-
Artykuły
„Ostatni smrek” Marii Gąsienicy-Zawadzkiej trzyma w napięciu do ostatniej strony
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nie jesteśmy skazani na powtarzanie błędów, ale jesteśmy na to podatni
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Gdy prawdy powiedzieć nie możesz, a kłamać nie chcesz
FioletowaRóża1 -
Artykuły
Sportowa opowieść o sile dziecięcego charakteru – „Akademia Piłkarska. #1 Gra się zaczyna”
LubimyCzytać2
Biblioteczka
2025-08-24
„Tajemnica Brokeback Mountain” Annie Proulx to krótka, ale zwarta historia miłości Ennisa i Jacka, której przyszło trwać około dwudziestu lat w realiach nieakceptujących odmienności. Najważniejsza jest tu ich relacja – silna i zakazana, bo społeczeństwo w tamtym czasie odrzucało homoseksualizm, traktując go jak coś, co należy piętnować. Proulx opisuje to w sposób bardzo surowy, niemal reporterski: bez zatrzymywania się na uczuciach, bez oddechu między kolejnymi wydarzeniami. W jednej chwili bohaterowie są młodzi, a zaraz potem dorośli – ich życie mija w kilku krótkich scenach. I choć brakuje tu emocjonalnych opisów, właśnie ta prostota sprawia, że historia działa i niczego więcej jej nie trzeba. Zakończenie pozostawia we mnie pewien smutek, przypominając, że nie każda miłość ma szansę na szczęśliwy finał, tak jak w tym przypadku. Tajemnica Brokenback Mountain to książka, która zachęciła mnie, by w końcu obejrzeć jej głośną ekranizację, uważaną za przełomową w historii kina. Polecam szczególnie osobom zainteresowanym literaturą LGBT+ – opowiadanie nie zachwyca formą, ale pozostanie w mojej pamięci.
„Tajemnica Brokeback Mountain” Annie Proulx to krótka, ale zwarta historia miłości Ennisa i Jacka, której przyszło trwać około dwudziestu lat w realiach nieakceptujących odmienności. Najważniejsza jest tu ich relacja – silna i zakazana, bo społeczeństwo w tamtym czasie odrzucało homoseksualizm, traktując go jak coś, co należy piętnować. Proulx opisuje to w sposób bardzo...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-08-21
2025-08-12
2025-08-03
2025-08-03
2025-08-02
Skończyłam i nie rozumiem oburzenia, że to niby nudne czy obrzydliwe – szczególnie w kontekście moralnym. To w ogóle nie jest książka, która ma wzruszać czy bawić. To historia o granicach człowieczeństwa, o tym, do czego może doprowadzić sztuka i obsesja. O zatraceniu i autodestrukcji. Gustaw tęskni za młodością i niewinnością, dlatego widzi w Tadziu ideał. Nie chodzi o zdobycie go, ale o to, by poczuć się tak doskonałym jak on.
Gustaw odzwierciedla Wenecję – dba o wygląd, maluje się, ukrywa chorobę, tak jak Wenecja udaje, że nie gnije od środka podczas epidemii. Do tego Mann sięga po filozofię i mitologię, gdzie temat fascynacji młodymi chłopcami już istniał. I właśnie z tej perspektywy – Gustaw jako Eros, Tadzio jako Agape. A końcówka? Moment, w którym Tadzio patrzy w stronę morza, a Gustaw umiera – dla mnie to symboliczne połączenie, nie fizyczne, ale duchowe. Zwycięstwo Agape nad Erosem.
Mogłabym o tym gadać godzinami. Po prostu dobra książka. Klasyka i tyle.
Skończyłam i nie rozumiem oburzenia, że to niby nudne czy obrzydliwe – szczególnie w kontekście moralnym. To w ogóle nie jest książka, która ma wzruszać czy bawić. To historia o granicach człowieczeństwa, o tym, do czego może doprowadzić sztuka i obsesja. O zatraceniu i autodestrukcji. Gustaw tęskni za młodością i niewinnością, dlatego widzi w Tadziu ideał. Nie chodzi o...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-08-01
2025-07-28
To nie jest książka o miłości. To nie jest letnia, wakacyjna opowieść o uczuciach, która zostawia po sobie coś namacalnego. To słodko-gorzka historia o zauroczeniu, które przeradza się w obsesję – zarówno duchową, jak i rzeczywistą. To opowieść o emocjonalnym uzależnieniu, które całkowicie pochłania. O relacji tak silnej, że kiedy się kończy, trzeba nauczyć się żyć na nowo – bez tej osoby, bez jej obecności.
