży potencjał, gdyby trafił w ręce kogoś zainteresowanego jego pogłębieniem.
Rok rozpoczynam więc rozczarowaniem, ale patrząc na opinie, zdaję sobie sprawę, że jestem w nim osamotniona, bo trafiam na same pozytywne recenzje tej pozycji. Nie zniechęcam was więc do lektury, bo pozycja znajduje swoich zwolenników, ale niestety nie znajdę się wśród nich.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Storylight.
W nowy rok wkroczyłam z książką, której przeczytanie zajęło mi rekordową ilość czasu, bo lekturę zaczęłam na początku grudnia. W czasie czytania miałam też kilka momentów zwątpienia, ale udało mi się dobrnąć do końca. I w zasadzie się z tego cieszę, bo moja opinia może być przez to wieloaspektowa. A w „Niech żyje zło” tych aspektów jest naprawdę dużo.
Rae choruje na...
Oh boy, to jedna z tych książek, gdzie przemyślenia wprost się ze mnie wylewają, ale jednocześnie nie wszystko może zostać wypowiedziane, bo albo są to spojlery, albo rzeczy, które mnie uwierały, ale jednocześnie trudno mi ubrać je w słowa.
Zacznijmy może jednak od początku. Aleksandrę Świderską bardzo lubię. "Burza" jej autorstwa trafiła do zestawienia najlepszych książek 2024. Kiedy więc zobaczyłam historię spod jej pióra dla nastolatków, poczułam się zaintrygowana. Jednak gdyby nie Marcin Franc jako lektor, chyba porzuciłabym czytanie w połowie.
Po pierwsze, czy ktoś może uświadomić Aleksandrę, że jeśli w dwóch zdaniach występuje ten sam podmiot, nie ma potrzeby jego ponownego zaznaczania? Dzięki temu uniknęłaby notorycznych powtórzeń określeń "sportowiec" czy nazwisk bohaterów jako synonimów, bo natężenie tych tekstów przekracza już nawet memiczne określenia jak "czarnooki" czy "brunet" w książkach z wattpada. Najgorsze, że w połowie przypadków jest to totalnie niepotrzebne, bo po przeredagowaniu, możnaby zwyczajnie wyciągnąć osobę mówiącą z kontekstu.
Bohaterowie zakochują się w sobie w mgnieniu oka. Autorka chciała nas ewidentnie uraczyć motywem enemies to lovers, ale w wersji tak okrojonej, że ani przez moment nie czułam realnego napięcia między postaciami. Ich okołoseksualne teksty były miejscami tak cringowe, że coś we mnie umierało. Dobrze, że książki słuchałam na spacerach, bo mogłam od razu rozchodzić tę niezręczność.
Nie wspominając już o dorosłych w tej książce, opiekunach Adriana i matce Michała, którzy zachowują się w sposób co najmniej wątpliwy. Nikt mnie nie przekona, że mówienie do kolegi swojego syna/bratanka, że jest mega przystojny i gdyby nie duża różnica wieku, to byłoby się nim zainteresowanym, jest normalne, a tutaj takie aluzje ze strony dorosłych padają zdecydowanie za często. Dodatkowo coś we mnie umarło, kiedy mama Michała zapytała:
"Co tu się odjaniepawla?".
Fabuła jak dla mnie ma też wiele nielogiczności, ale niestety nie mogę ich przytoczyć w uwagi na spojlery. Powiem tylko, że chodzi mi o rozwiązanie wątku ojca przemocowca i fakt, że wcześniej wszyscy przymykali oko na jego zachowania.
Autorka początkowo wprowadza nas do szkolnego świata, który może i był ciekawy, ale potem szybko wsadza bohaterów do domów z powodu zawieszenia i temat szkoły praktycznie już nie wraca. Postacie są zawieszone w próżni, nie kontaktują się ze znajomymi i w ogóle o nich nie wspominają.
Początkowo chciałam dać książce 3 gwiazdki, ale podczas pisania opinii odpalił mi się taki rage, że jednak zmieniam ocenę na 2,5. Przykro mi, że czytelniczy rok rozpoczęłam rozczarowaniem, ale też nie oznacza to, że skreślam autorkę całkowicie.
Po pierwsze, czekam mocno na "Suszę", bo myślę, że Aleksandra sprawdza się lepiej w historiach dla dojrzalszego czytelnika, z bardziej rozwiniętym wątkiem kryminalnym.
Po drugie, książka na jakiejś płaszczyźnie dostarczyła mi rozrywki, szybko się ją czytało i głęboko wierzę, że kolejna część może się okazać lepsza.
Mam tylko nadzieję, że autorka rzeczywiście weźmie sobie do serca uwagi wielu czytelników, których, tak jak mnie, męczą te nieszczęsne powtórzenia. "Sportowiec: już nigdy nie będzie mi się kojarzył tak samo.
Oh boy, to jedna z tych książek, gdzie przemyślenia wprost się ze mnie wylewają, ale jednocześnie nie wszystko może zostać wypowiedziane, bo albo są to spojlery, albo rzeczy, które mnie uwierały, ale jednocześnie trudno mi ubrać je w słowa.
Zacznijmy może jednak od początku. Aleksandrę Świderską bardzo lubię. "Burza" jej autorstwa trafiła do zestawienia najlepszych książek...
