rozwińzwiń

Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF

Okładka książki Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF autora Barrington J. Bayley, Harlan Ellison, Fritz Leiber, George R.R. Martin, Larry Niven, Marek Oramus, Robert Sheckley, Robert Silverberg, Clifford D. Simak, Michael Swanwick, Jack Vance, Roger Zelazny, 9788375900712
Okładka książki Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF
Fritz LeiberGeorge R.R. Martin Wydawnictwo: Solaris Cykl: Rakietowe szlaki (tom 5) fantasy, science fiction
516 str. 8 godz. 36 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Rakietowe szlaki (tom 5)
Data wydania:
2012-04-19
Data 1. wyd. pol.:
2012-04-19
Liczba stron:
516
Czas czytania
8 godz. 36 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375900712
Średnia ocen

7,8 7,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF

Średnia ocen
7,8 / 10
50 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF

Sortuj:
avatar
486
66

Na półkach: ,

Jeśli weźmiesz pod uwagę, że w środku same nagrodzone arcydzieła gatunku, plus przepiękne wydanie, to masz ewenement w skali światowej. 10/10 bezapelacyjnie.

Jeśli weźmiesz pod uwagę, że w środku same nagrodzone arcydzieła gatunku, plus przepiękne wydanie, to masz ewenement w skali światowej. 10/10 bezapelacyjnie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
631
65

Na półkach: ,

Piąty tom „Rakietowych szlaków” przyniósł 11 dobrych, bardzo dobrych i znakomitych tekstów oraz jedno tradycyjnie pasujące tu jak pięść do nosa polskie opowiadanie utrzymane w poetyce „chrześcijańskiego fantasy” (słaba „Opowieść wigilijna” Marka Oramusa, demonstrująca raczej wbrew intencjom selekcjonerów antologii prowincjonalizm naszej fantastyki, zapatrzonej w narodowy pępek, religijne fantasmagorie, a najczęściej jedno i drugie: rzuca się to w oczy zwłaszcza po psychopatologicznej „Karze większej” i żenującej „Szosie na Zaleszczyki”, zamieszczonych w poprzednich tomach).

O ile w tomie czwartym tematem przewodnim była w moim odbiorze (czasem udana) próba przełamywania różnic międzykulturowych, tutaj klamrą tematyczną wydał mi się wątek jednostkowej alienacji i motyw outsiderów niechętnych opresyjnej, zepsutej cywilizacji. To ostatnie jest niewątpliwie bardzo amerykańskie, ale też nadreprezentacja amerykańskich pisarzy w tomie piątym okazała się wyjątkowo silna.

Pozornie tematy tekstów są bardzo różne. Roger Zelazny w otwierających tom „Bramach jego twarzy, lampach jego ust” opowiada na nowo po Melville’u historię polowania samotnika (choć otoczonego przez ludzi) na przebiegłą i zabójczą wodną bestię.
Rewelacyjny i przełomowy „Chłopiec i jego pies” Harlana Ellisona z 1969 roku broni się do dziś doskonale na tle współcześnie produkowanej masowo postapokaliptycznej tandety w stylu „uniwersum Metro 2033”, a mnie kojarzy się jakoś z „Mechaniczną pomarańczą” Burgessa z 1962 roku (nie żebym sugerował nieodżałowanemu Ellisonowi, bardzo wrażliwemu na punkcie praw autorskich, jakieś bezpośrednie inspiracje). Na gruzach starej cywilizacji tańczą, gwałcą i zabijają się gangi dzieciaków. Anarchia, przemoc, seks i niewybredny język - wszystko to bardzo w barokowym stylu twórcy „Niebezpiecznych wizji”.

Kolejna pozycja w menu to klasyczna historia alternatywna „Zdążyć na Zeppelina” Fritza Leibera: świat w którym kilka przestawionych zwrotnic (m.in. Maria Skłodowska wychodzi za mąż za Edisona zamiast Curiego, a pierwsza wojna światowa kończy się bardziej „wyrazistym” zwycięstwem Entanty) sprowadza historię na przyjaźniejsze tory, w których Hitler ani reszta Niemców nie mają motywacji do awantur i wstawania z kolan, a zamiast drugiej wojny światowej nadchodzi era światowego pokoju, postępu i oczywiście tytułowych sterowców.

Przewrotny i jak zwykle zabawny „Bilet na Tranai” Roberta Sheckleya opowiada o (kolejnym) nadwrażliwym samotniku, który w poszukiwaniu uczciwości w polityce i życiu publicznym wybiera się na odległą planetę Tranai, gdzie, jak galaktyczna wieść niesie, zdołano zrealizować w praktyce utopijny ideał. Oczywiście sytuacja okazuje się znacznie bardziej skomplikowana i znacznie mniej różowa, a rzekoma wcielona doskonałość ma bardzo słoną cenę.

„Wielkie podwórze frontowe” Clifforda Simaka to z kolei sielankowy prowincjonalizm amerykański typowy dla tego autora i kolejna w tym tomie opowieść o samotniku, „człowieku pogranicza”, który jest w stanie poradzić sobie nawet z rządem federalnym i technologią obcych.

„Legiony temporalne” Swanwicka realizują klasyczny dla sf topos podróży w czasie i jest to jedyny tekst tomu, którego bohaterką jest kobieta (wśród autorów tym razem wyłącznie mężczyźni i wyłącznie anglosasi, z wyjątkiem Oramusa - trochę szkoda).

Nastrojowy, znakomity stylistycznie „Statek zagłady” Barringtona Bayleya znowu wrzuca osamotnioną jednostkę w obce i wrogie otoczenie, w którym przejmuje ona inicjatywę.

„Tajemny gość” Roberta Silverberga i „Pieśń dla Lyanny” George’a R.R. Martina to moim zdaniem dwa najlepsze teksty w tomie. No i znowu są to opowieści o niedostosowaniu, samotności i nie do końca udanych ani możliwych próbach jej przełamywania przy użyciu bezpośredniego kontaktu dwóch (męskiego i damskiego) umysłów. Silverberg to jeden z moich ulubionych pisarzy, świetny psycholog i stylista, ale i Martin pokazuje tutaj kunszt. Do „Pieśni” mam ponadto sentyment, bo zamieszczono ją w pierwszym numerze „Fantastyki” w 1982 roku, więc czytałem ją po raz pierwszy jako 11-latek. Oba teksty wydają mi się w gruncie rzeczy bardzo podobne. Dowód?

Silverberg:
„Począłem pojmować, co miała na myśli mówiąc, że jestem jej bliźniakiem, jej kopią, jej drugą jaźnią. Byliśmy naturalnie całkowicie odmienni: ja, trzeźwo myślący, zrównoważony, pracowity i pilny mężczyzna, i ona - lekkomyślna, zmienna, impulsywna i burzliwa dziewczyna. Ale w głębi byliśmy tymi samymi ludźmi: nieprzystosowanymi, wyobcowanymi, udręczonymi wędrowcami przez światy, których sami nie stworzyliśmy. Znaleźliśmy całkowicie odmienne sposoby poradzenia sobie z naszym cierpieniem. A jednak stanowiliśmy jedno i to samo, dwie połowy jednej całości”.

„Ukazałem jej wszystko: posępne dziecko, udręczonego młodzieńca, rozważnego i przewrażliwionego młodego człowieka. Rówieśników, którzy na zawsze pozostali obcy, przyjaciół, których głosy przetrwały w pamięci jedynie nieszczerymi echami, kochanki, których miłość wydawała się bez treści i znaczenia. Powiedziałem jej o poczuciu, że żyłem na świecie sam, że każdy z mojego otoczenia był sztucznym tworem, pełnym przekładni i drutów, że świat był jedynie płaskim, pozbawionym kolorów snem, w który zostałem w jakiś sposób pochwycony, a z którego jednak mogę się obudzić w prawdziwym świecie światła, koloru i bogactwa kształtów; o tym, że może w ogóle nie jestem istotą ludzką, tylko zostałem porzucony w ludzkiej galaktyce przez stworzenia zupełnie odmiennego rodzaju, które powrócą po mnie któregoś odległego dnia w przyszłości”.

Martin:
„No wiesz, mamy szczęście. Normalni muszą się zadowolić słowami. Żal mi ich. Cóż można wyrazić przez same słowa? Cóż oni o sobie wiedzą? Zawsze są osobno, na próżno usiłują pokonać dzielącą ich przepaść. Nawet kiedy się ze sobą kochają, pozostają rozdzieleni. Muszą się czuć bardzo samotni”.

„Kochasz mnie, Robb, naprawdę kochasz. Tak mocno, jak tylko może kochać człowiek. Ale... nadal jesteśmy osobno, Robb. Nie jesteśmy razem”.

„Pragnę wszystkim się z tobą dzielić, podzielić się z tobą tym, co wtedy czułam. Ale nie potrafię. Nie jesteśmy jednym. Nie potrafię ci tego wytłumaczyć. Ja jestem tutaj, a ty jesteś tam. Możemy się dotykać kochać ze sobą i rozmawiać, ale pozostajemy rozdzieleni. Rozumiesz to? Rozumiesz? Jestem sama”.

Interesujące, że w obu wypadkach (w męskich tekstach) wyalienowanymi wrażliwcami poszukującymi kontaktu są mężczyźni, podczas gdy kobiety to niestałe istoty, które ich ostatecznie rozczarowują i opuszczają. Ciekawie byłoby dostać jakieś opowiadanie kobiecego autorstwa, by porównać te perspektywy.

Ciekawe też, że psychologiczny tekst poświęcony tragedii ludzkiej kondycji (potrzebie i niemożliwości bliskości) w Polsce odczytywano, gdy opublikowano go w pierwszym roku stanu wojennego, „jako opowiadanie z podtekstem politycznym o zniewoleniu jednostek w imię porąbanej idei”, jak komentuje to Lech Jęczmyk (lub Woitek Sedeńko albo obaj redaktorzy). Z jednej strony, to świadectwo faktu, że znaczenie tekstu jest faktycznie konstruowane przez nie zawsze zgodną współpracę nadawcy i odbiorców. Z drugiej, wydaje mi się to stanowić kolejny syndrom naszej polskiej zbiorowej ksobności i obsesyjnego egocentryzmu.

„Gwiazda neutronowa” Larry’ego Nivena to konwencjonalne sf przygodowe o arcyniebezpiecznej wyprawie (kolejnego outsidera!) w pobliże tytułowej gwiazdy. Zupełnie inną opowieścią jest „Księżycowa ćma” Jacka Vance'a, chociaż i tutaj motyw zupełnie obcej kultury nakazującej ukrywać oblicze za wymyślnymi maskami i jeszcze bardziej wymyślnymi konwenansami oraz grami społecznymi przywodzi na myśl kwestię samotności i wyobcowania.