Elio był do bólu szczery. Naiwny, czysty, całkowicie oddany uczuciom, które w nim rosły. Dla niego to była bliskość, która z każdą chwilą stawała się potrzebą – aż w końcu uzależnieniem. A Oliver? Oliver po prostu chciał przeżyć coś innego. Chwilowy flirt, letnia przygoda. Nic, co miałoby trwać więcej niż jego pobyt w domu rodziców Elio.
Od pierwszych stron wiadomo, że to nie skończy się happy endem. A mimo to bolało. Bolało aż za bardzo. Końcówkę ledwo byłam w stanie czytać – to, jak Elio cierpi, jak nie potrafi przestać o nim myśleć, jak kurczowo trzyma się każdego listu... Czuję się, jakby ktoś mnie emocjonalnie przeżuł i wypluł. Ta książka złamała mi serce i zostawiła po sobie żal oraz pustkę, z którą właściwie trudno cokolwiek zrobić.
Okrutna w swoim pięknie, genialna i poruszająca do bólu.
To nie jest książka o miłości. To nie jest letnia, wakacyjna opowieść o uczuciach, która zostawia po sobie coś namacalnego. To słodko-gorzka historia o zauroczeniu, które przeradza się w obsesję – zarówno duchową, jak i rzeczywistą. To opowieść o emocjonalnym uzależnieniu, które całkowicie pochłania. O relacji tak silnej, że kiedy się kończy, trzeba nauczyć się żyć na nowo...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-07-17
2025-07-04
2025-06-05
2025-05-29
2025-05-22
Zapraszam Was serdecznie na nową recenzję — dziś biorę na warsztat trzeci tom serii Tajne akta Vespera autorstwa Magdaleny Kozak. Jeśli lubicie militarne klimaty i wampiry, to enjoy!
„Nikt” Magdaleny Kozak to trzeci tom cyklu Tajne akta Vespera – obowiązkowa pozycja dla miłośników militarnej polskiej fantastyki z wampirami w roli głównej. Autorka po raz kolejny udowadnia, że wciąż jest w doskonałej formie, a seria nie traci ani tempa. Magda ponownie nie zawodzi: jej styl pozostaje konkretny, ostry i bezpretensjonalny, a mimo że znamy już dobrze jej sposób pisania, potrafi wciąż zaskoczyć świeżości. Ta kontynuacja nie tylko naturalnie rozwija wątki z dwóch poprzednich tomów, ale też wprowadza coś więcej – dojrzałość. Najbardziej widać ją w Vesperze, który przestaje być tylko pyskliwym, impulsywnym wampirzym „dzieciakiem”, a coraz wyraźniej staje się świadomym liderem, gotowym brać odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za innych. Już nie chodzi tylko o to, czego pragnie – teraz równie ważne staje się to, co gotów jest poświęcić, by osiągnąć cel. Ta przemiana nie przychodzi łatwo: rodzi się z bólu i straty, a każdy z tych etapów wyraźnie rezonuje z czytelnikiem.
Tym razem mamy mniej Nexa (łezka w oku) i mniej Strixa (łezka numer dwa), ale zamiast tego nasza uwaga skupia się na Vesperze i sytuacji, w której wszystko obraca się o 180 stopni. Bo tak – Nocarze i Renegaci dalej skaczą sobie do gardeł, mimo że to przecież ta sama krew z krwi. A teraz, kiedy coraz większą rolę zaczynają odgrywać ludzie – i to nie jako ofiary, ale jako zorganizowane, fanatyczne ugrupowanie polujące na każdego wampira, bez względu na to, po której stronie stoi – pytanie brzmi: czy wspólny wróg wystarczy, by stare urazy przestały mieć znaczenie?
Vesper, jak to Vesper, zaczyna tę część tak, jak już chyba ma w zwyczaju — znowu trafia do niewoli. Na początku pomyślałam: „serio, znowu?”, ale to tylko pozór powtarzalności. Bo to, co dzieje się potem, rozwija się zupełnie inaczej. Tym razem akcja nie skacze co chwilę z miejsca na miejsce ani nie pędzi na łeb, na szyję. Wszystko rozgrywa się niemal jak w kilku aktach i w stosunkowo krótkim czasie, co nadaje historii zupełnie inny klimat — napięty, pełen oczekiwania i niepokoju o to, co się wydarzy i kto wykona pierwszy ruch. Jakbyś nagle znalazł się w bunkrze z grupą ludzi, którym nie do końca ufasz, ale którzy są twoją ostatnią szansą na przeżycie.
Napięcie między frakcjami wampirów to istny majstersztyk. Magda doskonale rozegrała nie tylko akcją, ale też emocjami między bohaterami, ich spojrzeniami, wszystkimi tymi małymi gestami, które mówią „jeszcze jeden krok w złą stronę, a odstrzelę ci łeb”. Widać, jak trudno jest zbudować jakąkolwiek współpracę, nawet gdy w grę wchodzi wspólne przetrwanie. Autentyczność emocji i napięcie między bohaterami było tak gęste, że można by je kroić nożem – i ani przez chwilę nie traciło autentyczności.
A Vesper? Dzieje się coś, co bardzo lubię w wielotomowych historiach — postać dojrzewa na moich oczach. Już nie jęczy, nie histeryzuje, nie ucieka od obowiązku. Przeciwnie — przejmuje inicjatywę, podejmuje decyzje z ciężarem, i buduje coś z niczego. Z gówna bata niby nie ukręcisz, ale Vesper potrafi, i jeszcze tym batem trzepnie kogo trzeba. Jego nowa rola (o której nie powiem wprost, bo to spojler do zakończenia książki) może odmienić cały układ sił, a wręcz strukturę wampirzych rodów. Cholernie jestem ciekawa, jak sobie z tym poradzi. Ale Vesper to nie jedyny bohater, na którym skupia się akcja. W tym tomie sporo dzieje się też wokół duetu Ultor–Aranea, których relacja wybucha z niespodziewaną siłą. To nie jest zwykły romans ani dramat — to napięcie, które odsłania prawdziwe oblicza tych postaci, ukryte pod maską obowiązków i lojalności, i wnosi do historii nową, świeżą energię.
W tle pojawia się jeszcze jeden wątek, który może mieć ogromne konsekwencje — tajemnicza substancja, zdolna wpływać na samą esencję tego, czym są wampiry. Antysymbiot (czy jak kto woli: potencjalny game changer). Choć wiele jeszcze nie wiadomo, czuć wyraźnie, że to coś więcej niż naukowa ciekawostka. Magda sprytnie podrzuca ten temat, zostawiając nas z niepokojem i ciekawością, co przyniesie kolejny tom.
Z całego serca mogę powiedzieć, że Nikt to książka, która nie tylko nie zawodzi, ale potrafi jeszcze bardziej wciągnąć niż poprzednie tomy. Ta seria to prawdziwa perełka na polskim rynku – militarna fantastyka z wampirami w roli głównej, której u nas po prostu brakuje. To opowieść o zaufaniu, odpowiedzialności i lojalności, gdzie czasem, żeby przetrwać, trzeba spojrzeć w oczy swojemu największemu wrogowi i powiedzieć: „Dzisiaj gramy razem, ale nie odwracaj się plecami, bo cię zabiję.” Polecam każdemu, kto szuka fantastyki z jajami, charakterem i historią, która mimo prostoty swojej opowieści zostaje z tobą długo po zamknięciu ostatniej strony. A jeśli kochasz klimat Wampira: Maskarady, to ta seria jest wręcz stworzona dla ciebie — polska, konkretna, pełna mroku i emocji, których nie znajdziesz nigdzie indziej.
A ja? Już niedługo sięgnę po Młodego i po raz pierwszy nie wiem kompletnie, czego się spodziewać.
Ogromne podziękowania dla wydawnictwa Warbook za przesłanie egzemplarza do recenzji.
Zapraszam Was serdecznie na nową recenzję — dziś biorę na warsztat trzeci tom serii Tajne akta Vespera autorstwa Magdaleny Kozak. Jeśli lubicie militarne klimaty i wampiry, to enjoy!
„Nikt” Magdaleny Kozak to trzeci tom cyklu Tajne akta Vespera – obowiązkowa pozycja dla miłośników militarnej polskiej fantastyki z wampirami w roli głównej. Autorka po raz kolejny udowadnia,...
2025-05-09
Japonia. Klimat ery wiktoriańskiej. Steampunk. Takie połączenie? Biorę w ciemno! „Nerwy ze stali”, pierwszy tom cyklu „Kroniki Wiecznotrwałego”, to książka (właściwie składająca się na trzy powiązane ze sobą opowiadania), która owiała mnie swoją świeżością i pomysłem, zanim jeszcze zdążyłam dobrze zagłębić się w fabułę. Autorka oferuje czytelnikowi alternatywną rzeczywistość Tokio z 1886 roku – pełną pary, metalu i moralnych dylematów, gdzie technologia idzie ramię w ramię z emocjami – bólem, stratą i... odkupieniem.
Pewnie nikogo to już nie zdziwi po tym wstępie, ale nie mogłam się oderwać. Dosłownie. Musiałam się hamować, żeby nie wrócić do lektury – nawet w pracy. To po prostu świetnie napisana książka, osadzona w niezwykle klimatycznej Japonii, pełnej wiktoriańskiego klimatu i tajemnicy, a jednocześnie nasycona uczuciem i bardzo dobrym warsztatem. To ten rodzaj książki, który nie daje spokoju. Nie tylko dlatego, że chcesz wiedzieć, kto stoi za intrygą, ale również to, co dalej się wydarzy i dlaczego bohaterowie podejmują właśnie takie, a nie inne decyzje. Wraz z Yukim obserwujemy zepsuty świat, w którym każda kolejna tajemnica jest gorsza od poprzedniej, a zaufanie staje się towarem deficytowym.
Od dawna szukałam czegoś, co zaoferuje mi takie połączenie. Kiedyś na Fantastycznej Karczmie szukałam czegoś podobnego do gry Lies of P — tam też jest ten steampunkowy klimat i duszna atmosfera. Podobnie jak w jednym z moich ulubionych survival horrorów, Amnesia: A Machine for Pigs. To właśnie ten industrialny nastrój połączony z rozważaniami o ludzkiej moralności i granicach, do jakich można się posunąć, to moje ulubione zestawienie. Książka „Nerwy ze stali” potrafi wywołać niepokój bez przesadnej egzaltacji, tylko w subtelny sposób, budując napięcie małymi kroczkami.
Anna van Steenbergen stworzyła Tokio, które zachwyca i robi wrażenie — surowe, pełne pary i elektryczności, tak prawdziwe, że aż trudno uwierzyć, że to tylko fikcja. Szczególnie zafascynowały mnie automely – zaawansowane protezy działające jak prawdziwe części ciała, oraz wiecznotrwałe serce – techniczny cud, który jednocześnie stał się zalążkiem tragedii. Ta wizja steampunkowego społeczeństwa, gdzie technologia powoli wymyka się spod kontroli, naprawdę mnie poruszyła.
Postacie w „Nerwach ze stali” wyróżniają się złożonością i wielowymiarowością, znacznie odbiegającą od utartych schematów znanych mi z wielu książek. Każdy z nich nosi w sobie zarówno dobrą, jak i złą stronę, a ich trudne wybory nadają historii realizm. Yukimura Sanada to zamknięty w sobie, inteligentny mężczyzna zraniony przez życie, którego decyzje bywają niełatwe do przyjęcia, ale pozostają wiarygodne. To jeden z moich ulubionych typów charakterów w literaturze – niejednoznaczny, pokiereszowany, ale wciąż walczący o resztki nadziei. Właśnie to sprawia, że jest tak realistyczny – prawdziwy, pełen sprzeczności, taki, którego emocje nie są mi obce. Relacja z inspektorem Fujitą? Mistrzostwo. Szorstka, pełna napięcia, gniewu, bólu, ale też fascynująca w swojej intensywności. Ich drogi krzyżują się w sposób, który nie pozwala odłożyć książki. Ich konfrontacje są opisane w bardzo dobry sposób. No i Toru. Kto mnie zna, ten wie, że jeśli w książce pojawia się kot – już jestem kupiona. A ten kot to nie tylko uroczy towarzysz. Toru jest idealnym akcentem wznoszącym ciepło, ale coś w rodzaju symbolicznego spokoju w świecie pełnym bólu, przemocy i śmierci.
Bardzo doceniam, jak przystępnie i z wyczuciem autorka przedstawiła trudniejsze zagadnienia. Neuroinżynieria, etyka, granica między człowiekiem a maszyną – mogłyby zostać podane w sposób suchy i nużący, a tymczasem Anna van Steenbergen zgrabnie łączy naukę z pasjonującą narracją. Przypisy są pomocne i klarowne, dzięki czemu nawet mniej zaznajomiony czytelnik nie gubi się w świecie książki i łatwo wyobraża sobie panujący w niej porządek. Język? Jest prosty i klarowny, a jednocześnie obrazowy, co pozwala łatwo odnaleźć się w fabule, nawet jeśli poruszane zagadnienia bywają dość skomplikowane.
„Nerwy ze stali” to znacznie więcej niż dobrze napisana książka. To opowieść o granicach – tych moralnych, między człowiekiem a maszyną, między sprawcą a ofiarą, osadzona w klimacie czasu wielkich przemian i niepewności. Książka stawia pytania o to, gdzie kończy się geniusz, a zaczyna niebezpieczna obsesja, a także czy twórca przełomowego wynalazku ponosi odpowiedzialność za jego konsekwencje. Akcja rozgrywa się w alternatywnej Japonii po upadku szogunatu, co nadaje całej historii unikalny, steampunkowy charakter.
Cieszę się ogromnie, że miałam możliwość zrecenzować tę książkę. Dziękuję serdecznie autorce, że się do mnie odezwała – to była prawdziwa przyjemność i jedna z tych historii, o których chce się po prostu mówić. Już poleciłam ją całej ekipie Karczmy i zamierzam polecać dalej, bo to solidna pozycja dla każdego, kto ceni dobrze przemyślaną i pełną charakteru literaturę steampunkową. Jeśli więc szukacie czegoś innego niż utarte schematy, zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę.
Japonia. Klimat ery wiktoriańskiej. Steampunk. Takie połączenie? Biorę w ciemno! „Nerwy ze stali”, pierwszy tom cyklu „Kroniki Wiecznotrwałego”, to książka (właściwie składająca się na trzy powiązane ze sobą opowiadania), która owiała mnie swoją świeżością i pomysłem, zanim jeszcze zdążyłam dobrze zagłębić się w fabułę. Autorka oferuje czytelnikowi alternatywną...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-04-15
2025-04-14
Jak zapewne wielu z Was, Fantastyczni, pamięta — w 2024 roku nasze szacowne grono Fantastycznej Karczmy miało wielką przyjemność patronować „Śmiałej”, ostatniej części wspaniałego cyklu space opera, Skyward Brandona Sandersona. I choć „Śmiała” stanowiła zakończenie głównej historii Spensy, wcale nie oznaczało to, że to już koniec całego uniwersum. W tym roku ponownie mamy zaszczyt przyjąć pod nasze patronackie skrzydła nową książkę osadzoną w tym niesamowitym uniwersum – „Eskadrę do gwiazd”. To zbiór trzech minipowieści autorstwa Brandona Sandersona, tym razem w kolaboracji z Janci Petterson, wydanych w jednym tomie przez wydawnictwo Zysk i S-ka. To opowieść, która nie tylko bardzo dobrze uzupełnia główną serię, ale wręcz ją dopełnia – emocjonalnie, fabularnie i pod względem światotwórstwa. Czy można naprawdę zrozumieć ogrom tej historii i świata, jeśli słyszy się ją tylko jednym głosem? I co odkryjemy, gdy wsłuchamy się w tych, którzy dotąd stali w cieniu? Tym bardziej, zapraszam i zachęcam Was Fantastyczni do lektury recenzji patronackiej – opowieści o lojalności, odkrywaniu własnej tożsamości i walce o wolność w blasku gwiazd!
„Eskadra do gwiazd” to trzy historie: „Sunreach”, „ReDawn” i „Evershore”. Każda z nich opowiedziana jest z innej perspektywy – FM, Alanik i Jorgena – postaci, które do tej pory pełniły w cyklu raczej role drugoplanowe, dodały one coś wyjątkowego. I choć „Skyward” to przede wszystkim historia Spensy, to nowele pokazują, że bohaterów warto szukać też poza główną linią frontu. Warto zaznaczyć, że choć „Eskadra do gwiazd” w Polsce ukazała się po premierze „Śmiałej”, jej fabuła w rzeczywistości osadzona jest pomiędzy drugim a trzecim tomem głównego cyklu – czyli pomiędzy „Wśród gwiazd” a „Cytoniczką”, stanowiące kluczowe połączenie między wydarzeniami znanymi z głównej osi fabularnej. Te trzy historie tworzą wspólnie pełnowymiarową opowieść – integralną, emocjonalną i kluczową dla zrozumienia dalszego biegu wydarzeń w uniwersum Skyward. Jeśli, tak jak ja, mieliście wrażenie, że dwa ostatnie tomy pozostawiły was z pewnym niedosytem – z meritum historii, który umykał, z wątkami nie do końca domkniętymi i brakiem odpowiedzi – to ten tom przynosi wyczekane wyjaśnienia.
Janci Patterson zrobiła tu fenomenalną robotę – z pełnym wyczuciem i miłością do świata Skyward, tchnęła życie w bohaterów, których dotąd znaliśmy raczej z boku i jako przyjaciół Spensy. Szczególnie widać to w przypadku FM – jej historia nie tylko rozwija delikatnie wątek romantyczny (którego nie chcę spojlerować, a który był cudownie subtelny!), ale przede wszystkim pogłębia temat tajemniczych ślimaków i hipernapędów. Wreszcie czuć, że te elementy ze świata Skyward mają swoje konkretne znaczenie – i nie są jedynie czymś co dla Spensy wydawało się tak oczywiste. Najmniej podobała mi się „ReDawn”. Może dlatego, że nie jestem wielką fanką samej Alanik – być może przez jej powściągliwość emocjonalną albo sposób narracji, który nie porwał mnie tak jak pozostałe. Ot, postać na mocne 5/10 – nie wzbudzała mojej sympatii, choć bez niej ta historia nie byłaby kompletna. Ale i tak warto przeczytać – zwłaszcza że wątki polityczne związana z planetą i nadciągającą wojną na ReDawn był bardzo ciekawie poprowadzona. Podobała mi się dynamika relacji narratorki tego opowiadania z Jorgenem, uważam ją za zdecydowanie wartą uwagi. No i w tym momencie, Alanik ma niejako wpływ na rozwój Jorgena oraz jego cytoniki. I wreszcie – Jorgen. Mój ulubieniec. Bohater, który z każdym kolejnym tomem coraz bardziej zyskuje moją szczerą sympatię. W opowieści z jego perspektywy, pojawiają się ponownie rasa Kitsenów – znana już z głównego cyklu, ale tym razem poznajemy innych mieszkańców planety Evershore. Oprócz brawurowej odwagi w tych małych ciałkach, wielkich pokładów honoru i charakterystycznej waleczności, dostajemy okazję zobaczyć, jak budowana hierarchia ich świata i jak funkcjonują. To znacznie więcej niż to, co mieliśmy okazję poznać za sprawą Hesha, Kitsena towarzyszącego Spensie. A sama historia Jorgena – emocjonalna, intensywna i pełna zwrotów akcji, zwłaszcza pod sam koniec – to prawdziwa perełka w tej książce i myślę, że ogólnie mocno niedoceniony bohater. Wiele osób na wzmiankę o tym cyklu widzi tylko Spensę, a jej przyjaciele mieli ogromny wpływ na całokształt świata Skyward. Lecz to właśnie Jorgen przyniósł mi najwięcej emocji, wzruszeń i łez.
To, co najbardziej podobało mi się w „Eskadrze do gwiazd”, to fakt, że Janci Patterson potrafiła sprawić, że postacie nabrały charakteru, a które do tej pory pozostawały w cieniu Spensy. Dzięki niej FM, Alanik i Jorgen stali się pełnoprawnymi bohaterami – z własnymi motywacjami, marzeniami, lękami. I to właśnie te emocje – uczucia, relacje, momenty zawahania – sprawiają, że ta książka zostaje w sercu. Bitwa kulminacyjna pod koniec trzeciej opowieści to jeden z tych momentów, kiedy naprawdę nie mogłam oderwać się od książki. Cała akcja była tak emocjonująca, czytałam ze łzami w oczach – była to jeden z najbardziej poruszających momentów całego cyklu.
„Eskadra do gwiazd” nie tylko dopełnia Skyward – ona go wspaniale wzbogaca. Tłumaczy działanie cytoniki, ślimaków, hipernapędów, a przy tym nie zatraca się aż tak w technologi. Zamiast tego daje nam to, co w tej serii najcenniejsze – postacie z krwi i kości i cudowną przygodę. I choć nie jest to typowy styl dla Sandersona, to Janci Patterson udowodniła, że świetnie odnajduje się w tym uniwersum. Jest bardzo ciekawie, jest tak jak powinno być. Dużym plusem tej książki jest też to, że stylistycznie nowele mimo wszystko są bardzo spójne z resztą serii. Czuć ten sam rytm, to samo tempo, lecz trochę inny humor i emocjonalną głębię. To nie są dodatki – to pełnoprawna część historii, którą warto poznać. Mocno wzbogaca świat Skyward, odkrywając tajemnice cytoniki i przedstawiając nową perspektywę na znane nam rasy z poprzednich tomów. Janci Patterson świetnie poradziła sobie z tym zadaniem, wzbogacając uniwersum Sandersona o głębię emocji i złożoności. Widać, że miała wsparcie w budowaniu świata, aby to, co zrobiła, było naprawdę wyjątkowe i na miarę całego cyklu.
„Eskadra do gwiazd” to znakomite uzupełnienie cyklu Skyward, które w bardzo naturalny sposób łączy wydarzenia pomiędzy „Wśród gwiazd” a „Cytoniczką”. Dzięki Janci Patterson bohaterowie, którzy wcześniej pełnili raczej drugoplanowe role, teraz stają się pełnoprawnymi bohaterami. Dla mnie, jako osoby, która od pierwszego tomu pokochała Skyward całym sercem, „Eskadra do gwiazd” była prawdziwym odkryciem – jedną z najlepszych części całego cyklu. Szczerze, już planuję powrót do „Cytoniczki” i „Śmiałej” – a może nawet całej serii, by spojrzeć na nią z nowej, pełniejszej perspektywy. „Eskadra…” to nie tylko trzy historie – to powrót do uniwersum, który pokochałam. Bo w końcu w uniwersum Skyward nawet najmniejsza postać może mieć wpływ na losy galaktyki.
A Wy? Mieliście okazję sięgnąć już po te mini opowieści?
Serdecznie dziękujemy Zysk i S-ka Wydawnictwo za egzemplarz recenzencki i możliwość uczestniczenia w kolejnej wspaniałej przygodzie!
Jak zapewne wielu z Was, Fantastyczni, pamięta — w 2024 roku nasze szacowne grono Fantastycznej Karczmy miało wielką przyjemność patronować „Śmiałej”, ostatniej części wspaniałego cyklu space opera, Skyward Brandona Sandersona. I choć „Śmiała” stanowiła zakończenie głównej historii Spensy, wcale nie oznaczało to, że to już koniec całego uniwersum. W tym roku ponownie mamy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-03-30
„Król Kruków” Maggie Stiefvater to książka, do której wracam jak do ukochanych wspomnień – słońce, lato, magia Henrietty… To klimat, który chwycił mnie za serce już 5 lat temu i właśnie zrobił to po raz kolejny. To opowieść, która dosłownie pachnie przygodą i przyjaźnią. Ekipa bohaterów? Absolutnie top. Ronan Lynch i Gansey? Cudowni, każdy z nich z niepowtarzalnym vibem. To, jak rozwija się przyjaźń w całej paczce – bez zbędnego „pitu pitu”, za to z prawdziwym serduchem – to coś naprawdę pięknego. Obserwowanie, jak zżywają się coraz mocniej, jak budują wzajemne zaufanie, daje mnóstwo satysfakcji. A wątek z królem kruków? Intrygujący, tajemniczy, pełen napięcia i starych legend – świetnie poprowadzony. Totalnie mnie kupił. To już mój drugi reread i tylko utwierdzam się w tym, jak bardzo kocham ten cykl. A kolejne tomy? Oczywiście, że będą czytane!
„Król Kruków” Maggie Stiefvater to książka, do której wracam jak do ukochanych wspomnień – słońce, lato, magia Henrietty… To klimat, który chwycił mnie za serce już 5 lat temu i właśnie zrobił to po raz kolejny. To opowieść, która dosłownie pachnie przygodą i przyjaźnią. Ekipa bohaterów? Absolutnie top. Ronan Lynch i Gansey? Cudowni, każdy z nich z niepowtarzalnym vibem....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-03-27
2025-03-22
Ta książka to moja nowa obsesja. Po skończeniu jej, ryczałam ponad godzinę mocząc kartki swoimi łzami. Totalnie mnie pochłonęła, zmiażdżyła emocjonalnie i zostawiła w ogromnej rozsypce. Bohaterowie są absolutnie hipnotyzujący – ich relacja ewoluuje od głębokiej prawdziwej przyjaźni, przez fascynację, lojalność, aż po obsesję, która sprowadziła ich na sam kraniec do finałowej tragedii. To, jak zmieniają się ich więzi pod wpływem strachu, presji i tajemnicy, jest jednocześnie piękne i przerażające. Najbardziej uderzyło mnie to, jak autorka pokazuje reakcje przyjaciół na morderstwo – jak ich świat, tak skrupulatnie zbudowany na lojalności i wspólnej pasji, powoli się rozpada w pył.
Każda decyzja bohaterów ma swoje konsekwencje. Nie są one przypadkowe – wynikają z ich charakterów, ambicji i relacji, którą budowali między sobą przez lata. To ich wybory napędzają fabułę do finału, sprawiając, że ta historia nie mogłaby potoczyć się inaczej. Każdy ruch, każde spojrzenie, każde słowo wydaje się mieć ukryte znaczenie w tej powieści.
Styl M. L. Rio jest intensywny, przepełniony dramatyzmem, nacechowany emocjami – i działa to fenomenalnie. Każde wypowiedziane zdanie buduje atmosferę, wciągając mnie w mroczny, teatralny świat, w którym granica między rzeczywistością a sztuką zaciera się coraz bardziej. Dark academia to gatunek, który pochłaniam w ogromnych ilościach, i mogę śmiało powiedzieć – ta książka jest jego kwintesencją. Kocham, kocham i jeszcze raz kocham!
Fabuła rozwija się powoli, zwłaszcza w pierwszej połowie, gdzie pozornie niewiele się dzieje. Ale właśnie ten moment jest kluczowy – pozwala nam zrozumieć bohaterów, zbliżyć się do nich, zauroczyć się światem widzianym ich oczami. Dzięki temu, gdy historia nabiera tempa, emocje uderzają ze zdwojoną siłą. Szczególnie zachwyciło mnie to, jak bohaterowie są całkowicie pochłonięci teatrem – ich pasja i oddanie sprawiają, że granie ról nie kończy się na scenie. Ich życie staje się dramatem Szekspira, a oni sami aktorami w historii.
Klimat tej książki to mistrzostwo. Stary zamek przerobiony na akademię, zimowa sceneria, ciemny las i jezioro otaczające kampus – to wszystko buduje klimat, w którym niepokój miesza się z melancholią. A w samym centrum tej scenerii – oni, utalentowani, ambitni, pełni tajemnic i destrukcyjnych pragnień. Cytaty z Szekspira i całe sceny jego dramatów, odgrywane przez bohaterów z pasją, dopełniają ten obraz, czyniąc go jeszcze bardziej intensywnym.
Nie wiem, czy potrafię ubrać w słowa wszystko, co czuję po tej książce. Wiem tylko jedno – to historia, która pozostanie we mnie jeszcze na bardzo długo. I choć rozerwała moje serce na tysiąc kawałków, to właśnie dlatego jest arcydziełem.
Ta książka to moja nowa obsesja. Po skończeniu jej, ryczałam ponad godzinę mocząc kartki swoimi łzami. Totalnie mnie pochłonęła, zmiażdżyła emocjonalnie i zostawiła w ogromnej rozsypce. Bohaterowie są absolutnie hipnotyzujący – ich relacja ewoluuje od głębokiej prawdziwej przyjaźni, przez fascynację, lojalność, aż po obsesję, która sprowadziła ich na sam kraniec do...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Książka "Trzech panów w łóżku nie licząc kota" Na początku kompletnie mnie nie wciągnęła. Adam – główny bohater – wręcz mnie irytował. Nie chodzi o to, że miał depresję, tylko o jego sposób bycia, irytowała mnie jego sama osoba. Jednak, coś się we mnie przełamało około czwartego rozdziału. Może dlatego, że z czasem książka odsłania swoje prawdziwe oblicze: bo to nie tylko opowieść o środowisku gejowskim z początku lat 2000, ale przede wszystkim historia o depresji, samotności, tęsknocie za bliskością i próbie poskładania siebie na nowo.
To, co mnie najbardziej poruszyło, to obecne wątki społeczne. Autor odniósł się między innymi do realnego wydarzenia – jak chociażby do wystawy Karoliny Breguły „Niech nas zobaczą”. Dla mnie – osoby, która pisała pracę magisterską o nieheteronormatywności w sztuce – to było bardzo autentyczne i ważne. Widać, że Żurawiecki nie pisał tej książki „z głowy”, tylko oparł ją o ówczesnej rzeczywistości.
Choć akcja dzieje się w realiach Polski sprzed 20 lat, przekaz książki jest w wielu miejscach ponadczasowy. Tematy depresji, żałoby po stracie kogoś z kim spędziło się wiele lat, poszukiwania miłości i akceptacji są uniwersalne. Ale jednocześnie trzeba przyznać – trochę czuć, że to już inna epoka. Dziś w wielu środowiskach (zwłaszcza artystycznych w których najbardziej się obracam) mówi się o homoseksualności znacznie głośniej i odważniej. Jednak wtedy – w Polsce początku lat 2000 – było to nadal tabu i kontrowersja.
Muszę przyznać, to nie jest powieść dla każdego – ma swój chaos, swoją specyficzną narrację, ironię i ukryte emocji. Ale jeśli da się jej szansę, to okazuje się bardzo prawdziwą i momentami wzruszającą lekturą.
Książka "Trzech panów w łóżku nie licząc kota" Na początku kompletnie mnie nie wciągnęła. Adam – główny bohater – wręcz mnie irytował. Nie chodzi o to, że miał depresję, tylko o jego sposób bycia, irytowała mnie jego sama osoba. Jednak, coś się we mnie przełamało około czwartego rozdziału. Może dlatego, że z czasem książka odsłania swoje prawdziwe oblicze: bo to nie tylko...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to