W ostatnim czasie skończyłam książkę, która niekoniecznie może wydawać się zgodna z moimi preferencjami, bo jest to poradnik. Zaciekawił mnie jednak poruszaną tematyką i pochodzeniem autorki, bo nie czytam dużo islandzkiej literatury, a mam to w planach. Czy ostatecznie znalazłam w tej pozycji coś dla siebie?
Innsaei to islandzkie określenie kryjące w sobie wiele znaczeń, głównie określa ono intuicję i „wewnętrzne morze”, które prowadzi nas przez życie. W swojej krótkiej, bo mającej około 200 stron pozycji, autorka przybliża nam głębię znaczeniową tego pojęcia oraz przekonuje, że ludzie zatracili połączenie ze swoim wnętrzem. Przytacza kilka budujących historii o osobach, które po zintegrowaniu ze swoją intuicją odmieniły swoje życie, a także proponuje praktyczne rozwiązania.
Książka podzielona jest na 5 głównych rozdziałów, poświęconych definicjom i krótkiemu przytoczeniu każdej ze składowych słowa innsaei. Jest przy tym napisana naprawdę lekkim językiem, więc jej lektura nie zajmie dużo czasu, jeśli zechcemy jedynie pobieżnie zapoznać się z treścią. Autorka proponuje nam jednak też inne rozwiązanie- jednoczesne prowadzenie dziennika, poświęconego przede wszystkim naszym obserwacjom rzeczywistości. Twierdzi, ze takie zapisywanie przemyśleń, które na bieżąco wpływają nam do głowy, pomoże zespoić się ze swoim wnętrzem. Dużo uwagi poświęca też ekologii i środowisku naturalnemu i temu, jak brak wewnętrznej równowagi i eksploatacja zasobów mają zgubne konsekwencje dla nas wszystkich. Odnosi to do współczesnego świata, w którym kreatywność i przeczucia są spychane na dalszy plan na poczet zdrowego rozsądku, mimo że obie półkule naszego mózgu powinny być równie pielęgnowane.
Przekazane przez nią prawdy uważam za wartościowe i rzeczywiście z wieloma rzeczami trudno się nie zgodzić. Dla zachowania spokoju i harmonii niezbędne jest dbanie zarówno o zdrowie fizyczne, jak i psychiczne i zespolenie swojego ciała i ducha. Książka jest jednak typowym tworem dla początkujących, więc ostatecznie nie powiem, że znalazłam w niej wiele odkrywczych prawd. Z większości rzeczy zdawałam sobie sprawę już wcześniej. Dodatkowo autorka ma tendencję do powtórzeń, wiec, mimo że sama książka i tak jest już krótka, to samej esencji jest w niej może połowa, pozostała część to non stop powtarzane te same myśli i historie. Trochę przypominało to długą szkolną rozprawkę pod tezę, bo rzeczywiście miała wstęp, kilka przydługich argumentów i lania wody, a następnie powtórzenie dokładnie tego samego w zakończeniu.
Nie oznacza to jednak, że uważam książkę za złą, czy niewartą waszej uwagi. Jeśli pragniecie zapoznać się z pojęciem i zyskać kilka cennych wskazówek, polecam wam zainteresować się książką, a zdobytą wiedzę możecie potem przekuć w dalsze poszukiwania. Jest to dobry poradnik na początek, a przedstawione tam prawdy są warte wdrożenia w rzeczywistość.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Insignis.
W ostatnim czasie skończyłam książkę, która niekoniecznie może wydawać się zgodna z moimi preferencjami, bo jest to poradnik. Zaciekawił mnie jednak poruszaną tematyką i pochodzeniem autorki, bo nie czytam dużo islandzkiej literatury, a mam to w planach. Czy ostatecznie znalazłam w tej pozycji coś dla siebie?
Innsaei to islandzkie określenie kryjące w sobie wiele znaczeń,...
„Cudowna światłość” była jedną z pozycji, na której polską premierę czekałam dobrych kilka lat. Ogromnie ucieszyłam się, więc kiedy zobaczyłam, że wreszcie doczekała się pięknego wydania u nas i z przyjemnością zabrałam się za lekturę. Czy sprostała moim wysokim oczekiwaniom?
Splotem nieplanowanych wypadków, całkowicie pozbawiony magii i wiedzy o niej Robin, otrzymuje posadę asystenta w departamencie ministerstwa, odpowiadającego za tuszowanie i wykrywanie spraw związanych z istnieniem magii. Tak poznaje Edwina i szybko wplątuje się w intrygę na zdecydowanie większą skalę. Okazuje się, że grozi mu poważne niebezpieczeństwo, kiedy grupa obcych mężczyzn żąda od niego informacji na temat tajemniczego przedmiotu, który odnalazł jego poprzednik. Robin i Edwin łączą więc siły, aby odkryć tajemnicę, przy okazji zbliżając się do siebie bardziej, niż początkowo byli skłonni przypuszczać.
Już od pierwszych stron czuć, że nie jest to fantastyka dla początkujących. Autorka umieszcza nas w samym środku akcji i nie ukrywam, że przez pierwszych 100 stron czułam zagubienie i musiałam mocno skupić się, żeby zrozumieć relacje między bohaterami, ich mnogość i zależności, a także system magiczny. Sytuacji nie ułatwiał styl pisania, który był bardzo kwiecisty. I to niekoniecznie jest wadą samą w sobie, bo dzięki temu książka jest bardzo przyjemna w odbiorze i czuć kunszt pisarski, ale na pewno nie ułatwia połapania się w fabule.
