-
Artykuły
Umrę, jeśli tego nie polubisz - weź udział w konkursie i wygraj wspomnienia influencerki
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska27 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać2
Sekretne tożsamości znanych pisarek
Powody, dla których pisarki przyjmowały – i przyjmują nadal! – męskie pseudonimy, są przeróżne, od czystej konieczności aż do chęci odsapnięcia od wielkiej kariery.
Oczywiście sporo zależy od czasu i okoliczności, dlatego przyjrzymy się paru autorkom, które na przestrzeni lat albo zasłynęły pod innymi personaliami niż te, które widnieją w ich aktach urodzenia, albo potrzebowały trochę od sławy odpocząć. Niekiedy były to również decyzje motywowane kwestiami komercyjnymi, a także i ideologicznymi. Wydaje się, że dzisiaj nikt już nie musi ukrywać swojej płci na okładce książki, lecz jeszcze nie tak dawno nie było to oczywiste.
Oto kilka autorek z tajnymi literackimi tożsamościami.
Siostry Brontë
A może raczej bracia Bell? Bo pod takim nazwiskiem wszystkie trzy siostry opublikowały swoje poezje i powieści, tym samym przeciwstawiając się dziewiętnastowiecznemu poglądowi, jakoby kobiecie nie wypadało zajmować się literaturą. Dla mnóstwa ówczesnych autorek przyjęcie męskiego pseudonimu było jedynym sposobem, aby móc cokolwiek wydać i doczekać się rzetelnej krytyki i poważnego traktowania.
Jako pierwsza z sióstr Brontë na taki krok zdecydowała się Charlotte, która opublikowała swój zbiorek jako Currer Bell, a niebawem Anne i Emily poszły jej śladem, również posługując się męskimi imionami – Acton i Ellis, nie przypadkiem rozpoczynającymi się na tę samą literę, co ich prawdziwe. Mimo to ich powieści i tak uznane zostały przez ówczesną krytykę za cokolwiek szokujące, lecz ich odbiór byłby zapewne negatywny, gdyby zdecydowały się wydać je pod prawdziwym nazwiskiem. Charlotte określała przyjętą strategię wydawniczą jako konieczność wynikającą z bezskutecznego zmagania się z uprzedzeniami w stosunku do artystek płci żeńskiej.
J.K. Rowling
Sprawa z Joanne Rowling jest o tyle ciekawa, że złożona podwójnie. Przed debiutem została zachęcona (żeby nie powiedzieć zmuszona) przez swojego wydawcę do posłużenia się neutralnymi płciowo inicjałami, z których drugi musiała sama sobie wymyślić, bo ma tylko jedno imię. Celem takiego fortelu miało być zachęcenie – a raczej niezniechęcenie do siebie – do kupna książek o pewnym młodym czarodzieju młodych czytelników, którzy nie zawsze spoglądali łaskawym okiem na fantastykę pisaną przez kobiety.
Ale po latach, kiedy przyjęła męski pseudonim już jako milionerka i autorka bestsellerowej serii o Harrym Potterze, zrobiła to całkowicie dobrowolnie. Siadając do pisania powieści kryminalnej jako Robert Galbraith, chciała móc uwolnić się od ciążących na niej oczekiwań i otrzymać na temat swojej pracy opinie nieprzefiltrowane przez jej rozpoznawalność. Udało się połowicznie, bo prawda szybko wyszła na jaw, ale Rowling ze swojego literackiego alter ego nie rezygnuje i dalej wydaje kryminały pod męskim nazwiskiem.
Mary Ann Evans
Mary Ann Evans czytała zawzięcie od małego i kiedy tylko nadarzyła się okazja zatrudnienia się jako asystentki redaktora londyńskiego kwartalnika, to tę szansę wykorzystała. Z czasem ciężar produkcji całego magazynu spadł na nią, ale i tak laury zbierali mężczyźni.
Evans nie czarowała się, że z jej prozą mogłoby być inaczej. Dlatego zaczęła pisać jako George Eliot (do czego zachęcił ją filozof i krytyk George Henry Lewes), aby obnażyć szkodliwe stereotypy, a także odciąć się od swojej pracy tłumaczki, publicystki i redaktorki oraz, prawdopodobnie, chronić swoje życie prywatne. Z goryczą mówiła o tym, że krytycy pozostają obojętni wobec nawet najznakomitszych dzieł, jeśli te zostały napisane przez kobiety. Po sukcesie swojej debiutanckiej powieści pisała nieprzerwanie, a jej najsłynniejszym dziełem jest „Miasteczko Middlemarch”.
