-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać436 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać16 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać13
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Historia w klimacie noir - wygraj książkę "Syreny".
W zarządzanych przez mafię pubach i knajpach Manchesteru Syreny sprzedają bilety do piekła – heroinę i ecstasy. W ich łaski musi się wkupić młody detektyw Aiden Waits, skompromitowany policjant, który nie może uwolnić się od błędów przeszłości. Aby nie stracić odznaki, zostaje wtyczką wśród narkotykowych dealerów. Sprawy mocno się komplikują, gdy Waits ma odnaleźć córkę ważnego polityka ukrywającą się wśród Syren. Klucząc w świecie skorumpowanych policjantów, pięknych kobiet i bezwzględnej mafii odkrywa prawdę, którą niekoniecznie chciał poznać.
Lee Child zarekomendował tę książkę jako: „Ostry jak brzytwa urban noir”. „Syreny” to przepełniony mroczną atmosferą kryminał, w którym autor odwzorował rodzinny Manchester we wszystkich jego ponurych barwach. Napiszcie krótką historię w podobnym klimacie, przepełnioną podejrzanymi zaułkami miast, niebezpieczeństwem czyhającym za rogiem i mroczną przeszłością bohaterów.
Czekamy na teksty o długości nieprzekraczającej 1800 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorzy pięciu najciekawszych tekstów otrzymają egzemplarz książki.
Syreny
Autor : Joseph Knox
Regulamin
- Konkurs trwa od 12 kwietnia do 19 kwietnia włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 1800 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Otwarte.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [35]
Bardzo się cieszę! Gratuluję wszystkim zwycięzcom :)
Bardzo się cieszę! Gratuluję wszystkim zwycięzcom :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDziękuję bardzo! Również gratuluję pozostałym zwycięzcom. :D
Dziękuję bardzo! Również gratuluję pozostałym zwycięzcom. :D
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam:O dziękuję! ❤ i gratulacje dla pozostałych zwycięzców :)
:O dziękuję! ❤ i gratulacje dla pozostałych zwycięzców :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Konkurs został zakończony. Za wszystkie odpowiedzi dziękujemy!
Wybraliśmy zwycięskie prace:
Rohirrim
Anksunamun
siw_w
Lexy
Olga
Serdecznie gratulujemy! Z laureatami skontaktujemy się bezpośrednio.
Konkurs został zakończony. Za wszystkie odpowiedzi dziękujemy!
Wybraliśmy zwycięskie prace:
Rohirrim
Anksunamun
siw_w
Lexy
Olga
Serdecznie gratulujemy! Z laureatami skontaktujemy się bezpośrednio.
Snuł się wąskimi i ciemnymi uliczkami bez celu. Nie miał go, gdyż był środek nocy, wokół zaś było pusto i cicho. Jego mroczna przeszłość nie pozwalała mu spać, choć szczęśliwszych od niego dawno zmorzył sen. Księżyc skrył się za chmurami, jakby wiedząc, iż jego blask będzie dziś daremny. Nie potrafiłby pokonać ponurej aury mężczyzny, która niczym łopoczące skrzydła nietoperza rozpostarła się na wszystko wokoło. Ludzie, wyczuwając ją, zawsze od niego stronili. Bali się go z powodu jego straszliwej, choć nieznanej im przeszłości, w której schronienie odnaleźć mogły wyłącznie jej demony. Jedynie one towarzyszyły mu zawsze, od zawsze. Razem z nim krążyły teraz po wąskich i krętych uliczkach, które z każdym krokiem zdawały się być coraz bardziej kręte, i coraz bardziej wąskie. Ich pełen zimnej, wieczornej mgły labirynt wciągał mężczyznę w swoją ponurą, groźną głębię. Lęk niczym ciężki płaszcz z wolna spowijał jego ciało, ograniczał ruchy. Szamotanie się nie pomagało, krok pomimo wysiłków nie ulegał przyspieszeniu. Tonął w swej własnej mrocznej przeszłości, której wyswobodzone demony stały się dlań omenem końca. W najciaśniejszej i najbardziej krętej uliczce osunął się bezwładnie na kolana wprost w mokrą kałużę, czując nadchodzący kres życia, którego tajemnica nigdy nie miała zostać ujawniona. Jego twarz wykrzywił długo skrywany grymas nieszczęścia, stalowoszare oczy zostały zaś skryte pod opadającymi powiekami.
Wtem na jego blady policzek padł promień wschodzącego słońca, zwiastujący nowy dzień. Przetrwał kolejną noc, a jego los pozostał nierozstrzygnięty. Gdy ciepły, świetlisty biszkopt słońca wzniósł się ponad horyzont, mężczyzna powstał wolno z kolan. Przyblakłe demony jego mrocznej przeszłości ponownie skryły się w jego ponurej aurze, gdzie miały pozostać aż do zmroku…
Snuł się wąskimi i ciemnymi uliczkami bez celu. Nie miał go, gdyż był środek nocy, wokół zaś było pusto i cicho. Jego mroczna przeszłość nie pozwalała mu spać, choć szczęśliwszych od niego dawno zmorzył sen. Księżyc skrył się za chmurami, jakby wiedząc, iż jego blask będzie dziś daremny. Nie potrafiłby pokonać ponurej aury mężczyzny, która niczym łopoczące skrzydła...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejJestem w trakcie czytania.. za mną dopiero kilka stron, ale już mogę powiedzieć, że wciąga i że warto po nią sięgnąć :) pozdrawiam
Jestem w trakcie czytania.. za mną dopiero kilka stron, ale już mogę powiedzieć, że wciąga i że warto po nią sięgnąć :) pozdrawiam
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Bar nigdy nie pustoszał. Otwarty 24 godziny na dobę utrzymywał się z szemranych interesów zawieranych nad kuflem piwa. Złodzieje, ludzie biznesu, mordercy. Wszyscy byli tu mile widziani. Wiedziała, że on lubi to miejsce. Znali go tu, a ona nie chciała spędzać sama czasu w obcym miejscu w obcym mieście. 8 lat rozłąki czyniło ją obcą dla tych ludzi.
- Wracasz do roboty?
- Po to wyjechałam i po to wróciłam. Będę pracować w kostnicy, na początku bez kontaktów, wiesz, żeby się zorientować co i jak. Za parę tygodni jestem do waszej dyspozycji.
- Nie cieszy cię to.
- Nie bardzo – przyznała. – Nie chcę robić za sprzątaczkę. Wolę ciepłe trupy od zimnych. Byłam dobra, ale kochany braciszek na mnie doniósł i mnie odsunęli.
- Miał rację. – mruknął do dna swojego kufla. – Ponosiło cię i to zdrowo.
- Dlatego wolę pracować sama. Liczy się efekt, nie metoda. Dziadkowi zależało na skuteczności, to ją miał.
- Na skuteczności i braku rozgłosu.
- Brak świadków i nie było komu głosić.
Nie odpowiedział. Po co się sprzeczać o przeszłość. Ale wiadome było, że jeśli ona nie wykaże oznak szaleństwa podczas tuszowania morderstw, to wróci. Znów będzie zaufanym pośrednikiem między Dziadkiem a ludźmi niewspółpracującymi. A wtedy strzeżcie się wrogowie Dziadka. Tego kto stanął mu na drodze zalewała morzem krwi. Życie nie miało dla niej litości, więc i ona nie znajdowała jej w sobie.
- Widziałaś się z bratem?
Kiwnęła głową.
- Będzie miał ładną bliznę na pamiątkę. Zresztą, trochę bólu mu nie zaszkodzi, może przestanie w końcu tak zadzierać nosa. To, że jestem po medycynie nie znaczy, że na zawołanie załatwiam prochy.
- Dla własnego brata nie zrobisz wyjątku?
- Przyrodniego. – prychnęła - Znam farmaceutę ale to dwie godziny drogi stąd. Podrzucisz mnie? Tutaj jestem obca, reputację muszę wyrabiać od nowa...
Bar nigdy nie pustoszał. Otwarty 24 godziny na dobę utrzymywał się z szemranych interesów zawieranych nad kuflem piwa. Złodzieje, ludzie biznesu, mordercy. Wszyscy byli tu mile widziani. Wiedziała, że on lubi to miejsce. Znali go tu, a ona nie chciała spędzać sama czasu w obcym miejscu w obcym mieście. 8 lat rozłąki czyniło ją obcą dla tych ludzi.
- Wracasz do roboty?
- Po...
Idę ciemnymi alejkami naszego małego miasteczka.
Od tamtej październikowej nocy boję się ciemnych uliczek i smutnych lalek patrzących z wystawy ulubionego sklepu wszystkich małych dziewczynek. Nawet cienie drzew wydają mi się złowrogie, a ciężkie krople deszczu przyprawiają o dreszcze, odgłosy wiatru świdrują mój mózg, tak mocno, że ciężko mi się skupić na własnych myślach.
Powtarzam w myślach, że dam radę, że to tylko spacer. Musiałam wyjść, dusiłam się w czterech ścianach, ale na zewnątrz nie jest lepiej. Skręcam w małą, ciemną uliczkę. Cholera, latarnie nie działają, ale to nic, idę dalej. To moja pokuta, moja kara, tamtej nocy, rok temu też nie działały, tak nam powiedzieli.
