Impresje z podróży

krosciucha
11.01.2020
Okładka książki Darwin. Jedyna taka podróż Jérémie Royer, Fabien Grolleau
Średnia ocen:
7,0 / 10
23 ocen
Czytelnicy: 66 Opinie: 5

Komiks duetu Grolleau i Royer, znanego z wydanego w Polsce niedawno albumu o Audubonie, tym razem przedstawia dzieje Darwina na okręcie Beagle: podróż, która „zmieniając jednego człowieka, zmieniła całą naukę”. Nie ma tu nic, czego byśmy się nie spodziewali, zwłaszcza jeśli zna się poprzednie dzieło autorów. To solidnie wydany, przyjemny komiks, pełen zachwycających impresji z podróży – bardziej fabularyzowane streszczenie niż dokładna opowieść.

W podobnym czasie Marginesy wydają notatki Darwina: „Podróż na okręcie «Beagle»” – miałam na nie chrapkę, ale trochę wstyd przyznać, z nudów zabrałam się za komiks. Bo to szybsza i łatwiejsza lektura – o ile się jest „wytrenowanym” w ich czytaniu. Nie czuję się w żadnym razie zawiedziona, choć jak zwykle w przypadku komiksu biograficznego pozostawia on spore uczucie niedosytu. Ciężko byłoby postawić równość pomiędzy pełnoprawną, a więc literacką w tym przypadku opowieścią o podróży Darwina a powieścią graficzną o tej samej tematyce. „Jedyna taka podróż” wydaje się w zasadzie podsumowaniem, dodatkiem do literatury, choć nie znaczy to, że nie można jej czytać oddzielnie. Można, ale nie jest ona przeznaczona dla tych, którzy chcieliby znać szczegóły i detale.

Darwin wyruszył na ekspedycję w wieku dwudziestu kilku lat, jako pan do towarzystwa dla kapitana Fitzroya, który chciał mieć kogoś wyedukowanego do rozmowy przy obiedzie. Rejs, który za zadanie miał utworzenie dokładnych map Ameryki Południowej, trwał 3 lata dłużej, niż zakładano. Darwin źle znosił chwile na morzu, dręczyła go choroba morska – z tego powodu chętnie i bardzo często schodził na ląd i to na nim kontynuował wyprawę.

Komiks podzielono na 5 części, każda przedstawia na kilkunastu stronach migawki z rejsu Darwina. „Staraliśmy się przedstawić wyprawę w sposób jak najbliższy rzeczywistości, lecz komiks nie jest w stanie, a nawet nie chce oddać całej złożoności tej ekspedycji”, zarzekają się autorzy. Skupili się oni przede wszystkim na oddaniu ogólnego charakteru podróży i przybliżeniu sylwetki Darwina jako młodzieńca. Nie mogę jednak powiedzieć, żebyśmy się o nim tak wiele dowiadywali. Oto sympatyczny przeciwnik niewolnictwa z ogromnym zapałem badający przyrodę: nie tylko świat ożywiony, ale także skały i skamieniałości. Najbardziej zaskakująca zdaje się pogarda Darwina dla kultur pierwotnych, niepiśmiennych, które uważa za zdziczałe i wyraźnie gorsze od na przykład Anglików. To rysa na jego zbyt idealnym w tym dziele charakterze. Można się czuć zawiedzionym scenami na wyspach Galapagos – każdy choć trochę obeznany z teorią ewolucji kojarzy, że to najważniejsze miejsce, punkt kulminacyjny całej podróży. Tutaj wypada nad wyraz blado – w zasadzie nie wiadomo, co ta przygoda zmieniła w Darwinie. Słabiutki wydaje się także oklepany pomysł „zaintonowania” opowieści, którą podtatusiały Darwin zaczyna wspominać swoim pociechom. Stanowczo najciekawszym wątkiem komiksu są dzieje trójki porwanych przez kapitana Indian, a zwłaszcza inteligentnej Fuegii Basket. Szkoda tylko, że autorzy wpadli na dosyć dziwaczny pomysł ukazywania jej wielokrotnie jako obiektu cichych westchnień Darwina – a przynajmniej takie to sprawia wrażenie. Nie wiem, ile w tym prawdy (autorzy bowiem przyznają, że komiks składa się ze skrótów i „czysto autorskich” pomysłów, więc trudno komuś, kto nie zna dokładnie przebiegu wyprawy, zdecydować, co jest fikcją, a co nie), ale jest to dosyć denerwujący zabieg. Być może zainteresowanie trójką Indian bierze się ze słabości głównego wątku – niby Darwin gromadzi dane i eksponaty, ale nie wydaje się to w żadnym stopniu zajmujące: ot, szwendanie się tu i tam i zachwyt światem.

Za to podziwiać go możemy razem z nim. Kto zdążył poznać styl Royera, ten wie, że detaliczność czy realizm nie są jego najmocniejszymi cechami – ale nadrabia to wspaniałą kompozycją i pomysłami. Niby nic, ale rzucenie nudnych wyimków z listów Darwina i jego siostry na tle wspaniałej kolekcji muszli czy owadów od razu przybliża nas do charakteru podróży. Cieszą powtarzane często jakże udane zabiegi rozrysowanych na dwie strony krajobrazów, po których przechadza się Darwin. Daje to rewelacyjne uczucie spacerowania razem z nim, błądzenia po kartce. Oczywiście, że styl bardziej naukowy, tj. podobny do tego z rycin, wyszedłby o wiele lepiej w wielu scenach – choćby tych z insektami (one po prostu wiele tracą, gdy są pozbawione szczegółów) czy prehistorycznymi bestiami – faktem też jest, że niekiedy ciężko odróżnić poszczególne postaci (dobrze, że tylko kapitan się odzywa spośród ludzi w mundurze, bo byłoby ciężko go zauważyć!) od siebie, ale Royer wynagradza nam to jak może: niezapomniane są choćby sceny z Patagończykami i Ziemią Ognistą (co za genialne barwy!). Royer nie działa finezją stylu lecz imponującym, pozornie bezgranicznym kadrowaniem.

„Darwin. Jedyna taka podróż” to uwypuklenie najważniejszych punktów niezwykłej przygody wielkiego naukowca. Komiks złożony jakby z impresji, utkany z mnóstwa alegorii i symbolicznych scen, zachwycający przy tym rozmachem i kolorystyką, zdaje się raczej trafiać do serca niż do umysłu. To swoista kwintesencja tamtej podróży, absolutnie niewyczerpująca tematu. Miłośnicy duetu znanego z „Audubona” na pewno powinni zapoznać się z jego nowym dziełem. Podobnie ci, którzy cenią ładne, wysmakowane komiksy, aczkolwiek trzeba się przygotować, że nie znajdzie się tu jakichś zaskakujących eksperymentów graficznych czy wciągającej, zapierającej dech w piersiach opowieści. Historia Darwina to udany średniak, który stanowi przyjemne uzupełnienie jego zapisków z podróży. I usprawiedliwienie dla leni, którym nie chce się brnąć przez obszerne zapiski słynnego ewolucjonisty…

Agata Majchrowicz

Kup książkę

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
zgłoś błąd