Ann Rule
Sławę zdobyła co prawda pod swoim prawdziwym imieniem, ale fakt faktem, że początek dziennikarskiej i pisarskiej kariery Ann Rule był cokolwiek wyboisty. Jako że amerykańska autorka zajmowała się literaturą faktu traktującą o seryjnych mordercach, krwawych zbrodniach i ludzkiej niegodziwości, nie tylko wyszła z założenia, że zadanie będzie łatwiejsze, jeśli na potrzeby zawodowe przyjmie męski pseudonim, ale i miał to na niej wymusić redaktor magazynu detektywistycznego, w którym zaczynała.
Zaznaczmy, że Rule miała niezłe kwalifikacje, bo pracowała wcześniej w policji, ale, cóż, sama jej płeć wystarczyła, aby referencje przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Długo pisała jako Andy Stack, wydając pod tym nazwiskiem kilka książek, lecz po sukcesie jej najsłynniejszej pozycji, „Bestii obok mnie”, traktującej o Tedzie Bundym, którego autorka znała osobiście, publikowała już pod prawdziwym imieniem. Czyli postawiła na swoim.
Louisa May Alcott
Louisa May Alcott ukuła męski, a raczej neutralny płciowo pseudonim nie tylko dlatego, że może podobnych rzeczy damie nie wypadało pisać, ale również z przyczyn biznesowych. Bo zanim zasiadła do pisania swojej najsłynniejszej powieści, „Małych kobietek”, wydawała niekoniecznie ambitne historie gotyckie jako A.M. Barnard. Prawdopodobnie motywowały ją kwestie finansowe i pisała to, co było w owym czasie popularne, aby zgromadzić odpowiednie oszczędności i móc poświęcić się temu, co faktycznie jej w duszy grało.
Alter ego autorki pozostawało nieodkrytą tajemnicą przez długie lata po jej śmierci, aż na trop wpadły specjalistki od białych kruków Leona Rostenberg i Madeleine B. Stern, znajdując list do Alcott od jej bostońskiego wydawcy, który mówił otwarcie o korzystaniu przez pisarkę z wyżej wymienionego pseudonimu. Odkrycie to doprowadziło do pewnej reinterpretacji kariery autorki oraz krytycznej analizy dzieł A.M. Barnarda.
Nora Roberts
A to może być pewna niespodzianka, bo jednak Nora Roberts zasłynęła i słynie dalej jako bestsellerowa autorka powieści romantycznych, która nie musiała i nie musi kryć się pod żadnymi pseudonimami. Lecz i ona miała swoje powody. Już jako znana i lubiana autorka historii miłosnych chciała oderwać się od gatunku, który przyniósł jej rozpoznawalność i pieniądze, i spróbowała swoich sił jako autorka powieści kryminalnych (często niepozbawionych jednak domieszki romansu) z serii „Oblicza śmierci”, podpisując się jako J.D. Robb.
Chodziło nie tyle o wejście na zdominowany przez mężczyzn rynek, ale o frajdę z pisania. Roberts przez długie lata udało się zachować tajną literacką tożsamość, lecz nawet kiedy okazało się, kto jest kim, nie zniechęciło to czytelników. Przeciwnie: seria „Oblicza śmierci” liczy ponad pięćdziesiąt książek.
Andre Alice Norton
Można się kłócić, że to żaden pseudonim, bo Alice Mary Norton zmieniła oficjalnie swoje imię i nazwisko na Andre Alice Norton jeszcze przed publikacją swojego debiutu, lecz decyzja ta wynikała bezpośrednio z trudności, jakie nastręczać mogła sprzedaż fantastyki pisanej przez kobietę. Zachętą do takiego kroku, dość radykalnego, był nacisk wydawcy, ale nawet i później pisarka wydawała jako Andrew North albo Allen Weston.
Norton zasłynęła monumentalnym cyklem „Świat czarownic”, ale w ciągu swojej trwającej ponad siedemdziesiąt lat kariery napisała przeszło sto książek i z czasem doczekała się należytego docenienia. Jako pierwsza kobieta otrzymała mnóstwo wyróżnień przedtem przyznawanych wyłącznie mężczyznom, a jej nazwiskiem ochrzczono nagrodę przyznawaną autorom fantastyki dla młodzieży – Andre Norton Award.