Stanęłam pod drzewem i odpaliłam papierosa, krople z drzew kapały mi na twarz i mieszały się z moimi łzami. Czy ona też bała się jak ja, kiedy przemierzała tą ścieżkę rok temu? Cholera, bała się bardziej, przecież szedł za nią, musiała go widzieć. Czemu wybrała tą drogę? Nigdy się nie dowiem.
Gaszę papierosa i idę dalej, uliczki są coraz węższe. Skręcam jeszcze 2 razy i idę do końca alejki, ślepa uliczka, śmietniki, kilka starych zniczy, ludzie już zapomnieli co tu się stało. Ja nie, nigdy nie zapomnę zamglonych, zielonych oczu mojej siostry skierowanych ku niebu. Rano się pokłóciłyśmy, już nigdy jej nie przytulę, nie odwołam tych słów, Anno, tak bardzo żałuję.
Klęczę przed cholernym, śmierdzącym śmietnikiem. Ona wykrwawiała się tu całą noc, uliczkę dalej była libacja, czy nie krzyczała? Czy nikt nic nie słyszał? To niezbyt ciekawa dzielnica, ale gdyby ktoś zareagował może by go złapali, a deszcz nie zdążyłby zatrzeć śladów.
Nagle ja słyszę : "Wiedziałem, że przyjdziesz" i czuję mocne uderzenie w tył głowy. Anno, chyba jednak cię przeproszę, jeszcze dziś.
Idę ciemnymi alejkami naszego małego miasteczka.
Od tamtej październikowej nocy boję się ciemnych uliczek i smutnych lalek patrzących z wystawy ulubionego sklepu wszystkich małych dziewczynek. Nawet cienie drzew wydają mi się złowrogie, a ciężkie krople deszczu przyprawiają o dreszcze, odgłosy wiatru świdrują mój mózg, tak mocno, że ciężko mi się skupić na własnych...
Adam zmierzał ciemnymi uliczkami w kierunku kasyna. Kiedyś spędzał tam całe noce, był jedynym dealerem na tym terenie! Ale odkąd w jego życiu pojawiła się Ania i urodziła się im córeczkę, zerwał z dotychczasowym życiem i wyjechali z miasta.
Informacja o kłopotach brata, który wpadł w nieodpowiednie towarzystwo i chciał zrobić trochę łatwej kasy sprowadziła go tu znowu!
Mijał po drodze obce twarze dresów, którzy spoglądali na niego podejrzliwie. Tuż przed kasynem ujrzał starych znajomych, których nie chciał nigdy więcej widzieć, ale życie zdecydowało za niego!
-Siema! Kopę lat! Gdzie to się podziewałeś?
-Nie chce kłopotów, dlatego powiem krótko. Mój młodszy brat zadał się z nieodpowiednimi ludźmi. Pewnie ich znacie, przecież Wy tutaj znacie wszystkich i o ile się nie mylę to nadal rządzicie w mieście. Ze względu na nasza starą znajomość może moglibyście mi pomóc go wyciągnąć z kłopotów.
-Wiesz nie ma nic za darmo?
-Zwrócę wam całą kasę jaką Wam wisi, tylko co z nim?
-Jest w kasynie. Ostatnio sprzedał Łysemu chrzczony towar i przekreślił się u wszystkich!
-Ok, ile Wam wisi?
-50patyków–nie masz tyle.
-Spłacam całość jutro, ale dzisiaj go oddajecie. Młody wyjedzie ze mną na koniec tygodnia i już nas więcej nie widzicie.
-A skąd Ty taką kase weźmiesz?
- To już nie jest Twoja sprawa. Ciebie powinno obchodzić tylko to, czy dostałeś kase
-Racja. Dogadajmy targu z Młodym.
-On się godzi sam po mnie dzwonił. Nie ma o czym dyskutować. Zawołajcie go i my spadamy. Rano wrócimy z kasą.
Adam zmierzał ciemnymi uliczkami w kierunku kasyna. Kiedyś spędzał tam całe noce, był jedynym dealerem na tym terenie! Ale odkąd w jego życiu pojawiła się Ania i urodziła się im córeczkę, zerwał z dotychczasowym życiem i wyjechali z miasta.
Informacja o kłopotach brata, który wpadł w nieodpowiednie towarzystwo i chciał zrobić trochę łatwej kasy sprowadziła go tu znowu!
...
Jak zwykle zamknięcie klubu przedłużało się.
-Świetnie, nie dążę na ostatni nocny autobus - denerwowała się Tola.
Nie myliła się, autobus odjechał a na taksówkę musiałaby czekać pół godziny.
-A więc spacer - pomyślała z rezygnacją.
Kiedy skręciła w poprzeczną ulicę poczuła jak dreszcz przebiegł jej po plecach. W głowie miała historię zgwałconej tu pół roku temu dziewczyny. Sprawcy nie schwytano do dziś. Ofiara rozpoznała w swoim oprawcy bezdomnego, który zamieszkiwał kartony nieopodal miejscowej rzeźni. Kiedy mijała ten budynek starała się nie robić hałasu. Czuła unoszący się w powietrzu smród. Czasem jakiś szczur przebiegł jej pod nogami.
-Spokojnie, tylko nie krzycz - uspokajała się w duchu.
Wybrała tę drogę bo była o połowę krótsza. Jednak już żałowała tego wyboru. Żadnego oświetlenia, ciemność nocy zalała ulicę. Słyszała głosy pijaków awanturujących się na moście. Wiedziała, że ta droga też nie byłaby dobrym wyjściem.
Nagle usłyszała jakiś głos, jakby ktoś za nią szedł. Gdy się zatrzymała zaległa cisza. Zaczęła szukać domofonów na mijanych kamienicach. Nie znalazła żadnego.
-I tak nikt by mnie nie wpuścił o 3 nad ranem - szepnęła.
Oparła się o żelazną bramę i próbowała uspokoić. Wtedy na ustach poczuła przemokniętą cuchnącą rękawicę.
-Tylko nie krzycz. Nie zrobię ci nic złego. Chcę pomóc - wyszeptał ktoś do ucha.
Z całej siły kopnęła napastnika w krocze i próbowała się wyrwać z uścisku.
-To ty! To Ty jesteś tym poszukiwanym bezdomnym! - krzyknęła przerażona.
-Ja jej nic nie zrobiłem. Chciałem pomóc. Była nieprzytomna. Gdy otworzyła oczy zobaczyła moją twarz i oskarżyła o gwałt. Musiałem się chować. Widziałem cię dziś jak zamykałaś klub. Mężczyzna, który wyszedł jako ostatni czekał na ciebie. Myślałem, że cię zna, ale nie... On cię śledził. Chyba cię zgubił a ja chciałem cię ostrzec i pomóc przedostać się do centrum. Znam tu wszystkie przejścia - tłumaczył bezdomny.
-Nie wierzę ci! - krzyknęła Tola i pobiegła przed siebie.
Dopiero po minięci kilku ulic zatrzymała się. Zorientowała się, że się zgubiła. Usiadła na ławce i postanowiła w ciszy poczekać do rana.
-Nie posłuchałaś go. A szkoda bo miał rację. To ja cię śledziłem. To ja też zgwałciłem tą dziewczynę. Miała szczęście, przeżyła. Tobie szczęście nie dopisze - usłyszała głos za plecami i nagle zalała ją ciemność
Jak zwykle zamknięcie klubu przedłużało się.
-Świetnie, nie dążę na ostatni nocny autobus - denerwowała się Tola.
Nie myliła się, autobus odjechał a na taksówkę musiałaby czekać pół godziny.
-A więc spacer - pomyślała z rezygnacją.
Kiedy skręciła w poprzeczną ulicę poczuła jak dreszcz przebiegł jej po plecach. W głowie miała historię zgwałconej tu pół roku temu dziewczyny....
To miał być krótki lot. Nic nie zapowiadało katastrofy. Mike Smith z synkiem Tomem wchodził do samolotu na lotnisku Martha's Vineyard. Mały trochę się ociągał, zgubił samochodzik.
- Tom pospiesz się! Spóźnimy się na spotkanie.
- Dobrze tatko, już, już.
Zajęli miejsca w samolocie, tylko ich brakowało. 11 osób pozornie sobie nieznanych… ale tylko pozornie. Ktoś długo planował ten lot, starannie dobierał załogę i pasażerów… Ale udało się! Silniki zaczęły pracować i już po chwili mały odrzutowiec leciał w kierunku Nowego Yorku. Plan już prawie zrealizowany- pomyślał mężczyzna o czarnych włosach stojący przy hangarze.
Na pokładzie stewardesa Kate właśnie rozpoczęła swoją pracę od podawania drinków. Tom dostał sok jabłkowy- jego ulubiony. Na ekranach telewizorów leciał mecz baseballowy, lecz nikt nie był szczególnie zainteresowany. Nagle, z niewyjaśnionych przyczyn, samolot zaczął gwałtownie obniżać lot. Na pokładzie zrobiło się nerwowo, gwałtowne próby zapięcia pasów przeplatane z szeptaną z tyłu modlitwą. Samolot spadał… Tuż przed uderzeniem Mike pomyślał- wszystko stracone! Nawet nie wiedział jak bardzo się myli…
To miał być krótki lot. Nic nie zapowiadało katastrofy. Mike Smith z synkiem Tomem wchodził do samolotu na lotnisku Martha's Vineyard. Mały trochę się ociągał, zgubił samochodzik.