Z każdą upływającą stroną zaczynałam jednak wdrażać się w przedstawione wydarzenia coraz lepiej, a także kibicować dwójce głównych bohaterów. Mieli między sobą świetną dynamikę, a rodzące się między nimi uczucie to typowy „slow burn”, co uwielbiam, bo da się wyczuć rosnącą między nimi więź i przywiązanie. Nie uważam jednak, żeby romans przytłaczał tutaj fabułę, co jest częstym minusem książek tego typu. Są tu chwile na miłosne uniesienia, ale również odkrywanie kolejnych kart tajemnicy.
Kolejnym mocnym elementem jest humor. Przysięgam, że co kilka stron uśmiechałam się pod nosem, bo autorka świetnie operuje ironią. Dodawało to lekkości i charakteru. Wiem, że na długo nie zapomnę słownych dogryzań bohaterów.
Zakończenie było dobrym zwieńczeniem całości, a ostatnie 100 stron całkowicie mnie pochłonęło.
Mimo początkowych oporów „Cudowną światłość” uważam więc za świetną fantastykę dla dorosłego czytelnika z dużą dawką humoru, akcji i świetną dynamiką między postaciami. Czekam na kolejne tomy w Polsce!
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Aura.
„Cudowna światłość” była jedną z pozycji, na której polską premierę czekałam dobrych kilka lat. Ogromnie ucieszyłam się, więc kiedy zobaczyłam, że wreszcie doczekała się pięknego wydania u nas i z przyjemnością zabrałam się za lekturę. Czy sprostała moim wysokim oczekiwaniom?
Splotem nieplanowanych wypadków, całkowicie pozbawiony magii i wiedzy o niej Robin, otrzymuje...
„Rewitched” to idealny comfort read na długie jesienno-zimowe wieczory, dodatkowo niosący za sobą naprawdę wartościowe przesłanie.
Belle dzieli swoje życie pomiędzy czasem spędzanym z najlepszą przyjaciółką, pracą w niewielkiej i klimatycznej księgarni, gdzie musi toczyć boje z szefem, którego wizja na to miejsce opiera się przede wszystkim na skomercjalizowaniu, ale też ukrywa przed światem swoje magiczne umiejętności, które ułatwiają jej codzienne obowiązki. Wszystko zmienia się, jednak kiedy do jej miejsca pracy przybywa tajemniczy mężczyzna z listem. Dziewczyna otrzymuje wezwanie, aby stawić się przed Kowenem czarownic. Celem spotkania ma być przeanalizowanie jej dotychczasowych zasobów magicznych i decyzja, czy zasługuje, by dalej nieść je przez życie. Sytuacja jest o tyle trudna, że Belle tłamsiła swoją moc przez wiele lat i nie traktowała jej jako integralnej części siebie. Przed nią miesiąc wytężonej pracy, aby dowieść swojej wartości jako czarownicy, a ta wędrówka przyniesie jej dodatkowo wiele odkryć na temat samej siebie, ale również magii i uczuć.
Myślę, że śmiało można powiedzieć, że książka jest definicją kocykowej historii. Ma bardzo przytulny klimat, dużo wątków związanych z ciepłem relacji międzyludzkich i found family, przyjemny styl oraz dużo humoru. Początkowo więc czułam się zachwycona tym, jak fajnie autorka buduje dynamikę między postaciami, ale też wplata wątki związane z prowadzeniem księgarni, co dla wielu książkoholików będzie przyjemnym dodatkiem.
Z czasem mój entuzjazm lekko opadł, przede wszystkim dlatego, że w mojej opinii książka jest dość mocno przedłużona. Wiele scen zostało niepotrzebnie rozwleczonych i gdzieś w środku miejscami musiałam się zmuszać, by zabrać się do dalszej do lektury. Później na jaw zaczęły jednak wychodzić pewne sekrety i te rozwiązania na powrót sprawiły, że zaangażowałam się w czytanie.
Nie do końca byłam jednak fanką strony, w jaką poszła fabuła, bo początek zapowiadał coś zupełnie innego, a proces szkolenia przybierał czasami chaotyczną formę.
Ostatecznie jednak lekturę kończę z satysfakcją i pozytywnymi uczuciami. Jak wspomniałam na początku, autorka wplata wiele cennych lekcji, między innymi związanych z samoakceptacją, wiarą we własne umiejętności i może nie są to najbardziej odkrywcze tematy, ale czasami potrzebujemy przypomnienia o tym, co jest naprawdę ważne i książka świetnie sprawdza się w tym celu. Dodatkowo może stanowić wsparcie dla osób radzących sobie z samotnością lub żałobą. Pod tym względem bardzo mnie wzruszyła.
Dodatkowo jest idealnym wyborem na wieczory pod kocem z gorącą herbatą. Ja spędziłam przy niej miły czas, chociaż nie ukrywam, że lekko bym ją skróciła.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Storylight.
„Rewitched” to idealny comfort read na długie jesienno-zimowe wieczory, dodatkowo niosący za sobą naprawdę wartościowe przesłanie.
Belle dzieli swoje życie pomiędzy czasem spędzanym z najlepszą przyjaciółką, pracą w niewielkiej i klimatycznej księgarni, gdzie musi toczyć boje z szefem, którego wizja na to miejsce opiera się przede wszystkim na skomercjalizowaniu, ale też...