Na przystawkę dostajemy ciekawy tekst Wojtka Sedeńki o znoju zdobywania praw autorskich do antologii, a na deser ten sam autor kontynuuje swoją opowieść o historii science fiction z poprzednich tomów, tym razem charakteryzując już sytuację (kryzys?) gatunku w XXI wieku.

Krótko pisząc, kolejna cenna, a nawet pbowiązkowa pozycja dla miłośników klasycznej science fiction.

Piąty tom „Rakietowych szlaków” przyniósł 11 dobrych, bardzo dobrych i znakomitych tekstów oraz jedno tradycyjnie pasujące tu jak pięść do nosa polskie opowiadanie utrzymane w poetyce „chrześcijańskiego fantasy” (słaba „Opowieść wigilijna” Marka Oramusa, demonstrująca raczej wbrew intencjom selekcjonerów antologii prowincjonalizm naszej fantastyki, zapatrzonej w narodowy...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
566
214

Na półkach: , , , ,

Chyba najlepszy do tej pory tom Rakietowych Szlaków.
Przede wszystkim mamy w nim 1 wybitne opowiadania i 2 bardzo dobre, a średniaków jest bardzo malutko.

Opowiadaniem wybitnym, które na pewno na długo pozostanie w pamięci (których chyba brakowało w tomie 3 i 4) jest "Pieśń dla Lyanny" Martina.
Mamy tu Boga, miłość, poświęcenie, sens życia w formie takiej, że targają nami przeróżne uczucia. Sami nie wiemy czy mamy być obrzydzeni, zachwyceni, czy podziwiać, czy potępiać.

Do bardzo dobrych zaliczył bym:
Jack Vance - "Księżycowa ćma". Wyborne opowiadanie etnologiczno-językoznawcze.
Harlan Ellison - "Chłopiec i jego pies". Niezwykle mocna i brutalna wizja przyszłości. Można mieć jak najbardziej skojarzenia z 'A Clockwork Orange", z robiącym wrażenie zakończeniem.

Dobry wysoki poziom odnajdziemy w:
Barrington Bayley "Statek Zagłady". Bardzo nastrojowe (i ponure) opowiadanie mocno fantasy podszyte. Działa na wyobraźnię.
Robert Sheckley "Bilet na Tranai". Zabawne, pomysłowe. W stylu "Opowieści Gwiazdowych".
Robert Silverberg "Tajemny gość". Nastrojowe, mocno emocjonalne, napisane (jak na opowiadania SF) bardzo zgrabnym językiem.
Clifford Simak "Wielkie podwórze frontowe". Odstające trochę poziomem od opowiadań autora z 2 poprzednich tomów, ale również dobre (i w jego stylu). Małomiasteczkowy 'złota rączka' odnajduje w swoim domu gwiezdne wrota.

Średniaki:
Marek Orasmus "Opowieść Wigilijna". W zasadzie zbyt krótkie żeby jakoś sensownie to ocenić.
Roger Zelazny "Bramy jego twarzy, lampy jego ust". Moby Dick w kosmosie.
Fritz Leibner "Zdążyć na Zeppelina". Historia alternatywna.

Nieudane:
Michael Swanwick "Legiony czasu" - nie kupuje tej historii o podróżach w czasie (w uproszczeniu największym). Począwszy od wyboru bohaterów poprzez nieprzekonujące, dziwaczne zakończenie.
Larry Niven "Gwiazda neutronowa". Nie lubię takiej SF. Bohater sobie leci. Zagraża mu pewne niebezpieczeństwo. Radzi sobie z tym, definiuje czym ono było i... koniec. Bez puenty żadnej.
W dodatku kanciasty, inżynierski język.

Gorąco polecam
9=/10

Chyba najlepszy do tej pory tom Rakietowych Szlaków.
Przede wszystkim mamy w nim 1 wybitne opowiadania i 2 bardzo dobre, a średniaków jest bardzo malutko.

Opowiadaniem wybitnym, które na pewno na długo pozostanie w pamięci (których chyba brakowało w tomie 3 i 4) jest "Pieśń dla Lyanny" Martina.
Mamy tu Boga, miłość, poświęcenie, sens życia w formie takiej, że targają nami...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