- Tom pospiesz się! Spóźnimy się na spotkanie.
- Dobrze tatko, już, już.
Zajęli miejsca w samolocie, tylko ich brakowało. 11 osób pozornie sobie nieznanych… ale tylko pozornie. Ktoś długo...
Sobotnia noc w Stumilowym Lesie była nadzwyczajnie spokojna. Nie słychać było bowiem krzyków szalejącej i przy tym rzadko trzeźwej młodzieży, żadne karetki ani radiowozy nie jeździły na sygnale. Zawsze ceniłem chwile spokoju w tym wiecznie hałaśliwym mieście, jednak dziś nie jest mi to na rękę. Nie chciałbym zostać przypadkowo złapany na obserwacji mojego źródła. Podążałem za śladami od miesiąca, kiedy to zdesperowany dwudziestolatek przyszedł do mojego biura i prosił o pomoc w odnalezieniu dziewczyny. Wiedział tylko że przyjechała do pracy na wakacje i po tygodniu stracił z nią kontakt. Nikt nic nie wiedział,ani współlokatorka, ani sąsiedzi. A kiedy samemu nie można dociec prawdy, zatrudnia się do tego najlepszego detektywa w mieście. Pierwsze co udało mi się ustalić to fakt, że dziewczyna dorabiała sobie na barze w klubie "Brykanie". Dla kogoś nowego w mieście to lokal średniej renomy którego właścicielką jest stara meksykanka z wielkimi worami pod oczami, na którą wszyscy mówią Kangurzyca. Jednak ktoś kto jest w temacie od dawna wie, że wszystkie zyski płyną prosto do kieszeni Maleństwa, ponad dwu metrowego recydywisty z Kolumbii. I tutaj zaczynają się schody, gdyż Maleństwo to jeden z drabów Krzysia, największego przestępcy jakiego widziało to miasto. Gość ma wtyki wszędzie i nie chciałbym znaleźć się na jego celowniku. Na pewno nie bez powodu. Badając sprawę udało mi się powiązać ludzi Krzysia, zaginioną dziewczynę i nowy narkotyk na rynku-"Miodek". Opioid szybko stał się ulubińcem biedoty, bowiem był o połowę tańszy od heroiny i faza była bardziej intensywna. Ponoć drag jest produkowany przez najzdolniejszego chemika na liście płac Krzysia- Prosiaczek. Swoją drogą strasznie ciekawy typ, został wyrzucony z Akademii ponieważ testował swoje mikstury na świniach, które później trafiały prosto do ubojni i na stoły niczego nieświadomych mieszkańców. Jednak dzisiaj muszę potwierdzić że dziewczyna rzeczywiście kupowała narkotyk. Jedynym dilerem działającym w okolicy jej mieszkania był Puchatek. Faceta zawsze spotkać można było w okolicy klubu 'Hefalump'. I tym razem opierał się o ścianę, a fioletowy neon oświetlał jego prawy profil. Każdy kto widziałby teraz jego twarz skąpaną w tym świetle uznałby, że rzeczony osobnik musi być wyjątkowo nieprzyjemną personą. Na szczęście Puchatek wisi mi przysługę. Kilka lat temu utknął w kasynie 'Królicza nora'. Przegrał sporo w karty i nie mógł spłacić długu, a wściekły właściciel groził że zrobi z niego kompost dla swoich marchewek. Na szczęście byłem na miejscu i zdecydowałem się spłacić jego długi. Tak zyskałem dłużnika i kogoś kto w razie czego dostarczy odpowiedzi na kilka pytań. Ochroniarze właśnie weszli do środka więc mamy chwilę by porozmawiać. Za moment okaże się, czy była to dobra inwestycja.
Sobotnia noc w Stumilowym Lesie była nadzwyczajnie spokojna. Nie słychać było bowiem krzyków szalejącej i przy tym rzadko trzeźwej młodzieży, żadne karetki ani radiowozy nie jeździły na sygnale. Zawsze ceniłem chwile spokoju w tym wiecznie hałaśliwym mieście, jednak dziś nie jest mi to na rękę. Nie chciałbym zostać przypadkowo złapany na obserwacji mojego źródła. Podążałem...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejNiemożliwe! Zalazłam się w tym miejscu. Sama nie wiem jak mnie tu przyniosły moje nogi. Rozejrzałam się, ale zobaczyłam tylko mury wyłaniające się z mroku. Poczułam, że do moich butów wlewa się woda, a do moich nozdrzy dociera nieprzyjemny zapach. Pochyliłam się, żeby zbadać skąd pochodzi ta nieprzyjemna woń i zobaczyłam pełno porozrzucanych śmieci, chyba przepływały tędy jakieś ścieki. Zatkałam nos i starałam się wycofać. W tym momencie zobaczyłam coś co sprawiło, że moje serce zaczęło kołatać w piersi i wszystkie włoski zjeżyły się na moim ciele. Byłam totalnie przerażona. Około metr od moich nóg leżała maskotka. Małpka. Była szara, ale to nie kolor przykuł moją uwagę. W małpce tkwiły szpilki, a jej łapki były związane sznurkiem. Zabawki kojarzą mi się z dziećmi, a one są przecież bezbronne i kochane. Nie rozumieją co to przemoc. Dzieci nie sprawiają bólu świadomie. Zrobił to ktoś dorosły. Krążą o tym miejscu różne plotki. Ludzie boją się tędy przechodzić. Niektórzy mówią, że są tu złe duchy, niektórzy, że ktoś się tu ukrywa i zwabia dzieci zabawkami i słodyczami. Nie wierzyłam w obie historie, ale i tak omijałam tą ślepą uliczkę szerokim łukiem. Nie wiem co mnie skusiło żeby tu wejść, odwaga czy głupota? Moje rozmyślania przerwał jakiś dźwięk, był to płacz dziecka, albo wyobraźnia płata mi figle, albo... Otworzyłam szeroko oczy rozglądając się. Bałam się nawet oddychać. Powinnam się natychmiast ewakuować, ale ze strachu nie mogłam się ruszyć. Usłyszałam kroki, były coraz głośniejsze. Poczułam woń papierosów i męskich perfum. Już się nie zastanawiałam, odwróciłam się i pobiegłam ile sił w nogach. Ktoś ruszył za mną. Nie zamierzałam się odwracać. Gdy byłam przy głównej ulicy kroki ucichły, ale ja gnałam dalej przed siebie byle by być jak najdalej od tego miejsca.
Niemożliwe! Zalazłam się w tym miejscu. Sama nie wiem jak mnie tu przyniosły moje nogi. Rozejrzałam się, ale zobaczyłam tylko mury wyłaniające się z mroku. Poczułam, że do moich butów wlewa się woda, a do moich nozdrzy dociera nieprzyjemny zapach. Pochyliłam się, żeby zbadać skąd pochodzi ta nieprzyjemna woń i zobaczyłam pełno porozrzucanych śmieci, chyba przepływały tędy...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
W mrocznym zaułku rozległ się cichy odgłos, coś pomiędzy kaszlnięciem a klaśnięciem w dłonie. Niewyraźny cień przemykający pod ścianą osunął się na ziemię.
Olga rozejrzała się wokół, ale poza tym nie dostrzegła żadnego ruchu. Stara latarnia parę metrów dalej nadal migotała światłem przepalającej się żarówki. W jego kręgu można było dostrzec zarastający trawą, brukowany chodnik.
Noc była ciepła, mimo że niebo zasnuwały szare chmury. Olga poprawiła cienką bluzę z kapturem, która miała na sobie, i przykucnęła za zdezelowanym samochodem, który okoliczni menele niemal doszczętnie już rozłożyli na złom.
„Idiotka.”, pomyślała. „Chodzić tak późno samej po niepewnej dzielnicy.”
Koleżanki często ostrzegały Izę, by wracając z nocnej imprezy, wybierała okrężną drogę do domu przez centrum albo brała taksówkę. Ta jednak upierała się przy swoim. Rzadko korzystała z tej drogi, a poza tym szła szybko i nigdy dotąd nic strasznego się jej nie przydarzyło.
„No i masz teraz za swoje.”
Olga odkręciła tłumik od lufy pistoletu, wyjęła magazynek i wszystko po kolei wrzuciła do studzienki ściekowej. Podniosła się, jeszcze raz uważnie rozejrzała, i ruszyła w stronę ciemnej bryły po drugiej stronie uliczki.
Spojrzała na zamglone oczy i lekko rozchylone usta dziewczyny. Była bardzo ładna. Nawet teraz, kiedy pośrodku jej czoła widniała wielka dziura po postrzale. No cóż, to nie jej wina, że Hubert nie chciał z nią zerwać.
Olga, starając się nie wdepnąć w rozlewającą się wokół krew, podręcznym scyzorykiem przecięła paski jej torby, a potem szybko przeszukała kieszenie. Trochę drobnych, guma do żucia, zapalniczka. Pieniądze wrzuciła do torby i zostawiła ciało z kieszeniami wywróconymi na drugą stronę.