Kasię Wierzbicką poznałam i pokochałam pisane przez nią książki po lekturze trylogii o Iskrach, która podbiła moje roczne podsumowanie ulubieńców poprzedniego roku. Kiedy więc zobaczyłam, że przygotowała dla nas całkiem nową książkę, osadzoną w lubianym przeze mnie świecie, wiedziałam, że muszę ją poznać. Czy okazała się równie dobra jak jej poprzedniczki?
Jankę poznajemy walczącą z wyjątkowo ciężką i rozgrzaną trasą prowadzącą w stronę położonego na uboczu ośrodka, w którym na najbliższy czas przyszykowane są niezapomniane warsztaty pisarskie. Pobyt w tym miejscu ma pomóc jej odciągnąć myśli od trudnych życiowych decyzji i narzeczonego. Potencjalną sielankę i weekend pełen pisarskiej inspiracji przerywa jednak trup, a szybko okazuje się, że nawet dwa. Sprawa jest wyjątkowo brutalna i szokująca. Który z kursantów chciałby skrzywdzić osobę zamordowaną? Czy w sytuację mogła zostać wdrożona nuta magii?
Sięgając po tę pozycję musicie wiedzieć jedno, nie oderwiecie się od niej aż do końca. „Zbrodnia i magia” ma niecałe 300 stron, pozbawiona jest rozdziałów, a jeśli dodać do tego lekki i humorystyczny styl autorki, dostajemy mieszankę, która, ani się spostrzeżecie, a pochłonie cały wasz wieczór. To właśnie sposób tworzenia zdań przez Kasię jest czymś, co tak cenię w jej twórczości. Dzięki niemu czytanie jej książek to sama przyjemność.
Janka to bohaterka bardzo sympatyczna i cieszę się, że to właśnie z jej perspektywy poznawaliśmy całą historię. Nie zabraknie tu jednak plejady innych charakterów, bo gdy w jednym miejscu spotyka się grupa lekko zakręconych autorów, jedno jest pewne- nie będzie to spokojny i sielski czas. Moje serce zdecydowanie zdobył Seweryn.
Jeśli chodzi o samą kryminalną zagadkę, dość szybko domyśliłam się przynajmniej części rozwiązania. Autorce jednak udało się mnie zaskoczyć w paru innych aspektach.
Po zakończeniu lektury pozostaje we mnie duży niedosyt na więcej. Liczę, że to nie ostatnia książka z tej serii, a kolejne przyniosą jeszcze więcej magii i rozbudowanych wątków. Same Iskry pojawiają się w fabule jedynie wzmiankowo, więc autorka ma duży potencjał na rozwinięcie tego aspektu.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Spisek Pisarzy.
Kasię Wierzbicką poznałam i pokochałam pisane przez nią książki po lekturze trylogii o Iskrach, która podbiła moje roczne podsumowanie ulubieńców poprzedniego roku. Kiedy więc zobaczyłam, że przygotowała dla nas całkiem nową książkę, osadzoną w lubianym przeze mnie świecie, wiedziałam, że muszę ją poznać. Czy okazała się równie dobra jak jej poprzedniczki?
Jankę poznajemy...
Sięgając po książkę, byłam świadoma, że zbiera dość mieszane opinie, ale opis na tyle mnie intrygował, że mimo to postanowiłam dać jej szansę. Czy żałuję? W zasadzie nie, ale moje czytelnicze życie nie ucierpiałoby bez tej pozycji. Nie dość, że po kilku dniach od skończenia totalnie zamazuje mi się w pamięci, ma kilka najważniejszych grzechów:
1. Chyba najważniejszy, mimo że pełniący najmniejszą rolę w fabule- używanie określenia IPhone zamiast telefon. Było to tak dziecinne i kojarzyło się z osobą, która czuje się lepsza, bo ma telefon marki Apple. Bohaterka nie wzbudziła tym mojej sympatii, a wręcz wydała się śmieszna.
2. Bohaterowie idący do hotelu w wiadomym celu w momencie, kiedy innej postaci grozi realne niebezpieczeństwo (o którym zdają sobie sprawę, bo ich wyprawa to misja ratunkowa). I okej, autorka wyjaśnia, dlaczego tak musi być, ale jest to szalenie nieprzekonujące, szczególnie ze później nie daje to bohaterom żadnych przydatnych rezultatów (nie chcę wdawać się w spojlery, więc piszę dość zachowawczo).
3. Cała końcowa scena potyczki wypada nudno i głupio, bo czyni z przewodniczącego rady wampirów idiotę (podobnie jak z jego podwładnych). Autorka każe mi wierzyć, że nikt przez tyle lat nie wpadł na tak odkrywcze myśli, jakie miała bohaterka (a patrząc na to, co pisałam o niej wcześniej, nie powinna zachwycać swoim poziomem umysłowym).
4. To, co podkreśla wiele osób opiniach- książka swoją naiwnością i prostotą nadawałaby się dla młodszych czytelników, ale przez pewne sceny musi mieć rating 16/18+.
Wątków związanych z ciałopozytywnością oceniać nie będę, bo ani mnie ziębiły, ani grzały. Na pewno przemiana bohaterki mogła wypaść wiarygodniej (tak samo jak przemiana matki, bo ta druga szczególnie była naiwna), ale znalazło się tam też kilka trafnych spostrzeżeń.
