Plemię Michał Trusewicz 6,8

ocenił(a) na 841 tyg. temu „Wiosna była opasła od życia, opasła od śmierci”. Czyżby to jakiś dotąd nieznany mi fragment mistrza Brunona? To była pierwsza myśl, jaka narzuciła mi się, gdy zaczęłam czytać „Plemię” Michała Trusewicza. Otóż nie, choć niejednokrotnie jeszcze błysk deja vu oślepił mnie, a to Gombrowiczem, a to Grochowiakiem, jednak nie kopiowanym, kalką przeklejanym, a ledwie podobnym tchnieniem zła i wstrętoty, zaklętym w słowotwórczą magmę cudownej świeżości.
„Słów jak najmniej, bo nieufno. Szczęśliwie wypluć zło, bo tak godnie. Wyślinić się do końca, z grzechu. Poruszyć pamięć. I językiem ruszać. Ruszać aż do suchości. Ducha czystości. Ciała pokorności. I z wolna się prostować. Ludzi objąć, otrzeć im usta. Aż do suchości. Czuć ziemię. Czuć siebie na niej. Czasem przyjąć własną płonność. Spełznąć do śmierci. Aż po same kości, resztki swojej byłości, ślady własnej znikomości”. To modlitwa, jaką szepcze główny bohater nad trumną ojca. Jest on strażnikiem pamięci plemienia skazanego na zapomnienie, wyrzuconego poza obręb świata, aby sczezło, w pył się obróciło, jako stado odmieńców, rój uprzykrzony, kalający ziemię uprzywilejowanych. Gromadzi on więc, archiwizuje, porządkuje i przechowuje to, co ich, plemienne, to, co jednostkowe składa się zarazem na historię całego roju, a co zapisze go, wyryje mocnymi zgłoskami, zakarbuje i nie pozwoli odpamiętać. Zapewnia to cel żyjącym i spokój tym, co patrzą na nich z góry. Zdjęcia, przedmioty, listy, wspomnienia, zapachy i dźwięki, nazwy i dialekty. A także cmentarz, gdyż to również „była ziemia, która stała się archiwum, wciąż dopełnianym. Czy to przez glistniki, nawłocie, bodziszki – przepełnione zapachem trupa – czy to przez kapturki, piecuszki, kwiczoły. Czy to przez kolejne zbite naprędce trumny, czy przez kamienie z wyrżniętymi iksami. Gleba pamięta”.
Duch wspólnoty, obmierzła biologia ciała, tak przecież naturalna, z wszystkimi jej odgłosami, wiercącymi w nosie zapachami, wydzielinami, rzadkimi i zgęstniałymi w kleisty śluz – naturalizm rodem z „Chłopów” połączony z przedziwnym sacrum, tajemnym, odprawianym w oparach kadzideł, w chwiejnym płomyku świec i chlupocie błota, w blasku księżyca wydobywającego na jaw każdą narośl, purchel i karłowatość, w transie szmeru modlitwy i ukłonów niczym w „Golemie” Macieja Płazy, gdzie w cichości lepi się figurę ze wspomnień i omamów.
„Nasza dzielnica była cicha jak kogut czekający na ten dzień, w którym zostanie zatłuczony oszczerbionym siekierzyskiem”.
Mimo tego poczucia zagrożenia i tymczasowości, a może nawet wbrew niemu, chciałoby się, by te innonasze słowa, ta gwara podziemia innożyjców, alfabet odrzuconych, przetrwały, gdy przetrwa pamięć o roju, być może wyroi się z niej coś nowego.
Fizjologia i zabobon, obyczaj i gusła, tradycja, pamięć pokoleń i dziki upór wolnej woli, która nie pozwoli się ani zniszczyć, ani obłaskawić, mimo podstępnych prób, będzie kluczyć, skrywać się i cichcem robić swoje, choćby i pod ziemią. Niby czyja modlitwa i mowa jest lepsza i czemu któraś w ogóle musi? Modlić się zaś trzeba po swojemu, z głębi serca, by nie stać się niewymownym ostańcem.
Symbolika niewoli, kolonizowania, przymusu, nawracania, szufladkowania, prześladowania i wykorzystywania jest tutaj aż nadto widoczna. Owi innożyjcy to wszyscy ci, których odrzucamy, gdyż chcą oddychać we własnym rytmie i mówić językiem, jaki przechowują w rodzinnych archiwach pamięci. Maszerują więc przede mną uchodźcy różnych nacji, do podstawianych wagonów wloką się Żydzi, towarzysze odwiecznej diaspory, kalecy i szaleńcy, kobiety głodne samostanowienia i niezrozumiani artyści. Wszyscy uznani za niegodnych. Poganie i heretycy, transpłciowi i nienormatywni w różnorakich zakresach odgórnie ustanowionych norm. Lista nie ma końca… można więc zapytać, czy nie stanowią oni jednak większości. Być może czas wykopać szeroki tunel między ziemią i podziemiem, by ułatwić bratniopoznanie i rozejm na wieki wieków.
Jak to bywa najczęściej, u podłoża wykluczenia i opresji leży lęk, odwieczne paliwo agresji i nienawiści, płonące długo, wysokim płomieniem, niegasnącym. Strach przed długowieczną pamięcią, w której zapisywane krzywdy przekazywane są następnym pokoleniom, wrastają bolesnym cierniem, w każdej chwili gotowe uwolnić się i ranić do krwi w ślepej zemście, jest stale obecny, nie zasypia.
Ubranie w szatę fantasy tych rażących prawd i powtarzających się historycznych zaszłości, nierozliczonych, nieprzeproszonych, niezadośćuczynionych i niewybaczonych, a wręcz rozkwitających z niepohamowaną bezczelnością chwastu, założenie im krasnoludzkiego kubraka i przeniesienie w nibyświat, przydaje im mocy symbolu, alegorii pasującej do każdego nadużycia. I tego wobec autochtonicznej ludności Kanady, Ameryki czy Australii, i tego wobec płci i orientacji, i każdego innego, jakie miało, ma i będzie miało miejsce. To bowiem dance macabre wirujący w kółko, coraz szybciej i coraz niebezpieczniej. Zaś cudne, pączkujące niczym podsypane wzmocnionymi drożdżami emocji nowosłowie, lepiszcze z licznych regionalizmów, prajęzyka, skojarzeń i przypadków, można potraktować jako bunt przeciwko niszczeniu i zawłaszczaniu kultury, obyczaju, swojskości i tożsamości roju, uznanego za niegodny pielęgnowania jakiejkolwiek tradycji, a nawet istnienia. Trzeba w wielkiej pokorze i upartym chceniu rozwijać, dopieszczać i archiwizować, odkurzać i polerować, by błyszczało to, co własne, wdrukowane w krew i jaźń. Nie dać się uwieść pokusom, nie próbować jabłka z zatrutego drzewa, które kusi błyszczącą skórką. To tylko powłoka. Nie wolno pozwolić sobie na zdradzieckie „przeglistoczenie”.
Przykładów przeinaczania na obraz i podobieństwo, opakowania w pozłotko i wystawienia na pokaz części zgłębiziemców łasych na poklask, na komplement i obietnice, prób ich urynkowienia, jest wiele. Wykorzystani, wyssani z soków i witamin, wyniszczeni i skuleni ze wstydu, wloką swoje resztki z powrotem w głąb roju, szepcząc do siebie bezradnie:
„nic nie mam, żadnego ochłapu siebie, i w niczym się nie rozpoznaję”.
Znamy podobnie pogubionych także z naszej, polskiej historii.
„Plemię” to także festiwal słowa, twórcze szaleństwo, nawiedzone, wiedzione ręką duchów improwizowanie mowy, jej przetwarzanie, stwarzanie i wywracanie spodem na wierzch. Łączenie pozornie różnych znaczeń, niekompatybilnych sylab, przeciwieństw i samozaprzeczeń, przekształcanie ich w nową mowę, diabelnie inteligentnie i z ogromną, podskórną intuicją. Tę prozę się smakuje i podziwia, choć przecież zarazem tak trumiennie straszna, brudnawa, omszała i turpistycznie koślawa. To, co ma odpychać, staje się jej urodą i atutem, a sprzeczność i karykatura zaciekawia, każe przystanąć i patrzeć, słuchać, analizować. „Plemię” jest wystrzelonym z katapulty debiutem, nowatorskim w formie, w słowie, w obrazowaniu, niezwykle ekspresyjnym, wyzwalającym i zostawiającym nas w literackim wstrząsie. A opowiada przecież historię ludzkości, od zarania dziejów po dziś dzień niesprawiedliwą, dzielącą i wykluczającą innych, którzy zostają „Wygnani z pełnego życia”.
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/