Robert A. Heinlein Mike Resnick George R.R. Martin Bob Shaw Frederik Pohl H. Beam Piper Robert Sheckley Wiktor Żwikiewicz Lucius Shepard Jack Vance Cyril M. Kornbluth Victor Contoski
Ostatni, siódmy tom reinkarnacji rakietowych szlaków pod redakcją Lecha Jęczmyka i Wojtka Sedeńki stanowi więcej niż godne domknięcie tego bezcennego zbioru kanonicznych opowiadań SF. Tym razem otrzymaliśmy trzynaście tekstów, przy czym wszystkie – oprócz jednego – zostały oryginalnie opublikowane w języku angielskim. Gdybym miał pokusić się o zidentyfikowanie „tematu przewodniego” tomu, byłby nim schyłek, kres, entropia, zapaść, koniec świata, jaki znamy. Trudno o trafniejszy motyw wieńczący dzieło, a zarazem o lekturę lepiej wpisującą się w coraz wyraźniejsze i powszechniejsze doświadczenie współczesności jako obszaru niepewności, naznaczonego narastającym chaosem, przeczuciem jakiejś nieokreślonej i groźnej „przemiany fazowej”, obawami o załamanie się ładu społecznego, ekonomicznego, a przede wszystkim planetarnego ekosystemu. Wszyscy biorący udział w naszej szalonej podróży wokół Słońca wydajemy się dziś dryfować na coraz bardziej zatłoczonej tratwie, po coraz bardziej wzburzonym morzu, bez poczucia kierunku, w obawie o malowaną coraz mroczniejszymi barwami przyszłość. Dosłownie kilka dni temu przeczytałem wywiad z Williamem Gibsonem, w którym wspomniana jest przyrastająca błyskawicznie dziwaczność naszych czasów oraz obsesyjna konieczność pomiaru czegoś, co zabawnie określono mianem „Reality Fuckedness Quotient”, czyli „ilorazem po…lenia rzeczywistości”.
W ostatnim tomie „Rakietowych szlaków” odchodzimy daleko od entuzjazmu i energii, optymizmu, wiary w człowieka i jego przeznaczenie do wielkości, charakteryzujących złote lata science fiction. Nadszedł katastroficzny fin de siècle z jego turpistycznymi fascynacjami, ponurą przewrotnością, zabawą w zagładę w oczekiwaniu na zagładę. Muszę przyznać, że znakomicie się to czyta w nastroju spokojnej rezygnacji, bez pośpiechu, w fotelu albo łóżku, wśród skrzypienia topniejących gór lodowych, szumu podnoszących się wód, odległego, lecz zbliżającego się nieubłaganie wrzasku tłumów skandujących hasła podpowiadane im przez cynicznych głupców oraz doniesień o nieodwracalnych zmianach w ekosystemie.
Ze złowróżbnego tonu wyłamują się wyraźnie w ostatnim tomie w zasadzie tylko trzy teksty: „Bóg prochu” H. Beama Pipera, „Frywolna Mona Liza” Boba Shawa i „Gambit Von Gooma” nieznanego mi wcześniej Victora Contoskiego. Jedynie w nich ocalono dawnego, niewinnego ducha przygody z naiwnych, dziecięcych lat gatunku, który zestarzał nam się przez lata i przemienił z uroczego berbecia w zrzędliwego starca. Pierwszy tekst to klasyk o podróżach w czasie, napisany w „imperialnym” duchu „Jankesa na dworze Króla Artura”.
"Frywolna Mona Liza" to klasyczny (w ramach konwencji SF) tekst bazujący na pojedynczym pomyśle, który może się udać tylko w wypadku, gdy pomysł jest naprawdę świetny – to znaczy szczególnie szokujący, zaskakujący, czy dowcipny. Ponieważ wszystko już było, takich rzeczy się już w zasadzie niemal nie pisze – pula możliwych do wykorzystania zaskoczeń prawdopodobnie się wyczerpała i zostało nam już tylko odcinanie kuponów od dawnych fascynacji, mnożenie sequeli i nostalgiczne wycieczki w przeszłość. U Shawa genialny pomysł polega na odkryciu, że „Mona Liza” da Vinciego nie jest tym, czym wydaje się być, czyli po prostu najsłynniejszym obrazem w historii malarstwa. W rzeczywistości stanowi ona zaledwie jeden z kadrów w pierwszym filmie na świecie, który okazuje się być dziełem erotycznym. Bohaterowie natrafiają na miejsce, w którym ukryto pozostałe kilkadziesiąt obrazów/kadrów - przy użyciu skonstruowanego przez mistrza z Florencji genialnego urządzenia pozwalają one obejrzeć ów krótki, frywolny filmik. W finale, oczywiście, wszystko płonie. Świetne opowiadanko!