Spędziłam przy niej jednak całkiem przyjemny czas, a lektorka audiobooka dobrze sprawdziła się w swojej roli. Jeśli ktoś szuka odmóżdżacza, polecam, ale nie można nastawiać się na odnalezienie w tekście logiki i sensu.
Sięgając po książkę, byłam świadoma, że zbiera dość mieszane opinie, ale opis na tyle mnie intrygował, że mimo to postanowiłam dać jej szansę. Czy żałuję? W zasadzie nie, ale moje czytelnicze życie nie ucierpiałoby bez tej pozycji. Nie dość, że po kilku dniach od skończenia totalnie zamazuje mi się w pamięci, ma kilka najważniejszych grzechów:
1. Chyba najważniejszy, mimo...
Kto obserwuje mnie od dłuższego czasu zapewne zna moja sympatię do książek Adama Kaya. Czy to tych dla starszych, czy młodszych. Wszystkie jego pozycje mają w sobie coś kuszącego. Po raz pierwszy jednak, w trakcie czytania towarzyszyło mi poczucie, że czas dla książek dziecięcych tego autora dobiega w moim życiu końca. Kolejne premiery znajdą dla siebie z pewnością wielu odbiorców, ale to już pewnie nie będę ja.
Zaczynając jednak od początku, książka jest zbiorem mnóstwa ciekawostek wokół okoliczności powstania przedmiotów, które nas otaczają. Zaczynając od przyrządów kuchennych, przez elektronikę, po środki transportu, autor z typowym dla siebie humorem przeprowadza nas przez dzieje i epoki. Ilustracje Henry’ego Parkera idealnie dopełniają całość.
Muszę przyznać, że książka zasypała mnie naprawdę interesującymi ciekawostkami. Jednocześnie jednak autor obrał sobie za cel opisanie jak największej ilości wynalazków, przez co każdy jest przedstawiony bardzo pobieżnie. Brakowało mi lepszego rozpisania tych historii, chociaż może dzięki takiej formie dzieci będą w stanie bardziej skupić się na całości. Zdecydowanie jednak poczułam się zachęcona do zgłębienia pewnych informacji.
Jak zwykle moim ulubionym elementem była zabawa w 3 prawdy i 1 kłamstwo na temat różnych wynalazców. Informacje z ich życia potrafiły być naprawdę szokujące.
Jak jednak wspomniałam na początku, powoli książki dziecięce autora tracą dla mnie swój urok. Humor w nich jest na naprawdę niskim poziomie, typu żarty z sików czy kłótnie autora z jego robotycznym lokajem, które polegają na obrażaniu tego pierwszego. Nie jest to rozrywka, w której starsze osoby odnajdą coś dla siebie i o ile raz czy dwa bawiłam się dobrze, z każdą kolejną książką staje się to coraz bardziej powtarzalne.
Nie skreślam jednak tej pozycji całkowicie, bo stanowiła dobry sposób na odmóżdżenie po ciężkim dniu. Dodatkowo biorąc pod uwagę zbliżające się Mikołajki i Święta uważam, że książki z tej serii są pomysłem na prezent, który trzeba rozpatrzyć. Mają świetne i przyciągające oko wydania i opowiadają naprawdę ciekawe historie.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Insignis.
Kto obserwuje mnie od dłuższego czasu zapewne zna moja sympatię do książek Adama Kaya. Czy to tych dla starszych, czy młodszych. Wszystkie jego pozycje mają w sobie coś kuszącego. Po raz pierwszy jednak, w trakcie czytania towarzyszyło mi poczucie, że czas dla książek dziecięcych tego autora dobiega w moim życiu końca. Kolejne premiery znajdą dla siebie z pewnością wielu...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Nasze sekretne dary” to kolejna książka, która idealnie wpisuje się w jesienną aurę za oknem. Okładka i opis sugerowały mi od początku wciągającą zabawę, więc z ciekawością podeszłam do lektury. Czy ostatecznie sprostała moim oczekiwaniom?
Maeve Chambers nie ma łatwego charakteru. Zależy jej na trzymaniu się przede wszystkim z popularnymi dziewczynami w katolickiej szkole, do której uczęszcza, a jej próby wpasowania się do otoczenia często wpędzają ją w kłopoty. Po jednej z takich nieplanowanych akcji dziewczyna musi zostać po lekcjach i uporządkować szkolną piwnicę, pełniącą też rolę składziku. Odnajduje tam starą talię kart tarota i rozpoczyna wróżenie dla wszystkich zainteresowanych. Kiedy jednak po jednej z sesji, jej dawna najlepsza przyjaciółkach znika, Maeve wie, że musi wziąć sprawy w swoje ręce. Jaki związek ma z tym pewna tajemnicza karta, która pojawia się tylko w konkretnych sytuacjach?
Muszę przyznać, że opis z tyłu okładki odrobinę mnie zmylił, bo nastawił mnie na przewagę humorystycznych scen. W finalnym tekście nie znalazło się ich jednak aż tyle. Autorka dużą uwagę poświęca ciężejszym tematom, jak chociażby homofobii czy wykluczeniu i poczuciu osamotnienia. Dodatkowo prezentuje postacie z całego spektrum reprezentacji.
