Biografia pisana z zachowaną chronologią faktograficzną, z referencyjnymi wierszami, fotografiami , tym schematem kompendium ale jednak podskórnie wyczuwa się inną konwencję, w lekkim intencjonalnym rozedrgani u na rzecz pochyłu do snucia mieszaną techniką, tą reporterską i po trosze techniką fabularyzacji. I w tym jeszcze siła słowa publicystycznego autorskiego duetu: oszczędnego, precyzyjnego jak w wierszach Szymborskiej.
Skrojono ten tekst-dokument rozdziałami o tytułach zwierających esencjonalne zdarzenia tego wyjątkowego życia, bo ten spis tytułów stanowi już sam w sobie jego biogram.
Publikacja jest drugą tych autorek edycją wzbogaconą, w rok śmierci noblistki w wydawnictwie Znak, aby wpisać się na listę biografów noblistki w miejscu pierwszym, zanim nie zacznie się licznie zapełniać, wszak błyskotliwość intelektualna tej poezji niejednego pokusi aby na nowo odkrywać to życie, aby znaleźć niechby po części : jak, skąd, dlaczego.
Jak ułożyć biografię osoby nobilitowanej, która w tej materii milczy, odrzuca każdą zachętę do odsłony swojego życia zasłaniając się własną osobliwą argumentacją, że mówienie o sobie zuboża, okrada „zasoby wewnętrzne” jedyny walor jaki się w sekrecie nosi. Niełatwo poskładać strzępy informacji z relacji przyjaciół, znajomych, z dossier noblistki ( dokument filmowy Larsa Helandera, Katarzyny Kolendy-Zalewskiej, kroniki filmowe, fotografie medialne… ),z jej spuścizny literackiej, z dedukcji, charakterystycznej dla osobowości Anny Bikont wyrobionej profilem zawodowym… bez konfrontacji z osobą, której to wszytko dotyczy.
Ale autorki poszły na całość własną taktyką, napisały w zarysie to co się zdobyło i dały do przeczytania ( skorygowania) Szymborskiej, bardzo taktownie, ona wreszcie padła ofiarą tego podstępu.
Zwykle biografia odpryskiem odmalowuje tła: polityczno-historyczne, artystyczne, społeczne, egzystencjonalne… jakby scenografie na scenie życia na której gra swoją rolę osoba opisywana. Tak i w danym przypadku jak w panoptikum w zamyśle autorek jest rzut na Zakopane, Kórnik wielkopolski, Toruń i Kraków, każdy w innym czasie historycznym. Zakopane w przełomie wieku XIX i XX wieku kiedy było magnesem dla elit artystyczno-naukowych, i tych wszystkich o wątłym zdrowiu ściąganych dla zapobiegliwości w górskie klimaty. Tak i Wincenty Szymborski z wykształcenia administrator, przeprowadza się w bezpieczne zakopiańskie rewiry (podatny na gruźlice),znajduje pracę jako zarządca u pryncypała hrabiego Zamoyskiego, tam też wieku 47 lat spotyka miłość życia. Późnożeństwo jest domeną jej klanu rodzinnego ( dziadek po stronie miecza).
Kiedy po latach Szymborska z sentymentu notorycznie odwiedza Zakopane, nieraz spojrzy na restauracyjkę w Kuźnicach gdzie stał jej rodzinny dom , na dwór Władysława Zamoyskiego właściciela dóbr tatrzańskich w przełomie wieków u którego pracował przez 30 lat jej ojciec ( w ich domu był kult Zamoyskiego) , lub na willę zakopiańską kolegi jej ojca Franciszka Kosińskiego, albo z przypadku właziła do knajpy Kir, której właściciel w ramach wdzięczności pokoleniowej dziękował za odsprzedaż przez jej ojca jego dziadkowi grunt, na którym wyrósł ten rodzinny biznes. Miejsca naznaczone jej sagą rodzinną, niektóre mające status historyczny.
Niezatarte były uroki wielkopolszczyzny, odbierane jeszcze niepełną świadomością, ( była małym dzieckiem) gdzie przyszła na świat, te swojskie sielskie klimaty i plenery; jezioro, las, łąki.
I pierwszy jej w byt w formule życia mieszczańskiego w Toruniu, do piątego roku życia, który już wyłapywał co nieco.
A potem Kraków przedwojenny i w awersie powojenny. Czym on się różnił dla lat adolescencji i młodzieńczości. Jak bardzo wciska się zakreślona przez autorki aura życia inteligencji ziemiańskiej w Krakowie w dekadzie przedwojennej, wypisz wymaluj klisza zbytkowego statusu zachodniego w drugiej połowie XX wieku. W afirmacji subkulturowej była pogoń za wzorcami z kina i idololatrią, za modą łamiącą konwenanse (żaboty, gorsety do lamusa) jak sukienki do kolan z paskiem dla ekspresji seksapilu, był lans i szpan w manifestacji pozycji w hierarchii społecznej ( bryczki z zaprzęgiem pary koni i automobile, apartamenty wielopokojowe z imitacją łazienek, aneks z wanną…).Były spacery w parku Jordana z obfitością atrakcji na łonie natury, na Błoniach, po Plantach nawet dziedziniec Wawelu był miejscem dziecięcych igraszek. Były prywatne elementarne szkoły z wysokim poziomem edukacji, katolickie licea z dyscypliną ubioru niejako logo przynależności, Zamiast kawiarni cukiernie z delicjami ( Splendide, Maurizio, Piasecki…) lodami. Nie było w umysłach dorastających świadomości zagrożenia ( kiedy nazizm w sąsiedztwie wzbierał w siły a psychoza wojny weszła tuz przed jej wybuchem),była radość i swawola i uciecha z byle czego.