Tekst po raz pierwszy ukazał się w 2022 roku.
komentarze [35]
Ponoć ten cały Galbraith zaczął się sprzedawać dopiero, gdy do mediów "wyciekło" że to pseudonim Rowling.
Ponoć ten cały Galbraith zaczął się sprzedawać dopiero, gdy do mediów "wyciekło" że to pseudonim Rowling.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam"Wyciekło". 😉
"Wyciekło". 😉
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Ciekawy przypadek na gruncie polskim. Może niezbyt znana, ale ostatnio jej(jego) historia wzbudziła w Polsce zainteresowanie środowisk wolnopłciowych.
Chodzi o Marię Jakubinę Komornicką, która w pewnym momencie zaczęła funkcjonować w obiegu publicznym jako Piotr Odmieniec Włast. Ale nie był to wcale pseudonim literacki. Można poszperać w Internecie. Trochę piszą na temat tej historii.
Ciekawy przypadek na gruncie polskim. Może niezbyt znana, ale ostatnio jej(jego) historia wzbudziła w Polsce zainteresowanie środowisk wolnopłciowych.
Chodzi o Marię Jakubinę Komornicką, która w pewnym momencie zaczęła funkcjonować w obiegu publicznym jako Piotr Odmieniec Włast. Ale nie był to wcale pseudonim literacki. Można poszperać w Internecie. Trochę piszą na temat...
Nie potrafię się wypowiedzieć obiektywnie. Mnie nigdy do głowy by nie przyszło wybierać książki na podstawie płci autora/autorki. Choć... chyba jednak skłamałem, bo owszem, zdarza mi się dokonywać takich wyborów... ale wybieram wtedy książki napisane przez kobiety. Np. by poznać kobiece spojrzenie na męski temat. Ale rozumiem, że są faceci lubiący facetów, wiadomo. Natomiast wydaje mi się, że tekst jest jednak nieco stronniczy - przytacza przykłady jakiegoś seksizmu sugerując, że to jest standard. Z tekstu wynika, że kobieta pod kobiecym nazwiskiem tak jakby nie mogła wydać i odnieść sukcesu? Agatha Christie wydawała pod kobiecym nazwiskiem i odniosła gigantyczny sukces przebijając praktycznie wszystkich mężczyzn-autorów. Co więcej, kiedy zmieniła gatunek i spróbowała pisać powieści obyczajowe przyjęła pseudonim... kobiecy. No i, wreszcie, nawet w fantastyce są kobiety, które odniosły sukces publikując pod swoim prawdziwym nazwiskiem i teoretycznie nie okłamując czytelników co do tego, że nie są facetami. O ile dobrze pamiętam - np. Le Guin wydawała pod swoim nazwiskiem, nie kryjąc płci - i odniosła spory sukces (moim zdaniem niezasłużony, ale to już inna rzecz). Czytałem kilka artykułów o tym, że kobiety mają trudniej w science fiction czy fantasy i być może jest to prawdą, ale w żadnym - dosłownie w żadnym - artykule nie padły liczby obrazujące zjawisko. Nikt nie przedstawił krajobrazu. Czyli: ilu mężczyzn próbowało w danym wydawnictwie opublikować powieść, a ile kobiet. Ile procentowo mężczyznom się udało, ilu kobietom.
Mnie się zdarzyło parę rzeczy opublikować i nadal coś tam od czasu do czasu publikuję (opowiadania) ale choć obecnie nie mam z tym problemu, to w czasach kiedy byłem najbardziej płodny i kiedy pisałem najwięcej i najchętniej, tudzież często wysyłałem swoje teksty do magazynów literackich czy wydawnictw... nie odniosłem w zasadzie żadnego sukcesu. Największym moim osiągnięciem z tamtego okresu było dosłownie kilka odpowiedzi od wydawców typu "niezłe, ale jeszcze nie dość dobre". Zazwyczaj odpowiedzi nie dostawałem w ogóle. Moja płeć mi nie chciała w tym pomóc. Tak jak nie pomaga 99% mężczyzn. Pamiętajmy, że publikacja to jest wyjątek od reguły. Zazwyczaj się nie publikuje. Normą bywało - i pewnie nadal bywa - że na 100 nadesłanych prac publikuje się 3-4 (mówiąc o opowiadaniach). Na 30 nadesłanych książek nie publikuje się często żadnej. Czyli decyzja o publikacji dotyczy bardzo małego procenta propozycji. Globalnie to jest na pewno mniej niż procent. I my na podstawie tego procenta analizujemy czy mamy tutaj do czynienia z seksizmem czy nie. To tak nie działa, bo małe liczby częściej wprowadzają w błąd niż o czymś świadczą.
Oczywiście nie zmienia to faktu, że na pewno są seksistowscy mężczyźni w wydawnictwach, którzy nie będą dla zasady przyjmowali kobiecych propozycji. Są też seksistowskie kobiety w wydawnictwach, które nie będą przyjmowały męskich tekstów (o ile starczy im kobiecych). Na pewno pierwsza opcja jest częstsza niż druga, obie są godne potępienia. Jako czytelnik chcę dostawać dobre teksty, a nie teksty kobiece lub męskie. Howgh.
Nie potrafię się wypowiedzieć obiektywnie. Mnie nigdy do głowy by nie przyszło wybierać książki na podstawie płci autora/autorki. Choć... chyba jednak skłamałem, bo owszem, zdarza mi się dokonywać takich wyborów... ale wybieram wtedy książki napisane przez kobiety. Np. by poznać kobiece spojrzenie na męski temat. Ale rozumiem, że są faceci lubiący facetów, wiadomo....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejI najlepiej jak wydawnictwo wstawia imię i nazwisko autorki na okładce, żeby lepiej się sprzedało bo osoby pod pseudonimem nikt nie kojarzy 😂
I najlepiej jak wydawnictwo wstawia imię i nazwisko autorki na okładce, żeby lepiej się sprzedało bo osoby pod pseudonimem nikt nie kojarzy 😂
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamA Mary Westmacott, czyli pseudonim Agathy Christie dla obyczajowych i romansowych powieści gdzie?
A Mary Westmacott, czyli pseudonim Agathy Christie dla obyczajowych i romansowych powieści gdzie?
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamartykuł jest o męskich pseudonimach, a Mary Westmacott to nie jest męskie imię
artykuł jest o męskich pseudonimach, a Mary Westmacott to nie jest męskie imię
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamObstawiam ,że Paulina Świst to pseudonim Remigiusza Mroza 😂
Obstawiam ,że Paulina Świst to pseudonim Remigiusza Mroza 😂
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamCzyli to nie tylko moja teoria 🤣🤣🤣
Czyli to nie tylko moja teoria 🤣🤣🤣
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Taka teza, nie wiem czy prawdziwa, bo oparta na własnym doświadczeniu i jednej statystyce z Guardiana. Co o tym sądzicie i jakie są Wasze wybory?
Mężczyźni czytają więcej autorów, natomiast kobiety mniej zwracają uwagę na płeć i czytają książki napisane i przez mężczyzn i kobiety. W Guardianie natrafłem na artykuł o The Authority Gap, w którym była taka statystyka: wśród 10 najlepiej sprzedających się książek, napisanych przez kobiety, odbiorcami byli - kobiety 81 %, mężczyźni 19 %, natomiast 10 bestsellerów napisanych przez mężczyzn - kobiety 55 %, mężczyźni 45. To by oznaczało, że autorkom, które chcą trafić do szerszego odbiorcy, opłaca się, niestety przyjąć męski przydomek. Choć nie wiem czy w tych czasach, zachowanie takiej tajemnicy jest możliwe.
Ja od niedawna regularnie oceniam tu przeczytane książki, ale na 25 pozycji, tylko 3 są napisane przez kobiety, jedna przez osobę niebinarną. Jak wracam pamięcią do wcześniej przeczytanych pozycji, to ta proporcja jest podobna.
Taka teza, nie wiem czy prawdziwa, bo oparta na własnym doświadczeniu i jednej statystyce z Guardiana. Co o tym sądzicie i jakie są Wasze wybory?
Mężczyźni czytają więcej autorów, natomiast kobiety mniej zwracają uwagę na płeć i czytają książki napisane i przez mężczyzn i kobiety. W Guardianie natrafłem na artykuł o The Authority Gap, w którym była taka statystyka: ...
Statystycznie jednak się zgadza, bo przewaga autorów nad autorkami jest wyraźna, więc jednak ma to jakieś znaczenie przy wyborze książki. U mnie też nie chodzi o samą płeć autora/ki (to nie jest tak, że widzę żeńskiej nazwisko, to nie czytam), podejrzewam, że raczej krąg zainteresowań czytających mężczyzn bardziej zaspokajają autorzy.
Statystycznie jednak się zgadza, bo przewaga autorów nad autorkami jest wyraźna, więc jednak ma to jakieś znaczenie przy wyborze książki. U mnie też nie chodzi o samą płeć autora/ki (to nie jest tak, że widzę żeńskiej nazwisko, to nie czytam), podejrzewam, że raczej krąg zainteresowań czytających mężczyzn bardziej zaspokajają autorzy.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
@jamesk Ale jest też kwestia stosunku liczbowego kobiet do mężczyzn jako autorów, która również ma znaczenie w statystyce. Gdyby wziąć wszystkie książki powstałe przed XXI wiekiem to z najwyższym prawdopodobieństwem większość z nich byłaby napisana przez mężczyzn. Podobnie jest z poszczególnymi gatunkami – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale chyba jedyny typ literatury, gdzie raczej jest więcej autorek, to chyba współczesne obyczajówki i romanse, a więc niewiele, jeżeli zestawimy tak wąski zakres z całą resztą istniejącej literatury. Czyli żeby mieć przewagę lub równowagę piszących kobiet wśród przeczytanych przez siebie książek trzeba by albo mieć upodobanie wyłącznie do literatury obyczajowej wydanej w tym wieku, albo celowo wybierać książki napisane przez kobiety, czyli przy wyborze kierować się płcią autora. ; ) Stąd też może wynikać większa ilość kobiet czytających kobiety, ponieważ wyżej wspomniane obyczajówki raczej częściej za odbiorców mają płeć żeńską niż męską.
Bazuję wyłącznie na własnych obserwacjach, bo nie ukrywam, że temat płci autorów zawsze mało mnie interesował, więc mogę się mocno mylić, ale wydaje mi się mimo wszystko istotny ten aspekt samej w sobie przewagi liczbowej męskich autorów, bo przypuszczam, że gdyby sprawdzić ilość czytanych pisarek wśród czytelniczek, to procent również byłby nie za wysoki, a gdyby jeszcze wykluczyć wszystkie zwolenniczki powieści obyczajowych, to już jestem niemal pewna, że odsetek żeńskich autorów w czytelniczych wyborach kobiet byłby tak samo lub podobnie niski jak u mężczyzn.
@jamesk Ale jest też kwestia stosunku liczbowego kobiet do mężczyzn jako autorów, która również ma znaczenie w statystyce. Gdyby wziąć wszystkie książki powstałe przed XXI wiekiem to z najwyższym prawdopodobieństwem większość z nich byłaby napisana przez mężczyzn. Podobnie jest z poszczególnymi gatunkami – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale chyba jedyny typ...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejWłaśnie. Trzeba jeszcze brać pod uwagę procent autorów do autorek i gatunki. Mnie to zwisa i powiewa, kto napisał książkę, ważne, żeby była dobra. Ale, że ostatnio postawiłem sobie za cel nadrobić większość sensacji i przygodowych, których z rożnych powodów w młodości nie przeczytałem (czyli jeszcze XX w i początek XXI), to okazałoby się, że liczba autorek wynosi u mnie 0% (pomijając rodzynka w postaci Chemika Meyer, która postanowiła spróbować swoich sił z gatunkiem i sromotnie poległa), gdyby nie to, że dla odskoczni sięgam też po inne gatunki. I nie jest to spowodowane tym, że mi autorki nie pasują, tylko zwyczajnie niewiele z nich się rwie do pisania takiej typowej sensacji w stylu Forbesa czy innego Ludluma, albo szpiegostwa Le Carrego.
Właśnie. Trzeba jeszcze brać pod uwagę procent autorów do autorek i gatunki. Mnie to zwisa i powiewa, kto napisał książkę, ważne, żeby była dobra. Ale, że ostatnio postawiłem sobie za cel nadrobić większość sensacji i przygodowych, których z rożnych powodów w młodości nie przeczytałem (czyli jeszcze XX w i początek XXI), to okazałoby się, że liczba autorek wynosi u mnie 0%...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Dziękuję za odpowiedzi.
Oczywiście, zjawisko to ma wiele czynników: Ilość autorów i autorek, tematyki jakie podejmują, zainteresowania czytelników i czytelniczek, etc. I podkreślam - nie uważam też, że jest to jakiś problem, dyskryminacja... Chciałem tylko zauważyć pewien fakt, nic więcej, bo wydawał mi się ciekawy/istotny przy tym artykule.
Dziękuję za odpowiedzi.
Oczywiście, zjawisko to ma wiele czynników: Ilość autorów i autorek, tematyki jakie podejmują, zainteresowania czytelników i czytelniczek, etc. I podkreślam - nie uważam też, że jest to jakiś problem, dyskryminacja... Chciałem tylko zauważyć pewien fakt, nic więcej, bo wydawał mi się ciekawy/istotny przy tym artykule.
A to ciekawe! Czy ktoś wie, czy jacyś faceci ukrywają się pod "damskimi" pseudonimami. I czy rzeczywiście robią to tylko kobiety? Faceci nie? Jakoś ten pomysł do mnie nie przemawia. W każdym razie gdy cos jest robione, to z całą pewnością jest jakiś powód i cel. Nie mnie to zgłębiać. Tym bardziej, że nigdy nie byłem żadną kobietą i sposób ich myślenia jest mi całkowicie obcy. I serio? czytelnik zwraca uwagę na pleć autora ew. autorki. Uprzytomniłem sobie, za np. ja - nie.
A to ciekawe! Czy ktoś wie, czy jacyś faceci ukrywają się pod "damskimi" pseudonimami. I czy rzeczywiście robią to tylko kobiety? Faceci nie? Jakoś ten pomysł do mnie nie przemawia. W każdym razie gdy cos jest robione, to z całą pewnością jest jakiś powód i cel. Nie mnie to zgłębiać. Tym bardziej, że nigdy nie byłem żadną kobietą i sposób ich myślenia jest mi całkowicie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejZ mężczyzn piszących pod kobiecymi pseudonimami warto wymienić hiszpańską "pisarkę" - Carmen Molę. "Twórczyni" kryminałów okazała się nawet nie jednym, a trzema piszącymi panami :)
Z mężczyzn piszących pod kobiecymi pseudonimami warto wymienić hiszpańską "pisarkę" - Carmen Molę. "Twórczyni" kryminałów okazała się nawet nie jednym, a trzema piszącymi panami :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamCiekawostka z moich dzisiejszych zajęć - w średniowiecznej Japonii był pan, który wydał pamiętniki, podając się za damę dworu, dopiero potem wyszło, że był mężczyzną i cała treść została zmyślona. Powód był taki, że w dawnej Japonii prozę uważano za domenę kobiet i nie wypadało mężczyźnie zajmować się takimi sprawami :)
Ciekawostka z moich dzisiejszych zajęć - w średniowiecznej Japonii był pan, który wydał pamiętniki, podając się za damę dworu, dopiero potem wyszło, że był mężczyzną i cała treść została zmyślona. Powód był taki, że w dawnej Japonii prozę uważano za domenę kobiet i nie wypadało mężczyźnie zajmować się takimi sprawami :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam@Ania - dużo czytam i staram się zrozumiale pisać. Staram się.
@Ania - dużo czytam i staram się zrozumiale pisać. Staram się.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
[authorPhoto]20267|Yasmina Khadra[/authorPhoto] Yasmina Khadra[authorLink]20267|Yasmina Khadra[/authorLink].
[authorPhoto]20267|Yasmina Khadra[/authorPhoto] Yasmina Khadra[authorLink]20267|Yasmina Khadra[/authorLink].
A Blanka się musi ukrywać 😁
A Blanka się musi ukrywać 😁
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamPodoba mi się taki dualizm i tajemniczość. Dla przykładu: Katarzyna Misiołek pisze nieprzesłodzone obyczaje, podczas gdy jako Daria Orlicz stworzyła bardzo udaną serię kryminalną. Można? Można:)
Podoba mi się taki dualizm i tajemniczość. Dla przykładu: Katarzyna Misiołek pisze nieprzesłodzone obyczaje, podczas gdy jako Daria Orlicz stworzyła bardzo udaną serię kryminalną. Można? Można:)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamZaraz, czy nie dawno nie było podobnego tekstu jak to pisarki w swoim zawodzie uciśnione i musiały (wciąż muszą?) się ukrywać pod męskimi pseudonimami? I chyba nawet z częścią tych samych przykładów.
Zaraz, czy nie dawno nie było podobnego tekstu jak to pisarki w swoim zawodzie uciśnione i musiały (wciąż muszą?) się ukrywać pod męskimi pseudonimami? I chyba nawet z częścią tych samych przykładów.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamTak był taki temat już. Ten proces nazywa się odgrzewanie kotleta🙂 i w dzisiejszych czasach bije rekordy popularności niemalże w każdej dziedzinie artystycznej. Takie kopiuj-wklej 😉
Tak był taki temat już. Ten proces nazywa się odgrzewanie kotleta🙂 i w dzisiejszych czasach bije rekordy popularności niemalże w każdej dziedzinie artystycznej. Takie kopiuj-wklej 😉
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Oczywiście, że było: https://lubimyczytac.pl/nie-wesole-jest-zycie-pisarki To nie tylko "odgrzewanie kotleta" ale monotematyczność. Bawi mnie mocno to, że zwolennicy tematów feministycznych czy "generalnie kobiecych" nie dostrzegają, że tworzą swoiste getto.
Ot, moja ulubiona scena z filmu "Wiara czyni czuba":
- Bill Maher: Podobno islam dyskryminuje kobiety?
- Imam A: A skąd! O, tam nawet mają specjalny kącik.
I zamiast napisać artykuł o przyjmowaniu przez pisarzy pseudonimów W OGÓLE, piszą oczywiście o kobietach pisarkach. Uciśnione kobiety z XX (oraz wcześniej) musiały ukrywać się pod pseudonimami męskimi by móc... sprzedawać swoje książki. Nie "pisać" tylko "sprzedawać", a to jest różnica.
Ale najlepsze jest o Norze Roberts: "(...) nie musiała i nie musi kryć się pod żadnymi pseudonimami (...) chciała oderwać się od gatunku, który przyniósł jej rozpoznawalność i pieniądze (...) Chodziło nie tyle o wejście na zdominowany przez mężczyzn rynek, ale o frajdę z pisania. Roberts przez długie lata udało się zachować tajną literacką tożsamość, lecz nawet kiedy okazało się, kto jest kim, nie zniechęciło to czytelników."
Czyli co? Po co było się kryć pod pseudonimem skoro prawda nie zniechęciła czytelników?
A Rowling? Do znudzenia się tutaj pisze o "Przed debiutem została zachęcona (żeby nie powiedzieć zmuszona) przez swojego wydawcę do posłużenia się neutralnymi płciowo inicjałami (...)". To zachęcona czy zmuszona? Debiut HP to 1997 rok? Poważnie? A rynku książki od lat kobiety wtedy pisały fantastykę.
Oczywiście, że było: https://lubimyczytac.pl/nie-wesole-jest-zycie-pisarki To nie tylko "odgrzewanie kotleta" ale monotematyczność. Bawi mnie mocno to, że zwolennicy tematów feministycznych czy "generalnie kobiecych" nie dostrzegają, że tworzą swoiste getto.
Ot, moja ulubiona scena z filmu "Wiara czyni czuba":
- Bill Maher: Podobno islam dyskryminuje kobiety?
- Imam A: A...
Ukrywać może nie, aczkolwiek odgrywać role autorskie już tak. Weryfikowalna identyfikacja niesie ze sobą spore obciążenie dla czytelnika, gdyż atakuje go jego własną, przyziemną rzeczywistością, której próżno szukać w zmyślonej autorce.
Ukrywać może nie, aczkolwiek odgrywać role autorskie już tak. Weryfikowalna identyfikacja niesie ze sobą spore obciążenie dla czytelnika, gdyż atakuje go jego własną, przyziemną rzeczywistością, której próżno szukać w zmyślonej autorce.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamNie, nie stanowi atrakcji, w świetle na przykład gnostycko katarskiej teorii. Pomijając, dziś już raczej naiwną wizję stworzenia za pośrednictwem demiurga, rzeczywistość i tak jawi się w istocie zakłamana, nieadekwatna do formy, w którą wgląd ja, mówiąc szczerze, posiadam (niekoniecznie jako jedyna). Na doczesnej ziemi możemy jedynie minimalizować straty, które są nieuniknione i o tyle bardziej dotkliwe, o ile więcej czerpiemy z jej trucizny. Może jest pyszna, oczarowuje nas, nierzadko pięknie lecz nie ułoży się z nami w miłosnym akcie; ani jej to w głowie. Dostrzeganie śladów formy w jej bezczelnych przejawach prowadzi tylko do odkrycia jak daleko idącej degradacji z chwili na chwilę doznaje.
Nie, nie stanowi atrakcji, w świetle na przykład gnostycko katarskiej teorii. Pomijając, dziś już raczej naiwną wizję stworzenia za pośrednictwem demiurga, rzeczywistość i tak jawi się w istocie zakłamana, nieadekwatna do formy, w którą wgląd ja, mówiąc szczerze, posiadam (niekoniecznie jako jedyna). Na doczesnej ziemi możemy jedynie minimalizować straty, które są...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejForma rzeczywistości jest wiecznotrwała, rzeczywistość formy nie. Nie jest adekwatna i nigdy nie będzie ze względu na materię z której jest zbudowana. Przyznaję, złudzenie adekwatności jest chwilami niemal doskonałe. Uwielbiam to, niestety.
Forma rzeczywistości jest wiecznotrwała, rzeczywistość formy nie. Nie jest adekwatna i nigdy nie będzie ze względu na materię z której jest zbudowana. Przyznaję, złudzenie adekwatności jest chwilami niemal doskonałe. Uwielbiam to, niestety.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamWolałabym, aby mi nic nie porządkował i nie rozjaśniał. Rzucanie światła na formę powinno pozostać domeną takiej profesjonalistki jak ja, która także porządku sobie w głowie pilnuje; znakiem. Pierwszym, na który się każdy porządkowy nadzieje oznacza WYPAD! Drugiego nie ma.
Wolałabym, aby mi nic nie porządkował i nie rozjaśniał. Rzucanie światła na formę powinno pozostać domeną takiej profesjonalistki jak ja, która także porządku sobie w głowie pilnuje; znakiem. Pierwszym, na który się każdy porządkowy nadzieje oznacza WYPAD! Drugiego nie ma.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamOczywiście. Każdy temat jest do podjęcia. Norwid czy Witkac dobrze podany będzie podejmowany, aczkolwiek ani jednego, ani drugiego nie ma u mnie na chwilę obecną w czytelniczych planach. Niemniej jednak znajdują się w orbicie naszych zainteresowań pozamerytorycznych jak mniemam, gdyż na języku dobrze leżą przywołani, choć twardo trzymają się dziaderstwa.
Oczywiście. Każdy temat jest do podjęcia. Norwid czy Witkac dobrze podany będzie podejmowany, aczkolwiek ani jednego, ani drugiego nie ma u mnie na chwilę obecną w czytelniczych planach. Niemniej jednak znajdują się w orbicie naszych zainteresowań pozamerytorycznych jak mniemam, gdyż na języku dobrze leżą przywołani, choć twardo trzymają się dziaderstwa.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamNie ma nic złego w byciu pozytywnym dziadersem, który odwiecznie zajmuje się swym zacnym, ponadczasowym dziełem. Przywołanie z naszej strony opiera się na znaku, który znamy, gdyż jest markowy. To, co norwidowskie, przeczytamy w kontekście niezawodnej wybitności, bo z góry wiemy, że nie uraczy nas chłamem. Podobnie z innymi nazwiskami tej klasy. Z Eliadego, Frazera, tak, zdawałam, i z innych na wydziale historii i filozofii uniwersytetu, więc rzeczywiście, jestem po kierunku humanistycznym.
Nie ma nic złego w byciu pozytywnym dziadersem, który odwiecznie zajmuje się swym zacnym, ponadczasowym dziełem. Przywołanie z naszej strony opiera się na znaku, który znamy, gdyż jest markowy. To, co norwidowskie, przeczytamy w kontekście niezawodnej wybitności, bo z góry wiemy, że nie uraczy nas chłamem. Podobnie z innymi nazwiskami tej klasy. Z Eliadego, Frazera, tak,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejZapraszam do dyskusji.
Zapraszam do dyskusji.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam