-
Artykuły
Czytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać220 -
Artykuły
Za nami Gala Książka Roku 2025 – rekordowe głosy i zwycięzcy 11. edycji Plebiscytu Lubimyczytać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Od królewskich dworów do Hollywood
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Crime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać4
Biblioteczka
2026-02-09
2026-01-09
2026-01-01
2025-12-26
Najsłabsza z dotychczasowych powieści w serii. Główna bohaterka zajmuje się zbyt wieloma sprawami naraz, czytelnik przestaje już je odróżniać, bo jest ich tak wiele. Rozwiązanie wątku sióstr Hildur też jest niesatysfakcjonujące i nie tłumaczy motywacji, jakie nimi kierowały.
Gdyby rozpocząć czytanie książek Satu Rämö od „Jakoba”, to łatwo byłoby porzucić tę serię już w tym punkcie. Na szczęście jedna słabsza pozycja nie przekreśla całej serii.
Najsłabsza z dotychczasowych powieści w serii. Główna bohaterka zajmuje się zbyt wieloma sprawami naraz, czytelnik przestaje już je odróżniać, bo jest ich tak wiele. Rozwiązanie wątku sióstr Hildur też jest niesatysfakcjonujące i nie tłumaczy motywacji, jakie nimi kierowały.
Gdyby rozpocząć czytanie książek Satu Rämö od „Jakoba”, to łatwo byłoby porzucić tę serię już w tym...
2025-12-19
2025-11-26
2025-11-07
Tytuł i opis wydawcy wprowadzają w błąd, ponieważ to książka o Somalijczykach obojga płci, mniej więcej w podobnym wymiarze.
W 24. rozdziale autor pisze o somalijskich taekwondzistach i zaznacza, że uczestniczyli w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Nie dodaje, że w roli widzów. Prawdopodobnie w tej roli, bo jako sportowcy - nie. Ba, w kontynentalnym turnieju kwalifikacyjnym wystartował tylko jeden taekwondzista z Somalii. Przegrał pierwszą walkę i odpadł. Reprezentantów Somalii nie było więc podczas igrzysk 2016 i mam nadzieję, że to jedyna nieprawda w książce.
Tytuł i opis wydawcy wprowadzają w błąd, ponieważ to książka o Somalijczykach obojga płci, mniej więcej w podobnym wymiarze.
W 24. rozdziale autor pisze o somalijskich taekwondzistach i zaznacza, że uczestniczyli w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Nie dodaje, że w roli widzów. Prawdopodobnie w tej roli, bo jako sportowcy - nie. Ba, w kontynentalnym turnieju...
2025-09-11
Książka o robieniu filmu jest jak robienie filmu - ciekawie jest tego doświadczyć, choć to jednocześnie nudne.
Tom Hanks w kwestii kinematografii jest nieskończonym autorytetem, więc to właściwa osoba do opowiedzenia o tym, jak tworzy się film. Dla fanów aktora z pewnością ciekawe będzie odnajdywanie w „Arcydziele” nawiązań do rzeczywistości oraz odgadywanie, które z opisanych historii bazują na życiorysie autora.
Akcja jednak nie jest zbyt wartka, co w sumie można traktować jako atut, bo dobrze oddaje mozolną pracę przy tworzeniu filmu. Autor bardzo szczegółowo opisuje wprowadzane postaci, zajmuje to wiele stron, dzięki czemu czytelnik dobrze zapamiętuje kim jest dany bohater. Jednocześnie bywa to nużące i opóźnia właściwą akcję.
Ciekawym zabiegem jest zawarcie w jednej książce wielu gatunków literackich. Jest to oczywiście powieść, ale znajdują się w niej także komiksy, scenariusze, a także elementy wywiadu. Te ostatnie zaskakiwały najbardziej, były niespójne z resztą, ale ogółem nie było czuć przerostu formy nad treścią.
Wśród recenzji książki pojawiają się opinie, iż jest to hołd dla całej ekipy filmowej, która zwykle pracuje w cieniu. Owszem, nie tylko o reżyserze i aktorach traktuje „Arcydzieło”, ale jednak są oni głównymi postaciami powieści. Wspominanych jest wiele osób z cienia, lecz to nadal tylko ułamek ludzi pracujących przy filmie. To oczywiste, że trudno opowiedzieć o wszystkich bez szkody dla dynamiki fabuły, ale jeśli książka ma ponad pół tysiąca stron, to możnaby się tego spodziewać.
Opis ekipy filmowej jest też mocno naiwny, jeżeli spośród kilkuset osób pracujących przy tworzeniu obrazu tylko jedna jest rozwydrzoną gwiadeczką, a pozostali współracują w przyjaźni. Bardziej realistycznie byłoby odwrócenie proporcji, choć to zrozumiałe, że Tom Hanks nie chciał kalać własnego gniazda.
„Arcydzieło” w polskim wydaniu ma dobry tytuł (lepszy od oryginału), ładną okładkę i niewiele literówek. Małym problemem jest, że kod QR na końcu powieści zamiast do scenariusza prowadzi do pustej strony.
Podsumowując, debiutancką powieść Toma Hanksa warto przeczytać głównie dlatego, że jest debiutancką powieścią Toma Hanksa. Ot, z ciekawości, żeby samemu sprawdzić, czy geniusz aktorski może być geniuszem literackim. Ostatecznie czyta się nieźle, nie żałuję.
Książka o robieniu filmu jest jak robienie filmu - ciekawie jest tego doświadczyć, choć to jednocześnie nudne.
Tom Hanks w kwestii kinematografii jest nieskończonym autorytetem, więc to właściwa osoba do opowiedzenia o tym, jak tworzy się film. Dla fanów aktora z pewnością ciekawe będzie odnajdywanie w „Arcydziele” nawiązań do rzeczywistości oraz odgadywanie, które z...
2025-08-05
Minus jedna gwiazdka za redakcję powieści.
Wielkoliteroza (niewłaściwe używanie wielkich liter) prawdopodobnie wkrótce zostanie uznana przez WHO za jednostkę chorobową. Zwłaszcza, że jest już na etapie epidemii, a jej objawy pojawiły się także w „Nieboskłonie”. Na szczęście tylko dwukrotnie, ale niestety nie były to jedyne błędy, które jakimś sposobem przeszły korektę. Im bliżej końca książki, tym było ich więcej. A to „akta” zostały odmienione jak „akt”, więc wyszło, że prokurator chcąc złapać mordercę przegląda artystyczne fotografie nagich ludzi; a to doktor Zybert stał się nagle Zubertem, a to trafił się „Antonii” zamiast „Antoniego”, a to Blanka stała się Bianką, a to Blanka Krasucka zlała się z Mają Łańską i powstała z nich Blanka Łańska. W książce jest także trochę literówek i błędów typograficznych.
Powyższe pomyłki nie dyskwalifikują powieści, ale są bardzo poważną skazą na książce i renomie wydawnictwa. Było ich zbyt wiele. Nie podoba mi się także zbyt dramatyczna okładka, zwłaszcza, że autor opisuje wydarzenia, które odbywają się po cichu, tuż obok nas. Tego wszystkiego nie widać na pierwszy rzut oka, a okładka sugeruje hollywoodzki rozmach.
Powieść z kolei utrzymuje poziom „Pomroków”, a więc pierwszego utworu z cyklu książek o Michale Stróżu. O ile w „Pomrokach” autor świetnie oddał klimat małopolskiej wioski, o tyle w „Nieboskłonie” podobała mi się charakterystyka Nowej Huty. Mariusz Kanios opisał ją oszczędnie, a mimo wszystko tak, że dawało to wyobrażenie o miejscu akcji.
Narracja prowadzona na dwóch osiach czasu jest właściwie odseparowana, nie tworzy problemów ze zrozumieniem tekstu, nie miesza czytelnikowi w głowie. Ciekawym zabiegiem jest niedookreślenie przeszłości, dzięki czemu w zasadzie nie wiemy, kiedy toczy się akcja.
Powieść czyta się szybko i lekko, liczne zwroty akcji są sensownie uargumentowane, postaci są charakterystyczne i wielowymiarowe, wszystko dzieje się po coś i nie ma „pustych przebiegów”.