Na zaskakującym pomyśle oparto także mroczniejszy, ale nie mniej zabawny, a do tego absurdalny i groteskowy „Gambit von Gooma”. Tym razem genialny mistrz szachowy odkrywa niezwykle niebezpieczną („bluźnierczą” – napisałby Contoski, gdyby był Lovecraftem) tajemnicę, która powinna pozostać niedostępna ludzkiemu poznaniu:
„Przypuśćmy teraz, że ktoś przypadkiem albo rozmyślnie odkrywa układ figur na szachownicy, który jest bardziej niż niemiły, nieludzki układ, który mówi straszliwe rzeczy o umyśle gracza, o człowieku w ogóle i o porządku Wszechświata. Przypuśćmy, że każdy normalny człowiek, który raz ujrzy taki układ, nigdy już nie będzie normalny. Niewątpliwie taki właśnie układ musiał tworzyć gambit Von Gooma”.
W obliczu straszliwego niebezpieczeństwa, które zawisło nad niczego niepodejrzewającą ludzkością (ta-da-daaam!) dochodzi do interwencji naprawczej i każdy chyba przyzna, że wizja arcymistrzów szachowych uprawiających nocną gangsterkę po lasach ma w sobie niepowtarzalny urok.
W pozostałych opowiadaniach okazji do uśmiechów raczej już nie będzie, więc jeśli ktoś liczył na radosne doznania, tom siódmy bardzo go rozczaruje. Nawet słynący z ciętego dowcipu Robert Sheckley (szczególnie często w „Rakietowych szlakach” występujący) reprezentowany jest tutaj przez ponurą opowieść o cywilizacyjnym upadku: prymitywnych, spragnionych widoku krwi masach karmionych jeszcze bardziej prymitywną, okrutną rozrywką przez pozbawione wszelkich zahamowań media masowe.
W podobnym tonie utrzymane jest opublikowane osiem lat wcześniej (1950 rok) opowiadanie znakomitego C.M. Kornblutha, „Czarna walizeczka”. Redaktorzy piszą we wstępie, że opowiadanie to się nie zestarzało. To nieprawda, ale zestarzało się sympatycznie i czyta się je dzisiaj tak, jak ogląda stare filmy, przyjmując z całym dobrodziejstwem anachronicznego inwentarza kolejną przyszłość zmarłą przed urodzeniem. Współczesne toksyczne połączenie zaawansowanych technologii z głębokim kryzysem instytucjonalnym – w tym edukacyjnym – skutkujące przetaczającymi się przez świat niszczycielskimi tsunami głupoty demonstruje po raz kolejny, że autorzy klasycznej SF potrafili wykazywać się niebagatelną intuicją. Odzywa się stara przestroga przed postępującym zidioceniem jednostek i społeczeństw, uzależnionych od niezrozumiałej technologii, projektowanych i instrumentalizowanych przez garstkę technokratów w ich świątyniach merytokracji.
Kolejnego klasyka, Roberta Heinleina, reprezentuje tu opowiadanie „Logika imperium”, które opublikowano po raz pierwszy w 1941 roku na łamach „Astounding Science Fiction”, mamy tu więc do czynienia ze Złotym Wiekiem SF par excellence. To kolejny przykład ambitnej fantastyki, stawiającej sobie za cel nie tylko rozrywkę, lecz diagnozowanie, ostrzeganie i prognozowanie. „Logika imperium” to tekst poruszający się wokół jak najbardziej aktualnych problemów ekscesów kapitalizmu oraz (neo)imperializmu. Przede wszystkim jednak Heinlein zwraca uwagę na mechanizm polegający na tym, że ludzkie społeczeństwa wytwarzają nie do końca świadomie struktury tak skomplikowane i złożone wewnętrznie, że ich wewnętrzna logika produkuje dotkliwe materialnie i moralnie katastrofalne konsekwencje, niezależnie od czyjejkolwiek woli i intencji. Ludzie stają się zakładnikami i (w tym wypadku dosłownie) niewolnikami instytucji jakie wytwarzają. Wszelka kontrola staje się iluzją, wszelka refleksja jedynie wyrazem bezradności. Intencje nie mają znaczenia, zło rodzi się jako epifenomen działania systemu. Brzmi znajomo? Pewnie, pełno tego w poważnych czasopismach.