Ostrożnie obeszła połyskującą w półmroku kałużę i skręciła za załom muru. Jak dotąd wszystko szło doskonale.
W mrocznym zaułku rozległ się cichy odgłos, coś pomiędzy kaszlnięciem a klaśnięciem w dłonie. Niewyraźny cień przemykający pod ścianą osunął się na ziemię.
Olga rozejrzała się wokół, ale poza tym nie dostrzegła żadnego ruchu. Stara latarnia parę metrów dalej nadal migotała światłem przepalającej się żarówki. W jego kręgu można było dostrzec zarastający trawą, brukowany...
Wyłaniając się z zaułku ulicy Kowalskiej łapię oddech i biegnę dalej. "To niemożliwe"-w mojej głowie kłębią się sprzeczne myśli- "to niemożliwe". Wyjmuje telefon i wybieram tak dobrze znany numer.
-"Olka to ja, o nic nie pytaj. Za 10 minut tam gdzie kiedyś."- rozłączam się i biegnę dalej. Omijam kościół ciemniejszą stroną ulicy Franciszkańskiej, i mknę ku górze, do parku na przeciwko cmentarza. Gdy docieram na miejsce ona już na mnie czeka. Wiernie jak zawsze. Jest jedyną osobą, która gdziekolwiek by nie była zawsze pomoże.Wpada mi w ramiona.
-"Kamila? Wiesz dobrze, że nie możesz być w tym mieście. Będziemy miały kłopoty jeśli ktokolwiek Cię zobaczy lub dowie się, że tu przebywasz". Moje spojrzenie, mimo późnej pory i ciemności mówi jej wszystko.
-"oni wiedzą..."- przerażona patrzy na mnie tym samym wzrokiem co kiedyś. Tym wzrokiem z którym mogłyśmy przenosić góry, aż do tamtego pamiętnego dnia.
-"dlaczego? powiedz mi dlaczego narażasz siebie na takie niebezpieczeństwo, oni Cię zabiją wiesz o tym! Twój pakt zawarty z nimi skończył się z chwilą przekroczenia granicy tego piekielnego miasta! Powiedz mi dlaczego?!". Jej błagalny krzyk ranił moje serce, nie mniej jednak niż to co chciałam jej przekazać.
-"posłuchaj, mam mało czasu. Oni wiedzą, że tu jestem ale nikt mnie jeszcze nie widział. Wierzysz w duchy?" Jej spojrzenie mówiło mi, że patrzy na mnie jak na wariatkę. No tak, kto by narażał swoje życie i nie tylko swoje tylko dlatego żeby zapytać się czy ktoś wierzy w duchy.
-"odbiło Ci? o czym ty do mnie mówisz?!"- W tym momencie wyciągnęłam z kieszeni kurtki zdjęcie, które ktoś mi przysłał kilka dni temu.
-"to nie możliwe"- jej głos zszedł do szeptu. Patrząc się na mnie wielkimi oczami kręciła przecząco głową.-" Kamila kochanie, on nie żyje... przecież widziałyśmy jak umiera, to nie możliwe".
-"wiem"- stwierdziłam krótko. -"ale to nie może być pomyłka. Dostałam to zdjęcie pocztą kilka dni temu. Bez żadnego podpisu, adresu, czy jakiejkolwiek innej wskazówki. On musi żyć. Ola ja wiem, że on żyje. Ktoś albo coś każe mu trzymać się ode mnie z daleka. Znam go i ty również wiesz , że bez powodu nie zaprzepaściłby naszego życia, przecież byliśmy dopiero rok po ślubie. Mieliśmy życie o którym zawsze marzyliśmy.Pomóż mi proszę...".
-"co ja mam zrobić?"-wciąż patrzyła się na mnie nie przytomnym wzrokiem.
-"pomóż mi odnaleźć mojego męża. Minęły cztery lata od jego rzekomej śmierci. Nigdy się z tym nie pogodziłam. Jeśli on rzeczywiście żyje , zrobię wszystko żeby go odnaleźć. Olu on musi wiedzieć że ma 3,5 letnią córkę..."Spuściłam wzrok, to wspomnienie tamtych chwil wciąż tak bardzo bolało.
-"pomogę Ci,kochana pomogę, chociażby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu". Wpadłam w jej ramiona z wielkim szlochem. Mimo, że nasi mężowie byli zawsze po przeciwnej stronie, my zawsze byłyśmy razem.
Wyłaniając się z zaułku ulicy Kowalskiej łapię oddech i biegnę dalej. "To niemożliwe"-w mojej głowie kłębią się sprzeczne myśli- "to niemożliwe". Wyjmuje telefon i wybieram tak dobrze znany numer.
-"Olka to ja, o nic nie pytaj. Za 10 minut tam gdzie kiedyś."- rozłączam się i biegnę dalej. Omijam kościół ciemniejszą stroną ulicy Franciszkańskiej, i mknę ku górze, do parku na...
Detektyw Morris patrzył na spokojną nocną dzielnicę za oknem. Wiedział że w cieniu latarni kryją się gangsterzy, handlujący narkotykami i innymi świństwami. Najciemniej jest pod latarnią przeleciało mu przez głowę. W dzień ruchliwa ulica zmienia się w pustkowie. Dzisiejszego wieczoru nie miał nic do roboty, więc powoli sączył swoją ulubioną whiskey. Siedział sam w biurze, ponieważ jego sekretarka wzięła wolne. Jego rozmyślania nad sensem bycia detektywem,przerwało ciche pukanie do drzwi, po chwili weszła młoda dama w czarnym płaszczu i kapeluszu. Detektyw Morris skrył się w cieniu pokoju, sprawiając by kobieta go niewidziała. Zapalił cygaro. Wypuszczając kółka dymu.
- Panie detektywie, musi mi pan pomóc.
Młoda dama wzięła milczenie detektywa jako zachętę do dalszego opowiadania.
- Zaginął mój mąż, w przyszłym tygodniu musi się zjawić na ważnej konferencji. Jeśli go nie będzie, wybuchnie skandal.
Głos damy robił się coraz bardziej błagalny. Detektyw zamyślił się trochę.
- Przyjmuję zlecenie.
I tak zaczęła się najniebezpieczna sprawa w jego karierze.
Detektyw Morris patrzył na spokojną nocną dzielnicę za oknem. Wiedział że w cieniu latarni kryją się gangsterzy, handlujący narkotykami i innymi świństwami. Najciemniej jest pod latarnią przeleciało mu przez głowę. W dzień ruchliwa ulica zmienia się w pustkowie. Dzisiejszego wieczoru nie miał nic do roboty, więc powoli sączył swoją ulubioną whiskey. Siedział sam w biurze,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Buch... Buch... Buch...
-Ty cholerny gówniarzu, spieprzaj stąd!- zamiast budzika słyszę krzykliwy głos sąsiada z naprzeciwka. No cóż, to jest właśnie radość życia w wielkim mieście. Szkoda tylko, że też w jednejnz najgorszych dziur tego miasta.
Tak, tak. Jest to dziura i to okropna. Nie dość, że brak jej piękna wewnętrznego to jeszcze ludzie tu mieszkający reprezentują sobą totalny brak szacunku względem nawet najbliższych.
Przeklinam dzień, w którym tu wylądowałam i odliczam czas do końca tego ponurego etapu życia.
W sumie już się przyzwyczaiłam. Trochę już mniej boję się wracać wieczorem do domu. Oj a jest się czego bać. Nigdy nie wiesz na co trafisz. Czy na bandę naćpanych kolesi skaczących po samochodach zaparkowanych na ulicy, czy na zalanego w trupa sąsiada podejrzanego o morderstwo... A może grupę 10-latków wałęsających się do późna w nicy po dworze, by rodzice mieli spokój i czas na oddawanie się swoim rozrywkom.
Takie jest życie w tym ponurym mieście. Zupełnie się z nim nie identyfikuję. I wiecie co? Mam świadomość, że to ono nie jest złe samo w sobie, ale ludzie, którzy tworzą go tak, a nie inaczej. Yak na poważnie uświadomiłam sobie to tego dnia, w którym obudził mnie głos rozwcieczonego sąsiada... Ubrałam się i wyszłam z kamienicy z zamiarem zrobienia zakupów na śniadanie. Pech chciał, że lodówkę miałam pustą. Szłam, aż usłyszałam płacz, a potem rizdzierający krzyk. Przestraszyłam się, serce podeszło mi do gardła, gdy nagle nad moją głową zaczęły strzelać iskry. Ktoś wywołał spięcie linii elektrycznych. Nie wiedziałam, ci robić. Wracać, zatrzymać się, zadzwonić gdzieś. Stanęłam zaszokowana, gdy z tyłu na plecach poczułam dotyk. Odwróciła się powoli, a widok, który ujrzałam zapamiętam na długo. Był to młody mężczyzna, z nożem wbitym w brzuch. Był strasznie poraniony, wszędzie widziałam krew. Ob zemdlał, ja cudem- nie. Drżącą ręka wyciągnęłam telefon, by zadzwonić po pomoc. Jednak zobaczyłam tylko tłum twarzy, z których zapamiętałam jedną- młodą, piękną, zrozpaczoną i słowa:"To twoja wina". Potem tylko mocne uderzenie, obudziłam się w szpitalu...
Po pewnym czasie, gdy całe napięcie z zaistniałą sytuacją opadło zrozumiałam, że znalazłam się w złym miejscu, w złym czasie. Moje miasto nigdy nie będzie idealne, nigdy nie będzie dobre, bo brakuje w nim ludzi z piękną pasją, ludzi tworzących piękno, bo to oni są duszą wszystkich pozytywnych miejsc. Czasami dobre serce potrafi stworzyć z odrapanej nory prawdziwy raj. Niestety raj ten nie zaistnieje w moim mieście, dopóki panować w nich będą ludzie bez serc, wartości żyjący bez sensu z dnia na dzień, nie radzący sobie z emocjami. To my tworzymy miejsce, w którym żyjemy. Czy nie warto się starać, by było jak najlepsze?
Buch... Buch... Buch...
-Ty cholerny gówniarzu, spieprzaj stąd!- zamiast budzika słyszę krzykliwy głos sąsiada z naprzeciwka. No cóż, to jest właśnie radość życia w wielkim mieście. Szkoda tylko, że też w jednejnz najgorszych dziur tego miasta.
Tak, tak. Jest to dziura i to okropna. Nie dość, że brak jej piękna wewnętrznego to jeszcze ludzie tu mieszkający reprezentują sobą...
Wigilia w domu Kowalskich nie różniła się od innych. Dopiero późną nocą usłyszeli pukanie do drzwi.
- Ja otworzę – krzyknął brat Cynki.
Chłopiec wybiegł z salonu.
Cynka z rodzicami czekali. Poczuli lodowate powietrze pełzające po podłodze, ocierające się o ich stopy.
Minęła minuta, cicha minuta.
- Pójdę sprawdzić. – rzekł tata Cynki.
Minęła minuta, cicha minuta.
- Co się tam dzieje? – rzekła mama Cynki.
Minęła minuta, cicha minuta.
Cynka wstała i zniknęła w długim korytarzu. Na jego końcu znajdowały się drzwi- otwarte. Ruszyła do przodu. W połowie drogi stanęła. Z mroku zaczęła wyłaniać się sylwetka człowieka, był to rosły mężczyzna. Zatrzymał się na progu.
- Kim pan jest?
Nic.
- To pan pukał do drzwi?
Nic.
- Widział pan moją rodzinę?
- Widziałem.
- Gdzie oni są?
Roześmiał się. Upiornie.
- Znajdź ich.
Cynka wybiegła na zewnątrz. Uważnym wzrokiem rozejrzała się dookoła. Kilka kroków dalej coś ciemnego leżało na śniegu. Podbiegła. Nachyliła się i zobaczyła buźkę swojego brata. Spróbowała go podnieść, był sztywny, jej ręce dotknęły ciepłej cieczy, pokrywającej jego plecy. Uniosła dłoń do twarzy, zdawała się czarna. Noc rozdarł krzyk przerażonego dziecka. Dziewczynka wpadła w panikę. Dlaczego on się nie rusza. Dlaczego nikogo tu nie ma. Przy ścianie ktoś kucał. Podbiegła. Zerknęła i wrzasnęła. To był jej tata, patrzył martwymi oczami, a jego głowa była nienaturalnie skręcona. Cynka przebiegała wzrokiem okolice. Coś leżało na zamarzniętej tafli jeziora. Dziewczynka chciała biec, ale usłyszała dźwięk pękającego lodu. Po chwili pod ciałem jaj mamy powstała wyrwa, utonęło w niej. Cynka, nie myśląc o niczym pobiegła do najbliższego miejsca, gdzie znajdowali się ludzie. Nim przekroczyła próg gospody, zobaczyła skrytą za rogiem postać rosłego mężczyzny, zapytał ją: „Znalazłaś ich?”
Wigilia w domu Kowalskich nie różniła się od innych. Dopiero późną nocą usłyszeli pukanie do drzwi.
- Ja otworzę – krzyknął brat Cynki.
Chłopiec wybiegł z salonu.
Cynka z rodzicami czekali. Poczuli lodowate powietrze pełzające po podłodze, ocierające się o ich stopy.
Minęła minuta, cicha minuta.
- Pójdę sprawdzić. – rzekł tata Cynki.
Minęła minuta, cicha minuta.
- Co się...
Późną jesienią, kiedy szare deszcze spłukiwały resztki tynku z zaniedbanych kamienic, a gruchanie przemokłych gołębi, przycupniętych pod dachami domów nie pozwalało nocą spać, żywiecka rzeczywistość przygniatała jeszcze bardziej niż zwykle. Nazywał się Bełzki, był człowiekiem bez przyszłości, za to z przeszłością wypisaną na twarzy w postaci głębokich blizn. Lubił o sobie mówić, że jest pomocnikiem anioła śmierci, ponieważ pracował jako grabarz. Spadł pierwszy śnieg, a wraz z nim śmierdzące dotąd dymem tytoniowym i tanim proszkiem do prania mieszkania bloku na os. 700-lecia, zaczęły cuchnąć dodatkowo wilgocią. Nad oknami pojawiły się na powrót obrzydliwe mokre plamy, które następnie obrastały pleśnią. Brodząc po kostki w świeżym śniegu Bełzki spieszył do kościoła. Na katafalku, w otwartej trumnie leżała ona. Spuścił wzrok. To nie mogła być prawda, przecież widział ją jeszcze kilka dni temu, w piekarni, gdzie pracowała, jak pakowała ciepłe, pszenne bułeczki do papierowych torebek. Sycił się widokiem jej białych, zgrabnych dłoni, jej długich włosów schowanych pod chustką, jej promieniejącej twarzy. Uwielbiał ją skrycie odkąd się tutaj sprowadził. A teraz jego wyśniona królewna leżała bez życia na tandetnym podwyższeniu ze sklejki, ubrana w jakąś zniszczoną suknię . Nikt nawet nie uczesał jej włosów, kiedy podszedł bliżej zauważył bowiem, że niektóre kosmyki zlepione są ze sobą krwią. Spojrzał na jej twarz i pomyślał, że musiała umrzeć nagłą śmiercią w wielkim cierpieniu, nie doświadczyła zaś luksusu śmierci naturalnej. Nie wiedział jeszcze jak to się stało, ale tamtego wieczora, wdychając zapach przekwitłych lilii, przysiągł jej uroczyście, że nie spocznie, dopóki nie wyjaśni tej sprawy. Dla siebie, dla niej, dla nich, których nigdy nie było.
Późną jesienią, kiedy szare deszcze spłukiwały resztki tynku z zaniedbanych kamienic, a gruchanie przemokłych gołębi, przycupniętych pod dachami domów nie pozwalało nocą spać, żywiecka rzeczywistość przygniatała jeszcze bardziej niż zwykle. Nazywał się Bełzki, był człowiekiem bez przyszłości, za to z przeszłością wypisaną na twarzy w postaci głębokich blizn. Lubił o sobie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejOdzyskuję przytomność. Moje ręce nie są niczym skrępowane, oczy nie są zasłonięte. Obok mnie leży Clare i Tom. Rozglądam się dookoła i... No właśnie. Nie ma tu nic oprócz jednego krzywego stolika i plakatu na ścianie. Jedyne okno jest tak brudne, że ledwo wpada przez nie światło. Wstaję z zimnej podłogi i podchodzę do okna. Widok z niego nie jest zbyt ciekawy. Zero zieleni, graffiti na ścianach kamienic, śmieci na chodniku i podejrzana grupka ludzi. Znaleźliśmy się chyba w najmroczniejszej dzielnicy Nowego Jorku. Podchodzę do stolika i widzę na nim list. Parę zdań jakby zakreślonych w pośpiechu: "Teraz jesteście pod moją opieką. A co za tym idzie, musicie wykonywać to co Wam każe. Waszym pierwszym zadaniem jest upozorowanie samobójstwa prezesa banku. Jednak wcześniej macie zdobyć dla mnie 200.000 dolarów. Kolejne wskazówki znajdziecie w skrzynce. Jeśli tego nie zrobicie, zginiecie za niego." Serce zaczyna bić mi szybciej. Czy to żart?
Odzyskuję przytomność. Moje ręce nie są niczym skrępowane, oczy nie są zasłonięte. Obok mnie leży Clare i Tom. Rozglądam się dookoła i... No właśnie. Nie ma tu nic oprócz jednego krzywego stolika i plakatu na ścianie. Jedyne okno jest tak brudne, że ledwo wpada przez nie światło. Wstaję z zimnej podłogi i podchodzę do okna. Widok z niego nie jest zbyt ciekawy. Zero zieleni,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Wchodzę do mieszkania używając dawnych kluczy. Jak mogłam się domyśleć mama dalej nie wymieniła zamków. Według niej był to niepotrzebny wydatek. O ile w ogóle zauważyła taką potrzebę.
W środku śmierdzi dymem papierosowym, a na podłodze leżą puste butelki po alkoholu. Odłamki szkła trzeszczą pod moimi stopami, gdy kieruję się w stronę salonu. Powstrzymuje odruch wymiotny. Nie byłam tu kilka lat i zapomniałam jak bardzo źle wygląda sytuacja.
Moje przypuszczenia potwierdziły się. Mama leżała na kanapie z butelką wódki w ręku. Obok niej leżały narkotyki. Przymknęłam na chwile powieki. Chciałam wykrzyczeć jej w twarz jak okropną jest osobą i czy w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła. Przez nią zginął Mike. Wszystko zniszczyła. Powstrzymałam się jednak i nie zrobiłam tego. I tak była zbyt pijana, aby rano o tym pamiętać.
W kącie pokoju dalej leżały rzeczy mojego brata. Nie powinnam była go opuszczać. Wyprowadzając się powinnam zabrać go ze sobą. Teraz było na to wszystko za późno. Bo Mike'a już nie było.
Nie wiedziałam nic o jego śmierci. Policja nie przejmowała się tutejszymi morderstwami. Sama musiałam się wszystkiego dowiedzieć.
Wyszłam z mieszkania i po chwili znalazłam się na pustych ulicach. Szłam środkiem ulicy, unikając ciemnych zaułków. Przed przyjściem tutaj na biały kombinezon narzuciłam szarą, obszerną bluzę. Nie mogłam rzucać się w oczy. Doskonale wiedziałam, co mi tu grozi.
Już miałam wyjść na główną ulicę i zawołać taksówkę, gdy usłyszałam pusty śmiech dobiegający zza moich pleców.
-Nie uciekaj maleńka.- donośny głos dotarł do moich uszu.- Chcesz się zabawić?
Wchodzę do mieszkania używając dawnych kluczy. Jak mogłam się domyśleć mama dalej nie wymieniła zamków. Według niej był to niepotrzebny wydatek. O ile w ogóle zauważyła taką potrzebę.
W środku śmierdzi dymem papierosowym, a na podłodze leżą puste butelki po alkoholu. Odłamki szkła trzeszczą pod moimi stopami, gdy kieruję się w stronę salonu. Powstrzymuje odruch wymiotny....
Serce biło mu szybciej, gdy miał tędy przechodzić, lecz nie było innej drogi do jej mieszkania. Jesienny wieczorny deszcz chłodził emocje na jego twarzy. Starówka, przepełniona kamienicami, chcących połknąć swymi bramami przechodzących u ich stóp ludzi. Zawsze w myślach porównywał je do rosiczek- jeden niewłaściwy ruch i było już za późno na ratunek. Zdecydowanie nie była to miła okolica. Każdego wieczoru dźwięk tłuczonego szkła stanowił akompaniament dla rodzinny kłótni. Jej kamienica nie była wyjątkiem pod tym względem.
Stare obdrapane już farby ściany i oplecione skrzypiącymi schodami prowadziły go na kolejne piętra. Pod drzwiami jej mieszkania zastał śpiącego mężczyznę wydzielającego zapach, od którego można by się upić. Zignorował jego mamrotanie i zapukał do drzwi.
Podkrążone oczy, obrazujące zmęczenie życiowymi problemami spojrzały mu w twarz.
- Nie chce zeznawać! Aby problemy będę przez to miała!
- W takim wypadku musi pani pójść ze mną… – odpowiedział.
W tym momencie poczuł jakby ktoś wyłączył mu prąd. Jedno uderzenie w potylicę powaliło go natychmiast.
Tuż po zejściu do piwnicznego korytarza w nozdrza uderzył ich smród rozkładającego się ciała. Szukali detektywa – znaleźli ciało mężczyzny. Postura i wiek pasowały do zaginionego. Dziura w tylnej części czaszki obrazowała prawdopodobną przyczynę śmierci, lecz wymiociny na spodniach zaintrygowały kapitana ekipy poszukiwawczej…
Serce biło mu szybciej, gdy miał tędy przechodzić, lecz nie było innej drogi do jej mieszkania. Jesienny wieczorny deszcz chłodził emocje na jego twarzy. Starówka, przepełniona kamienicami, chcących połknąć swymi bramami przechodzących u ich stóp ludzi. Zawsze w myślach porównywał je do rosiczek- jeden niewłaściwy ruch i było już za późno na ratunek. Zdecydowanie nie była...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Noc była czarna i duszna. Czerwcowe upały nie dawały odetchnąć nawet po zachodzie słońca. José stał ukryty w cieniu wielkiego magazynu w obskurnym zaułku jednej z tysiąca ulic Chicago, nie spuszczając z oczu plamy światła rzucanej przez pobliską latarnię. Do piersi przyciskał skórzaną walizkę.
Gdzieś w oddali zawyła syrena policyjna, a przez ulicę przebiegł czarny kot, sycząc przeraźliwie.
Minuty przeciągały się w godziny. José coraz mniej się to podobało. Wiedział, że nie jest bezpieczny. Chicago było pełne popieprzonych świrów, błąkających się zwłaszcza nocą, a gdyby ktoś zobaczył go z drogą skórzaną walizką, mógłby chcieć ją sobie zabrać, przy okazji wbijając chłopakowi sztylet w płuca. Czułby się o wiele lepiej, mając przy sobie broń.
Snop światła wypełnił się ciemnym kształtem. Przy chodniku bezszelestnie zaparkowała luksusowa limuzyna, tak niepasująca do obrazka zabiedzonej dzielnicy. Przyciemniana szyba od strony pasażera uchyliła się nieco. José ruszył w stronę samochodu.
— Gang La Oscuridad śle pozdrowienia — odezwał się jako pierwszy.
— Jesteś nieuzbrojony? — Głos zza szyby brzmiał cicho. José próbował dostrzec twarz rozmówcy, ale nie widział niczego, tylko nieprzeniknioną czerń.
— Jak pan kazał.
— Skąd pewność, że jestem mężczyzną.
José nie odpowiedział.
— Masz walizkę? — zapytał głos. — Podaj mi ją.
José wykonał polecenie. Na razie szło jak z płatka.
Po dłuższej chwili z samochodu wysunęła się inna walizka, trochę większa.
— Kasa zgodnie z umową?
— Sprawdź sam — odpowiedział głos, a szyba przesunęła się w górę. Limuzyna zaczęła odjeżdżać.
Walizka otworzyła się na "klik" i José sięgnął do jej środka. Nim zdążył cofnąć rękę, poczuł bolesne ukłucie. Cholerny skorpion. Zdążył jeszcze pomyśleć o szczęściarzu, który znajdzie tę kupę pieniędzy. Później jego oczy zalała czerwień.
Noc była czarna i duszna. Czerwcowe upały nie dawały odetchnąć nawet po zachodzie słońca. José stał ukryty w cieniu wielkiego magazynu w obskurnym zaułku jednej z tysiąca ulic Chicago, nie spuszczając z oczu plamy światła rzucanej przez pobliską latarnię. Do piersi przyciskał skórzaną walizkę.
Gdzieś w oddali zawyła syrena policyjna, a przez ulicę przebiegł czarny kot,...
Jak zwykle patrolowałem najmroczniejszą dzielnicę miasta. "Do kroćset! Czemu znowu ja?!", pytałem, ale dobrze wiedziałem — byłem młody, nieobyty, trzeba było mnie "nauczyć życia" i takie tam. Tak więc znów trafiła mi się ta Dzielnica Mroku. Pełna tanich prostytutek, lewych narkotyków, klubów nocnych, gangów i... właściwie to nie chcę myśleć czego jeszcze. Pełna mroku. Czerni. Gasnących latarni, bo jak wiadomo — najciemniej zawsze pod latarnią.
— Cholera, pies! — usłyszałem na pierwszej misji i cudem udało mi się uciec, gdy zaczęli strzelać. Na drugi raz już się nie wydałem. Po pewnym czasie już byłem obyty na tyle, by stąpać cicho jak kot. Tfu!, nie cierpię kotów. Tak właściwie to mam na nie alergię.
Podczas n-tej misji w jednej ze ślepych uliczek zobaczyłem ją — siedziała smutna do szpiku kości, choć do szpiku to można być zepsutym. Ona była smutna, jakby zepsuta. Mocny, rozmazany makijaż tkwił żałośnie na jej policzkach. Krótka spódnica ledwo zakrywała jedną trzecią uda. Obcasy miała może wyższe od miary najdłuższego palca. Prostytutka. Ale coś tu się nie zgadzało.
— Stało się coś? — zapytałem i zbliżyłem się nieznacznie.
— Właściwie tak. Zakochałam się — wyznała bez oporów obcej osobie.
— Tak po prostu?
— Tak po prostu.
— To chyba dobrze?
— No nie. Właśnie, cholera, nie! Nie w mojej pracy.
— Znajdzie pani inną — pocieszałem ją.
— W tym sęk. Do niczego innego się nie nadaję.
— Na pewno jest coś, co pani umie robić. Jakąś pasję? — naprowadzałem.
— Kiedyś prowadziłam małą księgarnię. Ale upadła. Może by do tego wrócić?
— Dobry pomysł.
— Masz ognia? — zapytała nagle i zmierzyła mnie wzrokiem. — No tak... Nie masz, bo jesteś psem.
"Tak, jestem psem", powiedziałem i położyłem pysk na jej udach. Jednak może ta dzielnica nie jest taka zła...
Jak zwykle patrolowałem najmroczniejszą dzielnicę miasta. "Do kroćset! Czemu znowu ja?!", pytałem, ale dobrze wiedziałem — byłem młody, nieobyty, trzeba było mnie "nauczyć życia" i takie tam. Tak więc znów trafiła mi się ta Dzielnica Mroku. Pełna tanich prostytutek, lewych narkotyków, klubów nocnych, gangów i... właściwie to nie chcę myśleć czego jeszcze. Pełna mroku....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Papierosowy dym oraz brud zawsze były częścią takich miejsc. Małe i duszne pomieszczenie, będące obecnie jedynie żałosną karykaturą z czasów swojej świetności. Bar "U Karalucha", pozbawiona okien speluna ze zniszczonym wnętrzem i jeszcze bardziej zniszczoną życiem klientelą wydawał się idealnym miejscem na spotkanie z prywatnym detektywem. Oto i on, średniego wzrostu, w średnim wieku, ubrany w brązowy, trochę staroświecki prochowiec. Siedzi przy barze i trzyma w ręku niedomytą szklankę z whisky zastanawiając się czy płyn znajdujący się w środku to nie płyn do chłodnic z samochodu właściciela - Joe "Karalucha", który z kantowania wszystkiego i wszystkich zrobił cel swojego życia.
Detektyw niespiesznie zapalił papierosa po czym pociągnął solidny łyk ze szklanki gdy wtem do tej jaskini dymu, smrodu i brudu wpadły ostre jak brzytwa promienie letniego słońca. Oto w drzwiach stanęła ONA - młoda kobieta w długiej, czerwonej sukience. Jej oszałamiająco rude włosy przykuły uwagę wszystkich klientów tak, że wszystkie rozmowy czy szemrane biznesy w jednej chwili ustały. W jej spojrzeniu było jednak coś dziwnego. Detektyw poznał to od razu - była naćpana. Ktoś ją tam po prostu zostawił. Błyszczące, nefrytowe oczy miały w sobie tyle uczuć co pusta strzykawka po "działce". Gdy kobieta próbowała niezdarnie wykonać jakiś ruch, jej długie, zgrabne nogi odmówiły posłuszeństwa i bezceremonialnie zaliczyła szybkie spotkanie z brudną podłogą speluny. To nie te czasy i miejsce gdy ktoś pospieszyłby z pomocą. Sam Joe "Karaluch" pozostał niewzruszony a reszta szemranego towarzystwa wróciła do swoich zajęć czyli picia chrzczonych drinków i rozmów o filozofii codziennego życia w gangsterskim póświatku. Piękna ale ćpunka - to dla tych ludzi codzienność. Nic nowego. Nawet detektyw już miał odwrócić się na krześle i poprosić "Karalucha" o dolanie czegoś do szklanki gdy usłyszał cichy szept wydobywający się z ust rudowłosej kobiety. Mógłby przysiąc, że brzmiało to jak..."pomocy". Powtarzała to jak w transie, niczym zdarta płyta..."pomocy, pomocy, pomocy" na przemian śmiejąc się to płacząc. Już miał wstać i rycersko spróbować chociaż podnieść piękną-naćpaną z podłogi gdy usłyszał brzęczenie swojego telefonu komórkowego. Numer nieznany. Zanim zdążył powiedzieć zwyczajowe "halo" usłyszał "To twoja nowa klientka detektywie. Zajmij się nią. To twoje pierwsze zadanie. Muszę cię sprawdzić zanim powierzę ci prawdziwą sprawę." Koniec. Zdziwiony wpatrywał się w milczący telefon to zerkał na rudowłosą kobietę i zastanawiał się w jaką szaloną grę się wplątał.
Tymczasem Joe "Karaluch" bez pytania dolał mu whisky do szklanki i powiedział - "Na koszt firmy". Detektyw nie oponował tylko jednym łykiem wypił całą zawartość szklanki po czym powiedział do siebie w myślach, że w większym bagnie już się znaleźć chyba nie mógł skoro dostał coś za darmo od takiego skąpca i oszusta jak Joe "Karaluch".
Papierosowy dym oraz brud zawsze były częścią takich miejsc. Małe i duszne pomieszczenie, będące obecnie jedynie żałosną karykaturą z czasów swojej świetności. Bar "U Karalucha", pozbawiona okien speluna ze zniszczonym wnętrzem i jeszcze bardziej zniszczoną życiem klientelą wydawał się idealnym miejscem na spotkanie z prywatnym detektywem. Oto i on, średniego wzrostu, w...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
– Tam gdzie zawsze – powiedział Key, stary ćpun-włamywacz, dysząc ciężko spod wąsa.
Kate przyglądała mu się badawczo, trzymając dłoń na – wyraźnie wybrzuszonej – kieszeni wytartych jeansów. W słabym świetle wysłużonej jarzeniówki, zwisającej smętnie nad barem, wyglądała zadziwiająco pięknie – nawet mimo blizny, którą ofiarował jej alfons, gdy mu się sprzeciwiała. Skaza ta ciągnęła się od łuku brwiowego, aż po kącik ust. Wykluczyła ją z zawodu i szczerze mówiąc, dobrze stało się, jak się stało. Marnowała się tam dziewczyna. Znacznie lepiej radziła sobie w gangu. Rzut nożem opanowała do perfekcji, nie mówiąc już o koktajlach Mołotowa.
– Kanały, a jakże – przerwałem ciszę. Wiedziałem, że wszystkie strzelaniny w tym mieście odbywają się w podziemiu. Brudne, cholernie śmierdzące (prawdopodobnie od tych wszystkich rozkładających się tam ciał, a nie od ścieków) miejsce.
– Ja tam nie idę – odezwał się Rob, zwany też mechanikiem, gdyż szczególnie upodobał sobie napady na spożywczaki z kluczem francuskim w dłoni. Robił z nim co chciał, rzucał, bił nim, dusił nawet. Cholerny skurczybyk. Kiedyś zarobi kulkę, to było pewne. Mogłem się założyć, że i Rob był tego świadom.
– Peniasz? – rzuciła Kate.
– Chyba twoja matka – odrzucił.
– Tak czy inaczej, musimy tam iść – rzekłem – zostaliśmy wyzwani na pojedynek, to sprawa honorowa.
– Do reszty cię pojebało – odparł Rob – ja nigdzie nie idę!
– To się pierdol Rob! – stwierdziła Kate, po czym zapytała mnie o nasze wyposażenie.
Mieliśmy dwa karabiny AK47, jeden M4 i pół tuzina granatów dymnych, skradzionych w zeszłym tygodniu Specjalnej Jednostce Pokoju.
– Damy radę – rzuciłem tylko – bierzmy się do roboty.
– Tam gdzie zawsze – powiedział Key, stary ćpun-włamywacz, dysząc ciężko spod wąsa.
Kate przyglądała mu się badawczo, trzymając dłoń na – wyraźnie wybrzuszonej – kieszeni wytartych jeansów. W słabym świetle wysłużonej jarzeniówki, zwisającej smętnie nad barem, wyglądała zadziwiająco pięknie – nawet mimo blizny, którą ofiarował jej alfons, gdy mu się sprzeciwiała. Skaza ta...
Detektyw Jack Hannes siedział na ławce w parku czekająć na swojego informatora. Wieczór zapowiadał się całkiem ciekawie, zważywszy że Black Skalpel miał dla niego jakieś nowe informacje w związku z zabójstwem młodego studenta przy Regent street.
Gwiezdziste niebo i tylko latarnia oświetlająca to jakże straszne ponure miejsce o zmroku. Czy czuję strach? Nie odzuwam żadnych emocji, jedynie niesmak,bezradność tej całej sytuacji głośno myśli.
Od ponad dwóch tygodni sprawa stoi w miejscu. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział.
Studenta znaleziono już w zaawansowanym rozkładzie ciała w kontenerze na śmieci.Pewnie nikt by go nawet nie znalazł gdyby nieziemski smród wydostający się stamtąd. Jego identyfikacja była utrudniona. Przy ciele nie było głowy. Głowę wrzucono do pobliskiej rzeki.
Prasa opisuje działania miejscowej policji jako niekompetentne... jak zwykle. I mają rację jesteśmy bandą kretynów.
Siedzę tak delektując się zapachem nocy, gdy nagle słyszę hałas.
Black Skalpel jak zwykle przychodzi ze swoim psem - czarnym Pit Bullem postrachem wszystkich w okolicy. Sam jest postacią komiczną wręcz tragiczną. Niski, koło trzydziestki z czarnymi włosami do ramion zawsze ubrany tak samo - w dresie. Wygląda bardziej jak handlarz podróbek perfum na targu niż ktos kto może coś wiedziec. Zawsze sądziłem że ma lekkie upośledzenie.
- Witam, w ten przepiękny wieczór sławnego Detektywa Hannesa, wysącza przez usta informator.
Widać że odczuwa radość i dumę. Policja znowu go potrzebuje a on znowu będzie wodził ich za nos. Takie czasy. Trzeba być jak piłka do tenisa i odbijać się we wszystkie możliwe strony.
Detektyw Hannes patrzy na karykature człowieka i jego psa.. wyglądają jak z komiksu.