Gdy się wnika wizualizacją w tamto międzywojenne krakowskie życie, ujmuje rzecz, ze ten okres w świadomości wykreował się fałszywie, a był ł to okres dostatku i standardu dla warstwy średniej jak na owe czasy, radości dziecięco-młodzieńczej, okres kina, idoli, wszelkich zabaw w każdej scenerii, były banalizm marzeń jak dzisiaj : bycie gwiazdą, kobietą wampem, lub innym typem gwiazdorstwa lub fanfaronady jak obecnie celebryctwo.
Wojenny Kraków to okres cezury, życie w niepewności , w ostrożności w konspiracji. Tajne komplety, robienie czegokolwiek dla egzystencji najlepiej w dziedzinie nie zagrożonej wywózką, unikanie miejsc publicznych kiedy czas łapanek, rewizji, obław. I te rojenia o wolności które było jak chimera, kiedy codzienność dostarczała dowody na brak nadziei. I w tej aurze iluzji, po pięciu latach skradł się drugi totalitaryzm wypychając ten bardziej krwiożerczy, i rozlewał się inną taktyką i obietnicą.
Kraków powojenny to lizanie ran, głód na kulturę ( poranek literacki w Starym Teatrze tuż po wyzwoleniu z recytacją wierszy Miłosza, Przybosia, Adama Włodka…),euforia pokoju i inna świadomość polityczna, inna egzystencja.
Świat literacki dostał w prezencie kamienicę na Krupniczej 22, literaci bez dachu nad głową ale z zapałem i weną, zapełnili ten gmach w kohabitacji, a dyskretne oko dyktatu władzy miało wejrzenie na całość zarodka krakowskiej inteligencji twórczej.
Tam też, po mariażu z Adamem Włodkiem z Radziwiłłowskiej przeniosła się Szymborska, do męża, który zajmował poddasze oficyny. To on był pierwszym czytelnikiem jej wierszy, pierwszym jej mentorem i korektorem , połączyła ich wspólna pasja i zapewne podobny stosunek do spraw egzystencjonalnych , w awersji do sybarytyzmu. A atrakcyjna Szymborska mimo staropanieństwa wszak miała 26 lat, wpadała w oko niejednemu. Czy tylko to złudne zauroczenie poniosło ich do ołtarza, bo ten związek okazał się krótkotrwały, zaledwie pięć lat. Czy prawdziwą jest argumentacja Szymborskiej, że „Adam był taki naturalny i a kobieta przy nim nie musiała niczego udawać”, aczkolwiek wybrzmiewa ona jej dyplomacją.
Jakby znikąd spadł przywilej i łaska pomieszkiwać obok: Andrzejewskiego, Gałczyńskiego, Szaniawskiego, Różewicza, Kisielewskiego, Słomczyńskiego,… którzy wkrótce staną się trzonem elity literackiej. Twórczy umysł nie schlebia próżności i nudzie, to małe mieszkanko Szymborskiej i Włodka stało otworem dla wszystkich: odbywały się notorycznie herbatki, spotkania, konkursy, gry literackie, zabawy w żywe obrazy lub scenki rodzajowe. Nie przeszkadzały toalety wspólne na korytarzach, dochodzące zapachy ze stołówki, jakiś rozkwit grzyba ściennego, a sam budynek bez dozoru i remontu marniał i i chylił się ku stanowi nieużyteczności.
Ale domeną Krupniczej 22 było życie towarzyskie, śmiano się i bawiono jakby odrabiano stracony czas. Byli młodzi i kreatywni, wizja rodziny była zmyta wizją własnej samorealizacji i dzieła. Gdzieś tam w tle skończył się pluralizm partyjny (PPS z PPR),nowa ideologia wchodziła siłą indoktrynacji wszędzie, wstawiając swoje reguły w życiu codziennym.
Z butami wszedł stalinizm, okres fanatyzmu i apoteozy jego ideologią, nikt nie dostrzegał patologii i toksyny tego systemu, wręcz on tak lepko ściągał ku sobie akolitów. Szymborska za przykładem mężem weszła w grono partii, stała się członkiem i agitatorką w swoich wierszach. Dla nich, młodego małżeństwa zmiana zasad egzystencjonalnych : zmiana własności prywatnej na rzecz własności ogółu, odgórny tryb zarządzania wszystkim, plany rozwoju bez racjonalizmu a pełne utopii, były bez znaczenia i wydźwięku. Faworyzowali kult władzy bez głębszej analizy historycznej, nawet ten socrealizm w aspekcie kultury (wszystko w imię ideologii),nie był aż taką przeszkodą. Jeszcze nie widziano skutków tej ekspansji, trzeźwość myślenia zacierana była propagandą i demagogią. Kiedy doszło do pierwszych spięć a potem odwilży, oczy się przecierały, świadomość stanu rzeczy wracała z impetem.