Bardzo podobne w wymowie jest melancholijne opowiadanie Michaela Moorcocka, z wątkiem polityczno-społecznym na pierwszym planie oraz podróżą do kresu czasu, przywodzącą oczywiście na myśl Wellsa. Tym razem – co chyba nie powinno dziwić u Brytyjczyka – rolę monstrum, które wyrwało się spod kontroli odgrywa Unia Europejska: „Gargantuiczny twór”, który „z dumnym rykiem obejmował swoim uściskiem cały kontynent”, „nigdy nie zasypiał, nie przestawał wyrażać rykiem swojej mocy. A choć był niezaprzeczalnie dobrotliwy dla setek milionów mieszkańców, nie dało się zaprzeczyć, że wszyscy, co do jednego, byli jego niewolnikami”. Trzeba przyznać, że owoc pokręconej wyobraźni autora Sagi o Eryku konsumowany w czasie Brexitu i piętrzących się problemów UE nabiera wyjątkowo cierpkiego smaku.
I teraz ciekawa sprawa. Podczas gdy Brytyjczyk oddaje się wyspiarskim obsesjom, obserwując z przerażeniem dziwactwa zachodnich Europejczyków za wąskim wodnym buforem, Polak także patrzy na wschód, zdjęty przerażeniem w obliczu hord barbarzyńców, jakie opanowały jego biedną ojczyznę. Jedyne nieanglojęzyczne opowiadanie w tym tomie antologii to „Ballada o przekleństwie” Wiktora Żwikiewicza. No a Żwikiewicz, jaki jest, każdy (kto go czytał) widzi. Osobiście odbiłem się od niego kilka razy we wczesnej młodości – jego proza jest gęsta jak syrop i wymaga koncentracji. Albo się człowiek zdoła w tym, niczym w syropie, pogrążyć, złapie ten szalony rytm i specyficzną frazę albo uzna to za nieznośny bełkot. Szczerze mówiąc, chociaż doceniam „zmysł niezwykłości” i językową inwencję tego autora, jego proza w większych dawkach mnie męczy. Wizja w „Balladzie…” ma jednak imponującą skalę i zawiera ładunek wyobraźni, którym można by obdzielić co najmniej solidną powieść. To specyficzna space opera pisana przez człowieka ze wschodu, przefiltrowana przez polską wrażliwość, polskie obsesje i traumy. Na tle polskich tekstów zamieszczonych w poprzednich tomach „Rakietowych szlaków” sytuuje się w mojej opinii o kilka klas wyżej w sensie czysto literackim. Żwikiewicz nie zniża się do poziomu prostackiej agitki nacjonalistycznej, jak Ziemkiewicz, czy Ziemiański. Mentalność pisarza poddanego władzy cenzury, tworzącego w świecie zniewolonym, zdominowanym przez obce siły, każe jednak traktować fantastykę jak kostium, w którym twórca zobowiązany jest wysyłać czytelnikowi „tajne sygnały”. Bo, wicie-rozumicie, niby piszę tutaj o czerwonym olbrzymie pochłaniającym planety i starciach w kosmosie, ale wiadomo – czerwony, olbrzym, gwiazda, z czym wam się to kojarzy, drodzy czytelnicy? Z Sowietami, panie Wiktorze. Słusznie, słusznie, chociaż nie potwierdzam. No i niestety momenty, w których pisarz mruga do nas okiem, nie mają w sobie nic z cudownej subtelności, przenikliwości i błyskotliwego dowcipu Lema piszącego o pamiętnikach znalezionych w wannie, kongresach futurologicznych, czy planecie Rybicji.
