
Maria Rodziewiczówna
Polska pisarka, członkini Warszawskiego Towarzystwa Teozoficznego i Warszawskiego Stowarzyszenia Ziemianek. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Była córką Henryka Rodziewicza herbu Łuk i Amelii z Kurzenieckich. Rodzice Marii za pomoc udzieloną powstańcom styczniowym (przechowywanie broni) zostali skazani na konfiskatę rodzinnego majątku Pieniuha w Wołkowyskiem i zesłanie na Syberię. Matce będącej wówczas w ciąży z Marią, zezwolono na urodzenie dziecka i późniejszy o kilka miesięcy wyjazd opłaconym przez nią powozem. Dzieci Rodziewiczów podczas pobytu rodziców na zesłaniu zostały oddane pod opiekę różnym krewnym. Marią zaopiekowali się początkowo dziadkowie Kurzenieccy w majątku Zamosze koło Janowa, a po ich niedługiej śmierci zajęła się nią przyjaciółka i daleka krewna matki – Maria Skirmunttowa (w Korzeniowie na Pińszczyźnie).
W 1871 w wyniku amnestii wrócili z zesłania rodzice Marii. Mogli wówczas osiąść tylko poza obrębem ziem zwanych przez Rosjan „zabranymi”, czyli nie na terenie Grodzieńszczyzny, gdzie Rodziewiczowie mieli krewnych. Osiedlili się w Warszawie, gdzie znajdowali się w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej (ojciec pracował jako rządca kamienicy, matka przez pewien czas w fabryce papierosów). Sytuacja rodziny poprawiła się nieco, kiedy daleki krewny Ksawery Pusłowski uczynił ojca Marii administratorem swoich nieruchomości. Prawdziwa poprawa nastąpiła jednak w 1875, gdy Henryk Rodziewicz odziedziczył po swym bezdzietnym bracie Teodorze majątek Hruszowa na Polesiu (1533 ha). Nie był to majątek należący od dawna do rodziny (pradziadek Rodziewiczówny kupił go od Suworowa).
Już w czasie pobytu w Warszawie Rodziewiczówna zaczęła uczęszczać na pensję pani Kuczyńskiej. W końcu 1876 w związku z poprawą sytuacji materialnej rodziny została umieszczona na pensji w Jazłowcu u sióstr niepokalanek, gdzie przełożoną była Marcelina Darowska (beatyfikowana przez Jana Pawła II),zwana przez Marię „Mateczką”. Tam przebywała do ferii 1879, kiedy z powodu choroby ojca i braku pieniędzy na dalsze kształcenie musiała wrócić do rodziny (ukończyła naukę na piątej lub szóstej klasie). Pobyt na pensji w Jazłowcu, gdzie dziewczęta w religijnej, ale i patriotycznej atmosferze przygotowywano przede wszystkim do przyszłej roli żony i matki, wywarł duży wpływ na Rodziewiczównę. Tutaj miały także powstać jej pierwsze utwory (najprawdopodobniej Kwiat lotosu).
W 1881 umarł ojciec Rodziewiczówny. Po jego śmierci zaczęła stopniowo przejmować kontrolę nad majątkiem aż do 1887, gdy przejęła go formalnie (wraz z obciążeniem w postaci długów ojca i stryja, a także koniecznością spłaty rodzeństwa). Obcięła krótko włosy (za zezwoleniem matki) i w krótkiej spódnicy i „męskim” żakiecie zajęła się zarządzaniem Hruszową, która nie przynosiła jednak większych dochodów (przy dużym areale na ziemię uprawną przypadała najwyżej jedna trzecia).
W 1882 r. Maria Rodziewiczówna zadebiutowała drukując pod pseudonimem Mario w 3 i 4 numerze „Dziennika Anonsowego” dwie nowelki – Gamę uczuć i Z dzienniczka reportera. Pod tym samym pseudonimem opublikowała w 1884 w redagowanym przez Marię Konopnicką „Świcie” nieco obszerniejsze opowiadanie Jazon Bobrowski, a w 1885 humoreskę Farsa panny Heni. Debiutem powieściowym Rodziewiczówny był Straszny dziadunio, którym zwyciężyła w 1886 w konkursie ogłoszony przez „Świt”, gdzie powieść tę opublikowano w odcinkach.
Stosunki dworu z miejscowymi prawosławnymi chłopami białoruskimi układały się różnie. W 1890 za „czynne zelżenie” (pobicie) pastucha z Antopola groziły pisarce nawet dwa tygodnie aresztu (sprawę ostatecznie załatwiono polubownie wypłaceniem powodowi nawiązki w wysokości pięciu rubli). W grudniu 1900 podpalono jej zabudowania jednego z folwarków (spalenie stodoły, młocarni i obory z pięćdziesięcioma sztukami bydła). Dwór w Hruszowej promieniował jednak na okolicę ogólnym szerzeniem kultury, a okoliczni chłopi znajdowali tutaj pomoc medyczną. W 1937 z okazji 50-lecia władania Hruszową (i 50-lecia pracy literackiej) miejscowi chłopi podarowali Rodziewiczównie album z dedykacją: Sprawiedliwej Pani i Matce za 50 lat wspólnej pracy, kupili dzwony do jej kaplicy i za darmo zwieźli cegłę na budowany przez Rodziewiczównę w Antopolu kościół katolicki.
Po śmierci babki, marki i siostry w połowie lat 90. pisarka przez jakiś czas mieszkała w Hruszowej sama. Trudno określić, kiedy w majątku zamieszkała Helena Weychert jako (poznana w Stowarzyszeniu Ziemianek) partnerka życiowa Rodziewiczówny. Weychert wprowadziła zmiany w prowadzeniu gospodarstwa (takie jak wprowadzenie płodozmianu czy uruchomienie gorzelni),które poprawiły przychody. Po kilku latach przeprowadziła się do Warszawy, kupując razem z Rodziewiczówną mieszkanie na Brackiej i posiadłość koło Falenicy.
W 1919 jej miejsce zajęła w Hruszowej nowa, przedstawiana jako daleka krewna, partnerka pisarki – Jadwiga Skirmunttówna. Jadwiga zajmowała się "domem i gospodarstwem kobiecym", a Maria "sobie zostawiła interesy i męską część gospodarstwa". Relacja ta była określana przez Skirmunttównę we wspomnieniach niemieckim słowem Wahlverwandtschaft, oznaczającym "powinowactwo duchowe"/"powinowactwo z wyboru".
Czas do I wojny światowej pisarka spędzała zasadniczo w swym majątku w towarzystwie Jadwigi Skirmunttówny bądź Heleny Weychert. Jedynie zimą wyjeżdżała na 2–3 miesiące do Warszawy. Odbyła też kilka podróży zagranicznych: do Rzymu (za 500 rubli uzyskanych jako nagrodę za Dewajtis),2–3-krotnie do południowej Francji (Riwiera),przynajmniej raz do Monachium, do Szwecji i Norwegii.
W 1905 rozpoczęła aktywną działalność społeczną (napięcia społeczne, obraz robotniczej nędzy miał wywrzeć na niej ogromne wrażenie). W 1906 założyła tajne stowarzyszenie kobiece Unia. Przyczyniła się też do założenia w Warszawie sklepu spożywczego i sklepu zajmującego się sprzedażą wyrobów ludowych, a także świetlicy na terenie powiatu kobryńskiego.
Wybuch I wojny światowej zastał Rodziewiczównę w Warszawie. Wzięła udział w organizacji szpitala wojskowego, pomagała także w organizowaniu tanich kuchni dla inteligencji i bratniej pomocy akademickiej. W 1915 wróciła na pewien czas do Hruszowej, podejmując tam opiekę nad uciekinierami, których usiłowała zatrzymać.
W latach 1919–1920 inicjowała szereg poczynań społecznych w okolicy Hruszowej założenie kółka rolniczego, budowę łaźni parowej, odbudowę chederu w Antopolu. W okresie wojny polsko-bolszewickiej znalazła się w Warszawie, gdzie pełniła obowiązki sekretarki w Komitecie Głównym PCK oraz została mianowana komendantką Kobiecego Komitetu Ochotniczej Odsieczy Lwowa na miasto Warszawa Za działalność na tym polu została odznaczona Odznaką Honorową „Orlęta“, do której dołączony był dyplom podpisany przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Po zakończeniu działań wojennych wróciła do Hruszowej. Po latach dyplom ten Rodziewiczówna uważała za najważniejszą pamiątkę swej działalności.
W okresie międzywojennym próbowała nadal prowadzić działalność oświatową i społeczną (m.in. zorganizowała Dom Polski w Antopolu, sfinansowała również budowę piętra w kobryńskim Gimnazjum Państwowym własnego imienia). Polityka rządowa na Kresach budziła jednak jej dezaprobatę. Utrzymanie polskości na tych ziemiach wiązała ideowo z rolą wielkiej własności ziemskiej i Kościoła. Władze zażądały od niej tymczasem oddania części majątku (150 ha) na potrzeby osadnictwa, do czego doszły jeszcze osobiste zatargi ze starostą z Kobrynia. Stała się protektorką i współzałożycielką Związku Szlachty Zagrodowej.
Rodziewiczówna miała wytworzony z doświadczeń własnych i z obserwacji otoczenia, krytyczny stosunek do Żydów, których uważała za wyzyskiwaczy (lichwa),w znacznym stopniu przyczyniających się do nędzy poleskiej wsi i kłopotów finansowych kresowych ziemian. Znalazło to niejednokrotnie odbicie w jej utworach, gdzie występuje postać złego Żyda, w niektórych daje jednak przykłady postaci pozytywnych, życzliwych i w kłopotach pomocnych Polakom (np. Jaskółczym szlakiem).
W 1937 roku została zaproszona do władz Obozu Zjednoczenia Narodowego. Zaproszenie przyjęła, ale w 1938, protestując przeciw poczynaniom rady naczelnej OZN, z organizacji tej wystąpiła.
Wybuch II wojny światowej zastał ją w Hruszowej. Została z niej wysiedlona w październiku 1939 (majątek, po zajęciu tych terenów przez Armię Czerwoną, przejął komitet miejscowej ludności). Na podstawie fałszywych dokumentów przekroczyła granicę z terenami okupowanymi przez III Rzeszę i wraz ze Skirmunttówną dostała się do obozu przejściowego w Łodzi przy ul. Łąkowej 4. Stamtąd wydostała je w marcu 1940 r. rodzina Mazarakich, właścicieli majątku pod Tuszynem.
Tu rozpoznana przez współosadzonych spotkała się z ich dużą pomocą i okazywanymi wyrazami szacunku; "I oto pewnego marcowego dnia [1940 r.], kiedy słońce złotymi promieniami świeciło nad miastem, a przez okna sal obozu ogrzewało zziębniętych wysiedleńców, Maria Rodziewiczówna usadowiona pod ścianą fabryki na krzesełku, czekała od kilku godzin na dorożkę, które miała ją wywieźć do przyjaciół w mieście. (...) Wieść o tym rozleciała się po obozie lotem błyskawicy. Jakiś ogromny odruch umiłowania dla tej wybitnej literatki poruszył ludzkie serca. By nie zwrócić uwagi wachmanów, podchodziły pojedyncze matki, dziewczęta i chłopcy, i całowali ręce i kolana p. Marii, dając tym wyraz głębokiej czci i umiłowania za zasługi dla Narodu Polskiego w okresie zaboru i niewoli naszej ziemi Ojczystej. Na podwórko wjechała nareszcie długo oczekiwana dorożka. Panią Marię ulokowano w tej skromnej bryczce. Otwarła się żelazna brama obozu i dorożka odjechała do miasta. Stojący na warcie wachmani, zahipnotyzowani okazywanym głębokim szacunkiem wysiedlonych dla opuszczającej obóz staruszki, stanęli na baczność. (...)".
Niedługo potem wyjechała do Warszawy, czyli na teren Generalnej Guberni, gdzie wspierana przez przyjaciół, spędziła ostatnie lata życia w bardzo ciężkich warunkach materialnych. W czasie powstania warszawskiego sędziwa już pisarka przechodziła bądź była przenoszona do kilku różnych domów, otaczana opieką przez przyjaciół, PCK i powstańców. Została uwieczniona w filmie Powstanie Warszawskie.
Wyszła z Warszawy po kapitulacji, kilka tygodni spędzając w Milanówku, a następnie udając się do Żelaznej – majątku Aleksandra Mazarakiego jun. w powiecie skierniewickim. Umieszczona w pobliskiej leśniczówce w Leonowie. Zmarła w wyniku zapalenia płuc w listopadzie 1944. Pochowano ją w Żelaznej.
11 listopada 1948 zwłoki Marii Rodziewiczówny przeniesiono do Alei Zasłużonych (grób 50/51) na cmentarzu Powązkowskim.
Zobacz stronę autora
OPINIE i DYSKUSJE o książce Czahary
Rodziewiczówna w swoich książkach wprowadziła taki klimat, że mają one w sobie to coś.
Rodziewiczówna w swoich książkach wprowadziła taki klimat, że mają one w sobie to coś.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCudowna książka! Polecam!
Cudowna książka! Polecam!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDobra i mocna książka!
Dobra i mocna książka!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWiem, że ta strona klasyki często surowo jest oceniana w oczach obecnych czytelników, jednak w moim uznaniu, ma w sobie to coś. Uwielbiam spokój, jaki płynie z sielskiego wiejskiego obrazu, dialogi, które prowadzą bohaterowie i właśnie samych bohaterów. Choć książka rozpoczyna się kłótnią, to mam wrażenie, że czuć w niej dążenie do zgody, uczciwości, nie tylko jeżeli chodzi o tą jedną sytuację.
Piękna, emanująca spokojem, pomimo momentami burzliwych losów bohaterów.
Bardzo mi się podobała.
Książka zaczyna się konfliktem o podział majątku, jaki wybucha między rodzeństwem po śmierci ojca. Zosia, wbrew naciskom starszych braci, nie zgadza się przyjąć pieniędzy a domaga się swojej części w ziemii, walcząc jednocześnie o część Wacława, który od wielu lat jest nieobecny. Jest koniec XIX wieku, więc możecie sobie wyobrazić "wiarę" otoczenia w powodzenie przedsięwzięcia i samodzielnego gospodarowania ziemią przez kobietę. Tytułowe Czahary, które przypadają Zosi w udziale mogą stać się symbolem jej wytrwałości, niezależności i siły. W książce przyglądamy się relacjom rodzinnym oraz sąsiedzkim, zwykłemu życiu, stosunkom pomiędzy szlachtą a chłopami.
Główną bohaterką powieści jest właśnie Zosia, z której postawy bije upór w dążeniu do celu, walka o swoje prawa, ale również dobroć i sprawiedliwość. Jednak to osoby towarzyszące, które los postawił na jej drodze, często urozmaicają fabułę, wywołując niejednokrotnie uśmiech na twarzy.
Wiem, że ta strona klasyki często surowo jest oceniana w oczach obecnych czytelników, jednak w moim uznaniu, ma w sobie to coś. Uwielbiam spokój, jaki płynie z sielskiego wiejskiego obrazu, dialogi, które prowadzą bohaterowie i właśnie samych bohaterów. Choć książka rozpoczyna się kłótnią, to mam wrażenie, że czuć w niej dążenie do zgody, uczciwości, nie tylko jeżeli chodzi...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzahary to regionalne określenie odnoszące się do podmokłego terenu z charakterystyczną roślinnością, głównie krzewami i karłowatymi drzewami, ogólnie rzecz ujmując jest to teren bagienny.
W powieści Marii Rodziewiczówny nazwa ta odnosi się właśnie do takiego obszaru, który w spadku po swoim ojcu chciałaby odziedziczyć Zofia, najmłodsza z rodzeństwa. Tylko nie jest to takie oczywiste ze względu na przyjęte u schyłku XIX wieku (pierwsze wydanie książki 1905 rok) prawa dotyczące dziedziczenia, które stawia córki w gorszej sytuacji względem synów zmarłej osoby. Mogą liczyć na pewną sumę pieniężną, a nie kawałek ziemi. W przypadku Zofii nie chodzi o główne okazałe ziemie, a właśnie taki raczej zapomniany i wydawałoby się, że bez większego potencjału teren, a i tak rodzina nie jest temu chętna. Obserwujemy batalię Zofii na drodze sądowej, jej upór w dążeniu do osiedlenia się w miejscu, na którym jej bardzo zależy i spotykaniu ludzi, którzy jej w tym pomogą (czasami i w wątpliwie moralny sposób, ale jednak z życzliwością do jej osoby).
To moja czwarta książka autorki i w podstawowym aspekcie przypomina mi moje ulubione „Dewajtis”. Tylko tym razem mamy kobiecą perspektywę, ale Zosia Janicka tak jak Marek Czertwan jest prawą i ujmującą postacią, która chociaż najmłodsza z rodzeństwa wykazuje się dużym talentem do zarządzania gospodarstwem i tereny, które wcześniej były uważane za niewiele warte pod jej rządami zmieniają swoją wartość. Są tu podobieństwa do wspomnianego tytułu, ale i również wiele różnic, które wnoszą odświeżający powiew świeżości. Bardzo ujęło mnie zachowanie Zośki względem bronienia prawa do spadku dla brata, który został uznany za zaginionego. Rozsądne podejście do umiarkowanego udzielania pomocy pozostałemu rodzeństwu w potrzebie i ogromne wsparcie dla porzuconej żony brata.
Pory roku w tej książce zmieniają się nieubłagalnie, a Zofia pokazuje, że kobieta, by zajmować się zarządzaniem ziemią nie musi wychodzić za mąż. Z czasem coraz lepiej poznajemy jej serce, w którym cały czas było miejsce dla przewijającej się w książce postaci.
Jeszcze chciałabym wspomnieć o ciekawym aspekcie, który kojarzy mi się z Zofią, bo chociaż w młodości została zmuszona zrezygnować ze swoich marzeń to po czasie nie przyniosło jej to zgorzknienia, a właśnie obrała sobie inny cel, który przyniósł jej spełnienie. Z tej Zośki to bardzo mądra kobieta była. Dla równowagi od wypowiedzi i uczynków chłopa Kasjana zdarzało mi się przewracać oczami, ale wydaje mi się, że to właśnie o ten kontrast autorce chodziło.
Polecam odwiedzić książkowe Czahary.
Czahary to regionalne określenie odnoszące się do podmokłego terenu z charakterystyczną roślinnością, głównie krzewami i karłowatymi drzewami, ogólnie rzecz ujmując jest to teren bagienny.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW powieści Marii Rodziewiczówny nazwa ta odnosi się właśnie do takiego obszaru, który w spadku po swoim ojcu chciałaby odziedziczyć Zofia, najmłodsza z rodzeństwa. Tylko nie jest to...
Bardzo lubię czytać o dawnych czasach, chociaż podchodzę z ostrożnością do książek, które są stare. Chodzi mi o język, po prostu czasami jest trudno mi się z nim oswoić. Na szczęście pozycje Marii Rodziewiczówny są całkiem przyjemne i wcale nie odczuwam dyskomfortu czytając je. Oczywiście, jest mnóstwo słów które wyszły już z użycia, i ogólnie język jest trochę inny i specyficzny, ale naprawdę dobrze się to czyta. „Czahary” okazały się dla mnie wspaniałą podróżą w głąb czasów o których jeszcze nie wiem dostatecznie wiele. Wszystko dzieje się
U schyłku dziewiętnastego wieku na Kresach, a ja z wypiekami na twarzy chłonęłam wszystkie te kulturowe różnice, opisy miejsc, budynków czy strojów, ale przede wszystkim podobało mi się pokazanie tego jak żyła i jak postępowała szlachta w tamtym czasie. Maria Rodziewiczówna uraczyła nas pełną tajemnic i awantur opowieścią, nakreśliła sytuację związaną ze spadkiem i zgrabnie opakowała to tematami uniwersalnymi takimi jak śmierć, żałoba, relacje rodzinne oraz miłość. Świetnie opisuje także historię Zosi, kobiety która przewyższała swym myśleniem tamte czasy, która się buntowała i chciała żyć inaczej. Przyznam, że autorka sprytnie to sobie wszystko wymyśliła. Akcja rozgrywa się powoli, co rusz poznajemy nowe spojrzenie, doświadczamy tego co bohaterowie, chłoniemy wszystkie te barwy i zapachy. To była dla mnie naprawdę ciekawa podróż po umyśle ludzkim, bardzo kibicowałam głównej bohaterce i cieszyłam się, że chce żyć inaczej niż jej nakazano. Do tego to piękne wydanie ze zdobieniami.
Bardzo lubię czytać o dawnych czasach, chociaż podchodzę z ostrożnością do książek, które są stare. Chodzi mi o język, po prostu czasami jest trudno mi się z nim oswoić. Na szczęście pozycje Marii Rodziewiczówny są całkiem przyjemne i wcale nie odczuwam dyskomfortu czytając je. Oczywiście, jest mnóstwo słów które wyszły już z użycia, i ogólnie język jest trochę inny i...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Czahary" Marii Rodziewiczówny to kolejny tom z serii literatury klasycznej wydawanej przez Bukowy Las. Serię wyróżnia niezwykła szata graficzna, która przyciągnie oko niejednego wybrednego czytelnika! Tym razem Rodziewiczówna przeniesie nas w klimatyczne miejsca, gdzie wiele się wydarzy. Ale zacznijmy od początku...
Zosia, główna bohaterka powieści, to typ czarnej owcy w rodzinie. Każdy z rodu Janickich o tym wiedział, lecz dopiero śmierć ojca stała się wyraźną cezurą, od której wizerunek Zosi jeszcze bardziej się wyostrzył. Mamy koniec XIX wieku, kiedy to wciąż dominującą stroną są mężczyźni, a kobiety, jeśli nie chcą wpaść w kłopoty, muszą się podporządkować. Tymczasem główna bohaterka bezpardonowo protestuje przeciw niesprawiedliwemu podziałowi majątku po ojcu, czym rozpoczyna poważny konflikt z braćmi. Bunt Zofii przynosi jednak efekty, ale czy takich się spodziewała?
Przeczytałam już kilka powieści Rodziewiczówny i z każdą kolejną coraz bardziej przekonuję się do twierdzenia, że twórczość tej pisarki jest błędnie postrzegana przez ogół czytelników. Wedle stereotypu Rodziewiczówna to popularna pisarka romansów, jednak niewiele jest w tym prawdy. "Czahary" to jeden z lepszych przykładów ilustrujących, że wątek romansowy wcale nie znajduje się w centrum zainteresowań Rodziewiczówny. Zosia nie poszukuje miłości swojego życia. Zamiast tego stara się po prostu żyć w taki sposób, aby zachować godność i niezależność. W świetle czasu akcji oraz czasu powstania powieści taka postawa kobiety budzi respekt i rzuca nowe światło na całą historię.
W "Czaharach" świetnie wypadają drugoplanowe postaci. Jestem wielką fanką Kasjana, którego osobowość powinna być odpychająca, a jednak czytelnik znajduje dla tej postaci wiele serca. Kasjan jest także fundamentalnym źródłem humoru. Oprócz takich smaczków w powieści znajdziemy jeszcze ciekawe wątki związane z finansami czy zarządzaniem, co będzie szczególnie pociągające dla osób zainteresowanych tego rodzaju tematyką.
Podsumowując, "Czahary" to krótka, lecz treściwa, powieść na jedno popołudnie. Przepiękne wydanie zachęci do czytania, a bohaterowie i miejsca przeniosą Was do zupełnie innego świata. Po takie książki warto sięgać. Serdecznie polecam!
"Czahary" Marii Rodziewiczówny to kolejny tom z serii literatury klasycznej wydawanej przez Bukowy Las. Serię wyróżnia niezwykła szata graficzna, która przyciągnie oko niejednego wybrednego czytelnika! Tym razem Rodziewiczówna przeniesie nas w klimatyczne miejsca, gdzie wiele się wydarzy. Ale zacznijmy od początku...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZosia, główna bohaterka powieści, to typ czarnej...