251 użytkowników ma tytuł Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF na półkach głównych
  • 170
  • 79
  • 2
74 użytkowników ma tytuł Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF na półkach dodatkowych
  • 57
  • 6
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Roger Zelazny
Roger Zelazny
Amerykański pisarz science fiction i fantasy. Używał również pseudonimu Harrison Denmark. Urodził się w Euclid w Ohio jako jedyne dziecko Josephine Sweet oraz Josepha Franka Zelazny’ego (Żelaznego). Jego ojciec był emigrantem z Polski, z Rypina, a matka amerykańską Irlandką. W liceum Roger redagował szkolną gazetkę, dołączył również do klubu Creative Writing Club. Jesienią 1955 roku zaczął uczęszczać do Case Western Reserve University, którą ukończył w 1959 roku. Dostał się na Uniwersytet Columbia w Nowym Jorku, który ukończył w 1962 roku. W fanzinie „Thurban 1” (#3, 1953 r.) pojawiła się pierwsza część jego opowiadania Conditional Benefit. Jego pierwsze opublikowane opowiadanie to Mr. Fuller’s Revolt („Literary Calvalcade”, 1954 r.). Jako profesjonalny pisarz zadebiutował opowiadaniami Jego wielki wyścig (Passion Play – „Amazing Stories”, sierpień 1962 r.) oraz Jeźdźcy (Horseman! – „Fantastic”, sierpień 1962). Roger Zelazny w wieku 38 lat przeniósł się do Santa Fe. Zmarł w 1995 roku z powodu niewydolności nerek spowodowanej rakiem jelita grubego. Inne źródła błędnie podają raka płuc. Gatunek skorupiaków z gromady małżoraczków został nazwany przez doktora Koena Martensa na cześć Rogera Zelaznego; jego łacińska nazwa to Sclerocypris zelaznyi. Roger Zelazny został wyróżniony nagrodą Nebula trzykrotnie, a nagrodą Hugo sześciokrotnie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Rakietowe Szlaki tom 7: Antologia klasycznej SF Robert A. Heinlein
Rakietowe Szlaki tom 7: Antologia klasycznej SF
Robert A. Heinlein Mike Resnick George R.R. Martin Bob Shaw Frederik Pohl H. Beam Piper Robert Sheckley Wiktor Żwikiewicz Lucius Shepard Jack Vance Cyril M. Kornbluth Victor Contoski
Ostatni, siódmy tom reinkarnacji rakietowych szlaków pod redakcją Lecha Jęczmyka i Wojtka Sedeńki stanowi więcej niż godne domknięcie tego bezcennego zbioru kanonicznych opowiadań SF. Tym razem otrzymaliśmy trzynaście tekstów, przy czym wszystkie – oprócz jednego – zostały oryginalnie opublikowane w języku angielskim. Gdybym miał pokusić się o zidentyfikowanie „tematu przewodniego” tomu, byłby nim schyłek, kres, entropia, zapaść, koniec świata, jaki znamy. Trudno o trafniejszy motyw wieńczący dzieło, a zarazem o lekturę lepiej wpisującą się w coraz wyraźniejsze i powszechniejsze doświadczenie współczesności jako obszaru niepewności, naznaczonego narastającym chaosem, przeczuciem jakiejś nieokreślonej i groźnej „przemiany fazowej”, obawami o załamanie się ładu społecznego, ekonomicznego, a przede wszystkim planetarnego ekosystemu. Wszyscy biorący udział w naszej szalonej podróży wokół Słońca wydajemy się dziś dryfować na coraz bardziej zatłoczonej tratwie, po coraz bardziej wzburzonym morzu, bez poczucia kierunku, w obawie o malowaną coraz mroczniejszymi barwami przyszłość. Dosłownie kilka dni temu przeczytałem wywiad z Williamem Gibsonem, w którym wspomniana jest przyrastająca błyskawicznie dziwaczność naszych czasów oraz obsesyjna konieczność pomiaru czegoś, co zabawnie określono mianem „Reality Fuckedness Quotient”, czyli „ilorazem po…lenia rzeczywistości”. W ostatnim tomie „Rakietowych szlaków” odchodzimy daleko od entuzjazmu i energii, optymizmu, wiary w człowieka i jego przeznaczenie do wielkości, charakteryzujących złote lata science fiction. Nadszedł katastroficzny fin de siècle z jego turpistycznymi fascynacjami, ponurą przewrotnością, zabawą w zagładę w oczekiwaniu na zagładę. Muszę przyznać, że znakomicie się to czyta w nastroju spokojnej rezygnacji, bez pośpiechu, w fotelu albo łóżku, wśród skrzypienia topniejących gór lodowych, szumu podnoszących się wód, odległego, lecz zbliżającego się nieubłaganie wrzasku tłumów skandujących hasła podpowiadane im przez cynicznych głupców oraz doniesień o nieodwracalnych zmianach w ekosystemie. Ze złowróżbnego tonu wyłamują się wyraźnie w ostatnim tomie w zasadzie tylko trzy teksty: „Bóg prochu” H. Beama Pipera, „Frywolna Mona Liza” Boba Shawa i „Gambit Von Gooma” nieznanego mi wcześniej Victora Contoskiego. Jedynie w nich ocalono dawnego, niewinnego ducha przygody z naiwnych, dziecięcych lat gatunku, który zestarzał nam się przez lata i przemienił z uroczego berbecia w zrzędliwego starca. Pierwszy tekst to klasyk o podróżach w czasie, napisany w „imperialnym” duchu „Jankesa na dworze Króla Artura”. "Frywolna Mona Liza" to klasyczny (w ramach konwencji SF) tekst bazujący na pojedynczym pomyśle, który może się udać tylko w wypadku, gdy pomysł jest naprawdę świetny – to znaczy szczególnie szokujący, zaskakujący, czy dowcipny. Ponieważ wszystko już było, takich rzeczy się już w zasadzie niemal nie pisze – pula możliwych do wykorzystania zaskoczeń prawdopodobnie się wyczerpała i zostało nam już tylko odcinanie kuponów od dawnych fascynacji, mnożenie sequeli i nostalgiczne wycieczki w przeszłość. U Shawa genialny pomysł polega na odkryciu, że „Mona Liza” da Vinciego nie jest tym, czym wydaje się być, czyli po prostu najsłynniejszym obrazem w historii malarstwa. W rzeczywistości stanowi ona zaledwie jeden z kadrów w pierwszym filmie na świecie, który okazuje się być dziełem erotycznym. Bohaterowie natrafiają na miejsce, w którym ukryto pozostałe kilkadziesiąt obrazów/kadrów - przy użyciu skonstruowanego przez mistrza z Florencji genialnego urządzenia pozwalają one obejrzeć ów krótki, frywolny filmik. W finale, oczywiście, wszystko płonie. Świetne opowiadanko! Na zaskakującym pomyśle oparto także mroczniejszy, ale nie mniej zabawny, a do tego absurdalny i groteskowy „Gambit von Gooma”. Tym razem genialny mistrz szachowy odkrywa niezwykle niebezpieczną („bluźnierczą” – napisałby Contoski, gdyby był Lovecraftem) tajemnicę, która powinna pozostać niedostępna ludzkiemu poznaniu: „Przypuśćmy teraz, że ktoś przypadkiem albo rozmyślnie odkrywa układ figur na szachownicy, który jest bardziej niż niemiły, nieludzki układ, który mówi straszliwe rzeczy o umyśle gracza, o człowieku w ogóle i o porządku Wszechświata. Przypuśćmy, że każdy normalny człowiek, który raz ujrzy taki układ, nigdy już nie będzie normalny. Niewątpliwie taki właśnie układ musiał tworzyć gambit Von Gooma”. W obliczu straszliwego niebezpieczeństwa, które zawisło nad niczego niepodejrzewającą ludzkością (ta-da-daaam!) dochodzi do interwencji naprawczej i każdy chyba przyzna, że wizja arcymistrzów szachowych uprawiających nocną gangsterkę po lasach ma w sobie niepowtarzalny urok. W pozostałych opowiadaniach okazji do uśmiechów raczej już nie będzie, więc jeśli ktoś liczył na radosne doznania, tom siódmy bardzo go rozczaruje. Nawet słynący z ciętego dowcipu Robert Sheckley (szczególnie często w „Rakietowych szlakach” występujący) reprezentowany jest tutaj przez ponurą opowieść o cywilizacyjnym upadku: prymitywnych, spragnionych widoku krwi masach karmionych jeszcze bardziej prymitywną, okrutną rozrywką przez pozbawione wszelkich zahamowań media masowe. W podobnym tonie utrzymane jest opublikowane osiem lat wcześniej (1950 rok) opowiadanie znakomitego C.M. Kornblutha, „Czarna walizeczka”. Redaktorzy piszą we wstępie, że opowiadanie to się nie zestarzało. To nieprawda, ale zestarzało się sympatycznie i czyta się je dzisiaj tak, jak ogląda stare filmy, przyjmując z całym dobrodziejstwem anachronicznego inwentarza kolejną przyszłość zmarłą przed urodzeniem. Współczesne toksyczne połączenie zaawansowanych technologii z głębokim kryzysem instytucjonalnym – w tym edukacyjnym – skutkujące przetaczającymi się przez świat niszczycielskimi tsunami głupoty demonstruje po raz kolejny, że autorzy klasycznej SF potrafili wykazywać się niebagatelną intuicją. Odzywa się stara przestroga przed postępującym zidioceniem jednostek i społeczeństw, uzależnionych od niezrozumiałej technologii, projektowanych i instrumentalizowanych przez garstkę technokratów w ich świątyniach merytokracji. Kolejnego klasyka, Roberta Heinleina, reprezentuje tu opowiadanie „Logika imperium”, które opublikowano po raz pierwszy w 1941 roku na łamach „Astounding Science Fiction”, mamy tu więc do czynienia ze Złotym Wiekiem SF par excellence. To kolejny przykład ambitnej fantastyki, stawiającej sobie za cel nie tylko rozrywkę, lecz diagnozowanie, ostrzeganie i prognozowanie. „Logika imperium” to tekst poruszający się wokół jak najbardziej aktualnych problemów ekscesów kapitalizmu oraz (neo)imperializmu. Przede wszystkim jednak Heinlein zwraca uwagę na mechanizm polegający na tym, że ludzkie społeczeństwa wytwarzają nie do końca świadomie struktury tak skomplikowane i złożone wewnętrznie, że ich wewnętrzna logika produkuje dotkliwe materialnie i moralnie katastrofalne konsekwencje, niezależnie od czyjejkolwiek woli i intencji. Ludzie stają się zakładnikami i (w tym wypadku dosłownie) niewolnikami instytucji jakie wytwarzają. Wszelka kontrola staje się iluzją, wszelka refleksja jedynie wyrazem bezradności. Intencje nie mają znaczenia, zło rodzi się jako epifenomen działania systemu. Brzmi znajomo? Pewnie, pełno tego w poważnych czasopismach. Bardzo podobne w wymowie jest melancholijne opowiadanie Michaela Moorcocka, z wątkiem polityczno-społecznym na pierwszym planie oraz podróżą do kresu czasu, przywodzącą oczywiście na myśl Wellsa. Tym razem – co chyba nie powinno dziwić u Brytyjczyka – rolę monstrum, które wyrwało się spod kontroli odgrywa Unia Europejska: „Gargantuiczny twór”, który „z