Niedawno zmarły Mike Resnick, mistrz rzadkiej odmiany fantastyki lekkiej i zarazem mądrej, prezentuje opowiadanie „Roboty nie płaczą”. Ten nostalgiczny tekst pisany jest w duchu starej, klasycznej SF, opisując człowieczeństwo robota, jego empatię i zdolność do doświadczania smutku oraz cierpienia, podobnie jak robił to Asimov w niezapomnianym „Człowieku, który żył dwieście lat”. Jak to zwykle bywa w tego typu tekstach, ludzie nie dorastają ani intelektualnie, ani przede wszystkim emocjonalnie, do maszyn, jakie stworzyli na swój obraz i podobieństwo. Gdyby sztuczna inteligencja miała nas rzeczywiście zastąpić, chciałbym aby była ona równie wrażliwa i mądra, jak roboty autorów „Fundacji” i „Kirinyagi”.
Gdybym natomiast miał wyznaczyć w tym tomie pisarza, który najbardziej imponuje mi literacko, byłby to Lucius Shepard. Jego teksty nie wydają mi się łatwe w odbiorze – nauczyłem się go doceniać i podziwiać dopiero gdy dorosłem. On także pisze o niepięknej przyszłości, tyle że pięknym stylem. Jego „Jasna, zielona gwiazda” to w gruncie rzeczy rodzaj egzotycznego (w sensie „kulturowo-etnicznym”, bo ma to związek z jego azjatyckimi doświadczeniami i fascynacjami) opowiadania o zemście w konwencji cyberpunka.
Dostajemy tu także inne piękne, nastrojowe opowiadanie o schyłku zepsutej, skostniałej w sztywnych formach cywilizacji, która musi ustąpić przed witalnością, oznaczającą po prostu brutalność i bezwzględność. Czytając „Ostatni zamek” (zasłużone nagrody Hugo i Nebula) miałem w głowie scenę z „Dwóch wież” Jacksona i króla Theodena, pytającego bezradnie w oblężonym przez hordę orków Helmowym Jarze, what can man do against such reckless hate? I jeszcze „Miasto i gwiazdy” Clarke’a, które oczarowało mnie w dzieciństwie wizją izolowanej, zastygłej w czasie cywilizacji. No i „Lampart” di Lampedusy, z nieubłaganie odchodzącą w przeszłość „nadzwyczajną kastą”. Ziemia jest tutaj reliktem, ogromnym ossuarium, obojętnym świadkiem kolejnej z niezliczonych tragedii
Jest tu jeszcze smutny, znakomity literacko (i filozoficznie) tekst Fredericka Pohla. „Więcej żywych niż zmarłych” opowiada teoretycznie o triumfie ludzkości nad śmiercią (kolejny „żelazny temat” SF),lecz w gruncie rzeczy chyba o niemożności przekroczenia ograniczeń, jakie nakłada na nas egzystencja. Bohaterem jest przyszłościowy odpowiednik dawnego cyrkowego dziwadła, żywa anomalia, człowiek o konstrukcji genetycznej, która uniemożliwia zastosowanie wobec niego „nieśmiertelnościowej kuracji”. Początek opowiadania przypomina mi „Święty płomień” Sterlinga, gdy główna bohaterka poddawana jest radykalnej kuracji odmładzającej, by rozpocząć nowe życie. U Pohla jednak nie chodzi o początek czegoś nowego, lecz o odwlekanie nieuchronnego zderzenia z entropią. Rafiel to celebryta, artysta, aktor, który mimo medycznych interwencji zbliża się do kresu swojego życia. Daje to Pohlowi szansę do zastanowienia się nad miejscem sztuki w społeczeństwie tak radykalnie odmiennym od naszego pod tym jednym, kluczowym względem. To właśnie ta kwestia doskonale wpisuje się w teorię opanowywania trwogi. Pojawia się pytanie czym stałaby się sztuka po tak drastycznej ingerencji w ludzką tożsamość i świadomość? Jakie funkcje by pełniła, gdyby amputowano jej główną (według wspomnianej teorii) rację bytu? Czy jej zasadniczym zadaniem stałoby się łagodzenie piekielnej nudy, na jaką narażeni byliby nieśmiertelni, wiecznie młodzi ludzie? Ludzie przypominający ożywione fantazje o zblazowanych, dekadenckich wampirach, zmęczonych do granicy szaleństwa niezmiennie odległym horyzontem kresu zawieszonym za wiekami istnienia? Pohl udzielił mi tutaj mądrej, moim zdaniem, odpowiedzi:
„Czyż nie taka była prawdziwa funkcja sztuki, dostarczać cierpienia ludziom, którzy już byli niezdolni do jego odczuwania?”