Zachęcony przez kogoś z lc, kto ma bardzo dobre zdanie o autorce, kto jest inteligentny, oczytany i pisze mądre opinie, skusiłem się na lekturę absolutnie spoza moich zainteresowań, spodziewając się - mimo wszystko - mdłego romansidła bez przypraw i głębszego przekazu, może poza krytyką społeczną.
No i już na początku spadłem z krzesła, a potem, w trakcie dalszej lektury, z kilku innych mebli.
Powieść zaczyna się niemal jak podręcznik do ekonomii rolnictwa, prawa spadkowego i przyczynek do walki kobiet o samostanowienie. Powieść jest tym wszystkim po trosze, ale nie sucho i nudno, bo tłem wydarzeń pozostaje barwnie przedstawiana okolica dziś należąca - zgaduję - do Białorusi. I bo postaci do niej wprowadzone zawierają krew i kości i uczucia prawdziwe, wcale nie pookrawane do potrzeb popularnej powieści. I bo wydarzenia nie usensacyjniono ani nie sprowadzono do żadnego schematu.
To nie jest romans! To jest, prawdę powiedziawszy, anty-romans, a autorka bardzo mocno stoi na ziemi i tak też mówi do czytelnika, wciąż kładąc nacisk na ekonomiczną stronę życia, na gospodarność, na konieczność rozumienia finansowych i prawnych aspektów ludzkiego losu. I na odwagę, której symbolem jest bardzo pozytywnie odmalowany bandyta, a nie wykształcony znawca poezji i filozofii.
Przeczytałem Rodziewiczównę. Szczęka mi opadła i nie chce wrócić na miejsce.
Zachęcony przez kogoś z lc, kto ma bardzo dobre zdanie o autorce, kto jest inteligentny, oczytany i pisze mądre opinie, skusiłem się na lekturę absolutnie spoza moich zainteresowań, spodziewając się - mimo wszystko - mdłego romansidła bez przypraw i głębszego przekazu, może poza krytyką społeczną.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo i już na początku spadłem z krzesła, a potem, w trakcie dalszej lektury, z...
To, obok Dewajtisa, moja ulubiona powieść obyczajowa Rodziewiczówny. Nie ma tu bogactw i blichtru epoki, są za to mokradła, lasy a do tego bohaterowie (głównie rodzina) zmagający się z przeciwnościami losu. Autorce udało się stworzyć postaci tak relistyczne, że czytelnik z ciekawością śledzi ich poczynania. I do tego Kasjan, który "rozświetli" nawet najczarniejszy dzień - także czytelnika 😀
To, obok Dewajtisa, moja ulubiona powieść obyczajowa Rodziewiczówny. Nie ma tu bogactw i blichtru epoki, są za to mokradła, lasy a do tego bohaterowie (głównie rodzina) zmagający się z przeciwnościami losu. Autorce udało się stworzyć postaci tak relistyczne, że czytelnik z ciekawością śledzi ich poczynania. I do tego Kasjan, który "rozświetli" nawet najczarniejszy dzień -...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCałość powieści bardzo podoba mi się, a najbardziej udaną postacią jest opryszek Kasjan (główna oś humoru powieści),dzięki któremu opowiadana historia staje się niezwykle oryginalna. Występują naprawdę żywi bohaterowie i obrazy natury na polskiej ziemi. Chcę kiedyś ponownie przeczytać tę książkę, a w mojej domowej biblioteczce dodaję do ulubionych lektur.
Całość powieści bardzo podoba mi się, a najbardziej udaną postacią jest opryszek Kasjan (główna oś humoru powieści),dzięki któremu opowiadana historia staje się niezwykle oryginalna. Występują naprawdę żywi bohaterowie i obrazy natury na polskiej ziemi. Chcę kiedyś ponownie przeczytać tę książkę, a w mojej domowej biblioteczce dodaję do ulubionych lektur.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to