dumnym rykiem obejmował swoim uściskiem cały kontynent”, „nigdy nie zasypiał, nie przestawał wyrażać rykiem swojej mocy. A choć był niezaprzeczalnie dobrotliwy dla setek milionów mieszkańców, nie dało się zaprzeczyć, że wszyscy, co do jednego, byli jego niewolnikami”. Trzeba przyznać, że owoc pokręconej wyobraźni autora Sagi o Eryku konsumowany w czasie Brexitu i piętrzących się problemów UE nabiera wyjątkowo cierpkiego smaku. I teraz ciekawa sprawa. Podczas gdy Brytyjczyk oddaje się wyspiarskim obsesjom, obserwując z przerażeniem dziwactwa zachodnich Europejczyków za wąskim wodnym buforem, Polak także patrzy na wschód, zdjęty przerażeniem w obliczu hord barbarzyńców, jakie opanowały jego biedną ojczyznę. Jedyne nieanglojęzyczne opowiadanie w tym tomie antologii to „Ballada o przekleństwie” Wiktora Żwikiewicza. No a Żwikiewicz, jaki jest, każdy (kto go czytał) widzi. Osobiście odbiłem się od niego kilka razy we wczesnej młodości – jego proza jest gęsta jak syrop i wymaga koncentracji. Albo się człowiek zdoła w tym, niczym w syropie, pogrążyć, złapie ten szalony rytm i specyficzną frazę albo uzna to za nieznośny bełkot. Szczerze mówiąc, chociaż doceniam „zmysł niezwykłości” i językową inwencję tego autora, jego proza w większych dawkach mnie męczy. Wizja w „Balladzie…” ma jednak imponującą skalę i zawiera ładunek wyobraźni, którym można by obdzielić co najmniej solidną powieść. To specyficzna space opera pisana przez człowieka ze wschodu, przefiltrowana przez polską wrażliwość, polskie obsesje i traumy. Na tle polskich tekstów zamieszczonych w poprzednich tomach „Rakietowych szlaków” sytuuje się w mojej opinii o kilka klas wyżej w sensie czysto literackim. Żwikiewicz nie zniża się do poziomu prostackiej agitki nacjonalistycznej, jak Ziemkiewicz, czy Ziemiański. Mentalność pisarza poddanego władzy cenzury, tworzącego w świecie zniewolonym, zdominowanym przez obce siły, każe jednak traktować fantastykę jak kostium, w którym twórca zobowiązany jest wysyłać czytelnikowi „tajne sygnały”. Bo, wicie-rozumicie, niby piszę tutaj o czerwonym olbrzymie pochłaniającym planety i starciach w kosmosie, ale wiadomo – czerwony, olbrzym, gwiazda, z czym wam się to kojarzy, drodzy czytelnicy? Z Sowietami, panie Wiktorze. Słusznie, słusznie, chociaż nie potwierdzam. No i niestety momenty, w których pisarz mruga do nas okiem, nie mają w sobie nic z cudownej subtelności, przenikliwości i błyskotliwego dowcipu Lema piszącego o pamiętnikach znalezionych w wannie, kongresach futurologicznych, czy planecie Rybicji. Niedawno zmarły Mike Resnick, mistrz rzadkiej odmiany fantastyki lekkiej i zarazem mądrej, prezentuje opowiadanie „Roboty nie płaczą”. Ten nostalgiczny tekst pisany jest w duchu starej, klasycznej SF, opisując człowieczeństwo robota, jego empatię i zdolność do doświadczania smutku oraz cierpienia, podobnie jak robił to Asimov w niezapomnianym „Człowieku, który żył dwieście lat”. Jak to zwykle bywa w tego typu tekstach, ludzie nie dorastają ani intelektualnie, ani przede wszystkim emocjonalnie, do maszyn, jakie stworzyli na swój obraz i podobieństwo. Gdyby sztuczna inteligencja miała nas rzeczywiście zastąpić, chciałbym aby była ona równie wrażliwa i mądra, jak roboty autorów „Fundacji” i „Kirinyagi”. Gdybym natomiast miał wyznaczyć w tym tomie pisarza, który najbardziej imponuje mi literacko, byłby to Lucius Shepard. Jego teksty nie wydają mi się łatwe w odbiorze – nauczyłem się go doceniać i podziwiać dopiero gdy dorosłem. On także pisze o niepięknej przyszłości, tyle że pięknym stylem. Jego „Jasna, zielona gwiazda” to w gruncie rzeczy rodzaj egzotycznego (w sensie „kulturowo-etnicznym”, bo ma to związek z jego azjatyckimi doświadczeniami i fascynacjami) opowiadania o zemście w konwencji cyberpunka. Dostajemy tu także inne piękne, nastrojowe opowiadanie o schyłku zepsutej, skostniałej w sztywnych formach cywilizacji, która musi ustąpić przed witalnością, oznaczającą po prostu brutalność i bezwzględność. Czytając „Ostatni zamek” (zasłużone nagrody Hugo i Nebula) miałem w głowie scenę z „Dwóch wież” Jacksona i króla Theodena, pytającego bezradnie w oblężonym przez hordę orków Helmowym Jarze, what can man do against such reckless hate? I jeszcze „Miasto i gwiazdy” Clarke’a, które oczarowało mnie w dzieciństwie wizją izolowanej, zastygłej w czasie cywilizacji. No i „Lampart” di Lampedusy, z nieubłaganie odchodzącą w przeszłość „nadzwyczajną kastą”. Ziemia jest tutaj reliktem, ogromnym ossuarium, obojętnym świadkiem kolejnej z niezliczonych tragedii Jest tu jeszcze smutny, znakomity literacko (i filozoficznie) tekst Fredericka Pohla. „Więcej żywych niż zmarłych” opowiada teoretycznie o triumfie ludzkości nad śmiercią (kolejny „żelazny temat” SF),lecz w gruncie rzeczy chyba o niemożności przekroczenia ograniczeń, jakie nakłada na nas egzystencja. Bohaterem jest przyszłościowy odpowiednik dawnego cyrkowego dziwadła, żywa anomalia, człowiek o konstrukcji genetycznej, która uniemożliwia zastosowanie wobec niego „nieśmiertelnościowej kuracji”. Początek opowiadania przypomina mi „Święty płomień” Sterlinga, gdy główna bohaterka poddawana jest radykalnej kuracji odmładzającej, by rozpocząć nowe życie. U Pohla jednak nie chodzi o początek czegoś nowego, lecz o odwlekanie nieuchronnego zderzenia z entropią. Rafiel to celebryta, artysta, aktor, który mimo medycznych interwencji zbliża się do kresu swojego życia. Daje to Pohlowi szansę do zastanowienia się nad miejscem sztuki w społeczeństwie tak radykalnie odmiennym od naszego pod tym jednym, kluczowym względem. To właśnie ta kwestia doskonale wpisuje się w teorię opanowywania trwogi. Pojawia się pytanie czym stałaby się sztuka po tak drastycznej ingerencji w ludzką tożsamość i świadomość? Jakie funkcje by pełniła, gdyby amputowano jej główną (według wspomnianej teorii) rację bytu? Czy jej zasadniczym zadaniem stałoby się łagodzenie piekielnej nudy, na jaką narażeni byliby nieśmiertelni, wiecznie młodzi ludzie? Ludzie przypominający ożywione fantazje o zblazowanych, dekadenckich wampirach, zmęczonych do granicy szaleństwa niezmiennie odległym horyzontem kresu zawieszonym za wiekami istnienia? Pohl udzielił mi tutaj mądrej, moim zdaniem, odpowiedzi: „Czyż nie taka była prawdziwa funkcja sztuki, dostarczać cierpienia ludziom, którzy już byli niezdolni do jego odczuwania?” Ciekawe spojrzenie, nieprawdaż? Równie doniosłym opowiadaniem jest „Droga krzyża i smoka” George R.R. Martina (tak, już w 1979 roku Martin fascynował się smokami, choć pisywał wtedy jeszcze SF i teksty krótsze od Biblii). Wydaje mi się, że autor musiał inspirować się pracami Ernesta Beckera (najsłynniejsza i najważniejsza, „The Denial of Death” ukazała się w 1973 roku). Opowiadanie jest wręcz modelową literacką ilustracją koncepcji tego antropologa. Porusza ono dość rzadki w amerykańskiej SF tamtego okresu temat religii w zaawansowanej technologicznie przyszłości. I jeszcze rzadszy temat religii (oraz szerzej – kultury) jako użytecznej, czy wręcz nieodzownej mistyfikacji, fikcji zrodzonej ze strachu i desperacji, pełniącej funkcję bufora oddzielającego ludzi od rzeczywistości. We (wszech)świecie Martina chrześcijaństwo okazało się ofertą na tyle atrakcyjną i uniwersalną, że utrzymało się i rozpowszechniło nie tylko wśród ludzkich migrantów zasiedlających obce planety, ale także wśród obcych cywilizacji. Sumienni pracownicy tak gwałtownie powiększonej winnicy pańskiej trzymają rękę na pulsie doczesności, krążąc między zamieszkanymi planetami z Dobrą Nowiną oraz eksterminując w starym dobrym stylu wszelkie odstępstwa od ortodoksji (a przy okazji ich zwolenników) jako herezję Tak oto zamyka się przygoda z fenomenalną serią przybliżającą czytelnikowi klasyczne opowiadania SF. Ogromne podziękowania należą się oczywiście redaktorom, którzy włożyli wielki trud w skompletowanie tych tekstów i przygotowanie ich do druku. Funkcję swoistej premii w ostatnim tomie pełni znakomity dodatek opracowany przez Wojtka Sedeńkę: lista 170 kanonicznych książek SF. Cykl ten powinien znaleźć się na półce każdego, kto ceni wartościową i klasyczną fantastykę za wszystkie jej atuty – innowacyjność, otwartość, humanizm, poczucie humoru, rozmach, przenikliwość, ciekawość świata i wszechświata, nigdy niekończące się pragnienie odkrywania tego, co leży poza horyzontem percepcji, poza tym co przygodne i lokalne, poza naszymi ograniczeniami w czasie i przestrzeni. Pełne omówienie: https://bartoszbol.wordpress.com/2020/02/05/requiem-dla-kasandry-l-jeczmyk-w-sedenko-red-rakietowe-szlaki-antologia-klasycznych-opowiadan-sf-tom-7-solaris-2012/
Bartosz Bolechów - awatar Bartosz Bolechów
ocenił na86 lat temu
Rakietowe Szlaki tom 1: Antologia klasycznej SF Roger Zelazny
Rakietowe Szlaki tom 1: Antologia klasycznej SF
Roger Zelazny Brian W. Aldiss Gene Wolfe James White Ian Watson Henry Kuttner Ursula K. Le Guin Theodore Sturgeon Gordon R. Dickson Robert Sheckley William Tenn Dmitrij Bilenkin Ilja Warszawski Cyril M. Kornbluth John Varley Barrington J. Bayley R.A. Lafferty Jurij Nagibin Alexander Jablokov Robert Zacks Tuli Kupferberg
Zbiór 20 opowiadań + ciekawy wstęp Lecha Jęczmyka o genezie powstania niniejszej antologii oraz roli SF w literaturze i w życiu (9pkt) + podobne w tonie zakończenie Wojtka Sedeńko (8pkt). Każde opowiadanie poprzedzone krótką genezą a zakończone notką biograficzną o autorze. Antologia przez duże A! 1). John Varley "Porwanie w powietrzu" (1977) - 5ciu członków Drużyny Przechwytującej z przyszłości ratuje pasażerów lotu z 1979 roku tuż przed rozbiciem samolotu. Dynamiczne, ale sporo niedopowiedzeń... - 7,5pkt; 2). R. A. Lafferty "Najdłuższy obraz świata" (1970) - spokojne, opisowe opowiadanie z nutą grozy o Leo Nationie - indiańskim kolekcjonerze antyków i staroci. W jego obsesji odnalezienia bardzo starych, mistycznie wykonanych fragmentów długiego na mile obrazu brzegu rzeki Missisipi pomaga mu żona Ginger i Charles Longbank, człowiek, który wiedział wszystko. - 8pkt; 3). Ian Watson "Powolne ptaki" (1983) - coroczne zawody łyżwiarskie okolicznych wiosek drugi rok z rzędu wygrywa Max Tarnover, o włos pokonując Jasona Babbidge'a. Imprezę zakłóca pojawienie się znikąd "powolnego ptaka" - są to swoiste statki powietrzne, które pojawiają się i znikają losowo w różnych miejscach świata, czasem jednak wybuchają i topią wszystko w promieniu 4km w taflę szkła. Ze zniknięciem ptakiem znika też młodszy brat Jasona... Fajne opowiadanie, chociaż za połową zbyt metafizyczne. - 7pkt; 4). Theodore Sturgeon "Skalpel Occama" (1971) - Karl Trilling, osobisty lekarz najbogatszego człowieka na Ziemi ma dostęp do niecodziennych tajemnic. Po latach w rozmowie z bratem Joe opowiada mu o śmierci swojego szefa i rzekomej kremacji jego pozaziemskiego ciała... Przewrotne zakończenie. Spiskowe teorie na najwyższym poziomie! - 10pkt; 5). Barrington J. Bayley "Rejs po promieniu" (1962) - historia wypadku, do jakiego dochodzi na głębokości 10 mil pod ziemią podczas próbnego rejsu ze wschodu na zachód Drążyciela - innowacyjnego okrętu podziemnego amerykańskiej armii. Opowiadana pierwszoosobowo przez oficera technicznego Rossa, oddaje duszny, klaustrofobiczny nastrój grozy uwięzionej w pułapce dwustuosobowej załogi. Niestety stężenie absurdu na stronę tekstu przekracza wszelkie granice, a podziemne miasta zamieszkane przez barbarzyńców budzą uśmiech - 6pkt; 6). William Tenn "Bernie Faust" (1963) - drobny szuler Bernie opowiada w pierwszej osobie jak dał się podejść Ogo Eksarowi, ktory kupił od niego całą Ziemię za 2700$. Po przemyśleniu transakcji Bernie postanawia ją cofnąć, odkupić spowrotem że stratą, bojąc się, że padł ofiarą kosmicznego przekrętu... - 7pkt; 7). Robert Zacks "Kontrolex" (1952) - akcja dzieje się w przyszłości, kiedy to wynaleziono Kontrolex - urządzenie wyłapujące bezprawne użycia opatentowanych frazesów słownych (na podstawie ustawy z 1996r.) i pobierające opłatę ze skutkiem natychmiastowym. Podążamy za kontrolerem Jes'em, wyłapującym absurdalne naruszenia. Dość mocno naciągane... - 6pkt; 8). Dymitr Bilenkin "To niemożliwe" (1973) - przepracowany i zmęczony profesor Arcimowicz spotyka podczas rowerowej przejażdżki latającego człowieka, Sidorówa. Podejrzewa, że są to halucynacje... - 7pkt; 9). Brian W. Aldiss "Człowiek ze swoim czasem" (1965) - astronauta Jack Wastermark od tragicznego powrotu z wyprawy na Marsa żyje z wyprzedzeniem czasu o ok 3 minuty. Rodzi to zdumienie ludzi wokół, zainteresowanie naukowców i frustrację niezdolnej do porozumiewania się z nim żony Janet... - 8pkt; 10). Alexander Jablokov "Strażnik Śmierci" (1988) - akcja dwutorowa: obserwujemy doktora Harmona, który w towarzystwie księgarza Dextera "bawi się" w egzorcyzmy oraz Stanleya Patersona, świeżą ofiarę napadu nożownika, a właściwie jego błąkającą się po mieście duszę... - 8pkt; 11). Jurij Nagibin "Tajemniczy dom" (?) - historia tajemniczego bankiera Akiry Kawasimy, spadkobiercy kantoru starego Ito, którego podejrzewają o bycie ninja... - 7pkt; 12). Henry Kuttner "Profesor opuszcza scenę" (1947) - humorystyczne opowiadanie o rodzinie Hogbenów, długowiecznych wieśniaków-mutantów z Kentucky, których odwiedza biogenetyk profesor Thomas Galbraith. Opowieść snuta pierwszoosobowo przez syna Saunka. - 9pkt; 13). Tuli Kupferberg "Tęsknota" (1966) - marzenie bomby atomowej... - 6pkt; 14). James White "Ubranie na miarę" (1976) - odbywający wizytę na Ziemi Jego Ekscelencja Lord Scrennagle z planety Duta w towarzystwie pracownika ministerstwa Foxa i ochrony przyjeżdża do krawca George'a Hewlitta zamówić ubranie na miarę - obcy ma ciało podobne do centaura. Całe wydarzenie objęte jest tajemnicą. - 7pkt; 15). Robert Sheckley "Bitwa" (1954) - napisany z przekąsem i zaskakującym zakończeniem opis Ostatniej Bitwy ludzi z diabłem, czyli Armagedonu, w której ludzie do walki wystawili zastępy robotów i zdalnie kierowanych maszyn - 9pkt; 16). Roger Zelazny "Róża dla Eklezjastesa" (1967) - opowiadanie a'la Bradbury po dwóch głębszych. Akcja dzieje się na Marsie, na którym ludzie mogą normalnie oddychać a jego rdzenni mieszkańcy są na wymarciu, niczym Indianie w USA. Arogancki żydowski poeta/lingwista Gallinger dostaje pozwolenie na spotkanie z marsjańską monarchinią M'Cwyie w ich starożytnej świątyni... Opowiada o tym w pierwszej osobie. - 7,5pkt; 17). Ursula K. Le Guin "Ci, którzy odchodzą z Omelas" (1973) - krótkie opowiadanie o szczęśliwym mieście Omelas i ponurej cenie, jaką muszą za to płacić mieszkańcy... - 6,5pkt; 18). Ilja Warszawski "Ucieczka" (1968) - w podziemnych obozach koncentracyjnych Medeny więźniowie wydobywają rudę uranu potrzebą do prowadzenia wojny o hegemonię w kosmosie. Jednym z nich jest Arp Zumbi a to jest historia jego ucieczki i jej przewrotny koniec... - 10pkt; 19). Gordon R. Dickson "Mów Mu, Panie" (1966) - Kyle Arnam z Kentucky ma towarzyszyć w roli osobistego strażnika aroganckiemu księciu Willowi, najstarszemu synowi imperatora, który wybrał Ziemię na swą podróż dojrzałości. Utrzymane w westernowym stylu opowiadanie z wplecionym wątkiem SF i zaskakującym, dramatycznym finałem - klasa! - 9,5pkt; 20). Gene Wolfe "Jak przegrałem drugą wojnę światową i pomogłem powstrzymać niemiecką inwazję" (1973) - alternatywna historia, w której nie dochodzi do wybuchu II Wojny Światowej a Niemcy i Hitler chcą opanować rynki światowe ekonomią. Na wielkiej wystawie w Bath Hitler prezentuje swój Ludowy Samochód a Churchill brytyjskiego Centuriona. Dochodzi do historycznego wyścigu obu marek. Całość w formie listu do redakcji pewnego pisma spisuje narrator podpisujący się pseudonimem "Nieznany żołnierz". - 7pkt.
WissQuek - awatar WissQuek
ocenił na84 miesiące temu
Rakietowe Szlaki tom 3: Antologia klasycznej SF Dan Simmons
Rakietowe Szlaki tom 3: Antologia klasycznej SF
Dan Simmons Roger Zelazny Clifford D. Simak Ray Bradbury Marek S. Huberath Ursula K. Le Guin Michael Bishop Robert Sheckley Michael Swanwick Alan Dean Foster John Varley R.A. Lafferty C. L. Moore
W trzecim tomie antologii klasycznej science fiction "Rakietowe szlaki" Lech Jęczmyk oraz Wojtek Sedeńko wybrali dla nas 13 opowiadań, w tym jedno polskie. Z tym ostatnim wyjątkiem zabrakło prozy innej niż anglojęzyczna: trochę szkoda. Słowiańskie (rosyjskie i zwłaszcza czeska) propozycje w tomie drugim były bardzo interesujące. Tym razem poziom również jest wysoki, chociaż chyba jednak bardziej nierówny, niż w poprzednich tomach. Chwalone przez redaktorów otwierające tom opowiadanie "Shambleau" autorstwa Catherine L. Moore jest moim zdaniem najzwyczajniej słabe. Zastanawiające, że to kobieta realizuje w nim topos samicy-pożeraczki mężczyzn, w którym odzwierciedla się pierwotny - męski przecież - lęk przed kobiecą seksualnością jako siłą destrukcyjną, wampiryczną, prowadzącą ku zgubie. Ciekawe jest również, że znajdziemy w "Rakietowych szlakach" inny, nieporównanie sprawniejszy literacko tekst poruszający ten sam temat (mowa o doskonałym "Umrzeć w Bangkoku" Dana Simmonsa, do którego jeszcze wrócę). Czy to jakieś echo podświadomych obaw selekcjonerów tekstów, czy też czysty przypadek, oto jest pytanie. Drugi tekst, czyli "Bezgłośny pistolet" Finna O'Donovana (czyli Roberta Sheckleya) to poczciwa i sympatyczna ramotka, ale jednak ramotka. Typowa opowieść z dawnych lat, oparta na pomyśle konkretnego "wynalazku" i wierze w ludzką pomysłowość, dla której kosmos jest po prostu gotową do podbicia i skolonizowania, nieco większą wersją pogranicza, Dzikiego Zachodu. "Alei potępienia" Rogera Zelaznego żadnemu starszemu miłośnikowi fantastyki przedstawiać nie trzeba. Absolutna klasyka. Młodsi z kolei zorientują się dzięki temu opowiadaniu, że Mad Max z jego samochodową postapokalipsą (wyraźnie widać, że tempo, energia i struktura fabularna najnowszej opowieści o Maksie Rockatanskym bardzo przypomina opowiadanie Zelaznego),ani tym bardziej "Metro 2033" z jego postnuklearnymi mutantami, nie wzięły się znikąd. "Dzień przed rewolucją" Ursuli Le Guin poprzedzony jest dość osobliwym wstępem na temat wysokiego stopnia skomunizowania amerykańskich uniwersytetów oraz feminizmu autorki, który tutaj wydaje się być zarzutem (jakby to szef IPN recenzował). Sam tekst nie jest żadnym arcydziełem i w zasadzie nie ma tu elementów fantastycznych oprócz ulokowania akcji w fikcyjnym kraju. Mimo to, owa stonowana, pozbawiona fajerwerków fabularnych i stylistycznych opowieść starej rewolucjonistki, broni się przede wszystkim jako świadectwo charakterystycznego dla tamtej epoki (pierwodruk w 1974 roku) stanu umysłu oraz koncepcji politycznej, która dzisiaj wydaje się z jednej strony naiwna, z drugiej zaś w pewien sposób niezbędna. "Powolne życie" Michaela Swanwicka to bardzo dobra "twarda" SF ze wszystkimi obowiązkowymi akcesoriami gatunku: obcą planetą (a konkretniej często eksploatowanym przez fantastów księżycem Saturna Tytanem),obcą inteligencją (tym razem w życzliwym wydaniu),naukowym sztafażem oraz emocjonującą operacją ratunkową. Jeśli Moore i Simmons eksploatują lęk przed kobiecą seksualnością, to Bradbury z kolei w "Małym mordercy" sięga po inną archetypową obawę: lęk przed dziećmi jako widomymi, żywymi oznakami naszej śmiertelności. Dzieci "symbolicznie" zabijają rodziców, lecz czasem robią to również zupełnie dosłownie. Chcą nas przecież zastąpić i zabrać, co im się należy. Nadnaturalnie inteligentne dziecko o złowrogich skłonnościach to fabularny samograj (vide choćby "Omen"),a Bradbury jak wiadomo świetnie się czuł w konwencji horroru i krótkiej formie, więc dostajemy całkiem przyzwoity kąsek. "Kraina wielkich koni" to poetycka fantazja R. A. Lafferty'ego, "wyjaśniająca" fantastyczną konwencją skąd właściwie i dlaczego przywędrowali Romowie. Lubię tego pisarza, ale zamieszczone w pierwszym tomie "Rakietowych szlaków" opowiadanie "Najdłuższy obraz" jest moim zdaniem o klasę lepsze. "Przyśpieszenie" Michaela Bishopa to wybitny tekst, znów wychodzący od pojedynczej zmiennej (z niewiadomych powodów wszyscy ludzie zostają wyrwani ze swoich środowisk i przeniesieni w najwyraźniej losowe miejsca na planecie, co powoduje rozpad dotychczasowych struktur społecznych) i obudowujący ją oraz prezentujący jej skutki dojrzałą psychologią. Bishopa zawsze czyta się z wielką przyjemnością, bo pisze mądrze i świetnie operuje stylem, choć jego krajobrazy bywają bardzo ponure. Dalej mamy "Grotę tańczących jeleni" Clifforda Simaka. To ciekawa sprawa, jak percepcja literatury (podobnie jak gust kulinarny, czy muzyczny) zmienia się wraz z wiekiem. Gdy byłem dużo młodszy, teksty Simaka wydawały mi się mdłe, a cała ta jego pozbawiona wielkich dramatów sielankowo-prowincjonalna wizja rzeczywistości mało interesująca. Dzisiaj patrzę na jego pisarstwo inaczej, bardziej je doceniam, a "Grota...", opowiadająca spokojnie o konieczności tworzenia i samotności płynącej z nieśmiertelności to chyba jego najlepszy tekst, zdecydowanie wart lektury. Kolejnym opowiadaniem jest tu niestety "Kara większa" Marka Huberatha. Piszę "niestety", bo ten płaski w gruncie rzeczy ideologiczny manifest (przy którym anarchokomunistyczne koncepty LeGuin wydają się być wcieleniem umiarkowania i subtelności) pasuje tutaj jak pięść do nosa. Owszem, jest to nieźle napisane, z pewnością lepiej niż opowiadanie Huberatha zamieszczone w poprzednim tomie, ale jakże przerażające zarazem. I nie chodzi mi o to, że pisarz sugestywnie odmalowuje przerażającą wizję zaświatów jako połączenia niemieckiego obozu zagłady, sali tortur i sowieckiego łagru, ponieważ to w końcu jest jego celem i cel ten został z literackiego punktu widzenia sprawnie zrealizowany. Problemem jest dla mnie coś innego: Huberath wydaje się traktować swoją absolutnie sadomasochistyczną koncepcję relacji człowieka z Bogiem ze śmiertelną powagą. On nie tyle pisze, co wygłasza kazanie, a jego moralizatorski zapał unosi go w ślepą uliczkę. Najbardziej zdumiewa mnie to, iż zdaje się on zupełnie nie dostrzegać, że jego aksjomaty, na których buduje fabułę i argumentację etyczną, spoczywają na podłożu jednoznacznie odstręczającej, potwornej metafizyki. Jego Bóg jest potworem, pierwotnym źródłem i paliwem wszelkiego zła, lecz autor z właściwą ludziom religijnym ślepotą na konsekwencje własnych założeń, zamyka na to oczy, projektując ową potworność na ludzi i demony. Nie można przyjmować sprzecznych ze sobą założeń. Nawet jeśli możliwość zła ulokowano w ludziach, to stało się tak z pełną świadomością konsekwencji takiego projektu u założonej w tej ontologii wszechwiedzącej istoty. Myślę, że warto byłoby zatem Huberathowi odpowiedzieć Schopenhauerem. "Stwórca stworzył bowiem nie tylko świat, ale również samą możliwość: powinien był ją więc tak urządzić, by dopuszczać świat lepszy". Tutaj teiści zwykle uciekają w argument o "niezbadanych wyrokach i niemożności zrozumienia boskiego planu przez słaby ludzki intelekt". Lecz jednak skoro nie rozumiemy Boga, skąd taka precyzja w przypisywaniu mu atrybutów i oczekiwań? Osobiście odczytuję to opowiadanie jako rodzaj okrutnej parodii, drwiny z zawieszonej w próżni, pozbawionej umocowania w humanistycznej etyce chrześcijańskiej mitologii oraz teistycznej koncepcji człowieczeństwa i boskości. Mój problem polega na tym, że to odczytanie najwyraźniej nie jest zgodne z intencją autora, który słowo za słowem buduje swą monstrualną wizję, zupełnie nie dostrzegając jej monstrualności. Z uwagi na to, co dzieje się w Polsce w chwili, gdy piszę ten tekst, opowiadanie nabiera niepokojącej aktualności, jako rodzaj zapisu stanu umysłu chrześcijańskich apologetów, demonstracja całkiem dla mnie surrealistycznego sposobu ich rozumowania: czuję się wśród nich znacznie bardziej obco, niż wśród wszystkich obcych opisywanych w tym tomie. Wizja piekła z jego niekończącym się masakrowaniem potępionych, rwaniem paznokci, łamaniem żeber, obdzieraniem ze skóry, gwałceniem, przypalaniem genitaliów, to dla mnie modelowe ucieleśnienie religijnej psychopatologii. Wiara, że jakakolwiek ludzka transgresja może uzasadnić tego typu konsekwencje, to dla mnie świadectwo kompletnej dewastacji intelektualnej i odrętwienia wyobraźni moralnej, jaką w umyśle inteligentnego przecież i ogólnie zrównoważonego człowieka jest w stanie spowodować religia. Antropomorfizacja płodów, przywożonych z nieznanych mi powodów (nie zostały ochrzczone?) do czyśćca-obozu w kawałkach, by zostać następnie przymusowo zszyte przez kobiety-aborcjonistki, to chyba najbardziej dobitny wyraz religijnie indukowanej psychozy, z jaką się dotychczas zetknąłem. Zdolność do akceptacji takiej wizji i pogodzenia jej z aksjomatem doskonale dobrego Boga znajduje się całkowicie poza moją zdolnością pojmowania. Reasumując, "Kara większa" to dla mnie perfekcyjny manifest antyreligijny, z większą siłą rażenia niż książki Dawkinsa, Dennetta, czy Harrisa, co pokazuje, jak bardzo mogą rozejść się intencje twórcy i odbiorcy oraz że literatura rodzi się na pograniczu dwóch umysłów. Kolejny tekst, zatytułowany "Polacy to ludzie łagodni" jest mojej opinii kuriozalną grafomanią (niestety Alana Deana Fostera raczej nie stać na wiele więcej, przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo),a jedyne uzasadnienie publikacji tego opowiadanka dostrzegam w polskich kompleksach i polskim głodzie uznania płynącego z "wielkiego świata". Ach jakże jesteśmy wspaniali, mądrzy i dobrzy, niechże ktoś wreszcie to zauważy! Czasem przypominamy mi psa, który rozpaczliwie oczekuje na jakikolwiek dowód sympatii swego pana, by mieć pretekst do radosnych podrygiwań. Tudzież osiołka ze "Shreka", który podskakując krzyczy "Ja! Ja! Wybierz mnie!". Ta historyjka, choć bardzo marna, tak fabularnie, jak literacko, idealnie współgra z owym polskim przekonaniem o własnej wspaniałości i wyjątkowości, podszytym urazą, że nikt ich nie dostrzega i skrywanym lękiem, że może to jednak w gruncie rzeczy jesteśmy tylko prowincjonalnym narodem wśród setek innych, zamieszkujących zatłoczoną planetę. "Polacy..." to historia alternatywna (nie bez przyczyny uwielbiamy tę konwencję: jest to próba zaleczenia dysonansu poznawczego),będąca sarmackim odpowiednikiem wizji świata, w którym nigdy nie upadło Imperium Rzymskie, czy Trzecia Rzesza (najpopularniejsze wersje). Tu różnica jest taka, że nad podziw trwała okazuje się Polska sarmacko-szlachecka. To taka Tysiącletnia Rzeczpospolita, chciałoby się powiedzieć - wspaniała, mądra, potężna i z wyżyn swej szlachetności panująca nad światem. Oczywiście proponowane przez Fostera uzasadnienia rzekomych przewag monarchii elekcyjnej nad innymi formami ustrojowymi są zupełnie pozbawione sensu dla każdego, kto rozumie, iż rozwiązania ustrojowe, instytucjonalne i społeczne szlacheckiej Rzeczpospolitej były przestarzałe już w XVII wieku, a niezdolność do modernizacji doprowadziła ją do upadku. W gruncie rzeczy wspaniałość jest tutaj wyjaśniona głównie tytułem: Polacy są predestynowani do rządów nad światem, ponieważ to "ludzie łagodni". Nie mam pojęcia skąd Fosterowi wzięła się taka wizja: może spotkał jakiegoś łagodnego Polaka i wziął to za naszą cechę narodową. Takie detale jak literacka i fabularna mierność tekstu nie mają jednak znaczenia, skoro pisarz łechce naszą próżność i megalomanię. Można to traktować jedynie jako ciekawostkę, na którą uwagę zwrócić powinien obecny minister kultury, pan profesor Gliński - może pomogłaby mu w promowaniu pozytywnego wizerunku Polski i Polaków za granicą. Najbardziej śmieszy mnie jednak redaktorski komentarz do tekstu Fostera: "Wszystkie te (tzn. pisarza - BB) zasługi bledną jednak przy zaprezentowanym w tym tomie opowiadaniu, jedynym w dziejach fantastyki opowiadaniu zachodniego autora, w którym pozytywnymi bohaterami są Polacy". Oj, nie kocha nas ten Zachód zgniły, uparcie nie kocha! A tyle dla niego, niewdzięcznika, zrobiliśmy! Koniec narzekań, ponieważ dwa ostatnie teksty tomu to prawdziwa uczta i mistrzostwo. Wspomniane wyżej "Umrzeć w Bangkoku" Simmonsa to znakomicie napisany biologiczno-seksualny horror w stylu Cronenberga. Z kolei "Naciśnij Enter" Johna Varleya to zdecydowanie jedno z najsłynniejszych opowiadań w historii science fiction. Przenikliwa, zwłaszcza z perspektywy czasu, opowieść o rozrastającej się globalnej sieci, jej narastającej władzy nad ludźmi oraz tym, co może nadejść z pęków światłowodów (choć tutaj są to jeszcze przewody miedziane). Co ciekawe, oba te ostatnie teksty korespondują ze sobą przez kluczowe fabularnie wątki amerykańskiej traumy Wietnamu. Więcej, wydają się one wchodzić ze sobą w dziwny, przejmujący dialog na temat życia. W pierwszym z nich śmierć i zło ma pierwotne, biologiczne, organiczne i na swój sposób prymitywne oblicze. Simmons sugestywną i naturalistycznie brutalną prozą ogrywa atawistyczne lęki: przed kastracją i okaleczeniem narządów płciowych, krwawieniem, wampirami, żyjącymi w ciemnościach i w wilgoci rzeczami oślizgłymi i drapieżnymi, mackami, jadowitymi istotami pasożytującymi na człowieku. Varley przesuwa się w drugą stronę spektrum i straszy śmiercią i bólem zadawanymi przez istotę równie straszną i niezrozumiałą, lecz wytworzoną przez technologię, która miała nas przecież chronić przed tym, co czai się w mroku. Zamiast macek są kable, zamiast oczu ekrany, zamiast chłepczących krew przyssawek, wygotowująca gałki oczne kuchenka mikrofalowa, zamiast ołtarza, klawiatura. Sztuczna inteligencja jest tu równie potężna, odległa i niezrozumiała, jak Wielcy Przedwieczni Lovecrafta. Z obu tych tekstów wyłania się głębokie przerażenie istotą życia, w którym nie ma ucieczki przed grozą ani w biologię, ani w technologię. Tak czy inaczej, coś wypełznie, skoczy i nas dopadnie. To jednak jeszcze nie wszystko. Wart pochwały jest zamykający tom tekst Wojtka Sedeńki "Krótka historia science fiction: szkic drugi". Świetnie, klarownie i kompetentnie zaprezentowana ewolucja gatunku, podejmująca narrację tam, gdzie skończył się szkic pierwszy (w tomie drugim "Rakietowych szlaków"). Doskonałe wprowadzenie zwłaszcza dla ludzi nie orientujących się zbyt dobrze meandrach historii sf. Co jeszcze? Tradycyjnie niedoróbki redakcyjne i translatorskie. W oko wpadły mi zwłaszcza dwie: w "Alei Potepienia" możemy przeczytać polecenie "okrążenia naokoło", a z notki biograficznej Lafferty'ego wynika, że żył 8 lat. Zdolna bestia. Nie jest doskonale, ale te kilka znakomitych tekstów wynagradza wpadki z nawiązką. Poza tym warto zwrócić uwagę na ważną kwestię: również słabe teksty mogą dać do myślenia, nawet jeśli niekoniecznie o tym (i w sposób),do czego chcieli nas nakłonić ich autorzy.
Bartosz Bolechów - awatar Bartosz Bolechów
ocenił na79 lat temu
Rakietowe Szlaki tom 6: Antologia klasycznej SF Andrzej Ziemiański
Rakietowe Szlaki tom 6: Antologia klasycznej SF
Andrzej Ziemiański Brian W. Aldiss Joe Haldeman Frederik Pohl Michael Bishop Larry Niven Robert Sheckley John Varley Frederik Brown
Szósty, przedostatni tom drugiego wcielenia antologii klasycznych opowiadań SF "Rakietowe szlaki" przyniósł zaledwie 9 tekstów. Tym razem wszystkie z nich oprócz opowiadania Andrzeja Ziemiańskiego to dzieła anglosaskich (napisałbym amerykańskich, ale mamy jednego Brytyjczyka) autorów i wszystkie (znowu poza opowiadaniem Andrzeja Ziemiańskiego, o którym za chwilę) prezentują przyzwoity, dobry lub znakomity poziom. Gdyby szukać tu na siłę jakiegoś wspólnego mianownika, byłby nim chyba kryzys, rozpad, zagłada cywilizacji. Mamy tu nuklearny holocaust, zapaść ekonomiczną, kosmiczne katastrofy, inwazję obcych, a nawet zagrożenie rozpadem czasoprzestrzeni. Tom otwiera słynna "Uporczywość widzenia" Johna Varleya, który należy do moich ulubionych autorów opowiadań sf. Cenią go także najwyraźniej obaj selekcjonerzy antologii, gdyż jest to już jego czwarty tekst w "Rakietowych szlakach". Pisarz ten łączy znakomity styl ze świetnymi pomysłami, a jego proza stanowi dla mnie doskonały przykład trudnej do osiągnięcia równowagi między formą i treścią. W pochodzącej z końca lat 70. "Uporczywości widzenia" autor eksploruje kwestię utopii, bazującej na idei izolacji niewielkiej grupy ludzi od otoczenia społecznego - temat w tamtym czasie bardzo aktualny w kontekście prób i porażek podobnych eksperymentów rozmaitych komun kontrkulturowych i wspólnot religijnych, próbujących harmonijnie łączyć poczucie przynależności, celowości i wolności. U Varleya wspólnotę tworzą ludzie niewidomi i głuchoniemi, a bohater jest klasycznym dla tego typu opowieści outsiderem, wprowadzającym czytelnika w nieznany mu świat. W zasadzie jest to klasyczna historia o kontakcie z obcymi, w antropologicznym duchu Ursuli le Guin, czy Joan D. Vinge, tyle że rozgrywająca się w obrębie naszego gatunku - odwiedzamy wspomnianą wspólnotę na podobnej zasadzie, jak na kartach fantastycznych tekstów nawiązuje się kontakt z obcymi, poprzez zanurzenie się w ich odmienności, języku, kulturze, sposobie istnienia. W gruncie rzeczy jest to jednak tekst polityczny, poruszający się wokół tematyki społecznej konstrukcji rzeczywistości, ze szczególnym uwzględnieniem takich konstruktów jak wspólnota, indywidualność, etyka, odmienność, czy normalność. Trzeba uczciwie przyznać, że po latach niektóre pomysły mogą wydawać się naiwne, czy nawet złowrogie, sytuując się w tradycji progresywistycznej opowiastki utopijnej oraz eksperymentu myślowego z zakresu filozofii moralności, w której zasady funkcjonowania ludzkich wspólnot podlegają woluntarystycznej edycji, a człowiek jest niemal doskonale plastyczny pod tym względem. Z punktu widzenia Varleya „Uporczywość widzenia” była fantastyką socjologiczną o bliskim zasięgu: fabuła oddalona jest o około dwie dekady od momentu pisania tekstu. Protagonista przemierza nękane kryzysami ekonomicznymi i anarchizacją Stany Zjednoczone, by ostatecznie trafić do wspomnianej wspólnoty niewidomych i głuchoniemych „Kellerytów”, którzy osiągnęli doskonałą harmonię społeczną nie tyle mimo swego upośledzenia, lecz raczej dzięki niemu - co oczywiście prowadzi do potencjalnie prowokującego do refleksji pytania, czy faktycznie mamy tu do czynienia z kalectwem, czy może z perfekcyjnym narzędziem przystosowawczym stwarzającym okazję do spełnionego, sensownego, szczęśliwego życia. Wydaje mi się, że kultura Kellerytów stanowi ucieleśnienie marzeń wszystkich, którzy uważają, że „żelazna klatka nowoczesności” prowadzi do alienacji, odrywa od źródeł człowieczeństwa, niszczy więzi i generalnie unieszczęśliwia przedstawicieli naszego gatunku, ratunek natomiast tkwi w niewielkich komunach przypominających raczej naiwne - moim zdaniem - wyobrażenia o funkcjonowaniu wspólnot pierwotnych sprzed wynalezienia takich przekleństw i plag jak polityka, własność prywatna, akumulacja kapitału poprzez eksploatację człowieka i środowiska, zaborczość seksualna, homofobia oraz instytucjonalna, nietolerancyjna, restrykcyjna religia. Wizja Varleya wydaje mi się zupełnie nierealistyczna i eskapistyczna, chociaż oczywiście mogę się mylić. Czytelnicy muszą ocenić to sami. Najciekawsze w tekście Varleya jest dla mnie pytanie o granice społecznej manipulacji biologicznymi dyspozycjami. Mnie wydaje mi się, że nie jesteśmy (jeszcze) aż tak plastyczni jak przedstawia to pisarz, że harmonizacja interesów jednostki i wspólnoty nie jest aż tak prosta i że problemy sprawowania władzy są znacznie bardziej złożone. A także, że życie w naszkicowanej przez niego wspólnocie byłoby dla mnie koszmarem. No ale nie jestem niewidomym i głuchoniemym Kellerytą, a poza tym siła „Uporczywości widzenia” tkwi właśnie w prowokowaniu do takich dyskusji. Drugi tekst w zbiorze to dużo bardziej „konwencjonalne” klasyczne opowiadanie SF oparte na pojedynczym pomyśle: „Kopuła” Frederica Browna z 1951 roku. Zestarzało się od momentu publikacji i dzisiaj czyta się to jak poczciwą muzealną ramotkę, pisaną w złowrogim cieniu zimnej wojny i bomby nuklearnej. Oto Kyle Braden (archetyp „szalonego naukowca”) chroni się pod nieprzepuszczalną dla wszelkiej informacji kopułą „pola mocy” przed światem, w którym jego zdaniem doszło do nuklearnej apokalipsy. Mija trzydzieści lat i bohater zastanawia się, czy nie nadszedł czas wyłączenia pola i zmierzenia się ze światem na zewnątrz. Co się okazuje? Tego zdradzał nie będę, gdyż byłby to niepotrzebny spojler, jednak moim zdaniem ten króciutki tekst nie jest ani szczytem możliwości Browna, ani też nie pozostanie zbyt długo w pamięci czytelnika. Ot, przykurzony sympatyczny bibelocik literacki. „Pogranicze Sol” Larry’ego Nivena to z kolei sympatyczna awanturnicza space opera w tzw. starym dobrym stylu, rozgrywająca się w wersji przyszłości znanej wszystkim fanom „Pierścienia”. Ryzykowna kosmiczna wyprawa, gra o wysoką stawkę, zaawansowane technologie wykorzystujące czarne dziury, piraci, obce rasy - niczego tu nie brakuje i dobra, bezpretensjonalna zabawa gwarantowana. Kolejny tekst to „Fermi i mróz” wspaniałego Fredericka Pohla z roku 1985. Postapokaliptyczne historia o konsekwencjach wojny nuklearnej, przypominające melancholijnym nastrojem „Ostatni brzeg” Nevila Shute’a. Nastrój ów buduje tutaj kontrast między bezprecedensową w swojej skali tragedią, a oszczędnością stylu Pohla oraz stoickim niemal spokojem, z jakim przyjmowana jest zagłada ludzkiej cywilizacji. Przypomina to chłodny opis anatomopatologa, beznamiętnie relacjonującego autopsję. Na tym tle szczegolnie silnie wybrzmiewają losy najbardziej bezbronnej jednostki - zagubionego w chaosie upadającej cywilizacji dziecka. Z drugiej strony ten krótki tekst zakotwiczony jest w tytułowym paradoksie Fermiego: „Nie ma żadnych głosów (...) Nawet nasz już umilkł. Oto odpowiedź na paradoks Fermiego”. To właśnie wirtuozeria, z jaką Pohl powiązał tak skrajnie różne perspektywy i skale: losy jednostki ludzkiej, ludzkiej cywilizacji oraz namysł nad możliwością pokonania ewolucyjnych atawizmów przez istoty rozumne we wszechświecie, czynią to opowiadanie jednym z klasycznych, nieśmiertelnych tekstów science fiction. Piąte opowiadanie (właściwie nowela) to prawdziwe arcydzieło, przy którym również warto na chwilę się zatrzymać. Poetycki, a zarazem epicki w swoim rozmachu, piękny „Krzyk serca” Michaela Bishopa z 1994 roku to opowieść o ludziach podróżujących na pokładzie międzygwiezdnej arki kosmicznej, o potrzebie eksploracji, o wychowywaniu dziecka, o związkach międzyludzkich, o odpowiedzialności i wolności, zmianie, śmiertelności i rozwoju, o napięciu między przywiązaniem do drugiego człowieka a jego prawem do wyboru ścieżki życiowej. Główny bohater to naukowiec opiekujący się synem z zespołem Downa, który bierze udział w ekspedycji do Epsilon Eridani. „Krzyk serca” jest nie tylko poetycki, ale i pełen poezji. Wiersz jest tutaj narzędziem poznania, jak w poniższym przykładzie, gdy bohater próbuje spojrzeć na ludzi z zewnątrz, okiem potencjalnych obcych: „w dół lecimy pokraczni najeźdźcy wpadając w sam ich środek dlatego gdy przybywamy cofają się zagrożenie przerażenie ofiary niekształtnych agresorów widzą nasze pyski niczym dzioby nasze oczy z lśniącej brei rzędy błyszczących kości za wydętymi wargami nasze palce rosnące niczym makaron z półksiężycowymi plektronami brzdąkającymi w knykciowych główkach” Mówiac krótko, „Krzyk serca” to niesamowity tekst, moim zdaniem najlepszy w tym tomie. Tym bardziej przykry zgrzyt stanowi fakt, że tuż za nim umieszczono opowiadanie znajdujące się moim zdaniem na odmiennym biegunie literatury: płaskie, płytkie, głupie i podłe, a zarazem bardzo swego czasu popularne i świetnie przyjmowane „Autobahn nach Poznań” Andrzeja Ziemiańskiego. Staram się zawsze podchodzić do lektury bez uprzedzeń i z otwartym umysłem, ale sposób selekcjonowania polskich tekstów do „Rakietowych szlaków” naprawdę mnie zdumiewa: zupełnie jakby redaktorzy antologii chcieli uwypuklić kontrast między największymi osiągnięciami gatunku a polską, zaściankową, ksobną, szowinistyczną i bigoteryjną odmianą fantastyki, sytuującą się na antypodach humanizmu, który spogląda na nasz rodzaj z dystansem wystarczającym do wzniesienia się ponad etniczne urazy, czy trybalistyczne kompleksy. Po groteskowej, narodowo-katolicko-mesjańskiej „Drodze na Zaleszczyki” Ziemkiewicza, obnażającej psychopatologiczny rdzeń religijnego światopoglądu „Karze większej” Huberatha, czy dewocyjnej „Opowieści wigilnej” Oramusa, która z science fiction nie miała kompletnie nic wspólnego, tym razem dostajemy postapokaliptyczną, nacjonalistyczną prozę kompensacyjną, której autor tak zapędza się w łechtaniu plemiennego ego, że miejscami wpada w niezamierzoną śmieszność, a miejscami w moralną czarną dziurę. Aż trudno mi uwierzyć, że nie jest to pastisz, parodia, czy zwykła drwina. A może jest? W popularności tego potworka odzwierciedla się, w moim przekonaniu, fatalny stan naszej zbiorowej psyche. Jesteśmy tak bardzo i tak permanentnie wygłodzeni pochwał i hołdów, tak bardzo przekonani, iż niesłusznie się nas lekceważy i złośliwie pozbawia należnej nam atencji i rewerencji, że kompensacyjne grafomańskie fantazje na temat polskiej wspaniałości, wielkości, geniuszu i zbawczej roli w skali historycznej oraz metafizycznej, zdają się w naszej peryferyjnej chacie z kraja funkcjonować niczym jakaś budząca zbiorowy entuzjazm autohipnotyczna formuła terapeutyczna. Uwielbiamy te kolektywne sny na jawie, wirtualne rzeczywistości, w których możemy pławić się w naszej rzekomej unikalności, wspaniałości, przeznaczeniu do wielkości, mocarstwowości, niczym napompowany wściekłością, frustracją i testosteronem, regularnie upokarzany przez starszych i silniejszych kolegów dzieciak, odpłacający swym wrogom w coraz bardziej wynaturzonej resentymentem wyobraźni. Ziemiański w „Autobahn nah Poznań” jest równie dziecinny i zapędza się w tych pochlebstwach tak daleko, szafuje nimi tak hojnie, że miast uwznioślić nasz przenajświętszy, bezgrzeszny i najwspanialszy pod Słońcem kolektyw etniczny, ląduje z hukiem w obszarze estetycznej groteski i etycznej makabreski. Działa przy tym jak diler, który probując utrzymać klienta na godnościowym haju, musi precyzyjnie odmierzać i zwiększać dawkę upiększającego rzeczywistość narkotyku. Trwa to tak długo, aż chce się krzyknąć: „Kończ waść, wstydu oszczędź!” I kiedy wydawałoby się, że przebywamy na już szczytach głupoty, a wyżej wdrapać się już nie sposób, testosteronowa fantazja o zemście wchodzi w nowe rejestry, czyli zmierzamy do ludobójstwa w imię Wielkiej Ojczyzny. Po drodze dowiemy się jeszcze, że starannie wyselekcjonowana kompania Wojska Polskiego to ludzie „o słowiańskim wyglądzie, a więc sami blondyni i blondynki z niebieskimi oczami”. A w końcu, że zabić parę miliardów ludzi dla dobra Rzeczypospolitej to mniej niż pestka, to patriotyczny obowiązek. Dla pewności autor wytłumaczy nam to dwa razy: „Rzeczpospolita uber alles. Od morza do morza, jak nasi ojcowie kazali”. „- Właśnie pan zabił parę miliardów ludzi, panie generale. - Owszem. (...) To będzie masowe umieranie. A będzie, będzie... Ale nie w Rzeczpospolitej”. „- Jezus Maria... Dlaczego pan to zrobił? Pan zabił parę miliardów ludzi (...) - Owszem. Zabiłem - Baryła uśmiechnął się dobrodusznie. - Rzeczpospolita uber alles. Rzeczpospolita rulez. Od morza do morza, kurwa jej mać”. Znowu przypominają mi się słowa Imrego Kertesza: „Podbite narody muszą kogoś pokonać, żeby ich wstrętne dusze zostały zaspokojone”. Nasza dusza musi być wyjątkowo wstrętna, skoro zaspokaja się fantazjami o miliardach trupów. Andrzej Ziemiański stworzył tu diaboliczny, potworny koktajl, łączący rasizm, seksizm i szowinizm w pakiecie ze zbrodniami przeciwko ludzkości pod flagą biało-czerwoną. Owa kulminacyjna (po utworach Ziemkiewicza, Huberatha i Oramusa) fantazja polska jawi mi się jako wyjątkowo smutna, żałosna i przerażająca zarazem. Dla mnie jako człowieka i jako Polaka osobiście niezwykle przykra. Szczególnie źle się to czyta po świetnym opowiadaniu Bishopa, które łączy liczne najlepsze tradycje i toposy science fiction w pełną wrażliwości i empatii opowieść o człowieczeństwie. Spuśćmy jednak wreszcie zasłonę miłosierdzia na tę abominację i przejdźmy do kolejnych tekstów. „Niekończący się western” Roberta Sheckleya to fantazja w stylu „Świata Dzikiego Zachodu”, w której starzejący się aktor odgrywający w telewizyjnym „reality show” rolę rewolwerowca wyrusza po raz ostatni ku zachodzącemu Słońcu. Lubię Sheckleya, ale ten tekst jest całkowicie przewidywalny i - chociaż przyjemny w lekturze - nie oferuje niczego ponad kilkanaście minut lekkiej rozrywki. Inaczej jest z kolejnym utworem: „W duchu Hemingwaya” Joego Haldemana, w którym autor „Wiecznej wojny” pokazuje pisarski kunszt, składając imponujący hołd tytułowemu pisarzowi. Jest to fascynująca, czarująco szalona i chaotyczna podróż, która rozpoczyna się od małżenskiej zdrady i próby literackiego fałszerstwa, a kończy na międzywymiarowych eskapadach, paradoksach temporalnych oraz zakłóceniach czasoprzestrzeni, zagrażających stabilności całego multiversum. W pełni zasłużone Hugo i Nebula. Na deser dostajemy znakomitą stylizację autorstwa wspomnianego Brytyjczyka, Briana Aldissa. Uhonorowane Nebulą „Śliniaste drzewo” to arcyklasyczna opowieść o inwazji z kosmosu w stylu George’a Herberta Wellsa. Prawdziwa perełka, którą czytało mi się z ogromną przyjemnością, podobną do wizyty w antykwariacie i przeglądania starych rycin. Wspaniała wyprawa do pieczołowicie zrekonstruowanego świata początków naukowej fantastyki, do krainy dzieciństwa gatunku, do lat świeżości kształtujących się dopiero rekwizytów i wątków fantastyki naukowej, nieskażonych jeszcze i nieprzefiltrowanych przez tysiące parafraz. Tom zamyka, zamiast tradycyjnego tekstu Wojtka Sedeńki o historii sf, równie smakowity kanon opowiadań gatunku (wyliczono 217 tekstów). I chociaż zupełnym nieporozumieniem jest moim zdaniem umieszczenie tutaj nieszczęsnego potworka Ziemiańskiego (podobnie jak tekstów Ziemkiewicza: nie ma za to w ogóle na przykład Dukaja),to z pewnością warto sięgnąć po ogromną większość utworów z listy. Pełne omówienie: https://bartoszbol.wordpress.com/2019/02/18/od-naiwnej-utopii-do-inwazji-w-stylu-retro-rakietowe-szlaki-6-antologia-klasycznej-sf-red-lech-jeczmyk-wojtek-sedenko-solaris-stawiguda-2012/
Bartosz Bolechów - awatar Bartosz Bolechów
ocenił na77 lat temu
Pieśni Umierającej Ziemi George R.R. Martin
Pieśni Umierającej Ziemi
George R.R. Martin Gardner Dozois
Nie kupiłem tej książki z wyrachowania. Nie kupiłem jej przypadkiem. Nie kupiłem namówiony, dla sławy autorów opowiadań, skuszony opiniami tych co przeczytali. Nic z tych rzeczy. Opis też jest do bani, bo to tylko jedno zdanie. Sam beneficjent "Pieśni" obił mi się o uszy autorstwem publikowanych gdzieniegdzie opowiadań. Kupiłem tę książkę, bo z pożyczonego na chwilkę egzemplarza wyczytałem przedmowę napisaną przez Deana Knootza (tego czarodzieja słowa, to znam). Przeczytałem w mig na stojąco, a potem pognałem do swojego komputera i zamówiłem online. To była kapitalna decyzja i będące jej konsekwencją wyśmienite czytanisko. Tak po prawdzie biorę tę książkę co jakiś czas i znowu czytanisko jest za każdym razem tak samo wyborne. Klimat końca czasu, zaklęcia, magiczne artefakty i czarodzieje, wynaturzone stwory i rośliny. Mimo nierównego tempa opowiadań ich przyciąganie bierze się różnorodności. Smaczkiem przy każdym z opowiadań są noty o ich autorach i napisane przez tych autorów posłowia opowiadające o relacji łączącej ich z Beneficjentem hołdu, którym jest ta antologia (Jack Vance). Czytając te opowiadania mam przy tym przebłyski racjonalizowania magii (takie skrzywienie zawodowe inżyniera) czynionej zaklęciami. Otóż te zaklęcia, to nic innego, jak polecenia (fachowo nazywane w IT dyrektywami) wydawane głosowo (fachowo nazywa się to interfejsem głosowym) rozwiniętej i wszechprzenikającej nanosferze potrafiącej "wyczarowywać" różne rzeczy i działania za pomocą nanitów (czyli nanobotów). Czarodzieje tej technologii nie rozumieją, ale uczą się zaklęć na pamięć. Na Umierającej Ziemi tak zaawansowana technologia - relikt po cywilizacjach, które przepadły w otchłani minionych eonów - jest nieodróżnialna od magii. Dokładnie tak nieodróżnialna, jak to wieszczył Arthur C.Clarke. Czytajcie "Pieśni umierającej Ziemi".
reversed - awatar reversed
ocenił na83 lata temu

Cytaty z książki Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Rakietowe Szlaki tom 5: Antologia klasycznej SF