Pozytywnie zaskoczyła mnie mnogość wątków powiązanych z historią Irlandii, referendami i rolą kościoła w całym tym procesie. Dotychczas docierały do mnie szczątkowe informacje na ten temat i super było obserwować, jak te realia są tak naturalnie wplecione do fabuły.
Jeśli chodzi o bohaterów, Maeve jest bardzo nieoczywistą postacią, bardzo szarą moralnie. Na kartach książki dowiadujemy się o wielu okropnych rzeczach, jakie zrobiła przyjaciółce, aby zdobyć popularność. Jednocześnie w teraźniejszej linii czasu czuć, że jest bardzo zagubiona, ale że jednocześnie zależy jej na naprawieniu swoich błędów, więc nie potępiałam jej całkowicie. Na uwagę zasługują jednak charyzmatyczne postacie poboczne- Roe, czyli obiekt zainteresowania bohaterki i jednocześnie brat zaginionej oraz Fiona- lekko zakręcona przyjaciółka z aktorskimi aspiracjami. Bardzo ich polubiłam.
Całość tworzy naprawdę przyjemną historię, która jednak ma duży problem z określeniem swojej grupy docelowej. Jest dość prosta i swoją konstrukcją nie porwała mnie szczególnie, ale jednocześnie przez duże natężenie ciężkich tematów nie dawałabym jej bardzo młodym osobom.
Istotna tematyka magii, tarota tworzą świetny lekko tajemniczy klimat, ale jednocześnie zabrakło mi w książce czegoś, co sprawiłoby, że zostanie w moich myślach na dłużej. W czasie czytania bawiłam się dość dobrze, ale pewnie stosunkowo szybko o niej zapomnę.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar.
„Nasze sekretne dary” to kolejna książka, która idealnie wpisuje się w jesienną aurę za oknem. Okładka i opis sugerowały mi od początku wciągającą zabawę, więc z ciekawością podeszłam do lektury. Czy ostatecznie sprostała moim oczekiwaniom?
Maeve Chambers nie ma łatwego charakteru. Zależy jej na trzymaniu się przede wszystkim z popularnymi dziewczynami w katolickiej...
Ahh, żeby choć przez jeden dzień wcielić się w rolę kota. Tym to dobrze w życiu (pod warunkiem oczywiście, że posiadają kochający dom). Jedzenie podawane pod nos, niekończące się drzemki, możliwość schowania się, gdy to konieczne, a gdy najdzie ochota- przytulasy od właściciela oraz brak stresu i obowiązków. Kocie życie to naprawdę bajka. A dzięki nowej książce Radka Raka, wy również będziecie mogli spojrzeć na świat z poziomu czterech łap. Dunder nie jest jednak kotem zwykłym, bo potrafi mówić i korzysta z tej umiejętności chętnie, szczególnie, gdy przychodzi mu błagać o miskę mleka. Dodatkowo zabierze was na wyjątkowy spacer do samych słowiańskich zaświatów.
„Dunder albo kot z zaświatu” to kolejna gra paragrafowa wydana przez wydawnictwo Muduko, a jej dodatkową wyjątkową cechą jest fakt, że została stworzona przez polskiego autora- Radka Raka. Wcielając się w postać charyzmatycznego i lekko zrzędliwego czarnego kota czarownicy- Dundera, mamy okazję płatać psikusy lokalnym pijakom, zbijać w tropu kościelne dewotki, a przede wszystkim ruszyć na pomoc przyjaciołom. Przygoda ta będzie wyjątkowo niebezpieczna, bo w grę wchodzić będzie ingerencja sił wyższych- słowiańskich bogów. Jak potoczy się ta historia i czy wyjdziecie z niej obronną ręką? O tym zadecyduje już los oraz umiejętność podejmowania kluczowych dla postaci decyzji.
Całość standardowo udoskonalona jest ilustracjami, dodającymi świetnego, lekko demonicznego klimatu. Radek ma zdecydowanie dużo literackiego doświadczenia, co czuć w sposobie w jaki bawi się słowem, rzucając wiele zabawnych dialogów. Całość czyta się niesamowicie przyjemnie i lekko, a dzięki krótkim paragrafom i wielu przygodom, nie ma tu miejsca na nudę. Na razie wypróbowałam dwie dostępne ścieżki (w każdej uniknęłam czyhających niebezpieczeństw), ale wiem, że jeszcze nie raz wrócę do książki, szczególnie gdy będę potrzebowała czegoś niezobowiązującego.
Jak zawsze na plus zasługują w mojej ocenie elementy mitologii słowiańskiej i klimat zaświatów. Całkowicie dałam się mu porwać.
Bez dwóch zdań do "Dundera albo kota z zaświatów" wracać będę chętnie i często, by odkryć wszystkie dostępne zakończenia. Książka stanowi dowód, że polskie gry paragrafowe nie odstają ani trochę od tych zagranicznych, a nawet w wielu aspektach je przebijają.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Muduko.
Ahh, żeby choć przez jeden dzień wcielić się w rolę kota. Tym to dobrze w życiu (pod warunkiem oczywiście, że posiadają kochający dom). Jedzenie podawane pod nos, niekończące się drzemki, możliwość schowania się, gdy to konieczne, a gdy najdzie ochota- przytulasy od właściciela oraz brak stresu i obowiązków. Kocie życie to naprawdę bajka. A dzięki nowej książce Radka Raka,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Żaneta Siemsia-Pindur udowodniła mi, że ilość powstałych książek nie powinna stanowić ograniczenia dla autorów, bo w dalszym można wymyślić książkę całkowicie wymykającą się schematom i pełną oryginalności. “Imperium kolibra” stanowiło cudowny powiew świeżości, który zapamiętam na długo.
