Mury Hebronu

Okładka książki Mury Hebronu
Andrzej Stasiuk Wydawnictwo: Czarne Seria: Kolekcja 70 lat Empik literatura piękna
164 str. 2 godz. 44 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Kolekcja 70 lat Empik
Data wydania:
2018-10-17
Data 1. wyd. pol.:
1992-01-01
Liczba stron:
164
Czas czytania
2 godz. 44 min.
Język:
polski

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Mury Hebronu w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Mury Hebronu

Średnia ocen
7,3 / 10
1984 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
32
2

Na półkach:

Wow. Jaki to musiał być debiut. Ta książka ocierają brudem. Cały czas mamy przed oczami mrok murów więziennych, mrocznych zasad które kiedyś tam zostały wyryte w kamieniu, ale jak mówi jeden z bohaterów „muszą być jakieś zasady”. Świetny język, widać, że na autora pobyt w więzieniu miał duży wpływ.
Muszę przyznać że niektóre opowiadania są tak szczegółowe, brudne i odrażające, że potrafią zostać w mojej głowie na dłużej. Ale przecież tego oczekujemy od literatury a tym bardziej od dobrej.
Żałuję, że odkryłem to tak późno.

Wow. Jaki to musiał być debiut. Ta książka ocierają brudem. Cały czas mamy przed oczami mrok murów więziennych, mrocznych zasad które kiedyś tam zostały wyryte w kamieniu, ale jak mówi jeden z bohaterów „muszą być jakieś zasady”. Świetny język, widać, że na autora pobyt w więzieniu miał duży wpływ.
Muszę przyznać że niektóre opowiadania są tak szczegółowe, brudne i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

4446 użytkowników ma tytuł Mury Hebronu na półkach głównych
  • 2 870
  • 1 547
  • 29
611 użytkowników ma tytuł Mury Hebronu na półkach dodatkowych
  • 432
  • 88
  • 27
  • 26
  • 14
  • 12
  • 12

Tagi i tematy do książki Mury Hebronu

Inne książki autora

Andrzej Stasiuk
Andrzej Stasiuk
Polski prozaik, poeta, publicysta, eseista, dramaturg, wydawca. Autor kilkudziesięciu książek o różnym charakterze gatunkowym i wielu felietonów prasowych („Tygodnik Powszechny”, „Gazeta Wyborcza” i inne). Wydalony kolejno: z liceum ogólnokształcącego, technikum, zasadniczej szkoły zawodowej. We wczesnych latach osiemdziesiątych zaangażowany w działalność ruchu Wolność i Pokój. Zdezerterował z wojska, za co półtora roku spędził w więzieniu. W 1987 roku wyjechał z Warszawy i zamieszkał w Wołowcu, w Beskidzie Niskim. Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody Literackiej Nike (2005), Nagrody Literackiej Gdynia (2010), Nagrody Nowa Kultura Nowej Europy im. Stanisława Vincenza (2011), Dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury (2011), Nagrody Literackiej m. st. Warszawy (2015), Austriackiej Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury europejskiej (2016), Nagrody im. Nicolasa Bouviera (2018) oraz nagrody Orzeł Stulecia (2021). Jego książki są tłumaczone na niemal wszystkie języki europejskie, a także na koreański. Wraz z żoną Moniką Sznajderman prowadzi Wydawnictwo Czarne.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową Andrzej Stasiuk
Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową
Andrzej Stasiuk Jurij Andruchowycz
Książka-dwugłos, łącząca dwa eseistyczne głosy: ukraińskiego pisarza Jurija Andruchowycza („Środkowowschodnie rewizje”) oraz Andrzeja Stasiuka („Dziennik okrętowy”). Obie części podejmują temat tożsamości, przemijania, granic — geograficznych, historycznych i mentalnych — oraz rozpiętości między tym, czym Europa Środkowa jest, a czym mogłaby być. Andruchowycz stawia pytania o pamięć, o to, co znaczy być „pomiędzy”: pomiędzy Wschodem i Zachodem, między historią a teraźniejszością. Esej jest bardzo refleksyjny, melancholijny, pełen obrazów drogi, podróży, przemieszczania. Autor często skupia się na niespójnościach, niedopowiedzeniach historii Środkowo-Wschodniej, na tym, jak społeczna pamięć bywa fragmentaryczna, jak terytoria, granice i tożsamość są nieustannie negocjowane. Esej Andrzeja Stasiuka operuje bliżej krajobrazu, natury, podróży, prostych ludzi, drogi, pustki, zapomnienia. Jego styl jest bardziej obrazowy, mniej teoretyczny, bardziej osadzony w konkretnych miejscach, momentach. „Dziennik okrętowy” tytuł sugeruje obserwację z perspektywy przemieszczania się, dryfowania – dosłownie albo metaforycznie. To esej o przemieszczeniu: geograficznym, psychicznym, kulturowym. Europa Środkowa w tej książce to przestrzeń, w której historia staje się warstwą: imperia, kryzysy, zmiany granic, wpływy różnych kultur. Autorzy pokazują, że tożsamość Środkowej Europy jest ukształtowana przez tę zmienność, przez historię, którą trzeba pamiętać, ale która nie daje jednoznacznych narracji. W obu esejach obecna jest nostalgia, pamięć osobista i zbiorowa — czasem niespójna, naznaczona stratami, ale też miejscami ciepła. Jednocześnie autorzy mówią o zapomnieniu, o tym co zostało utracone, o przemijaniu zwyczajów, języków, krajobrazów. Pamięć, jak sugeruje Andruchowycz, i nadzieja okazują się być kluczowymi cechami ludzkimi, które „chronią nas przed pustką”. Europa Środkowa nie jest stała — jest miejscem wielokrotnych przemian: politycznych, społecznych, kulturowych. Autorzy przyglądają się temu, jak ludzie żyją w cieniu historii, w czasach transformacji, w miejscach, gdzie stare formy wciąż trwają, ale też już nie przystają. To Europa „niezamknięta”, w ruchu. Zapewne dlatego bardzo silnym motywem jest droga — symboliczna i realna — jako przestrzeń doświadczenia, przemiany, obserwacji. Stasiuk zwraca uwagę na codzienność, na zmysłowe doświadczenie miejsca: zimny wiatr, śnieg, opustoszałe wsie, opuszczone domy. I Andruchowycz podobnie, choć także przez perspektywę obserwacji historycznych i literackich. Jeden z fragmentów zaczyna się. Książka nie zawiera ani nie obiecuje prostych odpowiedzi. To raczej zaproszenie do zadumy, do świadomości, że „Europa Środkowa” to nie nazwa geograficzna, lecz mentalna przestrzeń, ciągle przedefiniowywana. Zarówno Andruchowycz, jak i Stasiuk piszą pięknie, z wyczuciem dla miejsca, czasu, szczegółu. Ich eseje mają mocną warstwę estetyczną, poetycką, co sprawia, że lektura jest przyjemnością intelektualną i emocjonalną. Historia, geografia, literatura, pamięć – wszystko się przenika. Autorzy nie starają się być wyłącznie historykami ani teoretykami, lecz literatami, obserwatorami, interpretatorami. Choć teksty są bardzo osadzone w kontekście Europy Środkowo-Wschodniej, to ich refleksje o przeszłości, tożsamości, granicach przemijania są uniwersalne. Każdy kto żyje w regionie, który przeszedł przez zmiany, migruje, albo obserwuje granice – znajdzie tu coś dla siebie. Jest to także dialog dwóch perspektyw: ukraińskiej i polskiej. To konfrontacja doświadczeń, historii, języka, która pozwala dostrzec, że „Europa Środkowa” nie jest monolitem, lecz mozaiką.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) Andrzej Stasiuk
Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej)
Andrzej Stasiuk
Do przeczytania tej książki namówił mnie znajomy, który od dwóch lat poleca mi ją cyklicznie przy każdej okazji. Zaczęło mi się nawet wydawać, że niecierpliwi się nawet nieco, że trochę się z lekturą ociągam, wybierając co rusz inne pozycje. W końcu jednak postanowiłam zobaczyć, co to za cud literacki i czy faktycznie takie to dobre... Początek nie był dla mnie łatwy. Mogłabym opisać to następująco: czytanie pierwszych stron tej książki było jak nowa znajomość, nawet dobrze się zapowiadająca, której tłem jest podróż samochodem, gdzie siedzę na miejscu pasażera. Kierowca to nowy znajomy, wytwarza się nić porozumienia, sytuację jednak naznacza fakt, że ten nowo poznany człowiek zupełnie nie potrafi prowadzić auta, a właściwie jakoś tam potrafi, ale nie tak, by poczuć się na 100% dobrze. Każde zdanie Stasiuka, krótkie, nagle jakby urwane, było dla mnie właśnie jak jazda samochodem z kimś, kto wykonuje manewry niespodziewane i mało przyjemne. Tak, te krótkie zdania były dla mnie jak nagłe hamowanie. Musiałam się do tego stylu przyzwyczaić. Jestem wielbicielką raczej zdań długich, nawet półstronicowych... Zdaje się jednak, że dalej Stasiuk zaczął się rozwijać, zdania stały się nieco dłuższe, gawędziarski styl dopomógł nam się mimo wszystko porozumieć. A o czym jest ta książka? Jak nazwa wskazuje: o stawaniu się pisarzem. Czy pisarzami zostają tylko ludzie niezwykli? Niekoniecznie. Czy w życiu ludzi "zwyczajnych" dziać się mogą rzeczy godne próby literackiej. Oczywiście. Niczym innym ta opowieść nie jest, jak właśnie historią pewnego chłopaka, potem mężczyzny, żyjącego jeszcze w minionym systemie, który przywołuje z pamięci kumpli, przyjaciół, trochę bliskich kobiet i przygody niepogodzonego z życiem człowieka, który w zasadzie nie wie, co z tym czasem na ziemi począć. Włóczymy się ze Stasiukiem nie tylko po Warszawie, ale jest tu całkiem sporo, ale również po innych zakątkach kraju, gdzie trafiał nierzadko zupełnym przypadkiem. Moimi ulubionymi fragmentami były te, które opowiadały o więziennym życiu i wojsku. Stasiuk posługuje się demitologizacją, tworząc jednocześnie specyficzny rodzaj legendy o przypadkowości i zwykłości ludzkiego życia, uwikłanego w wielką historię, która - jak się okazuje - nie musi mieć wcale na nie wielkiego wpływu. I tak: książka to warta polecenia. https://www.instagram.com/p/DJymM2AtfeB/ https://www.facebook.com/JustynaCzytuje/
justynazwanaruda - awatar justynazwanaruda
oceniła na 8 8 miesięcy temu
Bombel Mirosław Nahacz
Bombel
Mirosław Nahacz
Ależ znakomity to strumień świadomości alkoholika z podkarpackiej wsi, z lekką niepełnosprawnością intelektualną oraz kilkoma innymi deficytami, snuty na pustym (już wtedy) przystanku autobusowym. Przemawia do mnie bezbrzeżny smutek bijący z tej pozornie zabawnej opowieści o życiu niewartym uwagi i takimże świecie z 2004 r. Jak się można spodziewać, jest to narracja bardzo politycznie niepoprawna. Z tego powodu wolałem tylko takie cytaty przytaczać, które mogły być cenzuralne dla mnie samego, nawet już nie dla standardów społeczności LC. Niemniej imponuje mi słowotwórstwo i język bohatera, godny najlepszych mistrzów takiej narracji – nie żadnych salonowych. Nie jest łatwo wejść w skórę takiego „bożego prostaczka”. Miał Nahacz wybitne zdolności językowe, skoro tak wiarygodnie wykreował jego cały świat, że ktoś mógłby ulec pokusie utożsamienia podmiotu mówiącego z piszącym… A zarazem ten bełkot (ale czy tylko…?) wylewający się ze stronic „Bombla” powinien, a nawet musi być, choć dziś, wysłuchany, by cokolwiek w ogóle zrozumieć z naszego pięknego kraju, a zwłaszcza, choć nie tylko przecież, z wyborów politycznych rodaków. Bo mamy tu świetnie oddany stan nie-świadomości tych wszystkich, którzy nie mieli nawet cienia szansy załapać się na benefity transformacji. Znienawidzili tych, którym się to udało, a przy okazji i samych siebie – jeszcze mocniej. To niemal dokumentalny zapis nastrojów i emocji „przegrywów” niewartych uwagi ani wspomnienia. Ale Nahacz pamięta…… Narrator nie imponuje składną mową. Gubi wątki, a w zasadzie twórczo je rozwija, jak przystało na ludowo-alkoholowy poemat dygresyjny prozą pisany. Niekończące się, wielokrotnie złożone, niemal transowe zdania wręcz oszałamiają. Kwestie poboczne bywają ważniejsze niż to, co było zamiarem wypowiedzi, jeśli w ogóle taki zamiar był. Acha, no i nie ma dialogów… Tematy główny, co oczywiste, to alkohol, kobiety i nicnierobienie. Jest kilka szczególnie znakomitych epizodów, m.in. wyjazd do Słowacji, gdzie eksploduje nienawiść do Romów, przerażający opis powodzi i pożaru, traumatyczne wspomnienia tzw. „domu rodzinnego”, gdzie zaznał tylko zła. Nie przypadkiem stał się takim, jaki jest. Ale znajdzie się też tu miejsce na delikatne wspomnienie akcji „Wisła”, wciąż żywe jeszcze – Autor był wszak Łemkiem (BTW: nie dość, zwłaszcza dziś, przypomnienia, że dla IPN te zbrodnicze przesiedlenia to żadna zbrodnia). Po tej książce dostrzegam, że śmierć Nahacza stanowiła niepowetowaną stratę dla naszej literatury. A odszedł w 2007 w wieku 23 (!) lat. Jakimże mistrzem mógłby być, a raczej jakim byłby…. Jeżeli miałbym go do kogoś porównać, byłby to niezapomniany Marian Pilot. Która to już moja książka, którą się chce niemal całą przepisywać? „Mówię, jakby wewnątrz mnie wiał wiatr, i najwyraźniej do mojej głowy nawiewa ciągle nowe myśli, miesza te, które już tam są jako tako uporządkowane, robi z nich kompletny pierdzielnik, burdel do kwadratu, i ciągle nawiewa nowe, ciągle coś, czego jeszcze nie powiedziałem, o czym nawet nie wiem, że miałbym ochotę powiedzieć, wszystko przez ten umysłowy wiatr”. „Może jakiś mój anioł stróż mógłby pomyśleć akurat: biedny ten Bombel, miał straszne życie, matka go nie kochała, ojciec bił, a żona okazała się kurwą, całe jego życie to pech”. „Mój ojciec był dobrym człowiekiem, ale bił mnie okrutnie cepem i sznurami różnych grubości i długości oraz zamykał w stajni, jak było minus dwadzieścia pięć stopni Celsjusza, w samych majtkach”. „Żadnych perspektyw przed sobą nie widzę, przez co najmniej dwa dni”. „Nie znajdzie się żaden człowiek, który popatrzy na mnie z bólem w sercu i ze współczuciem wyciągnie do mnie pomocną dłoń, zakończoną jakimś alkoholem”. „Jak piliśmy jeden dzień, drugi, trzeci i wszystkie następne, to po jakimś czasie cały komplet pamięta się jak jeden dzień”. „Jezu, tak mówię i nie poznaję tych słów, które wychodzą z mojej gęby. Gadam jak nienormalny, bo tylko tacy do siebie mówią”. „Słychać już buczenie dojarek, bo teraz dużo ludzi sobie takie kupiło. Zakłada się na wymiona krowom i już. Ale ja myślę, że to je boli. Nie ma tak, żeby nie. Bo jakby tak na kutasy tym wszystkim rolnikom pozakładać, to może na początku byłoby i fajnie, ale potem nie gwarantuję. Bo żeby się wyłączyło, musi uciągnąć piętnaście litrów, a tyle ładunku to nawet najlepsi katolicy nie mają”. „I może wszystko byłoby w porządku, gdyby na każdym kroku nie widziało się kobiet zesłanych prosto z nieba. Bo one są już wszędzie: na obrazkach, w gazetach, telewizorach, kalendarzach”. „Kręciła tą piękną dupą, tym cudem na świecie, tym chodzącym dowodem, że Pan Bóg istnieje i ludzie to jego dzieci”. „Mądrą miałem matkę, że w kołysce straszyła mnie Cyganami, bo do teraz została mi jakaś taka ostrożność, taki zmysł obserwacji czarnych, że jak się jakiś pojawia w kącie oka, od razu zapala mi się czerwona lampka (…) ale grunt to nie popadać w przesadę, a to co, się stało z nimi, to tylko płacz i zgrzytanie zębów”. „Z Pietrka zresztą jest patriota i zawsze chodzi głosować, żeby potem z czystym sumieniem mógł narzekać”. „Widziałem, jaki wkurwiony jest Bóg na ten cały świat”. „Myślę sobie, że w zasadzie jest całkiem źle, bo są same braki i to, czego nie ma, jest ważniejsze niż to co jest”. „W dodatku ci policjanci ani razu mnie nie uderzyli, a przecież mogli bez kłopotu, takiego pijaka jak ja zawsze można, dobrze o tym wiem, nikt przecież nic nie powie, nawet dobrze w zasadzie, że żula biją, może przestanie się lumpić i zrobi się z niego porządny obywatel”. „Powiedzieli, że mnie zostawiają ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu, ale mam się nie ruszać z miejscowości zameldowania, jakbym nic całe życie nie robił, tylko ciągle gdzieś podróżował”. „Już nigdy mi nie opowie, jakie dawniej wszystko było piękne, że wszyscy mieli pracę pieniądze były, każdy miał swoje miejsce na świecie, każdy był potrzebny państwu, nie tak jak teraz, że zdychajcie, a co nas, kurwa, obchodzicie, jak nic nie umiecie, przyzwyczajajcie się, nieroby, nikt wam nic nie da za darmo, skurwysyny”. „Życzę mu, żeby w jego niebie było tak, że dwadzieścia anielic jest oddelegowanych tylko do tego, żeby zabawiać Karczaka w sposób ziemski, z pięć, żeby mu nalewać wino i ze dwie, żeby tańczyły przed nim nago taniec brzucha”. „Bez domu ogień jest niczym. I widać, jakim on jest pasożytem, jak żre to drewno, te zasłony i komplety mebli wypoczynkowych kupionych na raty bez żyrantów i pierwszej wpłaty, widać jak to żre i od razu przerabia, od razu sra tym i rzyga, zamienia w coś nieuchwytnego, w coś, czego nie można chwycić, w coś, co od razu ucieka w niebo, w coś, czego naprawdę nie ma, a tylko się wydaje”. „Czas wokół przystanku jest teraz kryształem, który odbija wszystko to, co już kiedyś było, a czas w środku przystanku jest już zupełnym lustrem, które prócz tego kryształu z zewnątrz odbija też to, co mam w głowie”. „Nie lubię wyjeżdżać nigdzie z mojej wsi, boję się potem jak wracam, że jej tam nie będzie, że nie będę mógł znaleźć drogi z powrotem, że ją przestawią bez mojej wiedzy i zgody”. ”Mam tylko jednego kumpla, porządnego, ale nawiasem mówiąc, z niego to też niezły skurwysyn i świnia”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 rok temu
Pod Mocnym Aniołem Jerzy Pilch
Pod Mocnym Aniołem
Jerzy Pilch
Pilch niewątpliwie był (a właściwie nadal jest, nie zamierzam go degradować) geniuszem literackim. Jak sam narrator-autor powiedział: chciał stworzyć dzieło życia (i śmierci) - traktat o piciu - które wymagałoby od niego poświęcenia swojego istnienia i zachlania się do grobowej deski. Autor-narrator wybiera jednak życie, kończy z literaturą, odrzuca niechybne zakończenie i przechodzi do chaosu rzeczywistości, wyrywa się z pijackiego koszmaru, wyrywa się utartym schematom. Piękno języka Pilcha, jego myślenie pełnymi zdaniami, jest prawdziwą ucztą, daje ukojenie. Jest to pogmatwane, tak jak powinno być pogmatwane życie deliryka, ale w pewnym, dość nagłym, momencie wszystko się kończy. Zapada kurtyna, bohater wraca przez otwarte bramy doczesności i wybiera życie, co jest samo w sobie sztuką. „[…] Nagle ogarnęła mnie potworna złość, byłem zły na bankomaty, których jeszcze parę lat temu nie było. Ogarnęła mnie furia, przypomniałem sobie o upadku muru berlińskiego i byłem przeciwko upadkowi muru berlińskiego, wszyscy entuzjaści rozbijający murarskimi młotami mur berliński zabierali mi brunetkę w żółtej sukience, i byłem przeciwko „Solidarności”, bo „Solidarność” zabierała mi brunetkę w żółtej sukience, i Lech Wałęsa zabierał mi brunetkę w żółtej sukience, i Jan Paweł II wołający: zstąp, Duchu Święty, zabierał mi brunetkę w żółtej sukience, i zstępujący i odmieniający oblicze ziemi Duch Święty zabierał mi brunetkę w żółtej sukience”. s.11-12 „[…] Sny pijaka dzieli od jawy tekturowa ściana, nocą pijakowi śni się to, co przeżył za dnia, trzeba raczej powiedzieć: nocą pijakowi pokazują się jego dzienne majaczenia”. s.15 „[…] Byłem nieuleczalny - to pestka, nikt nie jest uleczalny (zwłaszcza zdrowi są nieuleczalni) […]”. s.16 „- Nie chcę się zapić na śmierć, w każdym razie nie teraz. Prawdę powiedziawszy, najchętniej zapiłbym się na śmierć po długim i szczęśliwym życiu”. s.17 „[…] Obaj nie dotykaliśmy istoty rzeczy, obaj zdawaliśmy sobie sprawę, iż nie dotykamy istoty rzeczy, obaj byliśmy udręczeni nieuchwytnością istoty rzeczy”. s.18 „[…] Pomiędzy najzręczniejszą nawet literaturą a porywczą prostotą własnej trwogi nie ma bowiem wyboru”. s.20 „[…] Czy jabłko, które spadło na głowę Izaaka Newtona, było czy nie było drobiazgiem? Kosmiczny drobiazg? Nie ma innych drobiazgów jak kosmiczne. Ale do stu tysięcy furgonów beczek! Nie trzeba przywoływać zasad wszechświata w obronie nieustannie przepadających zapalniczek, portmonetek, dokumentów, piór wiecznych i kulkowych, długopisów, maszynopisów, książek, skarpet, popielniczek, szalików, rękawiczek und so weiter. Tak jak nie trzeba wytaczać w tej sprawie, w sprawie rozgardiaszu przedmiotów, argumentu „dociekań najwyższej wagi”. Nieustanne myślenie o drobiazgach nie musi rozpraszać „dociekań najwyższej wagi”, wystarczy, że rozprasza codzienne dociekania, a rozprasza je rujnująco, jeśli docieka się całymi zdaniami. Ja, na przykład, dociekam całymi zdaniami. Powiem więcej: z rozpaczliwym uporem utrzymuję się przy życiu dzięki myśleniu całymi zdaniami”. s.42 „[…] Z dojmującą przykrością myślę o chwili, kiedy ostatnie akapity, zdania, fragmenty zdań sczezną w mojej głowie i zostaną tam nieczytelne rękopisy, widma nazw, majaki, koniec. Heroikomiczny wybór pomiędzy demencją a śmiercią nie bawi mnie w najmniejszym stopniu”. s.42-43 „Siedziałem wygodnie rozparty i wypatrywałem oświetlonych okien, zawsze mnie frapowały okna, w których późną nocą świeciło się światło, ktoś czytał całą noc książkę swego życia, ktoś umierał, ktoś dusił się w strasznym kaszlu, ktoś budził się z krzykiem ze snu koszmarnego, ktoś brał kogoś w ramiona, ktoś brał coś na uspokojenie, ktoś płakał z tęsknoty, ktoś szedł do łazienki”. s.51 „[…] jeszcze, jeszcze można było zgasić dobrze już płonący ogień, jeszcze można było obie butelki kupione w całonocnym sklepie wylać do zlewu, wyrzucić do zsypu, a nawet cisnąć nimi przez otwarte okno, i właśnie ta możliwość, cień tej możliwości niewymownie dramatyzował sytuację, nie szło tu bowiem o to, że dalej istniał rzeczywisty wybór pomiędzy piciem a niepiciem, nie, takiego wyboru nie było już dawno (szczerze mówiąc, takiego wyboru nie było od co najmniej dwudziestu lat), natomiast można było wciąż jeszcze udawać, że taki wybór istnieje, pozorować kabotyńską szamotaninę i nie tyle wahać się pomiędzy piciem a niepiciem, co wiedząc, że już się w zasadzie przestało niepić, dalej męczeńsko wydłużać drogę do picia”. s.55 „[…] Poruszałem się z niezwykłą prędkością, bo szło o to, by jak najprędzej wlać w siebie pierwszą dawkę prawdy i zabić męczącą retorykę. Trzeba było jak najprędzej skończyć z świadomą literaturą wiecznych wątpliwości i wybrać niezachwiane, nieprzytomne życie”. s.57 „Nie drażniła mnie pijacka obłuda Kolumba Odkrywcy, nie można szczerze pić bez obłudy, usta muszą przeczyć trunkowi, co właśnie przeszedł przez gardło. Pan Bóg niechybnie dla ulżenia pijakom nie wypisał na kamiennych tablicach przykazania: nie kłam. Słowo musi przeczyć nałogowi. Kłamstwo w plemieniu deliryków jest honorem - prawda wpierw jest nietaktem, później zniewagą, na końcu rozpaczą. […] Prawdziwie straceńcze picie musi być zakryte, kto je odkrywa, kapituluje, przyznaje się do bezradności, pozostaje mu płacz, zgrzytanie zębów i mityngi AA”. s.65-66 „[…] Słowo jest moją używką, moim narkotykiem, rozsmakowałem się w przedawkowywaniu. Język jest moim drugim, co mówię, drugim, język jest moim pierwszym nałogiem”. s.66 „[…] Tak jest, z pijackim uporem powtarzam raz jeszcze: realność całej sytuacji sprawiała mi ulgę, nadto byłem udręczony nieustannie doskwierającą fikcyjnością”. s.77 „Jaką duszę ma człowiek, który wie, że przepił wszystkie pralki świata? Odpowiadam: duszę ma uskrzydloną, a myśl jego wiruje jak bęben w ostatniej fazie odsączania. Kiedy czujesz na sercu ciężar miliarda przepitych pralek - jest nie do zniesienia. Ale kiedy unosisz udręczony wzrok i widzisz, jak ptasie ławice białoskrzydłych pralek szybują pod wodnistymi niebiosami niczym eskadry papieskich helikopterów, pojmujesz, iż jest ci dane więcej niż innym. Jest ci dany niekonwencjonalny dar i jeśli zdołasz przeżyć, jeśli przedtem nie umrzesz, możesz zacząć wędrówkę w poszukiwaniu wszystkich utraconych pralek, a nawet - tak jest - w poszukiwaniu wszystkich utraconych rzeczy”. s.90-91 „[…] Niekiedy już po setnej, a jak kto wątlejszy to nieraz już i po dziesiątej przepitej pralce bezpowrotnie traci ciekawość i wolę spraw doczesnych. A duchowość całkowicie uwolniona z więzi doczesności to jest przecież czysta grafomania. Przepijanie wszystkich pralek świata nieubłaganie wiedzie do całkowitego zaniedbania doczesności - w pisaniu całkowite zaniedbanie doczesności wiedzie do grafomanii, kto zatem pisze i pije, jest w trudnej sytuacji. Piłem i nie zaniedbywałem pisania i teraz z pijacką łzą w oku piszę o zaniedbanej przez picie pralce”. s.91 „- Po co się budzić, skoro na jawie jest jeszcze gorzej? Jawa jest jednym wielkim powodem do picia. - Skoro pijesz we śnie i na jawie, tak naprawdę nie wiesz, jak jest na jawie”. s.109 „- Korci mnie, żeby odpowiedzieć: nie ma mądrzejszych i bardziej doświadczonych ludzi od mądrych i doświadczonych pijaków, ale byłby to typowo pijacki aforyzm, a ja ostatnio stronię od pijackich aforyzmów. Wychodzisz ze szpitala, czyli wychodzisz z choroby i wracasz do świata, który sam w sobie jest wielką chorobą. Czyli co?”. s.112 „- Kto, kiedy i gdzie powiedział - jadowitość pojawiła się i rosła w moim głosie - kto, kiedy i gdzie powiedział, kto, kiedy i gdzie napisał, że ja jestem od normalnego życia? - A od jakiego życia jesteś? Nienormalnego? Wyjątkowego? Genialnego? Chorego? - Ja jestem, Alu, od życia wyjątkowo nieszczęśliwego. - Weź się w garść i zacznij żyć umiarkowanie, ale szczęśliwie. - Umiarkowanie, ale szczęśliwie? Przecież to jest sprzeczność sama w sobie. - To nie jest sprzeczność, kiedy to zrozumiesz, przestaniesz pić”. s.118-119 „Teraz… Teraz - czyli kiedy? Po wypiciu pierwszej stabilizującej, czy po wypiciu drugiej uskrzydlającej półlitrówki? Teraz? Po szalbierczym wytrzeźwieniu? Teraz? Po wyjściu? Po wejściu? Po zejściu? Teraz - po trzech, a może po sześciu tygodniach, po czterdziestu, a może po stu czterdziestu dniach”. s.123 „Słyszę wyraźnie jak we śnie: jest w tej muzyce siła nadchodzącej śmierci i jest w tej muzyce siła powstrzymywania nadchodzącej śmierci, prawdziwą pisarska siła odwracania biegu zdarzeń. W stukartkowym zeszycie chcę w końcu jeszcze napisać rzecz najtrudniejszą (godne zadanie dla własnej pychy): historię człowieka, który się podnosi, nabiera siła i z ryzykownej metafory wielkiej wojny wychodzi cało i zwycięsko. Chcę dać literaturę, która wyzwala ze słabości i silna jest jak pastorałka Don Juana”. s.143-144 „Jak się domyślasz, ostro z nimi w duchu polemizuję, choć mam świadomość, że moja polemika mija się z celem, moje założenia są inne, terapeucice pragną doprowadzić rzeczywistość do trzeźwości, ja pragnę doprowadzić rzeczywistość do literatury, w pewnym miejscu - nie ma siły - nasze drogi się rozchodzą”. s.148 „[…] Pierwsza osoba liczby pojedynczej jest elementem fikcji literackiej. Boże mój, cóż to za szczęście i jakiż to instynkt: teraz właśnie ogłosić koniec literatury i móc z czystym sumieniem powiedzieć po prostu - ja”. s.149 „Kiedy mówię, że porzucam mój nałóg dla Ciebie, mówię prawdę. Kiedy mówię, że porzucam mój nałóg dla nas, mówię prawdę. Bo mnie nie ma bez Ciebie, bo mnie nie ma bez nas. Moje „ja” już nie jest w liczbie pojedynczej. Przestaję istnieć, kiedy Ciebie nie ma, każde rozstanie jest nie do przeżycia. (Pamiętasz, jak oboje płakaliśmy na Dworcu Centralnym? Jak biegłaś wzdłuż wagonu?) Nie możesz być dalej niż kilkaset centymetrów ode mnie, potem wszystko jedno, czy jesteś o kilometr, czy trzysta kilometrów stąd. (Trzysta kilometrów od moich ramion). Potem i tak jest otchłań i wszystko, co jest w środku, bardzo… (Koniec rękopisu czytelny tylko dla adresatki)”. s.155 „[…] Generalnie problem polega na tym: jak pogodzić głębię pijanej duszy z płycizną pijanego ciała? Jak to wyjaśnić i jak go uzgodnić? Jak w ogóle połączyć najwyższe uwznioślenie duszy ze straszliwym pawiem? Jaką czarną nicią połączyć fantastyczną i kreacyjną lekkość z prześcieradłem nazajutrz czarnym od potu? Jaki jest związek pomiędzy wieczorną odwagą, brawurą a porannym lękiem, trwogą?”. s.204 „[…] Nie ma cię, nie ma cię i nigdy nie będzie. Nie, ty jesteś. Ja jestem. Jestem, bo nie wybieram śmierci. Stary Kubica, mając do wyboru brak flaszki u wezgłowia albo śmierć, wybrałby śmierć. Ja wybieram życie i Stary Kubica w niebiańskiej gospodzie (anioł mu nalewa) pije moje zdrowie. Dziadku - mówię do niego - pijany ojcze mego pijanego ojca, dziadku, byłem na tym samym ośnieżonym placu, flaszka stała u mego wezgłowia, ten sam czarny pot spływał ze mnie, dygotali moje serce i trzęsły się moje ręce. Ale wybieram życie, jest przy mnie miłość silna jak twój śpiew, ona daje mi ocalenie. Nasz nałóg, który ciebie zabił, ze mnie schodzi jak z węża schodzi skóra węża; zwyciężyłem, z tobą się dzielę moim zwycięstwem, piszę o tobie i piszę o sobie nie tylko po to, by pokazać, że prawdziwa deliryczna proza nie kończy się śmiercią: kończy się życiem, które nie wiadomo, jak się skończy”. s.216-217 „Kiedy to było? Nie było tego wcale. Nie ma literatury, bo nie ma tamtej przeszłości i nie ma tamtych historii. Jest tylko czas teraźniejszy […]”. s.221 „[…] Panie Boże, uczę się przy niej wolności, moje serce uczy się bić, oddycham, jestem, bo ona jest. Jaki to problem: żakiet porzucony w mokrej trawie? Jaki to problem: pomięte i wilgotne spodnie? Jaki to problem: iść boso i boso wsiadać do podmiejskiej kolejki? Chodź, chodź, teraz tak. Na twoją skórę pada cień liścia i kropla deszczu. Przestałem się bać. Ktoś we mnie przestał się bać. Nie boi się”. s.227 „- Nigdy ciebie nie zdradzę. Nigdy ciebie nie okłamię. Dawniej bym powiedział, że z mojego punktu widzenia to są całkowicie samobójcze zdania, jeszcze rok temu tak bym powiedział, ale zapomniałem tamtego języka. Straciłem mój język, a może uwolniłem się z uwięzi mojego języka, może mój język zstąpił z koturnowych wysokości”. s.230 „Chciałem powiedzieć, że nie wszystko, co powstaje w mojej głowie, jest związane ze mną, chciałem raz jeszcze przytoczyć (chyba tysiąc razy je przytaczałem) powiedzenie Franza Kafki: „Z samym sobą nie mam nic wspólnego”, chciałem się po prostu bronić przed dojrzewającym w głowie tej uroczej terapeucicy-okularnicy zakazem twórczości własnej, ale machnąłem ręką. Zakaz - jak powszechnie wiadomo - rodzi konspirację, konspiracja niekiedy bywa bardzo twórcza”. s.233 „[…] Zdaniem Szymona, gdyby umiał on swoje zdanie wypowiedzieć, nadmierne rozjaśnienie umysłu prowadzi do nerwowości. Wiedzieć coś do końca to znaczy nie mieć już żadnego zapasu wiedzy na dany temat, a jak człowiek nie ma żadnego zapasu - głupio się czuje; człowiek wtedy czuje się tak, jakby kończyły mu się papierosy. Nie „człowiek”, a ja Szymon, nie „się”, ale ja Juruś. I nie „czuje”, ale „pije”…”. s.241 „I mój nałóg schodził ze mnie, tak jak z węża schodzi skóra węża, na ścianę padały ostatnie cienie dotykalnych widm, ona była przy mnie, trzymała mnie za rękę, czułem w sobie wiosenny przybór sił. Jeszcze pół roku temu szykowałem się na inne zakończenie, w cichości serca byłem pewien, że spiszę do końca ciemny protokół mojego nałogu, postawię kropkę na wilgotnym papierze i za pomocą niewielkich, już bardzo niewielkich dawek gorzkiej żołądkowej samego siebie na tamten świat wyprawię”. s.259 „[…] Nie jestem w stanie opisać własnego wyzwolenia jako serii przekonujących wydarzeń, nie potrafię dać ewolucyjnej historii własnego zmartwychwstania - daję jedynie te epifaniczne wersy, ale też zmartwychwstanie moje było niczym epifania, było niczym haiku, było niczym jeden nieomylny jak błyskawica wers”. s.260 „Dziesięcioleciami chlałem niczym bydlę nieczyste, przez dziesięciolecia byłem pijany jak bydlę nieczyste i w ciągu kilku godzin bez zasługi wytrzeźwiałem. Bez zasługi? Nie, radykalnie odrzucam wszelką kokieterię. Moją zasługą była moja rozpacz, moją zasługą były moje modlitwy i moją zasługą jest moja miłość”. s.261 „[…] Byłem zamarzającym na kość kościotrupem i byłem rozczarowany stereotypową fabułą własnej agonii, wszystko szło tak, jak tysiąc razy o tym czytałem: przymknąłem zamarzające powieki i zaczęło mi się przypominać całe moje zmarnowane życie, dobry traf chciał jednak, że na początek przypomniała mi się piłka nożna i przypomniały mi się wszystkie bramki strzelone w dzieciństwie, i ujrzałem żółtą węgierską futbolówkę, jak wpada po moim uderzeniu do bramki na stadionie Startu w Wiśle, i do wszystkich bramek prowizorycznie wytyczonych na krakowskich Błoniach, i przypomniała mi się bramka strzelona głową na łące pod schroniskiem na Markowych Szczawinach, i przypomniały mi się bramki strzelone w sali gimnastycznej na Powązkach. Przypomniały mi się wszystkie moje piłkarskie sny, koszmary, majaczenia i już we śnie przedśmiertnym uginałem bezwiednie prawą nogę, tak jakbym chciał ostatni raz skierować widmową piłkę do widmowej bramki, i pięta moja dotknęła zamarzniętej bocznej linii ostatniego kręgu, odbiłem się, tak jest, jakkolwiek to brzmi, a brzmi to kiepsko: odbiłem się. Powtarzam jednak - byłem rozczarowany fabułą agonii, a fabuła ocalenia nie okazywała się lepsza, też była niewyszukana jak powieść dla kucharek”. s.261-262 „Pod wieczór na werandzie z rozległym widokiem będziemy pić herbatę. Nasze dusze nigdy stąd nie odejdą i nigdy tu nie usną”. s.262
absurdalneżycie - awatar absurdalneżycie
ocenił na 9 5 dni temu
Pióropusz Marian Pilot
Pióropusz
Marian Pilot
Nieczęsto zdarza sie obcowac z książką, która w tak zuchwały i zarazem pokorny sposób wkracza w samo jądro ludzkiego istnienia. Pióropusz Mariana Pilota nie jest powieścią w zwyczajnym rozumieniu tego słowa. To raczej rozedrgany, językowy manifest pamięci – pamięci nie tylko jednostkowej, lecz także zbiorowej, zakorzenionej w ziemi, w dialekcie, w ciele i w duszy człowieka, który nigdy nie został naprawdę wysłuchany. Pilot pisze tak, jakby każda litera była wykuwana z samej istoty człowieczeństwa – z bólu, śmiechu, hańby i rozpaczy. Jego język – pełen kolokwializmów, neologizmów, śladów gwary i poetyckich zgrzytów – nie poddaje się łatwo. Czytelnik nie może się tu wygodnie rozsiąść. Musi uczestniczyć. Musi cierpieć i śmiać się razem z narratorem, który nie jest jedynie jednostką, lecz echem tysięcy podobnych głosów, tłumionych przez historię, przez systemy, przez rodzinę, przez samego siebie. Nie ma tu ornamentu dla ornamentu. Każde słowo zdaje się być umieszczone w tekście z niepojętą precyzją, chociaż na pierwszy rzut oka panuje w tej prozie chaos. Ale to nie chaos, to życie – nieobrobione, surowe, takie, jakie jest naprawdę. Narrator Pióropusza – w swoim dziecięcym, a zarazem dojmująco dojrzałym spojrzeniu – przypomina człowieka, który błąka się między światłem a cieniem, nie wiedząc, po której stronie ma stanąć, a może nawet – nie wierząc, że wybór w ogóle istnieje. Pilot potrafi uczynić z rzeczy najmniejszych – z gestów matki, z pędu wiejskiego roweru, z chłodu łyżki do zupy – znaki transcendencji. Pokazuje, że nawet w najbardziej błahym zdarzeniu tli się coś świętego, coś przeklętego, coś, co nie pozwala spać spokojnie. W tym tkwi jego siła – nie w fabule (która nie biegnie, lecz meandruje jak niespokojny strumień), nie w dramaturgii (która się nie wspina, lecz zapada), lecz właśnie w tym nieustannym pulsowaniu między językiem a uczuciem. Lektura Pióropusza nie daje ukojenia. To nie jest książka, po której człowiek odetchnie z ulgą. To książka, która wierci się w duszy. Która nie pozwala o sobie zapomnieć. I – co najważniejsze – która nie pozwala zapomnieć o tych wszystkich, których głosów nie słyszymy na co dzień: wiejskich dzieci, ojców przesiąkniętych goryczą, matek osaczonych obowiązkiem, dziadków, którzy nie potrafią mówić, ale pamiętają wszystko. W Pióropuszu nie ma zbędnych słów. Jest tylko prawda – nieraz okrutna, nieraz liryczna, zawsze nieunikniona. To arcydzieło pokory i odwagi. Arcydzieło literatury, która nie chce być elegancka ani wygodna, lecz prawdziwa. A to, moim zdaniem, najtrudniejsze. I najbardziej potrzebne. Moja recenzja z portalu "nakanapie"
Aleksy - awatar Aleksy
ocenił na 10 11 miesięcy temu
Ostatni cieć Janusz Głowacki
Ostatni cieć
Janusz Głowacki
"Humor i groteska, dystans i ironia". Takie zdanie widnieje na okładce jednego z wydań tegoż dzieła. Zgadza się, tu rządzi humor, groteska, dystans, ironia. Te cztery elementy w rewelacyjny sposób połączył Janusz Głowacki. Ta książka jest niczym sen zwariowanego twórcy. Absurd goni absurd, wszystko podlane psychodelicznym sosem. Jest to krótka, surrealistyczna powieść, na którą składają się głównie opowieści Kuby (głównego bohatera) przeplatane z opowieściami osób, które spotyka. Książka dziwna, niezwykła, niesztampowa, oryginalna i warta przeczytania. Dostaje się w tym dziele od Głowackiego wszystkim po trochu i bez ogródek pisarz wszystkich niemal szpilką swej prozy kłuje. Autor wyśmiewa jednak w książce tej przede wszystkim trzy rzeczy: współczesną Amerykę, modę i telewizję. W książce nie ma świętości, nie ma tematów tabu, swoboda artystyczna wyraża się w pełni i jest niczym nieskrępowana. Książka jest rewelacyjnie skonstruowana i czytelnik nie ma czasu nawet odpocząć w trakcie lektury. Autor z każdym prawie akapitem zaskakuje i pokazuje, że tu może wszystko oraz każdy literacki, wyimaginowany chwyt, który urodził się w jego głowie jest dozwolony. Warto tę czytelniczą przygodę przeżyć, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie ona do gustu. Według mnie nie jest to książka wybitna, ale na ocenę 8/10 w pełni zasługuje.
Jarosław Wiśniewski - awatar Jarosław Wiśniewski
ocenił na 8 3 lata temu
Weiser Dawidek Paweł Huelle
Weiser Dawidek
Paweł Huelle
Powieść oniryczna, zawieszona między podziemiami cegielni a murem szpitala psychiatrycznego; opuszczonym ewangelickim cmentarzem a budynkiem szkoły. Dziecięcy bohaterowie śladom przeszłości nadają własne znaczenia, symbole. W dorosłości te miejsca zanikają. Giną w pamięci, ale i fizycznie - powstają ogródki działkowe, bloki, wygładzone chodniki i parkingi. I ostatecznie zostajemy z pytaniem - jakie to miało znaczenie, skoro nie zostały żadne ślady? Weiser jest jak dybuk - duch, który przychodzi, by przypominać. Demiurg dziecięcej wyobraźni - sprawca wybuchów, wybawiciel z kłopotów, zabawiacz w czasie nudy. A może go nie ma, może jest tylko wytworem wyobraźni, śladem po narodzie, który zniknął. Cieniem żydowskiego sztetla. Bo i tak ostatecznie nikt o niego nie pyta, nie szuka. Katolicyzm ludowy, pełen niezrozumiałych rytuałów, procesji, szeptanych zaklęć jest równie obcy jak opowieść Dawida. Jedno i drugie to baśń, element rytuału zabawy lub przeszkody, która stoi na drodze do zabawy. Elka jest NIemką i to również nikomu z nich nie przeszkadza. I tu właśnie Huelle dokonuje cudu. Pokazuje wielokulturowość nie jako projekt polityczny, ale jako element dziecięcego świata. Dzieci są tolerancyjne, bo nieobciążone ideologią; nie nadają znaczeń, które przypisują osobom, miejscom dorośli. Jest współpraca, przygoda, czysta zabawa. Czy to jedyna interpretacja tej książki? Nie. Narrator sam myli tropy, podsuwa rozwiązania: jakie znaczenie ma prawda, skoro liczy się tylko mit, baśń. Może nie chodzi o pamięć, ale o odtwarzanie świata i o to, że przeszłość istnieje tylko wtedy, gdy ktoś ją opowiada, tak jak mu się wydaje, że pamięta. Może więc “Weiser Dawidek” to opowieść o znikaniu - miejsc, ludzi, narodów, dzieciństwa. O tym, że rzeczywistość ulatuje, ale opowieść trwa. I może to jest jedyna prawda, na jaką możemy sobie pozwolić. Książka wybitna, wielowarstwowa, metaforyczna; każda warstwa skrywa kolejną, kolejną i kolejną… Lektura obowiązkowa.
mariuszowelektury - awatar mariuszowelektury
ocenił na 9 1 miesiąc temu
Tartak Daniel Odija
Tartak
Daniel Odija
W 2003 roku Tartak znalazł się na liście dziewięciu najbardziej cenionych książek prozatorskich, wielokrotnie nominowany był też (i nagradzany) w prestiżowych konkursach literackich. Książka ta określana bywa jako manifest społeczny, badający współczesne obszary nędzy i beznadziei, upominający się o wykluczoną prowincję. Autor łączy w niej realistyczne, obyczajowe sprawozdania i lokalne anegdoty z filozoficznymi komentarzami wiejskiego bajarza. Trochę tu klimatu sennych obrazów, jak z Domu dziennym, domu nocnym Olgi Tokarczuk. Dzięki temu książki nie można sprowadzić do publicystycznego obrazka. Odija faktycznie opowiada o ponurej i biednej prowincji, pozbawionej nadziei. Ale nie jest to reporterski głos, zaangażowany społecznie i politycznie, lecz raczej przypowieść o ludziach, których przetrąciło życie, "pogrobowcach" PRL wpasowanych w ramy półrealnej baśni. Ten mityzujący styl pięknie nawiązuje do podobnych klimatów prozy Andrzeja Stasiuka, Magdaleny Tulli, Pawła Huelle, Piotra Szewca, Lidii Amejko czy Pawła Sołtysa. Klimat opowieści zręcznie podkreśla prosty język, pozbawiony patosu, pompowanego dramatyzmu i wielkich słów. Pomimo tego (dlatego?) Tartak budzi silne emocje... Autor w uroczy sposób przechodzi z poziomu szczegółowego sprawozdania z drobnych wydarzeń, do szeroko kreślonych obrazów, wykraczających poza opisywane chwile ("nie wiedział, kiedy zacząć płakać i z tego wszystkiego zapomniał w ogóle o płaczu, a przecież było mu bardzo smutno. No i na kilka dobrych lat zapomniał, jak się płacze."), realistyczny opis miesza z baśniowym przedstawieniem, a biblijny język narracji z rzeczowością spostrzeżeń i wulgaryzmami bohaterów książki - całej panoramy dziwacznych, trochę strasznych i trochę komicznych indywiduów.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na 7 6 lat temu

Cytaty z książki Mury Hebronu

Więcej
Andrzej Stasiuk Mury Hebronu Zobacz więcej
Więcej