Ciekawe spojrzenie, nieprawdaż?
Równie doniosłym opowiadaniem jest „Droga krzyża i smoka” George R.R. Martina (tak, już w 1979 roku Martin fascynował się smokami, choć pisywał wtedy jeszcze SF i teksty krótsze od Biblii). Wydaje mi się, że autor musiał inspirować się pracami Ernesta Beckera (najsłynniejsza i najważniejsza, „The Denial of Death” ukazała się w 1973 roku). Opowiadanie jest wręcz modelową literacką ilustracją koncepcji tego antropologa. Porusza ono dość rzadki w amerykańskiej SF tamtego okresu temat religii w zaawansowanej technologicznie przyszłości. I jeszcze rzadszy temat religii (oraz szerzej – kultury) jako użytecznej, czy wręcz nieodzownej mistyfikacji, fikcji zrodzonej ze strachu i desperacji, pełniącej funkcję bufora oddzielającego ludzi od rzeczywistości.
We (wszech)świecie Martina chrześcijaństwo okazało się ofertą na tyle atrakcyjną i uniwersalną, że utrzymało się i rozpowszechniło nie tylko wśród ludzkich migrantów zasiedlających obce planety, ale także wśród obcych cywilizacji. Sumienni pracownicy tak gwałtownie powiększonej winnicy pańskiej trzymają rękę na pulsie doczesności, krążąc między zamieszkanymi planetami z Dobrą Nowiną oraz eksterminując w starym dobrym stylu wszelkie odstępstwa od ortodoksji (a przy okazji ich zwolenników) jako herezję
Tak oto zamyka się przygoda z fenomenalną serią przybliżającą czytelnikowi klasyczne opowiadania SF. Ogromne podziękowania należą się oczywiście redaktorom, którzy włożyli wielki trud w skompletowanie tych tekstów i przygotowanie ich do druku. Funkcję swoistej premii w ostatnim tomie pełni znakomity dodatek opracowany przez Wojtka Sedeńkę: lista 170 kanonicznych książek SF. Cykl ten powinien znaleźć się na półce każdego, kto ceni wartościową i klasyczną fantastykę za wszystkie jej atuty – innowacyjność, otwartość, humanizm, poczucie humoru, rozmach, przenikliwość, ciekawość świata i wszechświata, nigdy niekończące się pragnienie odkrywania tego, co leży poza horyzontem percepcji, poza tym co przygodne i lokalne, poza naszymi ograniczeniami w czasie i przestrzeni.
Pełne omówienie: https://bartoszbol.wordpress.com/2020/02/05/requiem-dla-kasandry-l-jeczmyk-w-sedenko-red-rakietowe-szlaki-antologia-klasycznych-opowiadan-sf-tom-7-solaris-2012/
OPINIE i DYSKUSJE o książce Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF
Jeśli weźmiesz pod uwagę, że w środku same nagrodzone arcydzieła gatunku, plus przepiękne wydanie, to masz ewenement w skali światowej. 10/10 bezapelacyjnie.
Jeśli weźmiesz pod uwagę, że w środku same nagrodzone arcydzieła gatunku, plus przepiękne wydanie, to masz ewenement w skali światowej. 10/10 bezapelacyjnie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPiąty tom „Rakietowych szlaków” przyniósł 11 dobrych, bardzo dobrych i znakomitych tekstów oraz jedno tradycyjnie pasujące tu jak pięść do nosa polskie opowiadanie utrzymane w poetyce „chrześcijańskiego fantasy” (słaba „Opowieść wigilijna” Marka Oramusa, demonstrująca raczej wbrew intencjom selekcjonerów antologii prowincjonalizm naszej fantastyki, zapatrzonej w narodowy pępek, religijne fantasmagorie, a najczęściej jedno i drugie: rzuca się to w oczy zwłaszcza po psychopatologicznej „Karze większej” i żenującej „Szosie na Zaleszczyki”, zamieszczonych w poprzednich tomach).
O ile w tomie czwartym tematem przewodnim była w moim odbiorze (czasem udana) próba przełamywania różnic międzykulturowych, tutaj klamrą tematyczną wydał mi się wątek jednostkowej alienacji i motyw outsiderów niechętnych opresyjnej, zepsutej cywilizacji. To ostatnie jest niewątpliwie bardzo amerykańskie, ale też nadreprezentacja amerykańskich pisarzy w tomie piątym okazała się wyjątkowo silna.
Pozornie tematy tekstów są bardzo różne. Roger Zelazny w otwierających tom „Bramach jego twarzy, lampach jego ust” opowiada na nowo po Melville’u historię polowania samotnika (choć otoczonego przez ludzi) na przebiegłą i zabójczą wodną bestię.
Rewelacyjny i przełomowy „Chłopiec i jego pies” Harlana Ellisona z 1969 roku broni się do dziś doskonale na tle współcześnie produkowanej masowo postapokaliptycznej tandety w stylu „uniwersum Metro 2033”, a mnie kojarzy się jakoś z „Mechaniczną pomarańczą” Burgessa z 1962 roku (nie żebym sugerował nieodżałowanemu Ellisonowi, bardzo wrażliwemu na punkcie praw autorskich, jakieś bezpośrednie inspiracje). Na gruzach starej cywilizacji tańczą, gwałcą i zabijają się gangi dzieciaków. Anarchia, przemoc, seks i niewybredny język - wszystko to bardzo w barokowym stylu twórcy „Niebezpiecznych wizji”.
Kolejna pozycja w menu to klasyczna historia alternatywna „Zdążyć na Zeppelina” Fritza Leibera: świat w którym kilka przestawionych zwrotnic (m.in. Maria Skłodowska wychodzi za mąż za Edisona zamiast Curiego, a pierwsza wojna światowa kończy się bardziej „wyrazistym” zwycięstwem Entanty) sprowadza historię na przyjaźniejsze tory, w których Hitler ani reszta Niemców nie mają motywacji do awantur i wstawania z kolan, a zamiast drugiej wojny światowej nadchodzi era światowego pokoju, postępu i oczywiście tytułowych sterowców.
Przewrotny i jak zwykle zabawny „Bilet na Tranai” Roberta Sheckleya opowiada o (kolejnym) nadwrażliwym samotniku, który w poszukiwaniu uczciwości w polityce i życiu publicznym wybiera się na odległą planetę Tranai, gdzie, jak galaktyczna wieść niesie, zdołano zrealizować w praktyce utopijny ideał. Oczywiście sytuacja okazuje się znacznie bardziej skomplikowana i znacznie mniej różowa, a rzekoma wcielona doskonałość ma bardzo słoną cenę.
„Wielkie podwórze frontowe” Clifforda Simaka to z kolei sielankowy prowincjonalizm amerykański typowy dla tego autora i kolejna w tym tomie opowieść o samotniku, „człowieku pogranicza”, który jest w stanie poradzić sobie nawet z rządem federalnym i technologią obcych.
„Legiony temporalne” Swanwicka realizują klasyczny dla sf topos podróży w czasie i jest to jedyny tekst tomu, którego bohaterką jest kobieta (wśród autorów tym razem wyłącznie mężczyźni i wyłącznie anglosasi, z wyjątkiem Oramusa - trochę szkoda).
Nastrojowy, znakomity stylistycznie „Statek zagłady” Barringtona Bayleya znowu wrzuca osamotnioną jednostkę w obce i wrogie otoczenie, w którym przejmuje ona inicjatywę.
„Tajemny gość” Roberta Silverberga i „Pieśń dla Lyanny” George’a R.R. Martina to moim zdaniem dwa najlepsze teksty w tomie. No i znowu są to opowieści o niedostosowaniu, samotności i nie do końca udanych ani możliwych próbach jej przełamywania przy użyciu bezpośredniego kontaktu dwóch (męskiego i damskiego) umysłów. Silverberg to jeden z moich ulubionych pisarzy, świetny psycholog i stylista, ale i Martin pokazuje tutaj kunszt. Do „Pieśni” mam ponadto sentyment, bo zamieszczono ją w pierwszym numerze „Fantastyki” w 1982 roku, więc czytałem ją po raz pierwszy jako 11-latek. Oba teksty wydają mi się w gruncie rzeczy bardzo podobne. Dowód?
Silverberg:
„Począłem pojmować, co miała na myśli mówiąc, że jestem jej bliźniakiem, jej kopią, jej drugą jaźnią. Byliśmy naturalnie całkowicie odmienni: ja, trzeźwo myślący, zrównoważony, pracowity i pilny mężczyzna, i ona - lekkomyślna, zmienna, impulsywna i burzliwa dziewczyna. Ale w głębi byliśmy tymi samymi ludźmi: nieprzystosowanymi, wyobcowanymi, udręczonymi wędrowcami przez światy, których sami nie stworzyliśmy. Znaleźliśmy całkowicie odmienne sposoby poradzenia sobie z naszym cierpieniem. A jednak stanowiliśmy jedno i to samo, dwie połowy jednej całości”.
„Ukazałem jej wszystko: posępne dziecko, udręczonego młodzieńca, rozważnego i przewrażliwionego młodego człowieka. Rówieśników, którzy na zawsze pozostali obcy, przyjaciół, których głosy przetrwały w pamięci jedynie nieszczerymi echami, kochanki, których miłość wydawała się bez treści i znaczenia. Powiedziałem jej o poczuciu, że żyłem na świecie sam, że każdy z mojego otoczenia był sztucznym tworem, pełnym przekładni i drutów, że świat był jedynie płaskim, pozbawionym kolorów snem, w który zostałem w jakiś sposób pochwycony, a z którego jednak mogę się obudzić w prawdziwym świecie światła, koloru i bogactwa kształtów; o tym, że może w ogóle nie jestem istotą ludzką, tylko zostałem porzucony w ludzkiej galaktyce przez stworzenia zupełnie odmiennego rodzaju, które powrócą po mnie któregoś odległego dnia w przyszłości”.
Martin:
„No wiesz, mamy szczęście. Normalni muszą się zadowolić słowami. Żal mi ich. Cóż można wyrazić przez same słowa? Cóż oni o sobie wiedzą? Zawsze są osobno, na próżno usiłują pokonać dzielącą ich przepaść. Nawet kiedy się ze sobą kochają, pozostają rozdzieleni. Muszą się czuć bardzo samotni”.
„Kochasz mnie, Robb, naprawdę kochasz. Tak mocno, jak tylko może kochać człowiek. Ale... nadal jesteśmy osobno, Robb. Nie jesteśmy razem”.
„Pragnę wszystkim się z tobą dzielić, podzielić się z tobą tym, co wtedy czułam. Ale nie potrafię. Nie jesteśmy jednym. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć. Ja jestem tutaj, a ty jesteś tam. Możemy się dotykać kochać ze sobą i rozmawiać, ale pozostajemy rozdzieleni. Rozumiesz to? Rozumiesz? Jestem sama”.
Interesujące, że w obu wypadkach (w męskich tekstach) wyalienowanymi wrażliwcami poszukującymi kontaktu są mężczyźni, podczas gdy kobiety to niestałe istoty, które ich ostatecznie rozczarowują i opuszczają. Ciekawie byłoby dostać jakieś opowiadanie kobiecego autorstwa, by porównać te perspektywy.
Ciekawe też, że psychologiczny tekst poświęcony tragedii ludzkiej kondycji (potrzebie i niemożliwości bliskości) w Polsce odczytywano, gdy opublikowano go w pierwszym roku stanu wojennego, „jako opowiadanie z podtekstem politycznym o zniewoleniu jednostek w imię porąbanej idei”, jak komentuje to Lech Jęczmyk (lub Woitek Sedeńko albo obaj redaktorzy). Z jednej strony, to świadectwo faktu, że znaczenie tekstu jest faktycznie konstruowane przez nie zawsze zgodną współpracę nadawcy i odbiorców. Z drugiej, wydaje mi się to stanowić kolejny syndrom naszej polskiej zbiorowej ksobności i obsesyjnego egocentryzmu.
„Gwiazda neutronowa” Larry’ego Nivena to konwencjonalne sf przygodowe o arcyniebezpiecznej wyprawie (kolejnego outsidera!) w pobliże tytułowej gwiazdy. Zupełnie inną opowieścią jest „Księżycowa ćma” Jacka Vance'a, chociaż i tutaj motyw zupełnie obcej kultury nakazującej ukrywać oblicze za wymyślnymi maskami i jeszcze bardziej wymyślnymi konwenansami oraz grami społecznymi przywodzi na myśl kwestię samotności i wyobcowania.
Na przystawkę dostajemy ciekawy tekst Wojtka Sedeńki o znoju zdobywania praw autorskich do antologii, a na deser ten sam autor kontynuuje swoją opowieść o historii science fiction z poprzednich tomów, tym razem charakteryzując już sytuację (kryzys?) gatunku w XXI wieku.
Krótko pisząc, kolejna cenna, a nawet pbowiązkowa pozycja dla miłośników klasycznej science fiction.
Piąty tom „Rakietowych szlaków” przyniósł 11 dobrych, bardzo dobrych i znakomitych tekstów oraz jedno tradycyjnie pasujące tu jak pięść do nosa polskie opowiadanie utrzymane w poetyce „chrześcijańskiego fantasy” (słaba „Opowieść wigilijna” Marka Oramusa, demonstrująca raczej wbrew intencjom selekcjonerów antologii prowincjonalizm naszej fantastyki, zapatrzonej w narodowy...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toChyba najlepszy do tej pory tom Rakietowych Szlaków.
Przede wszystkim mamy w nim 1 wybitne opowiadania i 2 bardzo dobre, a średniaków jest bardzo malutko.
Opowiadaniem wybitnym, które na pewno na długo pozostanie w pamięci (których chyba brakowało w tomie 3 i 4) jest "Pieśń dla Lyanny" Martina.
Mamy tu Boga, miłość, poświęcenie, sens życia w formie takiej, że targają nami przeróżne uczucia. Sami nie wiemy czy mamy być obrzydzeni, zachwyceni, czy podziwiać, czy potępiać.
Do bardzo dobrych zaliczył bym:
Jack Vance - "Księżycowa ćma". Wyborne opowiadanie etnologiczno-językoznawcze.
Harlan Ellison - "Chłopiec i jego pies". Niezwykle mocna i brutalna wizja przyszłości. Można mieć jak najbardziej skojarzenia z 'A Clockwork Orange", z robiącym wrażenie zakończeniem.
Dobry wysoki poziom odnajdziemy w:
Barrington Bayley "Statek Zagłady". Bardzo nastrojowe (i ponure) opowiadanie mocno fantasy podszyte. Działa na wyobraźnię.
Robert Sheckley "Bilet na Tranai". Zabawne, pomysłowe. W stylu "Opowieści Gwiazdowych".
Robert Silverberg "Tajemny gość". Nastrojowe, mocno emocjonalne, napisane (jak na opowiadania SF) bardzo zgrabnym językiem.
Clifford Simak "Wielkie podwórze frontowe". Odstające trochę poziomem od opowiadań autora z 2 poprzednich tomów, ale również dobre (i w jego stylu). Małomiasteczkowy 'złota rączka' odnajduje w swoim domu gwiezdne wrota.
Średniaki:
Marek Orasmus "Opowieść Wigilijna". W zasadzie zbyt krótkie żeby jakoś sensownie to ocenić.
Roger Zelazny "Bramy jego twarzy, lampy jego ust". Moby Dick w kosmosie.
Fritz Leibner "Zdążyć na Zeppelina". Historia alternatywna.
Nieudane:
Michael Swanwick "Legiony czasu" - nie kupuje tej historii o podróżach w czasie (w uproszczeniu największym). Począwszy od wyboru bohaterów poprzez nieprzekonujące, dziwaczne zakończenie.
Larry Niven "Gwiazda neutronowa". Nie lubię takiej SF. Bohater sobie leci. Zagraża mu pewne niebezpieczeństwo. Radzi sobie z tym, definiuje czym ono było i... koniec. Bez puenty żadnej.
W dodatku kanciasty, inżynierski język.
Gorąco polecam
9=/10
Chyba najlepszy do tej pory tom Rakietowych Szlaków.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzede wszystkim mamy w nim 1 wybitne opowiadania i 2 bardzo dobre, a średniaków jest bardzo malutko.
Opowiadaniem wybitnym, które na pewno na długo pozostanie w pamięci (których chyba brakowało w tomie 3 i 4) jest "Pieśń dla Lyanny" Martina.
Mamy tu Boga, miłość, poświęcenie, sens życia w formie takiej, że targają nami...