Autorka przenosi nas do Europy pod panowaniem Azteków, którzy w przeciwieństwie do oryginalnej wersji historii, stawili czoła Cortezowi i jego załodze i sami przypłynęli na kontynent z zamiarem jego podbicia. W tym świecie lawiruje dwójka przyjaciół- Toltecatl i Eztli. Jeden z nich, szkoli się, aby zostać kapłanem i udowodnić swoją wartość, mimo trudnej sytuacji finansowej i rodzinnej. Drugi to obiecujący inżynier mieszanego pochodzenia, pragnący zdobyć poklask i uznanie większe od swojego ojca. Trafiają oni w wir politycznych machinacji i spisków, które odsłonią przez nimi całkiem nowe oblicze Londynu, który zamieszkują. A wszystko dąży do corocznego krwawego rytuału, którego znaczenie jest kluczowe dla dalszego rozwoju imperium.
Jest to jedna z książek z wyższym progiem wejścia. Już na wstępie trudność sprawić mogą obco brzmiące imiona i nazwiska zaczerpnięte z dziedzictwa języka azteckiego. Są długie i dość skomplikowane. Dodatkowo autorka wrzuca nas do świata i nie zasypuje zbędną ekspozycją, co z jednej strony jest plusem, bo wypada bardzo naturalnie, z drugiej wymaga od czytelnika większego skupienia, aby zrozumieć prawidła rządzące światem przedstawionym. Do ostatniej strony wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi, inne są delikatnie zarysowane, bo Żaneta daje nam szansę samodzielnie domyślić się, co się stało, za pomocą dyskretnych podpowiedzi, ale nie sugeruje niczego wprost. Ostatecznie muszę przyznać, że czuję pewniej niedosyt, bo liczyłam że końcówka przyniesie więcej rozwiązań i zwrotów akcji, ale doceniam ogrom włożonej w wykreowanie tego świata pracy.
Najmocniejszym punktem historii, poza świeżym pomysłem, są główni bohaterowie. Zostali wykreowani w naprawdę interesujący sposób i wrzuceni w niełatwe życiowe sytuacje, a ich rozterki i zmartwienia wypadły naprawdę przekonująco. Tak naprawdę każdy z nich wzbudził moją sympatię, mimo że swoje za uszami mieli. Na dużą uwagę zasługuje też fakt, że autorka nie wplata do fabuły wątków romantycznych. Jest to zdecydowany powiew świeżości i pozwala dzięki temu skupić się na naprawdę istotnych tematach.
Kultura Azteków jest naprawdę fascynująca i widać, że autorka zrobiła duży research by jak najlepiej oddać wszystkie jej niuanse. Na końcu znajdziecie też słownik, w którym jeszcze lepiej będziecie mogli poznać chociażby czczone wówczas bóstwa, co bardzo doceniam. Przeczytałam go przed przystąpieniem do lektury i łatwiej mi było się w niej odnaleźć.
"Imperium kolibra" to kawał dobrze napisanej książki, która zachwyca świeżością i świetnie zarysowanymi wątkami politycznymi. Zostawiła we mnie trochę niedosytu, ale też wyczekiwania na więcej, więc mam nadzieję, że drugi tom powstanie jak najszybciej. Koniecznie musicie dopisać książkę do swojego TBRu, jeśli lubicie poznawać obce wierzenia i szukacie pozycji, która jest inna niż pisana często na jedno kopyto współczesna fantastyka.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Spisek Pisarzy.
Żaneta Siemsia-Pindur udowodniła mi, że ilość powstałych książek nie powinna stanowić ograniczenia dla autorów, bo w dalszym można wymyślić książkę całkowicie wymykającą się schematom i pełną oryginalności. “Imperium kolibra” stanowiło cudowny powiew świeżości, który zapamiętam na długo.
Autorka przenosi nas do Europy pod panowaniem Azteków, którzy w przeciwieństwie do...
Jak to w przypadku zbiorów opowiadań bywa, jakość historii jest bardzo różna. Wiele opowieści naprawdę mnie urzekło, ale były też historie nieznośne i słabe stylistycznie, dlatego też zbiór zostawiam bez jednoznacznej oceny. Przekonałam się, że wolę zbiory opowiadań, które łączy jakiś punkt wspólny, bo tutaj każda historia była kompletnie oderwana od pozostałych, co wprowadzało spory chaos. A teraz krótko o każdym opowiadaniu:
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk "Wszyscy razem" 3,5/5
Dobre opowiadanie, ale pozostawiające bardzo duży niedosyt. Z chęcią przeczytałabym bardziej rozbudowaną wersję.
Aneta Jadowska - Szwedzkie porządki pośmiertne 4,5/5
Nie miałam wcześniej do czynienia z postacią Witkacego, ale po tej historii czuję się przekonana do zagłębienia się w jego przygody.
Jakub Małecki - Modlitwy do strzaskanego kamienia 3/5
Po Kubie Małeckim spodziewałam się zdecydowanie więcej. Może poznanie perspektywy bohaterki trochę by pomogło?