Dużym atutem książki jest fakt, że w momencie, gdy dowiadujemy się, kto popełnia zbrodnie, a dzieje się to bardzo wcześnie, to powieść nie traci tempa, a czytetlnik - zaangażowania. Zabieg ten budzi skojarzenie z „Panem Mercedesem” Stephena Kinga, gdzie w zasadzie od początku wszystko wiemy, a i tak z niecierpliwością czytamy dalej.
„Nieboskłon” to zatem naprawdę dobra powieść kryminalna, której czytanie daje dużo przyjemności, mimo trudnych tematów, o których traktuje.
Minus jedna gwiazdka za redakcję powieści.
Wielkoliteroza (niewłaściwe używanie wielkich liter) prawdopodobnie wkrótce zostanie uznana przez WHO za jednostkę chorobową. Zwłaszcza, że jest już na etapie epidemii, a jej objawy pojawiły się także w „Nieboskłonie”. Na szczęście tylko dwukrotnie, ale niestety nie były to jedyne błędy, które jakimś sposobem przeszły korektę. Im...
2025-07-21
2025-05-22
2025-05-07
Tytuł tej książki nie za bardzo koresponduje z treścią. To znaczy, prawdopodobnie nie koresponduje, bo nie do końca wiem, o czym ta książka jest, choć przyznaję, że w okolicach 200. strony przestałem próbować ją zrozumieć, a po prostu chciałem jak najszybciej skończyć.
Jaki tytuł byłby bardziej adekwatny? Na przykład „Chaos”. Alboj „Jak”, bo to najczęściej padające słowo w książce. „Jak” oraz „ jakby”. Porównania w powieści Igi Zakrzewskiej-Morawek były gargantuiczne. Gdyby usunąć je wszystkie wraz z następującymi po sobie synonimami, to książka prawdopodobnie byłaby broszurką mającą kilkadziesiąt stron. I jeżeli byłby to zabieg artystyczny, gdyby to się zdarzało tylko w przykładowym rozdziale 63, gdzie nagromadzenie metafor jest chyba największe, to człowiek pomyślałby, że po prostu nie zrozumiał zamysłu autorki. W związku z tym, że od słowa „jak” głowa boli także w wielu innych miejscach książki, to odbiorca już w ogóle nie chce myśleć, tylko dotrzeć do końca.
Czy ta powieść ma bohaterów? Tak. Ilu? Nie wiem. Być może właśnie o to chodziło autorce, żeby czytelnik miał wrażenie, że opisane historie oraz emocje mogą dziać się w każdym mieszkaniu, nie tylko u Bosej, Zośki i tej trzeciej, co to jest we „Wstydzie”, ale w sumie nie wiadomo kiedy, jak i po co. Wyszedł jednak chaos. „Chaos” i „jak”.
Plusem książki jest fakt, że autorka najwyraźniej miała na nią jakiś pomysł. Nie jestem pewien, czy udało jej się go zrealizować. Mam nadzieję, że nie, bo jeśli miało wyjść tak, jak wyszło, to trudno mi określić docelową grupę odbiorców tej powieści.
Podsumowując, od lat nie męczyłem się przy czytaniu aż tak bardzo.
Tytuł tej książki nie za bardzo koresponduje z treścią. To znaczy, prawdopodobnie nie koresponduje, bo nie do końca wiem, o czym ta książka jest, choć przyznaję, że w okolicach 200. strony przestałem próbować ją zrozumieć, a po prostu chciałem jak najszybciej skończyć.
Jaki tytuł byłby bardziej adekwatny? Na przykład „Chaos”. Alboj „Jak”, bo to najczęściej padające słowo w...
2025-04-24
2025-04-08
Warto przeczytać choćby dla rozdziału „Zielnik”. Pozostałe zaś mogą męczyć czytelnika, któremu okolice Orzeszkowa i Hajnówki nie są szczególnie bliskie, a także takiego, który nie potrafi przejść ponad uprzedzeniami autorki wobec Mazowsza.
