Wyraz oczu Ligei. Ileż to razy rozmyślałem o nim! Na próżno trawiłem całe noce letnie,by go przeniknąć. Co to było w oczach mojej miłej-to coś głębsze niż studnia Demokryta? Co to było? Uwziąłem się,chcąc odgadnąć. Te oczy! Te wielkie,świetliste,nieziemskie źrenice! Stały się dla mnie bliźniaczymi gwiazdami Ledy-jazaś byłem najzbożniejszym ich astrologiem.
(...) pamięć jest święta, bo ocala człowieka od śmierci.
Przestrzeganie konwencji przyjętych w danym miejscu, a zwłaszcza w danym czasie, staje na przeszkodzie kontemplacji tego co prawdziwie wzniosłe.
Zwyciężyłeś i przeto ulegam. Lecz odtąd umarłeś na równi ze mną — umarłeś dla Ziemi, dla Nieba i dla Nadziei! We mnie istniałeś i — spojrzyj w moją śmierć, spojrzyj wskroś tej, która jest twoją, postaci — jak doszczętnie zamordowałeś siebie samego!
A gdy już był bez sił bez żył - Napotkał marę bladą. O, cieniu mów, gdzie kraj mych snów - Mów, gdzie jest Eldorado?
I nigdy anioły, co w niebie królują,
Ni czarnych demonów rój zły,
Nie mogły oderwać jej duszy od mojej,
Ni mojej od Annabel Lee.
Patrząc w ciemność tę głęboką, stałem ze zdumieniem w oku,
Sny śniąc, jakich nikt z śmiertelnych nie śmiał śnić; drżąc w zwątpień męce.
Cisza była niezmącona.
Otóż tedy — czyż wam nie nadmieniłem, że to, co uważacie za szaleństwo, jest jeno przeczuleniem zmysłów?
Po cóż mam mówić o długich, zbyt długich godzinach przerażenia, w których czasie
liczyłem rozedrgane kołysanie się stali. Piędź po pidzi — źdźbło po źdźble — dokonywała stal stopniowego opadania, pochwytnego zaledwo w przerwach czasu, które mi się zdawały wiekami — i wciąż się opuszczało — wciąż niżej — wciąż niżej. Minęły dnie — dni kilka, być może, minęło, zanim stal owa jęła się kołysać do tyla w moim pobliżu, że muskał mię jej dech ostry. Zapach szlifowanej stali wnikał do mych nozdrzy. Błagałem niebo — znużyłem je swoim błaganiem — by mi zwoliło szybszego znijścia tej stali. Bezrozumny, oszalały — siliłem się unieść z miejsca, by iść na spotkanie tej straszliwej, przepełnionej ruchem szablicy. A potem zapadłem się nagle w wielką ciszę — i trwałem — rozpostarty, uśmiechając się do błyskotliwej śmierci, jak dziecko uśmiecha się do jakiejś kosztownej zabawki.
Anioły, ze łzą u swych powiek,
Żałują nieszczęśliwca —
Bo słuchaj: Dramat ten — to Człowiek.
Bohater? Robak Zdobywca!".
Któż zatem ośmieli się wytknąć ci twe postępowanie? Winić za godziny rojeń czy potępiać jako marnotrawienie życia te zajęcia, co jak wezbrana fala płynęły wprost z twego niespożytego ducha?
Przez cały dzień pewnej jesieni — dzień zadymką omglony, posępny i oniemiały, gdy chmury ciężko i nisko zwisły na niebie, przebywałem samopas i konno obszary niezwykle ponurej krainy i wreszcie w chwili przypływu zmierzchów wieczornych, stanąłem przed melancholijnym Domem Usherów. Nie wiem, jak się to stało, ale od pierwszego wejrzenia, które rzuciłem na ową budowlę, uczucie smutku ponad siły przeniknęło mą duszę. Mówię: ponad siły, ponieważ tego smutku nie koiło zgoła najmniejsze źdźbło owego nastroju, któremu istota poezji nadaje niemal barwy rozkoszy, a który zazwyczaj ogarnia duszę wobec najposępniejszych widoków natury, pełnych spustoszenia i zgrozy.
Oglądałem przeciwległy mi krajobraz i nic, jeno dom i charakterystyczna perspektywa tej miejscowości, mury chłodem przesycone, okna podobne do oczu, które patrząc nie widzą — kilka kęp jędrnego sitowia oraz kilka pni zbielałych i spróchniałych drzew — samym swym widokiem zdziałały, że doznałem owego całkowitego pognębienia ducha, które wśród uczuć ziemskich najtrafniej można przyrównać tylko przed przedokcnieniowym majaczeniom palacza opium — jego bolesnym do codzienności powrotom — straszliwemu a niechętnemu pierzchaniu z jego oczu zasłony. Była w tym — drętwota serca, znękanie, niemoc — niepokonany smutek zadumy, której żaden bodziec wyobraźni nie mógł ożywić ani spotężnić.
Przez skrzących łuną okien dwoje
Widzi dziś pielgrzym z obcych stron
Jak fantastyczne duchów roje
Pląsają pod zgrzytliwy ton
Podczas, gdy w bramie dziką zgrają
Miast wdzięcznych Ech
Tłoczą się widma, które znają
Nie uśmiech - lecz tylko śmiech.
Lecz jako w świecie etycznym złe jest wynikiem dobrego, tak samo w świecie rzeczywistym z radości rodzą się bóle. Albo wspomnienie minionego szczęścia rozpaczą napełnia dzień dzisiejszy, albo męka, która się staje, ród swój wywodzi od uniesień, które stać się mogły.
Darkness there and nothing more.
Ludzie zazwyczaj nikczemnieją stopniowo.
Stąd we wszystkich znanych historiach o duchach i seansach spirytystycznych uderza nas brak tego, co zwiemy duszą, a więc najwyższej, wysublimowanej inteligencji. Tak zwane duchy rzadko przychodzą w jakichś konkretnych celach, prawie nigdy nie mówią, a ich wypowiedzi głębią nigdy nie przewyższają przeciętnych ludzkich możliwości.
Jeśli umarłam, to wszak skonałam Dla ciebie, dla Ciebie.
Tam w jej królestwie nad mórz pianą,
Tam w jej mogile pod mórz pianą...
Teraz – rzekł – widzę wyraźnie, jakiego pokroju są owe larwy. Widzę potężnego króla i jego siedmiu doradców poufałych – króla, który bez namysłu uderza dziewczynę bezbronną, i jego siedmiu doradców, którzy go do okrucieństw zagrzewają. Co do mnie – jestem po prostu błaznem Hop Frogiem – zaś to, co się stało, jest ostatnim moim figlem błazeńskim!
Dziękujmy miłosierdziu boskiemu, iż upiornych mąk konania doznaje jednostka ludzka, a nie ludzka gromada!
W niesamolubnym i ofiarnym przywiązaniu zwierzęcia jest coś, co wnika wprost do serca, które często miało sposobność doświadczyć, czym jest nędzna przyjaźń i nikła jak pajęczyna trwałość uczuć tylko ludzkich.
W bezinteresownej miłości zwierzęcia, w jego nie szczędzącym własnego życia poświęceniu tkwi coś, co bezpośrednio porusza serce ludzi, którzy częstokroć mieli sposobność stwierdzenia wątłej przyjaźni i słomianej wierności człowieka w oryginale.
Człowiek nie może równocześnie posiadać wiedzy i być uległym.
Niegdyś przed wielu, wielu laty
W królestwie nad mórz pianą
Żyła dzieweczka, którą znałem;
Annabel Lee ją zwano.
Piękny dzień dla synów ziemi i życia... och, jeszcze piękniejszy dla cór nieba i śmierci!
Ach, czyż wszystko, co się zda, Jak sen we śnie jeno trwa?
Cienie owe wiążą się jednocześnie w mej pamięci z jakimś trudnym do pochwycenia, nieokreślonym lękiem, którego doznałem w sercu z powodu właśnie nadprzyrodzonych tego serca uciśnień".
Lecz z biegiem lat ten rycerz chwat twarz schylił smutkiem bladą: jak wielki ląd - ni jeden kąt, by był, jak Eldorado!
- Ty, hultaju! - krzyczał Legrand przez zaciśnięte zęby. - Ty diabelski powsinogo! Mów, odpowiedz mi natychmiast bez wykrętów, które... które jest twe lewe oko?
- Och, mój złoty Massa Will! Toć to jest na pewno moje lewe oko! - zaskrzeczał, przerażony Jupiter kładąc rękę na swym prawym narzędzie wzroku i przyciskając ją z rozpaczliwą zawziętością, jak gdyby obawiał się, że jego pan wydrze mu to oko.