Zuzanna Sus - Hiobowa (opo)wieść 3,5/5
Zaskakujące i poruszające, ale urwane bardzo szybko. Nie zdążyłam zżyć się z bohaterami. Bardzo "Małeckie", więc nie dziwię się, że to właśnie ten autor zachwycił się tą historią ;)
Andrzej Betkiewicz - Ostatnie żniwa 4/5
Proste, ale dosadne i dające do myślenia.
Przemek Corso - Opętany 3,5/5
Bardzo interesująca koncepcja i dobrze domknięta historia. Nie do końca odpowiadał mi styl.
Marcin Okoniewski - Alberta ci doradzi 4/5
Bardzo dobre opowiadanie młodzieżowe. Brakowało mi więcej obecności Alberty, bo obserwujemy bardziej konsekwencje jej rad, niż sam proces ich udzielania, a uważam że to byłoby ciekawsze.
Grzegorz Gajek - Boginiak 4,5/5
Świetna historia z elementami słowiańskimi. Bardzo klimatyczna.
Joanna W. Gajzler - Diabła za rogi 3,5/5
Bastiana nie polubiłam w "Necrovecie", ale tutaj rzeczywiście mogłam spojrzeć na jego przeszłość z innej perspektywy i zrozumieć jego zmagania. Mimo wszystko wielka scena konfrontacji była bardziej śmieszna niż poważna, trochę się od niej odbiłam.
Karolina Kozłowska - GuideOfThe?Past 1/5
Jestem w szoku, że opowiadanie zostało napisane przez osobę, która studiowała dziennikarstwo- tak fatalnego stylu dawno nie spotkałam, zdania tworzone były koślawo i nienaturalnie, motywacje bohaterów nie miały sensu, autorka co chwila zmieniała ich charaktery. Gdyby nie notatka biograficzna z tyłu, byłabym przekonana, że historia została stworzona przez gimnazjalistę. W mojej opinii najgorsze opowiadanie z całego zbioru.
Mika Modrzyńska - Konsekwencje podrywania lasek spoza swojej ligi na przykładzie procesu leczenia wilkożwactwa 5/5
Opowiadanie przekonało mnie do sięgnięcia po inne książki Miki. Lekkie, zabawne i angażujące. Już sam tytuł mnie kupił ;)
Piotr Mąka - Za płotem 3,5/5
Historia intrygująca, ale mało charakterystyczna. Na tym etapie praktycznie jej już nie pamiętam.
Ewa Mędrzecka - Tego nie było w planach 5/5
Jakie to było wspaniałe! Potrzebuję do życia pełnoprawnej powieści z kotem Felicjanem w roli głównej. Przez całą opowieść towarzyszył mi uśmiech na twarzy.
Konrad Misiewicz - Sen domu babci 4/5
Rzadko sięgam po historie z pogranicza horroru, więc nie jestem może obiektywna, ale podczas czytania rzeczywiście czułam ciarki na plecach. Niby nic wielkiego, ale niepokój towarzyszył mi do ostatniej strony).
Daniel Muniowski - Oszczędności 2/5
Słabiutkie pod względem prostackiego stylu pełnego niepotrzebnych przekleństw. Jeżeli autorowi zależało na wywołaniu śmiechu u odbiorcy to niestety nie podołał. Puenta niby ironiczna, ale nic ze mną ta historia nie zrobiła, nie rozumiem jej celu.
Marcin Świątkowski - Las Falkenrott 4/5
Bardzo fajne i wywołujące napięcie opowiadanie, ale zakończenie mnie rozczarowało.
Katarzyna Helena Rutkowska, Katarzyna Podstawek - Białe miraże 5/5
Bardzo ciekawa historia, nie słyszałam wcześniej o tych autorkach, ale planuję to zmienić, bo zachwycił mnie ich styl, barwne przypisy i koncepcja. Z chęcią przeczytałabym pełnoprawną powieść ich autorstwa.
Justyna Sokołowska, Robert Jasiak - Zakon ostatniego słowa 3,5/5
Z potencjałem na pełnoprawną książkę, ale jako indywidualny twór średnio się broni-za mało rozwinięty.
Adam Szaja ?/5
To było tak dziwne, pospieszone i pozbawione sensu, że nawet nie wiem, jak ocenić ten twór. Sam autor pisze, że będzie to prawdopodobnie najgorsze opowiadanie z tego zbioru, więc trochę nie rozumiem, dlaczego w ogóle je napisał.
Milena Wójtowicz - Czupas 5/5
Milena Wójtowicz to oczywiście klasa sama w sobie. Uwielbiam wszystko, co wyszło spod jej pióra i nie inaczej było w tym przypadku. Potrzebuję więcej Edka w swoim życiu.
Marcin Mortka - Smok, dziewica i salwy burtowe 3/5
Przekonałam się, że morskie klimaty nie są niestety dla mnie. Wymęczyłam tę opowieść, mimo że obiektywnie była napisana dość sprawnie.
Jak to w przypadku zbiorów opowiadań bywa, jakość historii jest bardzo różna. Wiele opowieści naprawdę mnie urzekło, ale były też historie nieznośne i słabe stylistycznie, dlatego też zbiór zostawiam bez jednoznacznej oceny. Przekonałam się, że wolę zbiory opowiadań, które łączy jakiś punkt wspólny, bo tutaj każda historia była kompletnie oderwana od pozostałych, co...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to