Warto przeczytać choćby dla rozdziału „Zielnik”. Pozostałe zaś mogą męczyć czytelnika, któremu okolice Orzeszkowa i Hajnówki nie są szczególnie bliskie, a także takiego, który nie potrafi przejść ponad uprzedzeniami autorki wobec Mazowsza.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-03-28
2025-03-20
2025-02-21
Wreszcie książka, w której nie lubię głównego bohatera! Tak, jak i w „Domu bez klamek” Nina Warwiłow jest irytująca, nieprzyjemna i stanowi przykład osoby, z którą dobrze byłoby pracować, a jednocześnie zdrowo byłoby jej unikać w prywatnym życiu. Brawa dla Jędrzeja Pasierskiego za wykreowanie charakterystycznej bohaterki. Zdecydowanie główna postać powieści jest nieprzezroczysta, a to duży atut.
Podobnie jak „Dom bez klamek”, tak i „Roztopy” kończą się długim finiszem, jak powiedzieliby lekkoatleci oraz kolarze. Punkt kulminacyjny trudno nazwać punktem właśnie, skoro zajmuje mnóstwo stron. Autor potrafi jednak w tym czasie utrzymać napięcie, więc zdecydowanie nie jest to wada, a cecha jego twórczości. Podobnie zresztą, jak i leniwe zawiązanie akcji.
Pasierski wspaniale oddał w powieści klimat Beskidu Niskiego. Wieś stanowiąca główne miejsce akcji jest fikcyjną miejscowością, dzięki czemu można wyobrazić sobie, że fabuła rozgrywa się w dowolnym miejscu powiatu gorlickiego. Po lekturze, podobnie jak po rzeczywistych spacerach w Beskidzie Niskim, można odnieść wrażenie, że to, co przed rozwojem turystyki było atutem Bieszczadów, teraz jest zaletą północno-zachodniej części Łemkowszczyzny. Autor subtelnie, ale skutecznie reklamuje ten region.
W stosunku do „Domu bez klamek”, w „Roztopach” zwroty akcji są lepiej uzasadnione, działania bohaterów są bardziej logiczne, a czytelnik skuteczniej prowadzony na manowce.
Mankamentem może być fakt, że bohaterka odkrywa prawdę bez udziału czytelnika. Rozwiązuje zagadkę sama, a później wyjaśnia wszystko innym postaciom oraz odbiorcy powieści. Jeśli ktoś nastawi się więc, że będzie lepszym detektywem od Warwiłow, to ma iluzoryczne szanse powodzenia. Z drugiej strony zabieg ten podnosi poziom emocji.
Czas na kącik czepialstwa. Trudno mi zaakceptować chodzenie wydawnictw na łatwiznę (oraz „taniznę”) i korzystanie z Shutterstocka lub pokrewnych agencji przy tworzeniu okładki. W ten sposób na okładce książki, której akcja toczy się w Beskidzie Niskiem, mamy Apeniny. W porządku, okładka jest estetyczna i realistyczna, ale mimo wszystko liczyłbym na precyzyjniejsze odwzorowanie rzeczywistości oraz wsparcie rodzimych artystów poprzez zamówienie u nich porządanej fotografii.
Drugie zastrzeżenie: przedostatnie zdanie blurbu na tylnej okładzinie jest fałszywe (dotyczy II wydania z 2025 roku). Trudno napisać coś więcej, aby nie zdradzić treści, ale nie pasuje ono do fabuły.
Reasumując, „Roztopy” są świetnym kryminałem z wątkiem historycznym, o wiele lepszym od pierwszej części serii o Ninie Warwiłow. Jędrzej Pasierski ma charakterystyczny styl, zapewne nie każdemu pasujący, ale osadzenie powieści w Beskidzie Niskim okazało się kapitalnym pomysłem.
Wreszcie książka, w której nie lubię głównego bohatera! Tak, jak i w „Domu bez klamek” Nina Warwiłow jest irytująca, nieprzyjemna i stanowi przykład osoby, z którą dobrze byłoby pracować, a jednocześnie zdrowo byłoby jej unikać w prywatnym życiu. Brawa dla Jędrzeja Pasierskiego za wykreowanie charakterystycznej bohaterki. Zdecydowanie główna postać powieści jest...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to