Zagrożeniem dla autokracji była zawsze inteligencja, jej siła werbalna i publicystyczna. Dlatego rzucono całą metodologie agenturalną na Krupniczą, donosy stały się narzędziem kontroli i wyrazem lojalności, czysty ideologicznie życiorys był walorem. Podpisy elity literackiej ( Szymborska ) pod petycją w wyrazie potępienia kościoła w sfingowanej aferze kleru krakowskiego w 1953 roku, był świadectwem posłuszeństwo i dyscypliny.
Stalinizm był apogeum indoktrynacji i despotyzmu i dyktatury, po odwilży, z roku na rok ten potencjał spadał, nonkonformizm zataczał szersze kręgi, skutkiem czego Szymborska zrzekła się członkostwa, w Solidarności z Kołakowskim jako jedna z 12-stu powiększyła listę bezpartyjnych literatów, manifestując sprzeciw wobec systemowi. Tym samym stała się figurantką, inwigilowaną.
Dumą Krakowa po wojnie w kontekście publicystyki były: „Życie Literackie” i „ Tygodnik Powszechny” tygodniki z nakładem ogólnokrajowym oba o profilu kulturalno- społecznym, pierwszy skłaniał się ku publicystyki literackiej drugi w nurcie religijnym, aczkolwiek nie do końca.
Pierwszy był miejscem angażu Szymborskiej spędziła w redakcji 15 lat, w funkcji szefa działu poezji, potem prowadząc rubrykę Poczty Literackiej, gdzie humorem i ironią zajęła się interpretacją nadesłanej amatorszczyzny w wierszu i próbkach prozy. Naczelnym redaktorem był Machejek, a jego stylizacja pisania nazwana jako machejkizmem, przybrała stygmat pustej frazeologii, bełkotu komunistycznego w podtekście agitacji, stylizacji wybitnie tendencyjnej przy braku treści logicznej.
W początkach demokracji i w 1900 roku pismo musiało pędem następstw zakończyć swoją żywotność i zatrzeć zły ślad po sobie.
Zycie w aglomeracja Krakowskiej, jako pokłosie dyktatu komunizmu nie było łatwe, w kontekście rezydowania na przekładzie Szymborskiej z jednej klaustrofobii przechodziło siew drugą. Po 15-stu latach zamętu na Krupniczej otrzymała przy rogu 18-tego Stycznia i Nowowiejskiej fabrykat komunizmu, ciasny nieegzystencjalny metraż, z osobną kuchnia i łazienką, jako symptomat progresu.
I tak to była nobilitacja gdzie głód mieszkaniowy osiągał szczyt, a rodziny pokoleniowe ocierały się o siebie w jednym wspólnym mieszkaniu. Po Noblu zdobyła się na większy rozmach w postaci mieszkania dwupokojowego, a i tak powściągliwy wobec zasobów jakimi już dysponowała, widać, ze materializm nie był jej po drodze. Ale poszła dalej za luksusem w jej mniemaniu , aby sprostać po- noblowskiej pańszczyźnie zatrudniła sekretarza, młodego, chłonnego na wiedzę humanistyczną studenta, który pełnił swoje obowiązki aż do jej odejścia.
Autorki bardzo sugestywni podsyłają odbiorcy obraz tamtych czasów w aspekcie kultury. Dominowała telewizja, jedno-programowa ale znakomite seriale: Colombo, Niewolnica Izaura, Dynastia…wymiatały z ulic tłumy. Szymborska sama nie lubiła snobistycznego teatru, zachwycała się tym czym zwyczajny szary człowiek z krwi i kości , dobrym kinem, dobrą pop muzyką ( Ella Fitzgerald),książką każdego rodzaju i wcale nie w afirmacji literatury pięknej, wakacjami w górach po sezonie, wypadem za granicę ale nie fanaberyjnym zwiedzaniem muzeów i architektury minionych epok danej kultury. Lubiła się fotografować przy egzotycznych nazwach miejsc, zbierała pocztówki ale nie dla snobistycznej kolekcji, ale dla obdarowywania nimi w zmodyfikowanej formie w postaci wyklejanek, wszystkim swoim znajomym.
Te nowe czasy w konkurencji wolnorynkowej, pozwalały korzystać ze wszystkich dóbr, ale wszelkie dobra materialne, przepych, inwestycje, pomnażanie kapitału… to całe powinowactwo kapitalizmu nie było jej domeną, jak w każdym niemal środowiska artystycznym, gdzie sztuka ( w danym przypadku poezja) jest sensem i apriori.
Anna Bikont i Joanna Szczęsna w tej biografii sprytnie uciekają od źródeł determinacji takiego wariantu kobiecego życia, gdzie macierzyństwo zostało odrzucone z wyboru ( albo było niemożliwe o czym nie wiadomo). Co więcej sprawy serca, potraktowano w sposób oględny o ile nie zdawkowy.
Jak sama poetka mówi w jej życiu było wiele miłości, a wymienia się tylko jej małżeństwo i konkubinat. W rzeczy samej ten wyrzut „wiele miłości” też jest pretensjonalny, bo nie sposób aby w środowisku literackim, tak hermetycznym i plotkarskim jak na Krupniczej, nie zauważono flirtu atrakcyjnej i inteligentnej kobiety. W tej kwestii wiele się przemilcza, nie docieka się osobliwości kobiecej, która z natury predysponowana jest do prokreacji i macierzyństwa. Gdzie prawda , a gdzie maska w tej materii.
Idąc tą drogą analizy, sugestia kieruje w dzieciństwo gdzie są wszystkie zaczyny decyzyjności dorosłości. Jej „histeryczna miłość do ojca” pewnie coś stygmatyzuje, zapewne kamuflowana pretensja matki ( jej zgoda na małżeństwo wynikała ze strachu przed staropanieństwem z racji braku populacji męskiej po wojnie ) do losu, gdzie związek z jej strony wynikał bardziej z rozsądku i wygodnictwa niż z namiętności, rola ojca jako rodzica dojrzałego pod każdym względem i rodzica zbyt parenetycznego, poniekąd co skutkowało zaszczepem miłości do literatury. Szymborska nie wzbrania się za każdym razem aby wejść w takie rewiry tematyczne, sięgające esencji każdego życia jakby była to niedotykalna sfera tabu.
Co wskazują jej wiersze, gdzie ponoć jest całe jej życie i myśli. Autorki nie podejmują tego wyzwania, zachowując stricto zasady w preparacji biografii jako dokumentu.
Autorki omijają podszepty jakie idą z życia Szymborskiej .
Być może znajomość z Adamem Włodkiem, gdzie ona jak i on w profesjach takich samych, o podobnej mentalności, gdzie umysły twórcze dla lepszej ekspresji potrzebują wzajemnego pasożytniczego żeru z symbiozy bliskiej relacji, została sfinalizowana małżeństwem z racji niezbyt oczywistych, ale na pewno zakończyło się fiaskiem bo uczucie Szymborskiej bezpowrotnie wygasło. Bo na tym polu bez żadnego żaru i oplotu, jest zgoda na przyjaźń bez zazdrości z Włodkiem, jest przyjaźń z jego następną partnerką, Ewą Lipską, nic więc nie przeszkadza w takich relacjach, i nic nie popycha do piołunu i żalu.
Jej konkubinat w wieku już ustabilizowanym i przemyślanym, ze słynnym literatem krakowskim Kornelem Filipowiczem, wskazuje na podobny schemat relacji. To samo środowisko zawodowe, autorytet i afekt. I dopóki w tym świecie serce drga, związek żyje.
Filipowicz, od młodości zwracał uwagę Szymborskiej, gdzie w tym środowisku literackim jej spojrzenie wyłapywało męską aparycję: wysoki, przystojny, modnie ubrany, miał nadto tą wartość dodaną po UJ (biologia) i o wrażliwości łaknącej pożywnego pokarmu ( sztuka-pisarstwo),był obiektem zainteresowania wielu kobiet. Jego żona wybitna awangardowa rzeźbiarka, malarka Maria Jarema ( wdg jej projektu stoi rzeźba Fortepian Chopina przy Franciszkańskiej 52 w Krakowie w scenerii Plant ) zmarła nieoczekiwanie w 1958 roku. Był wdowcem po konsolacji, los a na pewno sugestywne zabiegi, połączyły dwie pokrewne dusze. Ona zaangażowana była w sposób nawet ostentacyjny w cały świat partnera, co dowodzi jej emocji.
Zasób faktograficzny, liczne odniesienia do wierszy, opinie znajomych i świata literackiego, są wystarczającym aby stanowić punkt wyjścia, fundament do własnej eksplikacji w aspekcie genezy; co w sobie niosła ta osobowość, że jej dzieło zadziwiło świat. Bo w tejże biografii nie ma odpowiedzi, niechby z przekory aby czytelnik doszedł sam do własnej konkluzji.
Była pierwszą polska noblistką w dziedzinie poezji ( bo Miłosz pisał także prozę),noblistką wiersza białego. Wszak była zwyczajną, bez preferencji charakterologicznej pośrodku miedzy ekstrawertykiem a introwertykiem bo lubiła towarzystwo i odskocznię w samotność, W sposobie bycia i konsumpcji życie była pewna równowaga i szczerość, bo jeśli podróże to nie za wszelka cenę zwiedzanie, jeśli książka to nie tylko ta ambitna ale każdego rodzaju, jeżeli rozrywka kulturalna to łatwe w odbiorze kino niż refleksyjny teatr, jeżeli pasja kolekcjonerstwa to nie snobizm drogich antyków tylko zwyczajność bibelotu, kiczowate gadżety, widokówki.
Ceniła przyjaźń jako substytut wsparcia, którego brakło z racji pokrętności losu i bezdzietności, skromność, przeciętność, normalność i dyskrecję, jako relikt metody wychowawczej ojca.
Stała z boku wobec świata i jego dziejów, jak spekulujący w myślach spektator, aby coś wyłapać i utrwalić. Brak rodziny dzietnej nie wybudzał w niej prozaicznych aktywności jak chociażby np. pogoń za pieniądzem aby wyścielić przyszłość potomstwu, czy fascynacji kulinarnych, zabiegania domowego…
No więc gdzie szukać w tej zwyczajności geniuszu pisarstwa i jego symptomatu.
Nic nie rodzi się z próżnego dzbana, samoistnie, dziedzictwo talentu i predyspozycji jest niemałym wkładem w sukces ale niewystarczającym nieraz w proporcji zbyt małym. Musi być pasja i zacięcie i rozkosz z robienia czegoś co się upodobało. Szymborską uwiodła matematyczna zabawa ze słowem , to „wyciąganie ze słownika tych odpowiednich …‘’ aby celnie stworzyć impresje, przekaz, aforyzm…i co jeszcze. A w tej zabawie słowem wariacja zestawień nie zna limitu i ten atrybut zabawy kosz , do którego wrzuca się co zapisano, aż do momentu kiedy na biurku zostanie ten ocalony skrawek z intuicji. Miniaturki w prozie były zbyt opisowe, rymy same w sobie się przejadły, a faktem jest że nie dla rymu tworzy się wariacje słowną ale dla przekazu myśli i i dla myślenia.
Z drugiej strony nie łatwo zrobić konstrukcje takich zestawień, „rodników”, metafor schludnym, oszczędnym słowem, które poruszą ludzką wrażliwość bez przymusu i sugestii, im bardzie trudne tym bardziej ekscytujące.
Tak jak Schultz w prozie poetyckiej, pod opisem malował metafizykę i mistycyzm rzeczywistości całą paletą barw- słów i metaforyzacją, tak Szymborska pod lakonizmem ujmuje prawdy w wierszach, które tak łatwo nie trzymają się w świadomości a kiedy wpadną w innej oprawie siedzą tronnie w jej zaułkach.
To czytelnictwo od dzieciństwa najpierw delikatnie zaraża (Konopnicka, Verne’a ),im większe tym bardzie wchodzi w krew, Szymborska mając 14 lat przeczytała Dostojewskiego, mniej lub bardziej rozumiejąc meritum treści, potem szokujący Mann i Montaigne i Proust… Pod wrażeniem chce się pisać tak jak oni, dyskretnie, do szuflady, tylko obawa czy aby to na sprzedaż. Nieraz los tak pokieruje, że wpada się w środowisko jakże kongruentne z pasją, w którym jest weryfikacja i wzorzec i tendencje i szlif.
W jakiej materii pisać staje się dylematem. Jej wiersze o doświadczeniu wojny padły w rywalizacji z ikonami tej tematyki : Różewiczem, Herbertem. Więc może po prostu o wszystkim, tudzież o nowym systemie który daje ślepą gwarancją pokoju. O wszystkim , „sprawach małych” których szarość życia nie dostrzega, i „tych wielkich ale z dystansu”, i swojej nowej wizji z przemyślenia.
Konieczne jest to całe nienazwane akcesorium: przenikliwość intelektu, mądrość, asocjacja, wnikliwa percepcja które płynie w genach. I jeszcze zmysł selekcji, wyczucie z idące ze szlifu warsztatu pisarskiego.
Czy koneksje przetarły drogę do Nobla ?. Czy to zasługa talentu szwedzkiego tłumacza Bodegarda, czy marketing Leonarda Neugera dyrektora Instytutu Slawistyki na Uniwersytecie Szwedzkim, czy świetne tłumaczenia Karla Dedeciusa, które zaowocowały przyznaniem Szymborskiej Nagrody Goethego?
Jest regułą, ze najpierw ta drugorzędna pod względem prestiżu nagroda wysyła sygnał w świat o walorze dzieła, Tokarczuk za znakomite Bieguni przyznano The Man Booker International Prize, w przypadku Szymborskiej zadziałał ten sam schemat, Nobel po Nagrodzie Goethego wisiał w powietrzu.
W sentencji w laudacji pogrzebowej „zostawiła sporo do myślenia” zawiera się sens życia i dorobek.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Czytadła. Gawędy o lekturach
Lubię konfrontować swoje czytelnicze drogi z tymi, które wybrali inni. No i tu, podobnie jak w wielu wcześniejszych wypadkach miałem, to, czego chciałem. Podobało mi się, chociaż do czytania Daniel Steel chyba się jednak nie przekonam :)
Lubię konfrontować swoje czytelnicze drogi z tymi, które wybrali inni. No i tu, podobnie jak w wielu wcześniejszych wypadkach miałem, to, czego chciałem. Podobało mi się, chociaż do czytania Daniel Steel chyba się jednak nie przekonam :)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam książki o książkach. Wciąż mi mało ciekawych felietonów, esejów, komentarzy na temat przeczytanych lektur, bibliofilskich pragnień i czasu, którego i tak zabraknie na poznanie wszystkich książek z osobistych list każdego czytelnika.
Agnieszkę Osiecką lubię bardzo za jej pisanie na tematy różne, za fotografie. Nie jestem fanką tekstów piosenek, nie wrócę pewnie do opowiadań jej autorstwa, ale felietony i luźne przemyślenia, i rozmowy są ciekawe, skrzą się humorem, pokazują Agnieszkę otwartą, ciekawą ludzi, spostrzegawczą.
We wstępie książki, napisanym przez Agatę Passent, czytam, że teksty zebrane w Czytadłach... trudno zaszufladkować. Nie są to bowiem typowe, profesjonalne recenzje z książek, nie są to również literackie eseje. Mam wrażenie, że słowa Osieckiej to, podobnie jak wypowiedzi Szymborskiej, komentarze na temat przeczytanych lektur, w których odnaleźć można mnóstwo osobistych przemyśleń czy wspomnień. Teksty obu autorek były wcześniej publikowane: Wisława Szymborska pisała m.in dla Gazety Wyborczej, Agnieszka Osiecka dla Życia Warszawy. To, co łączy obie panie, to lekkie pióro, interesujący dobór lektur (choć przyznać trzeba, że nasza noblistka była w tym temacie bardziej nieprzewidywalna) i luźne bardzo podejście do opisywania książek - mnóstwo dygresji, raczej pozytywny stosunek do każdej przeczytanej pozycji, nieustawianie się w pozycji wielce krytykującego krytyka. To nie tak, że im się wszystkie czytane książki podobają, ale autorki unikają ostrych i kategorycznych opinii w myśl zasady, że gusta są różne i po co kogoś negatywnie nastawiać do książki, która może stać się ulubioną nawet, choć mnie się wydaje co najwyżej przeciętnym czytadłem. Jak słusznie zauważa autorka Czytadeł "oczywiście każdy pisze, jak chce. Ale każdy też czyta, jak chce".
Bez zbędnych słów, bez przydługich opisów, bez nadęcia.
Lektura tekstów Osieckiej to czysta przyjemność i obowiązkowa pozycja na liście każdego bibliofila (i miłośnika książek o książkach).
Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam książki o książkach. Wciąż mi mało ciekawych felietonów, esejów, komentarzy na temat przeczytanych lektur, bibliofilskich pragnień i czasu, którego i tak zabraknie na poznanie wszystkich książek z osobistych list każdego czytelnika.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAgnieszkę Osiecką lubię bardzo za jej pisanie na tematy różne, za fotografie. Nie jestem fanką tekstów...
Spodobały mi się dwa felietony. Pierwszy o "Pornografii" Gombrowicza, a drugi, który pojawił się też jako część "Rozmów w tańcu", o książce Virginii Woolf " Do latarni morskiej".
Spodobały mi się dwa felietony. Pierwszy o "Pornografii" Gombrowicza, a drugi, który pojawił się też jako część "Rozmów w tańcu", o książce Virginii Woolf " Do latarni morskiej".
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowiem tak chociaż nie ma już Pani Agnieszki Osieckiej czuć jakby do nas przemawiała na łamach tej książki. Opowiada o książkach trudnych, pięknych takich, które zapamiętała i które coś wprowadziły w jej życie. Jest też mowa o poezji i to takiej o jakiej na co dzień się nie słyszy. Opisane są też książki bardziej znane ... Warto zapoznać się z tą książką !!! Polecam !
Powiem tak chociaż nie ma już Pani Agnieszki Osieckiej czuć jakby do nas przemawiała na łamach tej książki. Opowiada o książkach trudnych, pięknych takich, które zapamiętała i które coś wprowadziły w jej życie. Jest też mowa o poezji i to takiej o jakiej na co dzień się nie słyszy. Opisane są też książki bardziej znane ... Warto zapoznać się z tą książką !!! Polecam !
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOkreślenie: zbiór recenzji książkowych chyba jednak nie bardzo pasuje do "Czytadeł". Bo poszczególne artykuły, które pierwotnie drukowane były w magazynie literackim "Ex Libris", więcej zawierają osobistych refleksji autorki, jej odczuć, skojarzeń i tak dalej, niż obiektywnej krytyki i przedstawienia zawartości opisywanych utworów. Co zresztą sprawia, że całość czyta się dość dobrze, nawet jeśli nie zna się opisywanych przez autorkę książek. Tym bardziej, że wybór omawianych tytułów jest dość różnorodny: sporo jest poezji, trochę bieżących wydań z literatury polskiej, trochę klasyki, trochę literatury związanej z filmem i fotografią - w zasadzie literacki groch z kapustą. Ale przecież właśnie takie mieszanki serwują sobie miłośnicy książek i czytania ;)
Dodatkowym atutem tego zbioru jest przesycenie go przez autorkę osobistymi przemyśleniami i wspomnieniami. Domysłami co do intencji i osobowości autorów, zachwytami nad pewnymi sentencjami i słowami, ulotnymi wrażeniami, związanymi z chwilą lektury. To książka o książkach, a właściwie o przyjemności czytania i opowiadania o tym.
Określenie: zbiór recenzji książkowych chyba jednak nie bardzo pasuje do "Czytadeł". Bo poszczególne artykuły, które pierwotnie drukowane były w magazynie literackim "Ex Libris", więcej zawierają osobistych refleksji autorki, jej odczuć, skojarzeń i tak dalej, niż obiektywnej krytyki i przedstawienia zawartości opisywanych utworów. Co zresztą sprawia, że całość czyta się...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLekkie, krótkie opowieści o lekturach, które dają wyobrażenie o jej wrażliwości, a także literackim nosie (dobrze ocenia początkujących wówczas Jerzego Pilcha czy Pawła Huellego).
Galeria wspominanych tu utworów jest bardzo różnorodna: od Daniel Steel po Philipha Rotha czy Adama Zagajewskiego.
Bardzo dowcipnie potraktowała Osiecka powieść wspomnianej wyżej amerykańskiej królowej romansu: rozebrała fabułę na czynniki pierwsze, co dało komiczny, pełen dowcipu efekt.
Z dużym humorem podsumowuje też aspiracje literackie aktorów, a także daje przedsmak tego co by było, gdyby to pisarze zabrali się za scenę teatralną.
Inteligentny dowcip oraz wnikliwa obserwacja rzeczywistości stanowią o wartości prezentowanych w zbiorze utworów.
Nie brakuje tu także autobiograficznych wątków, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Czasem pisze z Bostonu (gdzie zajmuje onieśmielający pokój wielkości kortu tenisowego),czasem wspomina matkę, innym razem Mazury i przyjaciół, którzy odeszli.
Osobisty, momentami intymny zbiór przeżyć, wrażeń. Kolejna książka pozwalająca doświadczyć Osieckiej, poznać ją bliżej, posmakować jej wrażliwości, spojrzenia na świat.
Książka do czytania na raty, powolnego próbowania literackich kręgów zainteresowań autorki.
buchbuchbicher.blogspot.com
Lekkie, krótkie opowieści o lekturach, które dają wyobrażenie o jej wrażliwości, a także literackim nosie (dobrze ocenia początkujących wówczas Jerzego Pilcha czy Pawła Huellego).
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGaleria wspominanych tu utworów jest bardzo różnorodna: od Daniel Steel po Philipha Rotha czy Adama Zagajewskiego.
Bardzo dowcipnie potraktowała Osiecka powieść wspomnianej wyżej amerykańskiej...
Gawędy o lekturach upolowałam na wakacjach, na straganie z tanią książką. Wypatrzyłam ją i wiedziałam, że musi być moja. Ale jej nie kupiłam za pierwszym razem. Dzielnie odłożyłam, przespałam noc i wróciłam po nią z podkulonym ogonem. Bo ja Osiecką wielbię. Wielbię jej poezję, nucę piosenki, chciwie czytam prozę. Może nie zawsze się z nią zgadzam, ale dla mnie to niesamowicie barwna, inteligentna i inspirująca postać. Tak strasznie żałuję, że jej nie pamiętam.
Jak otworzyłam czytadła, to pierwsze o czym pomyślałam, to że bardzo, ale to bardzo chciałabym pisać takie błyskotliwe recenzje. To co mamy dziś dostępne na blogach recenzenckich, to niestety niejednokrotnie papka uwielbienia tych, którzy książki dostają za friko z wydawnictw. Nigdy takiego egzemplarza nie dostałam, ale w głowie mi się nie mieści, jak o jakimś gniocie można napisać całe pieśni pochwalne. Ja czytam recenzje, żeby właśnie uchronić się, przed czymś miałkim, słabym, nieciekawym. Niestety. Takie czasy, taka praktyka. Potem biorę książkę opatrzoną zaszczytnym tytułem „bestseller” i cierpię już przy pierwszym rozdziale.
Ale nie to ładne, co ładne, a co się komu podoba. Wracając do Osieckiej, w jej recenzjach uderza to, że kobieta ma swoje zdanie i nie da sobie wmówić, że jest inaczej. Ba! Czytając książkę, stara się nigdy nie czytać jej przez pryzmat tego, co dotychczas o niej mówiono i jak ją interpretowano. Tak, jakbyś zerwał wszystkie naklejki „bestseller” i zapomniał o tym, co mówiono Ci w szkole. A potem zapewne nie zdałbyś matury, bo jakiś mądry ktoś, powiedziałby Ci, że nie wstrzeliłeś się w klucz odpowiedzi. Tak, indywidualizm i samodzielne myślenie to coś, co nie jest zbyt wartościowe w dzisiejszych czasach. Na szczęście w czasach Osieckiej było i dzięki temu mamy zbiór wartościowych recenzji, a moja lista lektur do przeczytania została uzupełniona o kolejne pozycje.
Gawędy o lekturach upolowałam na wakacjach, na straganie z tanią książką. Wypatrzyłam ją i wiedziałam, że musi być moja. Ale jej nie kupiłam za pierwszym razem. Dzielnie odłożyłam, przespałam noc i wróciłam po nią z podkulonym ogonem. Bo ja Osiecką wielbię. Wielbię jej poezję, nucę piosenki, chciwie czytam prozę. Może nie zawsze się z nią zgadzam, ale dla mnie to...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOsiecka, Mistrzyni Słowa i każdego gatunku. Pisała piękne wiersze, genialne piosenki, świetne sztuki teatralne, powieści, opowiadania dla dorosłych i dzieci, a tu mamy Jej felietony. Zgrabna forma, inteligentna treść. No i jaka ta Osiecka była oczytana i wszechstronna!
Osiecka, Mistrzyni Słowa i każdego gatunku. Pisała piękne wiersze, genialne piosenki, świetne sztuki teatralne, powieści, opowiadania dla dorosłych i dzieci, a tu mamy Jej felietony. Zgrabna forma, inteligentna treść. No i jaka ta Osiecka była oczytana i wszechstronna!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja na obserwowanych blogach najchętniej czytam te teksty, które dotyczą książek i tematów najlepiej mi znanych. Od razu jestem bardziej zainteresowana, gdy wiem, że mogę się wypowiedzieć czy wejść w dyskusję. Nie oznacza to oczywiście, że nie czerpię z blogów inspiracji; wręcz przeciwnie – zdarza mi się często, że zainteresuje mnie coś nowego, nie zawsze jednak mam na taki rozwój czas i ochotę. Są jednak takie blogi, na których z radością czytam absolutnie każdy tekst, nieważne jaka będzie jego tematyka; po prostu jest w stylu autora coś, co jest w stanie zainteresować i pozwala czerpać radość z czytania niezależnie od poruszanych spraw.
Skąd ten przydługi wstęp? Otóż Czytadła kojarzą mi się z takim właśnie cudnym blogiem literackim, na którego zagląda się zawsze, a przyjemność z obcowania z nim nie słabnie. Jak wskazuje tytuł, nie są to recenzje, lecz gawędy; opowieści nie krytyka, a pasjonata – to znacząca i wyraźnie widoczna różnica. W zbiorze otrzymujemy ponad 60 krótkich opowieści które Osiecka pisała do magazynu Ex Libris. Opisywane są teksty różne – tomiki wierszy i proza, literatura popularna i wysoka; słowem: wszystko, co wpada w ręce przeciętnego czytelnika. Niektóre z pewnością znamy, po inne zapragniemy sięgnąć po lekturze gawędy, natomiast inne nie są i nigdy nie będą w stanie nas zainteresować. Nie ma to tak naprawdę żadnego znaczenia, bo istotą tego zbioru zdaje się być kontakt nie z analizą dzieł, a refleksjami autorki, te zaś stoją zawsze na najwyższym poziomie. Agnieszka Osiecka, choć nie szczędzi uwag i nie pozostaje obojętna na błędy, zawsze wytyka je z gracją i we wspaniałym stylu; poza tym równie często opowiada o tym, co ją zachwyca.
Perfekcyjny i niesamowicie przyjemny w odbiorze jest styl autorki. Osiecka bawi się słowem, drwi z frazesów i oklepanych formuł gramatycznych dając im nowe tchnienie i pozwalając odżyć w zupełnie innym znaczeniu. Pisze lekko, twórczo, momentami zabawnie, a przede wszystkim – wymykając się wszelkim schematom. Z jednej strony pozwala myślom płynąć w kierunkach, które nigdy nie przyszły nam do głowy, z drugiej zaś trzyma to wszystko w ryzach krótkiej formuły kilkustronicowej opowieści. To wszystko zbiega się w dobrą całość, jednak jest jeszcze jeden element, dla mnie najważniejszy – urzekająca inteligencja w analizie i ironia, jaką podszyte jest wiele wypowiedzi autorki. W tym zakresie Osiecka pozostaje dla mnie wzorem niedoścignionym.
Jak dotąd znałam autorkę z jej wierszy i piosenek – to jedna z niewielu poetek, której twórczość lubię, rozumiem (na tyle, na ile jest to możliwe) i doceniam. Zetknięcia z jej prozą nie mogłam się doczekać i muszę przyznać, że jest jeszcze lepiej, niż to sobie wyobrażałam. Urzekająca zabawa słowem i lekkość pióra robią niesamowite wrażenie i sprawiają, że po Czytadła nie tylko sięga się z przyjemnością, ale i chętnie do nich wraca. Sądzę, że nie trzeba nawet lubić literatury, by czerpać przyjemność z lektury tych tekstów.
------------------------------------------
http://czworgiem-oczu.blogspot.com/2015/10/agnieszka-osiecka-czytada-gawedy-o.html
Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja na obserwowanych blogach najchętniej czytam te teksty, które dotyczą książek i tematów najlepiej mi znanych. Od razu jestem bardziej zainteresowana, gdy wiem, że mogę się wypowiedzieć czy wejść w dyskusję. Nie oznacza to oczywiście, że nie czerpię z blogów inspiracji; wręcz przeciwnie – zdarza mi się często, że zainteresuje mnie coś...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzyznaję, że to moje pierwsze spotkanie z Agnieszką Osiecką, i sięgnęłam po "Czytadła" tylko i wyłącznie z tego względu, że lubię czytać i słuchać, kto co przeczytał i co na temat tego co przeczytał sądzi. Miałam jakieś takie wyobrażenie o Osieckiej, że to jakieś beztalencie z czasów PRL, hołubione przez starych pryków zachwycających się kimś w stylu Olga Lipińska albo Maryla Rodowicz (dla tej drugiej Osiecka pisała piosenki, co w ogóle przekreśliło ją u mnie na wieki, na szczęście nie aż tak grubą kreską, bo "Czytadła" jakoś się przez nią przesączyły).
Myliłam się!!!! Ta kobieta była genialna i chcę jej więcej, tym bardziej że "Czytadła" zdają się być typową zbieraniną wszystkiego co spadkobiercy praw autorskich wygrzebią z najciemniejszych zakamarków szuflad i strychu, a co da się jeszcze wydać i zarobić na tym kasę. Ze wstępu można się bowiem dowiedzieć, że teksty były pisane dla nieistniejącego już "Ex Librisu", ale zdaje się nie były publikowane. Taki stan rzeczy jeszcze bardziej zaostrza mój apetyt.
Polecam zwłaszcza fragment o "Lalce" Prusa. Ja też zawsze uważałam, że Wokulski nie był jakimś cudownym facetem, i że jeżeli ktoś miał w życiu przekichane, to właśnie Izabela Łęcka.
Przyznaję, że to moje pierwsze spotkanie z Agnieszką Osiecką, i sięgnęłam po "Czytadła" tylko i wyłącznie z tego względu, że lubię czytać i słuchać, kto co przeczytał i co na temat tego co przeczytał sądzi. Miałam jakieś takie wyobrażenie o Osieckiej, że to jakieś beztalencie z czasów PRL, hołubione przez starych pryków zachwycających się kimś w stylu Olga Lipińska albo...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to