
Maria Rodziewiczówna
Polska pisarka, członkini Warszawskiego Towarzystwa Teozoficznego i Warszawskiego Stowarzyszenia Ziemianek. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Była córką Henryka Rodziewicza herbu Łuk i Amelii z Kurzenieckich. Rodzice Marii za pomoc udzieloną powstańcom styczniowym (przechowywanie broni) zostali skazani na konfiskatę rodzinnego majątku Pieniuha w Wołkowyskiem i zesłanie na Syberię. Matce będącej wówczas w ciąży z Marią, zezwolono na urodzenie dziecka i późniejszy o kilka miesięcy wyjazd opłaconym przez nią powozem. Dzieci Rodziewiczów podczas pobytu rodziców na zesłaniu zostały oddane pod opiekę różnym krewnym. Marią zaopiekowali się początkowo dziadkowie Kurzenieccy w majątku Zamosze koło Janowa, a po ich niedługiej śmierci zajęła się nią przyjaciółka i daleka krewna matki – Maria Skirmunttowa (w Korzeniowie na Pińszczyźnie).
W 1871 w wyniku amnestii wrócili z zesłania rodzice Marii. Mogli wówczas osiąść tylko poza obrębem ziem zwanych przez Rosjan „zabranymi”, czyli nie na terenie Grodzieńszczyzny, gdzie Rodziewiczowie mieli krewnych. Osiedlili się w Warszawie, gdzie znajdowali się w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej (ojciec pracował jako rządca kamienicy, matka przez pewien czas w fabryce papierosów). Sytuacja rodziny poprawiła się nieco, kiedy daleki krewny Ksawery Pusłowski uczynił ojca Marii administratorem swoich nieruchomości. Prawdziwa poprawa nastąpiła jednak w 1875, gdy Henryk Rodziewicz odziedziczył po swym bezdzietnym bracie Teodorze majątek Hruszowa na Polesiu (1533 ha). Nie był to majątek należący od dawna do rodziny (pradziadek Rodziewiczówny kupił go od Suworowa).
Już w czasie pobytu w Warszawie Rodziewiczówna zaczęła uczęszczać na pensję pani Kuczyńskiej. W końcu 1876 w związku z poprawą sytuacji materialnej rodziny została umieszczona na pensji w Jazłowcu u sióstr niepokalanek, gdzie przełożoną była Marcelina Darowska (beatyfikowana przez Jana Pawła II),zwana przez Marię „Mateczką”. Tam przebywała do ferii 1879, kiedy z powodu choroby ojca i braku pieniędzy na dalsze kształcenie musiała wrócić do rodziny (ukończyła naukę na piątej lub szóstej klasie). Pobyt na pensji w Jazłowcu, gdzie dziewczęta w religijnej, ale i patriotycznej atmosferze przygotowywano przede wszystkim do przyszłej roli żony i matki, wywarł duży wpływ na Rodziewiczównę. Tutaj miały także powstać jej pierwsze utwory (najprawdopodobniej Kwiat lotosu).
W 1881 umarł ojciec Rodziewiczówny. Po jego śmierci zaczęła stopniowo przejmować kontrolę nad majątkiem aż do 1887, gdy przejęła go formalnie (wraz z obciążeniem w postaci długów ojca i stryja, a także koniecznością spłaty rodzeństwa). Obcięła krótko włosy (za zezwoleniem matki) i w krótkiej spódnicy i „męskim” żakiecie zajęła się zarządzaniem Hruszową, która nie przynosiła jednak większych dochodów (przy dużym areale na ziemię uprawną przypadała najwyżej jedna trzecia).
W 1882 r. Maria Rodziewiczówna zadebiutowała drukując pod pseudonimem Mario w 3 i 4 numerze „Dziennika Anonsowego” dwie nowelki – Gamę uczuć i Z dzienniczka reportera. Pod tym samym pseudonimem opublikowała w 1884 w redagowanym przez Marię Konopnicką „Świcie” nieco obszerniejsze opowiadanie Jazon Bobrowski, a w 1885 humoreskę Farsa panny Heni. Debiutem powieściowym Rodziewiczówny był Straszny dziadunio, którym zwyciężyła w 1886 w konkursie ogłoszony przez „Świt”, gdzie powieść tę opublikowano w odcinkach.
Stosunki dworu z miejscowymi prawosławnymi chłopami białoruskimi układały się różnie. W 1890 za „czynne zelżenie” (pobicie) pastucha z Antopola groziły pisarce nawet dwa tygodnie aresztu (sprawę ostatecznie załatwiono polubownie wypłaceniem powodowi nawiązki w wysokości pięciu rubli). W grudniu 1900 podpalono jej zabudowania jednego z folwarków (spalenie stodoły, młocarni i obory z pięćdziesięcioma sztukami bydła). Dwór w Hruszowej promieniował jednak na okolicę ogólnym szerzeniem kultury, a okoliczni chłopi znajdowali tutaj pomoc medyczną. W 1937 z okazji 50-lecia władania Hruszową (i 50-lecia pracy literackiej) miejscowi chłopi podarowali Rodziewiczównie album z dedykacją: Sprawiedliwej Pani i Matce za 50 lat wspólnej pracy, kupili dzwony do jej kaplicy i za darmo zwieźli cegłę na budowany przez Rodziewiczównę w Antopolu kościół katolicki.
Po śmierci babki, marki i siostry w połowie lat 90. pisarka przez jakiś czas mieszkała w Hruszowej sama. Trudno określić, kiedy w majątku zamieszkała Helena Weychert jako (poznana w Stowarzyszeniu Ziemianek) partnerka życiowa Rodziewiczówny. Weychert wprowadziła zmiany w prowadzeniu gospodarstwa (takie jak wprowadzenie płodozmianu czy uruchomienie gorzelni),które poprawiły przychody. Po kilku latach przeprowadziła się do Warszawy, kupując razem z Rodziewiczówną mieszkanie na Brackiej i posiadłość koło Falenicy.
W 1919 jej miejsce zajęła w Hruszowej nowa, przedstawiana jako daleka krewna, partnerka pisarki – Jadwiga Skirmunttówna. Jadwiga zajmowała się "domem i gospodarstwem kobiecym", a Maria "sobie zostawiła interesy i męską część gospodarstwa". Relacja ta była określana przez Skirmunttównę we wspomnieniach niemieckim słowem Wahlverwandtschaft, oznaczającym "powinowactwo duchowe"/"powinowactwo z wyboru".
Czas do I wojny światowej pisarka spędzała zasadniczo w swym majątku w towarzystwie Jadwigi Skirmunttówny bądź Heleny Weychert. Jedynie zimą wyjeżdżała na 2–3 miesiące do Warszawy. Odbyła też kilka podróży zagranicznych: do Rzymu (za 500 rubli uzyskanych jako nagrodę za Dewajtis),2–3-krotnie do południowej Francji (Riwiera),przynajmniej raz do Monachium, do Szwecji i Norwegii.
W 1905 rozpoczęła aktywną działalność społeczną (napięcia społeczne, obraz robotniczej nędzy miał wywrzeć na niej ogromne wrażenie). W 1906 założyła tajne stowarzyszenie kobiece Unia. Przyczyniła się też do założenia w Warszawie sklepu spożywczego i sklepu zajmującego się sprzedażą wyrobów ludowych, a także świetlicy na terenie powiatu kobryńskiego.
Wybuch I wojny światowej zastał Rodziewiczównę w Warszawie. Wzięła udział w organizacji szpitala wojskowego, pomagała także w organizowaniu tanich kuchni dla inteligencji i bratniej pomocy akademickiej. W 1915 wróciła na pewien czas do Hruszowej, podejmując tam opiekę nad uciekinierami, których usiłowała zatrzymać.
W latach 1919–1920 inicjowała szereg poczynań społecznych w okolicy Hruszowej założenie kółka rolniczego, budowę łaźni parowej, odbudowę chederu w Antopolu. W okresie wojny polsko-bolszewickiej znalazła się w Warszawie, gdzie pełniła obowiązki sekretarki w Komitecie Głównym PCK oraz została mianowana komendantką Kobiecego Komitetu Ochotniczej Odsieczy Lwowa na miasto Warszawa Za działalność na tym polu została odznaczona Odznaką Honorową „Orlęta“, do której dołączony był dyplom podpisany przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Po zakończeniu działań wojennych wróciła do Hruszowej. Po latach dyplom ten Rodziewiczówna uważała za najważniejszą pamiątkę swej działalności.
W okresie międzywojennym próbowała nadal prowadzić działalność oświatową i społeczną (m.in. zorganizowała Dom Polski w Antopolu, sfinansowała również budowę piętra w kobryńskim Gimnazjum Państwowym własnego imienia). Polityka rządowa na Kresach budziła jednak jej dezaprobatę. Utrzymanie polskości na tych ziemiach wiązała ideowo z rolą wielkiej własności ziemskiej i Kościoła. Władze zażądały od niej tymczasem oddania części majątku (150 ha) na potrzeby osadnictwa, do czego doszły jeszcze osobiste zatargi ze starostą z Kobrynia. Stała się protektorką i współzałożycielką Związku Szlachty Zagrodowej.
Rodziewiczówna miała wytworzony z doświadczeń własnych i z obserwacji otoczenia, krytyczny stosunek do Żydów, których uważała za wyzyskiwaczy (lichwa),w znacznym stopniu przyczyniających się do nędzy poleskiej wsi i kłopotów finansowych kresowych ziemian. Znalazło to niejednokrotnie odbicie w jej utworach, gdzie występuje postać złego Żyda, w niektórych daje jednak przykłady postaci pozytywnych, życzliwych i w kłopotach pomocnych Polakom (np. Jaskółczym szlakiem).
W 1937 roku została zaproszona do władz Obozu Zjednoczenia Narodowego. Zaproszenie przyjęła, ale w 1938, protestując przeciw poczynaniom rady naczelnej OZN, z organizacji tej wystąpiła.
Wybuch II wojny światowej zastał ją w Hruszowej. Została z niej wysiedlona w październiku 1939 (majątek, po zajęciu tych terenów przez Armię Czerwoną, przejął komitet miejscowej ludności). Na podstawie fałszywych dokumentów przekroczyła granicę z terenami okupowanymi przez III Rzeszę i wraz ze Skirmunttówną dostała się do obozu przejściowego w Łodzi przy ul. Łąkowej 4. Stamtąd wydostała je w marcu 1940 r. rodzina Mazarakich, właścicieli majątku pod Tuszynem.
Tu rozpoznana przez współosadzonych spotkała się z ich dużą pomocą i okazywanymi wyrazami szacunku; "I oto pewnego marcowego dnia [1940 r.], kiedy słońce złotymi promieniami świeciło nad miastem, a przez okna sal obozu ogrzewało zziębniętych wysiedleńców, Maria Rodziewiczówna usadowiona pod ścianą fabryki na krzesełku, czekała od kilku godzin na dorożkę, które miała ją wywieźć do przyjaciół w mieście. (...) Wieść o tym rozleciała się po obozie lotem błyskawicy. Jakiś ogromny odruch umiłowania dla tej wybitnej literatki poruszył ludzkie serca. By nie zwrócić uwagi wachmanów, podchodziły pojedyncze matki, dziewczęta i chłopcy, i całowali ręce i kolana p. Marii, dając tym wyraz głębokiej czci i umiłowania za zasługi dla Narodu Polskiego w okresie zaboru i niewoli naszej ziemi Ojczystej. Na podwórko wjechała nareszcie długo oczekiwana dorożka. Panią Marię ulokowano w tej skromnej bryczce. Otwarła się żelazna brama obozu i dorożka odjechała do miasta. Stojący na warcie wachmani, zahipnotyzowani okazywanym głębokim szacunkiem wysiedlonych dla opuszczającej obóz staruszki, stanęli na baczność. (...)".
Niedługo potem wyjechała do Warszawy, czyli na teren Generalnej Guberni, gdzie wspierana przez przyjaciół, spędziła ostatnie lata życia w bardzo ciężkich warunkach materialnych. W czasie powstania warszawskiego sędziwa już pisarka przechodziła bądź była przenoszona do kilku różnych domów, otaczana opieką przez przyjaciół, PCK i powstańców. Została uwieczniona w filmie Powstanie Warszawskie.
Wyszła z Warszawy po kapitulacji, kilka tygodni spędzając w Milanówku, a następnie udając się do Żelaznej – majątku Aleksandra Mazarakiego jun. w powiecie skierniewickim. Umieszczona w pobliskiej leśniczówce w Leonowie. Zmarła w wyniku zapalenia płuc w listopadzie 1944. Pochowano ją w Żelaznej.
11 listopada 1948 zwłoki Marii Rodziewiczówny przeniesiono do Alei Zasłużonych (grób 50/51) na cmentarzu Powązkowskim.
Zobacz stronę autora
OPINIE i DYSKUSJE o książce Lato leśnych ludzi
Prosta, niespieszna historia ku pochwale życia na łonie przyrody i w rytmie zmieniających się pór roku. Na pewno nie każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale miłośnicy natury powinni być zadowoleni. Autorka zdecydowanie wie o czym pisze, czuć podziw i uwielbienie dla otaczającego ją świata zwierzą i roślin. Nie ma tu intryg ani wydumanych problemów. Czysty relaks i odpoczynek dla przeładowanej codziennością głowy.
Prosta, niespieszna historia ku pochwale życia na łonie przyrody i w rytmie zmieniających się pór roku. Na pewno nie każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale miłośnicy natury powinni być zadowoleni. Autorka zdecydowanie wie o czym pisze, czuć podziw i uwielbienie dla otaczającego ją świata zwierzą i roślin. Nie ma tu intryg ani wydumanych problemów. Czysty relaks i odpoczynek...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Lato leśnych ludzi" porównuję do przeczytanych przeze mnie "Starej baśni" Józefa Ignacego Kraszewskiego (rozpoczynającej cykl "Dziejów Polski") i "Dzikowego skarbu" krakowskiego pisarza historycznego Karola Bunscha (rozpoczynającego cykl "Powieści Piastowskich"). Wprawdzie czas wydarzeń umiejscowiony jest przez Marię Rodziewiczówną w XIX wieku (tak mi się wydaje),to sposób życia w lesie niewiele różni się od tego jaki poznaję ze "Starej baśni" czy "Dzikowego skarbu". Jednak w "Lecie leśnych ludzi" nie ma akcji batalistycznych czy interpersonalnych intryg. Tutaj znacznie bardziej urzekają mnie opisy przyrody. To powieść dla miłośników dziewiętnastowiecznego życia w lesie – na łonie dzikiego żywiołu. Maria Rodziewiczówna w umiejętny sposób wplata ludzkie losy w życie leśnego ekosystemu. Do grupy trzech przyjaciół dołącza między innymi rekrut, który uzyskuje pseudonim "Coto", bo ciągle pyta "Co to?" – to skoligacony z jednym z głównych bohaterów młodzieniec z warszawskiego gimnazjum – ulega interesującej przemianie. Jest tutaj polska prowincja i polski lud, wiara oraz patriotyzm.
"Lato leśnych ludzi" porównuję do przeczytanych przeze mnie "Starej baśni" Józefa Ignacego Kraszewskiego (rozpoczynającej cykl "Dziejów Polski") i "Dzikowego skarbu" krakowskiego pisarza historycznego Karola Bunscha (rozpoczynającego cykl "Powieści Piastowskich"). Wprawdzie czas wydarzeń umiejscowiony jest przez Marię Rodziewiczówną w XIX wieku (tak mi się wydaje),to...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNa fali pamiętnikowych zapisków Jadwigi Skirmunttówny sięgnęłam po najczęściej w nich wspominaną pozycję. Niestety mimo ze sama kocham las, to ta lektura mnie nie zachwyciła. Bardzo przeszkadzały mi w odbiorze zwierzęce ksywki głównych bohaterów. Zostanie ze mną chyba tylko jeden fragment - o głuchym świętym.
Na fali pamiętnikowych zapisków Jadwigi Skirmunttówny sięgnęłam po najczęściej w nich wspominaną pozycję. Niestety mimo ze sama kocham las, to ta lektura mnie nie zachwyciła. Bardzo przeszkadzały mi w odbiorze zwierzęce ksywki głównych bohaterów. Zostanie ze mną chyba tylko jeden fragment - o głuchym świętym.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDawniej "Lato leśnych ludzi" figurowało w kanonie literatury młodzieżowej — dziś przesuwa się ku literaturze pięknej. Ta zmiana mówi wiele nie tylko o samej książce, ale i o zmieniających się oczekiwaniach wobec literatury dla młodych odbiorców. Czy młodzieżowa powieść musi być dziś szybka, pełna dialogów, uproszczeń, nastawiona na akcję? Jeśli tak, to trudno dziwić się, że utwór Rodziewiczówny z całym swoim bogactwem opisów, odniesień historycznych, refleksji religijnych i patriotycznych został „przesunięty” do literatury dorosłej. A jednak niegdyś to właśnie młodzi byli jej adresatami — może dlatego, że oczekiwano od nich czegoś więcej niż biernego czytania. Oczekiwano współuczestnictwa, zadumy, pracy wyobraźni i wrażliwości.
Osoby, które nużą szczegółowe opisy przyrody, leśnych prac czy odniesienia do wiary, historii i cierpienia pod zaborami — mogą ją odrzucić jako staroświecką i zbędnie patetyczną. Ale dla innych — dla tych, którzy potrafią zachwycić się zapachem żywicy, rozpoznać w sobie tęsknotę za ciszą i prostotą życia zgodnego z rytmem natury — ta powieść będzie głęboko poruszająca.
Widać w niej osobiste doświadczenia Rodziewiczówny: traumę związaną z rosyjskim zaborem, wiarę w sens pracy jako równowagę psychiczną, głęboką duchowość, w której chrześcijaństwo miesza się z ludowym pogaństwem. Obecność Boga, choć zaznaczona, nie jest tu narzucająca się – raczej splata się z naturą, z tajemnicą lasu, z jego żywym, niemal mistycznym rytmem. Dwuwiara obecna na kartach książki – splecenie chrześcijaństwa i dawnych wierzeń – tworzy nieoczywistą, niemal baśniową atmosferę, w której przyroda i duchowość wzajemnie się przenikają.
Na szczególną uwagę zasługuje także ogromna wiedza autorki – botaniczna, etnograficzna, praktyczna – która do mnie, „leśnego człowieka”, trafiła w samo serce. W tej książce czuje się nie tylko szacunek, ale i pokorę wobec natury.
Dawniej "Lato leśnych ludzi" figurowało w kanonie literatury młodzieżowej — dziś przesuwa się ku literaturze pięknej. Ta zmiana mówi wiele nie tylko o samej książce, ale i o zmieniających się oczekiwaniach wobec literatury dla młodych odbiorców. Czy młodzieżowa powieść musi być dziś szybka, pełna dialogów, uproszczeń, nastawiona na akcję? Jeśli tak, to trudno dziwić się, że...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzyta się cudownie!
Czyta się cudownie!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW książce na pierwszy rzut oka niewiele się dzieje: grupa mezczyzn spędza wiosnę, lato i jesień w głuszy, prowadząc proste życie naznaczony poszanowaniem i uwielbieniem natury. A mimo to nie mogłam oderwać sie od tej lektury. Życiowa postawa Rosomaka, Pantery i Żurawia wzbudziła we mnie silną potrzebę powrotu do natury i wzruszenie. Płakałam, kiedy chłopcy odnaleźli grób Powstańca, kiedy Coto zasłużył sobie na leśne imię oraz kiedy wszyscy żegnali się z lasem przed nadejściem zimy. Kolejna budującą powieść od Rodziewiczówny, która krzepi czytelnika.
W książce na pierwszy rzut oka niewiele się dzieje: grupa mezczyzn spędza wiosnę, lato i jesień w głuszy, prowadząc proste życie naznaczony poszanowaniem i uwielbieniem natury. A mimo to nie mogłam oderwać sie od tej lektury. Życiowa postawa Rosomaka, Pantery i Żurawia wzbudziła we mnie silną potrzebę powrotu do natury i wzruszenie. Płakałam, kiedy chłopcy odnaleźli grób...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJeśli ktoś szuka spokoju i sielskości bez intryg, sensacji i strzelania, może mu się spodobać. Jednak jest tu przesada i nierealistyczność spowodowana silną idealizacją trzech rzeczy. 1. Pracy. Coto początkowo jest leniem i mieszczuchem kompletnie niezdolnym do pracy fizycznej. Kilka stron dalej mówi "Bylem mógł jutro z wami razem się znoić! O, bylem mógł.". Praca sama w sobie jest wartością, nawet jeśli nie czerpiesz z niej korzyści. 2. Życia w zgodzie z naturą. Leśni ludzie czują wstręt do zabijania zwierząt, ale nie dotyczy to eksterminacji węży i rysiów. Skoro życie w zgodzie z naturą jest dobre, to miasto jest złe i takie stwierdzenia w książce padają. Ale leśni ludzie korzystają z rzeczy takich jak: noże, siekiery, kosy, zapałki, książki, lupy - wszystko to pochodzi z miasta i nie potrafią tego sami wytwarzać. Już nie wspominając o prostym fakcie, że nie zimują w tej chacie. 3. Postaci matki. Pytanie do czytelniczek: Czy potraficie jednego dnia opiekować się niemowlęciem, posprzątać cały dom, oporządzić zwierzęta gospodarskie, ugotować obiad dla całej rodziny i zrobić pranie (i to ręcznie!)? Matka leśnym ludzi potrafi to wszystko i dużo więcej.
Jeśli ktoś szuka spokoju i sielskości bez intryg, sensacji i strzelania, może mu się spodobać. Jednak jest tu przesada i nierealistyczność spowodowana silną idealizacją trzech rzeczy. 1. Pracy. Coto początkowo jest leniem i mieszczuchem kompletnie niezdolnym do pracy fizycznej. Kilka stron dalej mówi "Bylem mógł jutro z wami razem się znoić! O, bylem mógł.". Praca sama w...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzy obecnie ktoś czyta jeszcze Rodziewczównę? To była chyba jedyna pozycja, której nie przeczytałam będąc nastolatką. Historyjka sama w sobie do przyjęcia, ale jednak napuszony styl autorki i uderzanie w patriotyczne nuty mocno trącą myszką.
Młody czytelnik nie znajdzie tu nic dla siebie. Podczas lektury musiałby sprawdzić w Google co to sianokosy, barć czy kurhan. Myślę, że "Lato.." to podróż sentymentalna dla starszego pokolenia czytelników.
Czy obecnie ktoś czyta jeszcze Rodziewczównę? To była chyba jedyna pozycja, której nie przeczytałam będąc nastolatką. Historyjka sama w sobie do przyjęcia, ale jednak napuszony styl autorki i uderzanie w patriotyczne nuty mocno trącą myszką.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMłody czytelnik nie znajdzie tu nic dla siebie. Podczas lektury musiałby sprawdzić w Google co to sianokosy, barć czy kurhan. Myślę,...
Czytałam tą książkę z ogromną przyjemnością… Choć to nie jest książka, w której są nieprzewidziane zwroty akcji, czy taka, która zaskakuje nas swoim zakończeniem….
Jest to raczej powieść dla kogoś, kto chce się przenieść do lasu i śledzić dni tych, którzy postanowili tam spędzać ponad pół roku. Akcja toczy się bardzo leniwie, a głównym bohaterem jest las pięknie i ze szczegółami opisywany przez autorkę.
Mnie ta książka bardzo przypadła do gustu
Czytałam tą książkę z ogromną przyjemnością… Choć to nie jest książka, w której są nieprzewidziane zwroty akcji, czy taka, która zaskakuje nas swoim zakończeniem….
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest to raczej powieść dla kogoś, kto chce się przenieść do lasu i śledzić dni tych, którzy postanowili tam spędzać ponad pół roku. Akcja toczy się bardzo leniwie, a głównym bohaterem jest las pięknie i ze...
Taki trochę to David Attenborough w wersji zaściankowej, średniowiecznej. Podczas gdy książki Sir Attenborougha czyta się z naukową wnikliwością i przyjemnością, tak "Lato Leśnych ludzi" wysusza źródło zafrapowania i nie daje nadziei na zasilający czymś ciekawym deszcz. Trudno określić docelową grupę odbiorców. Młodsze dziecko nie zrozumie, nastolatek zareaguje "WTF?!", a dorosły się wynudzi.
Taki trochę to David Attenborough w wersji zaściankowej, średniowiecznej. Podczas gdy książki Sir Attenborougha czyta się z naukową wnikliwością i przyjemnością, tak "Lato Leśnych ludzi" wysusza źródło zafrapowania i nie daje nadziei na zasilający czymś ciekawym deszcz. Trudno określić docelową grupę odbiorców. Młodsze dziecko nie zrozumie, nastolatek zareaguje...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to