Black Skalpel rozmażony myśli kiedy znajdą następne ciało i kiedy w końcu domyślą się że to on... że to on zabija.
Detektyw Jack Hannes siedział na ławce w parku czekająć na swojego informatora. Wieczór zapowiadał się całkiem ciekawie, zważywszy że Black Skalpel miał dla niego jakieś nowe informacje w związku z zabójstwem młodego studenta przy Regent street.
Gwiezdziste niebo i tylko latarnia oświetlająca to jakże straszne ponure miejsce o zmroku. Czy czuję strach? Nie odzuwam żadnych...
Słysząc znajomy głos wychylam głowę zza rogu, żeby się upewnić, czy to ta osoba. Jeden z obecnych mężczyzn, sięga po telefon i przykłada go do ucha. Podskakuję jak głupia, kiedy rozbrzmiewa dźwięk dzwonka w moim telefonie. Piwne oczy mojego prześladowcy od razu wędrują do źródła odgłosu.
- Nie ładnie tak podsłuchiwać. - Podchodzi bliżej. - Nie ładnie też robić mnie w wała.
- Poczekaj, to nie tak! - Wyciągam ręce przed siebie w geście obrony.
- Najbardziej nienawidzę zdrajców, mała. Po dwóch latach współpracy powinnaś to wiedzieć. - Uśmiecha się szyderczo. - Znaj jednak moją łaskawość. Masz 30 sekund forów na ucieczkę. Nie chciałbym być w twojej skórze, kiedy minie ten czas.
Nie czekając na nic więcej, rzucam się do biegu w przeciwnym kierunku. Niestety spowity mrokiem, ciemny zaułek nie ułatwia mi sprawy. Odbiegam zaledwie na kilka metrów, a już ląduję na ziemi, przez wystający kawałek rozwalonej kostki brukowej. Podnoszę się, przeklinając przy tym pod nosem i kontynuuję bieg.
W tej chwili jedynie chcę cofnąć czas. Wtedy wszystko byłoby inaczej. Nie uciekłabym z domu, bo rodzice wszystkiego mi zabraniali. Teraz zapewne siedziałabym z nimi przed telewizorem z miską popcornu, a nie szlajała się z gangsterami i nie walczyła teraz o życie.
Skręcam w lewą uliczkę prowadzącą prosto do lasu. Tam mam o wiele większe szanse na przetrwanie. Od jedynej deski ratunku dzieli mnie zaledwie kilka metrów.
Kiedy dobiegam do celu, czuję silny ból w okolicy prawej skroni. Od razu padam na ziemię oszołomiona. Nie dałby rady mnie dogonić tak szybko, więc to musi być jeden z jego pachołków. Po tym wymierza mi kolejne ciosy. Zwijam się jedynie, żeby osłonić głowę i brzuch.
- Ostatnie życzenie, mała? - Tym razem to już jego zdyszany głos.
"Mamo, tato, wybaczcie mi" - wypowiadam w myślach.
Słysząc znajomy głos wychylam głowę zza rogu, żeby się upewnić, czy to ta osoba. Jeden z obecnych mężczyzn, sięga po telefon i przykłada go do ucha. Podskakuję jak głupia, kiedy rozbrzmiewa dźwięk dzwonka w moim telefonie. Piwne oczy mojego prześladowcy od razu wędrują do źródła odgłosu.
- Nie ładnie tak podsłuchiwać. - Podchodzi bliżej. - Nie ładnie też robić mnie w wała.
...
- Garrick Wise, obyś miał dobry powód. – Mówię i sięgam do szuflady po broń. Lustrując wzrokiem jak zwykle eleganckiego biznesmena.
- Spokojnie Jon, mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia.
- A ja mam dla ciebie osiem gram ołowiu.
Wise uśmiecha się drapieżnie i siada na krześle przed moim biurkiem, jednocześnie wyciągając z kieszeni marynarki srebrną papierośnicę. Częstuje mnie, ale ja nie wykonuję żadnego ruchu. Cały czas trzymając dłoń na uchwycie pistoletu. W końcu sam bierze jednego i odpala od benzynowej zapalniczki. Bierze bucha i wypuszcza dym nosem.
- Jon przecież jesteśmy przyjaciółmi. Ja nie mam broni. Więc i ty odłóż swoją. Porozmawiajmy jak cywilizowani ludzie.
Kładę pistolet na stół.
- Mów
- Jon słyszałeś może legendę o Sercu Fabryki? – Kiwam głową – Więc pewnie również słyszałeś o Sk...
- Do rzeczy
- Poszliśmy do podziemi z kilkoma znajomymi jeden z nich tam został. A ja nie zostawiam przyjaciół w potrzebie.
- Nie
- Wiedziałem, że to powiesz
Garrick uśmiecha się. A ja czuję, że będą kłopoty. Jeszcze nie wiem o co chodzi, ale mój 6 zmysł podpowiada mi że to nie skończy się dobrze. Wise jeszcze raz sięga do marynarki. Nieśpiesznym ruchem jakby wykładał karty na stół w zwycięskiej partii pokera, kładzie przede mną odwrócone zdjęcie. Lewą ręką sięgam po fotografię, przyciągam ją bliżej siebie i odwracam.
Mona
Przez mózg przelatuje mi tysiąc nieuchwytnych myśli. A potem zrywam się z krzesła, podrywam broń i przykładam ją Gerrickowi do łba.
- Gdzie Ona jest?!
- W jednym z szybów
- Daj mi jeden powód, bym nie rozwalał ci łba!
- Tylko ja wiem, o który szyb chodzi
Pociągam za spust. Kula z prędkością początkową 400 metrów na sekundę wwierca się w mózg Wise’a i rozrywa mu czaszkę
Muszę iść do Starego Szybu i odnaleźć Monę. Nie mogli zejść głęboko, kto schodzi głęboko nigdy nie wraca
- Garrick Wise, obyś miał dobry powód. – Mówię i sięgam do szuflady po broń. Lustrując wzrokiem jak zwykle eleganckiego biznesmena.
- Spokojnie Jon, mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia.
- A ja mam dla ciebie osiem gram ołowiu.
Wise uśmiecha się drapieżnie i siada na krześle przed moim biurkiem, jednocześnie wyciągając z kieszeni marynarki srebrną papierośnicę. Częstuje...
Jest wieczór i wieje silny wiatr, który rozwiewa mi włosy. Zmierzam ciemnymi uliczkami w stronę swojego domu. Nie lubię tędy przechodzić, zawsze ogarnia mnie wtedy strach. Słyszałem wiele opowieści o tej dzielnicy i wiem, że różne rzeczy się tutaj zdarzyły. Nie wiem dlaczego akurat dzisiaj czuję się wyjątkowo nieswojo w tym miejscu. Może to przez ten wiatr, a może przez jakąś dziwną atmosferę wokół. Uliczka jest brudna, co chwilę czuję pod nogami jakieś śmieci. Nie widzę ich z powodu przytłaczającej ciemności, ale je wyczuwam. Zapach też nie należy do najprzyjemniejszych. Próbuję zająć czymś myśli i rozmyślam nad swoim życiem. Czy jestem z niego zadowolony? Myślę, że mogę tak powiedzieć, ale jedna myśl nie daje mi spokoju i nie daje o sobie zapomnieć. Jestem lekarzem i lubię swoją pracę, ale... Miałem raz trudny przypadek do zdiagnozowania i późniejszego leczenia, starałem się jak mogłem, naprawdę starałem (wtedy byłem o tym przekonany). Nic to nie dało, nie udało mi się pomóc temu mężczyźnie. Jego rodzina obwiniała mnie o to co się stało, ale czy słusznie? Zacząłem mieć dziwne wątpliwości, zastanawiać czy aby na pewno zrobiłem wszystko, a może nastąpiła jakaś pomyłka i... Nie dokończyłem myśli. Coś dużego uderzyło mnie głowę. W oczach mi zawirowało, poczułem na twarzy czyjś nieprzyjemny oddech i runąłem na jakieś śmieci. Zanim straciłem przytomność zdążyłem pomyśleć, że od przeszłości nie da się uciec, że to co zaprzątało moje myśli w końcu wyciągnęło po mnie swoje ręce. Jestem przekonany, że ma to związek z człowiekiem, któremu nie udało mi się pomóc. Mężczyzna, który mnie zaatakował wybrał sobie naprawdę godne uznania miejsce. Nie od dziś znana jest reputacja tej dzielnicy i być może już niedługo zostanie ogłoszone nowe morderstwo dokonane w tym miejscu, kolejne do kolekcji. Nie wiem co będzie ze mną dalej, nic już nie wiem, ale jedno jest pewne – nie wiadomo co czeka człowieka tuż za rogiem, a przeszłość daje o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie.
Jest wieczór i wieje silny wiatr, który rozwiewa mi włosy. Zmierzam ciemnymi uliczkami w stronę swojego domu. Nie lubię tędy przechodzić, zawsze ogarnia mnie wtedy strach. Słyszałem wiele opowieści o tej dzielnicy i wiem, że różne rzeczy się tutaj zdarzyły. Nie wiem dlaczego akurat dzisiaj czuję się wyjątkowo nieswojo w tym miejscu. Może to przez ten wiatr, a może przez...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej