Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Gdyby tak sięgnąć pamięcią wstecz pewnie nie raz złapalibyśmy się na takiej myśli: jest mi tak fajnie, tak dobrze, że chciałbym/chciałabym, by to trwało wiecznie, by czas się zatrzymał. Już wielki Goethe pisał w „Fauście”: „Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna”. Maja Lunde w swojej ostatniej powieści zatrzymała czas. Dosłownie. Co to oznacza? W świecie przyrody: zwierząt, roślin wszystko toczy się swoim trybem, jedynie dla ludzi czas się zatrzymał. Można właściwie powiedzieć: dzień jak co dzień. Tymczasem … nagle nikt nie umiera, nikt się już nie rodzi, choroba u śmiertelnie chorej osoby nie rozwija się. Komórki się nie dzielą, włosy i paznokcie nie rosną, a na giełdzie nie rosną stopy procentowe. Ellen, pracownica zakładu pogrzebowego czeka nadaremnie przy telefonie na zgłoszenia nowych zgonów. Jakob i Lisa z utęsknieniem czekają na przyjście na świat ich dziecka, które w zaistniałej sytuacji nie rodzi się, przestaje rozwijać się w brzuchu matki. Ta całkiem nowa rzeczywistość zmienia nastawienie ludzi do życia. Otto – ogrodnik, zna cykle w przyrodzie, obserwuje przemijanie. Dojrzewanie, starość nie są dla niego nowym tematem. Jednakże ze zdumieniem obserwuje, jak jego wiekowa żona, emerytka Margo, chce hucznie celebrować życie i wyjechać w podróż. Tymczasem kochający rośliny mąż Otto nie chce zostawić samych kwiatów na balkonie. Wręcz dokupuje nowe okazy, przesadza te, które nowy właściciel pozwolił mu zabrać z ogrodu znajdującego się przy niedawno sprzedanym domu. Dźwiga worki z ziemią, donice z roślinami na wysokie piętro w ich nowym bloku. Dla fotografki Jenny nie ma nic lepszego niż spędzenie czasu z rodziną w letnim domu. Korzysta z każdej wolny minuty, by być z dziećmi i mężem. Mimo to nie może oprzeć się wrażeniu, że omija ją coś ważnego. Wszyscy zastanawiają się, co się stało. Każdy ma swoją teorię na ten temat: od wielkich tego świata, przywódców, naukowców po szarych ludzi, których dotknęło … nieprzemijanie. Przez co zostało ono spowodowane? Może to jakiś spisek, może wirus, a może jakieś zaklęcie z dawnych czasów. I dlaczego cykl stawania się i przemijania trwa nieprzerwanie w swojej przyrodzie? W swojej nowej powieści Maja Lunde pisze z wyczuciem i ciepłem o życiu w teraźniejszości, o naszej własnej skończoności i naszym związku z naturą.

To książka, po lekturze której długo ma się ją w głowie. Podobnie jak inne książki Lunde. My, mieszkańcy planety w kryzysie obfitości. Właściwie można się nawet pokusić o stwierdzenie, mamy tak wiele, czego jeszcze chcielibyśmy? Może faktycznie, do szczęścia brakuje nam zatrzymania czasu, aby chwila trwała dłuuuugo, a może i wiecznie. Czy to dałoby nam szczęście? Przekonajcie się sami, do czego taka przerwa w czasie mogłaby doprowadzić. Człowiek współczesny musi sobie uświadomić, że nic nie trwa wiecznie, że kiedyś nasz czas przeminie – niezależnie od tego kim jesteśmy i co posiadamy. Według przemijającego czasu wszyscy jesteśmy równi.

Gdyby tak sięgnąć pamięcią wstecz pewnie nie raz złapalibyśmy się na takiej myśli: jest mi tak fajnie, tak dobrze, że chciałbym/chciałabym, by to trwało wiecznie, by czas się zatrzymał. Już wielki Goethe pisał w „Fauście”: „Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna”. Maja Lunde w swojej ostatniej powieści zatrzymała czas. Dosłownie. Co to oznacza? W świecie przyrody: zwierząt,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ojciec Freda wyrusza na wojnę, chłopiec zostaje sam z matką. By mieć kontakt z tatą, Fred rozmawia z nim za pośrednictwem … wywietrznika. Być może brzmi to dziwnie, ale gdy przeczytacie książkę wszystko zrozumiecie. Zwierza mu się z problemów dnia codziennego. Opowiada o swojej tęsknocie za nim, zakochaniu się w Elsie dziewczynce z klasy.
„-Kocham się w Elsie z mojej klasy.

-Oj – syknął.- Kochać to wielka sprawa.

-Wiem. To powiedzmy, że trochę się zakochałem. W każdym razie sporo o niej myślę. I robi mi się ciepło, jak tylko na nią popatrzę.

-To dobrze – odparł tata. – Praktyczna rzecz w takie mrozy”.
Kiedy przeczytałam ten fragment pomyślałam sobie: jest piękny w swojej prostocie. Rozmowa z ojcem o uczuciach do dziewczyny. Wydaje mi się, że takie coś raczej rzadko się zdarzało i nadal rzadko się zdarza. Bo nastolatki lubią mieć swoje sekrety zwłaszcza przed rodzicami. Przez myśl przemknęło mi nawet: szwedzki tato z wywietrznika jak ja ci zazdroszczę. Też chciałabym kiedyś, by moi synowie tak zwierzali mi się ze swoich sekretnych sekretów.
„Dobrze było porozmawiać z tatą, nawet jeśli chwilowo był tylko szumem w otworze wentylacyjnym. Poważnie potraktował moje zakochanie. Nie wyśmiał mnie, że jestem na to za młody”.

Stark pokazuje, jak ważne są relacje między ludźmi – zwłaszcza w trudnych czasach. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy nie jest to książka z elementami autobiograficznymi – bo takie tytuły często rodzą się ze wspomnień. Zresztą kto wie, może to historia o starszym bracie autora? Obserwujemy zatem trudną codzienność Freda i jego matki. Chłopiec musi nawet zarabiać jako dziecko, bo ta dwójka ledwie wiąże koniec z końcem. Do tego tytułowa miłość – nieporadna, kiełkująca w tych koszmarnie ciężkich czasach niesie nadzieję. I to właśnie miłość daje siłę do przetrwania. Nieważne, że świat się wali, że jest niebezpiecznie, że tata na froncie. Ważne jest to, że jest po co żyć. Miłość, o której mówi tytuł, nie odnosi się tylko do miłości nastolatków. Bo jest tu wiele innych aspektów miłości na różnych płaszczyznach. Również między mamą a synem, z synem i ojcem, w końcu między rodzicami. To miłość jest siłą napędową w czasach, kiedy człowiek nie widział sensu po co żyć dalej, kiedy czyhało niebezpieczeństwo, niepewność: co przyniesie kolejny dzień. Jak to u Starka zawsze bywa: smutek przeplata się z humorem. Śmieszy sprawa z kościotrupem w gablocie i domalowanym charakterystycznym wąsikiem. Brawa dla mamy Freda i jego nauczycielki. Zakończenie jest bardzo wzruszające- przygotujcie chusteczki.
PS. Jakże piękna ta pierwsza miłość – nieśmiały dotyk, list, uśmiech, upominki, znaki zapytania, przytulenie, tęsknota. W tej krótkiej opowieści, małej książeczce, która zaledwie mieści się w naszej dłoni – znajdziecie faktycznie mnóstwo miłości.

Ojciec Freda wyrusza na wojnę, chłopiec zostaje sam z matką. By mieć kontakt z tatą, Fred rozmawia z nim za pośrednictwem … wywietrznika. Być może brzmi to dziwnie, ale gdy przeczytacie książkę wszystko zrozumiecie. Zwierza mu się z problemów dnia codziennego. Opowiada o swojej tęsknocie za nim, zakochaniu się w Elsie dziewczynce z klasy.
„-Kocham się w Elsie z mojej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książka w formie kalendarza adwentowego na czas przygotowania do świąt. Codziennie jeden rozdział od 1 do 24 grudnia. „Zakamarki” wprowadziły zwyczaj wydawania adwentowej książki w 2013 roku. Wtedy ukazał się pierwszy tytuł adwentowy: „Wierzcie w Mikołaja”. I od tej pory już w okolicach listopada zaczyna się wielkie wyczekiwanie i odliczanie. Bo jak to? Grudzień bez adwentowej książki? Nie może to być!!!

Tym razem odwiedzamy Skrzatoborg, stolicę krainy skrzatów. Ośmioletni Noel Szron, razem ze swoją mamą i dwoma braćmi bliźniakami: Pierwszym i Drugim, przeprowadził się tutaj zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Mama skrzata dostała pracę w fabryce zabawek. W dodatku mieszkać w Skrzatoborgu to jest nie lada przywilej: ciągle coś się tu dzieje, są świetne sklepy, wielki baśniowy las i mieszka tu najbardziej znany na całym świecie … Święty Mikołaj. Ale Noela nie cieszy nic. Nawet śnieg, który skrzat tak bardzo lubi, a którego w Skrzatoborgu nie brakuje. Pewnego dnia Noel dowiaduje się o turnieju skrzatów. Ach jak bardzo chciałby wygrać konkurs i zostać pomocnikiem Świętego Mikołaja. Chyba domyślacie się, że w szranki stanęło mnóstwo skrzatów, które chciały dostać pracę swych marzeń. Noel razem z innymi skrzatami oraz reniferami bierze udział w najróżniejszych konkurencjach. Najlepszy ze skrzatów będzie towarzyszył Świętemu Mikołajowi w wyprawie do ziemskich dzieci z podarkami. A jakie to konkurencje były elementem turnieju? Jest ich kilka. Na przykład Noel musi zbudować swoje sanie, musi udowodnić, że podczas podróży potrafi zająć się reniferami (zbieranie kup), musi dostarczyć prezenty pod wskazany adres, przećwiczyć w praktyce najważniejszą zasadę panującą wśród skrzatów – czyli niepokazywanie się ludziom, musi ściąć siekierą piękny świerk a następnie przekazać go skrzatowi seniorowi, musi doświadczyć pogody ziemskiej: czyli deszczu, gradu i wichury. Kto wygra turniej? Jak spisze się Noel w tych wszystkich konkurencjach?

Cała książka to liczne przygody, budowanie relacji z innymi poznawanie Skrzatoborgu, pokonywanie swoich słabości i nauka wiary w siebie. Książka porusza wiele ważnych tematów, z których najważniejsze to przyjaźń i lojalność. Noel na początku negatywnie nastawiony do nowego miejsca zamieszkania powoli przekonuje się do Skrzatoborga i jego mieszkańców. A my powoli, razem z nim zbliżamy się do świąt i zaczynamy wielkie adwentowe odliczanie.

Książka ma duży format, świetnie pasuje do adwentowej kolekcji, ma mnóstwo kolorowych ilustracji pełnych skrzatów większych i mniejszych. Cudnie buduje świąteczny klimat – gdy za oknem plucha, wiatr i deszcz (rzadko, niestety, śnieg). Bardzo polecam!

Książka w formie kalendarza adwentowego na czas przygotowania do świąt. Codziennie jeden rozdział od 1 do 24 grudnia. „Zakamarki” wprowadziły zwyczaj wydawania adwentowej książki w 2013 roku. Wtedy ukazał się pierwszy tytuł adwentowy: „Wierzcie w Mikołaja”. I od tej pory już w okolicach listopada zaczyna się wielkie wyczekiwanie i odliczanie. Bo jak to? Grudzień bez...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

David D. Burns, obecnie emerytowany profesor psychiatrii, autor wielu książek, podpowiada jak naprawić relacje z innymi: z rodzicami, rodzeństwem, partnerką czy partnerem, sąsiadem, przyjacielem. Nie ukrywa, że związane to jest z ciężką pracą. Ludzie chcą relacji z innymi: mali, duzi, niezależnie od wieku. Na ten temat wypowiadają się tuzy nauki, specjaliści od zdrowia psychicznego. Niektórzy nawet twierdzą, że wojnę ludzie toczą właśnie dlatego, bo nie wiedzą jak kochać i lubić innych. Książka dla tych, którzy szukają odpowiedzi na dręczące ich pytania, dla tych, którzy szukają lepszych relacji z innymi. Bliskość leży w ludzkiej naturze, potrzebujemy obecności drugiego człowieka. Ale często nie wiemy po prostu jak to zrobić, jak wykształcić umiejętność obcowania z innymi. Do tego dochodzi jeszcze ważny aspekt, który zapowiada tytuł: że życie z innym człowiekiem powinno przynosić satysfakcję, powinno budzić radość.
Autor opowiada wiele sytuacji związanych z jego praktyką. Nie dotyczą one oczywiście tylko małżeństwa, związków partnerskich, ale w ogóle obcowania z ludźmi w różnych sytuacjach. Na długo została mi w pamięci sytuacja związana z psem autora, który zachorował na nowotwór okrężnicy. Związane to było z tym, że w tym czasie biedak często brudził dywany. Pan autor zobaczył w drogerii ogłoszenie, że istnieje możliwość wypożyczenia maszyny do czyszczenia dywanów. Zapakował całe ustrojstwo do samochodu w taki sposób, że praktycznie nie widział, co dzieje się z tyłu auta. Kiedy na jednym skrzyżowaniu poprawiał maszynę i sprawdzał widoczność, w aucie obok pijani pasażerowie zaczęli mu się odgrażać. Kiedy ich dogonił na kolejnym skrzyżowaniu czując zagrożenie z ich strony zwrócił się do nich z … przeprosinami, opowiedział o chorym psie. Ci groźni mężczyźni, którzy jeszcze niedawno prowokowali go do walki, chcieli żeby wręcz połknął przynętę i wciągnął się z nimi w pyskówkę, a może nawet pobił, wykazali się dużą empatią, zapytali o psa, nawet zaproponowali piwo. Koniec końców to oni zaczęli gorliwie przepraszać naszego autora za zaistniałą sytuację i za swoje zachowanie.
Ta książka zainteresowała mnie też właśnie dlatego, że czytając jej opis zdałam sobie sprawę że autor jest już osobą dosyć wiekową, o czym znajdziemy informację na skrzydełkach okładki. Burns praktykował, kiedy relacje między ludźmi były zdecydowanie lepsze niż w czasach współczesnych. Byłam ciekawa w jaki sposób patrzy na wiele tematów, jak je ocenia, jak podchodzi do ludzi. Niestety, patrząc na czasy współczesne odnoszę takie wrażenie, że ludzie zbyt łatwo podejmują niekiedy ważne decyzje za szybko, zbyt pochopnie, bez przemyślenia, bez oglądania się na drugą osobę. I w książce Burnsa widać przede wszystkim właśnie ludzi, ich uczucia, ich emocje. Sprawdza się stara teoria, która mówi o tym, że nie warto od razu wyrzucać, warto naprawiać. I akurat w tym przypadku wiele razy się to sprawdziło. Sytuacje, które wydawały nam się niemożliwe do jakiejkolwiek naprawy, kończą się happy endem. W tej książce znajdziecie wiele empatii, przyjaznego podejścia do życia do drugiej osoby, wiele bliskich relacji (głaskanie), rozmów i przemyśleń. Autor zdradza tajniki efektywnej komunikacji – ale co to takiego, to już zajrzyjcie do książki.

David D. Burns, obecnie emerytowany profesor psychiatrii, autor wielu książek, podpowiada jak naprawić relacje z innymi: z rodzicami, rodzeństwem, partnerką czy partnerem, sąsiadem, przyjacielem. Nie ukrywa, że związane to jest z ciężką pracą. Ludzie chcą relacji z innymi: mali, duzi, niezależnie od wieku. Na ten temat wypowiadają się tuzy nauki, specjaliści od zdrowia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Miłosne tajemnice” to nowa, kolejna część serii „Bridgertonowie”. Tym razem na plan pierwszy wysuwa się Penelopa Featherington. Niesamowicie oryginalna postać londyńskiego towarzystwa. Od lat zakochana w Colinie. I gdy wydawać się mogło, że chłopak zatrzymuje na niej wzrok, zwraca na nią uwagę, nagle traci zainteresowanie, rzuca wszystko i wyjeżdża w daleki świat. Tymczasem lata lecą. Colin staje się mężczyzną, a Penelopa z debiutantki staje się przyzwoitką podpierającą ściany podczas różnych bali i festynów. Z grzecznej córki, strojonej przez matkę w nietwarzowe kolory staje się pewną siebie starą panną, która postanawia zawalczyć o siebie – nawet w kwestii garderoby i doboru kolorystyki – co zauważa nawet kąśliwa Lady Whistledown, która od wielu lat wydaje swoją codzienną gazetkę i donosi, co w londyńskim towarzystwie piszczy. Kiedy Colin po wielu latach nieobecności znów pojawia się w pałacu Bridgertonów Penelopa postanawia stawić czoła swojemu staropanieństwu. Gdzieś pod skórą czuję, że nie jest obojętna Colinowi. Kobieta jest inna niż wszystkie damy z towarzystwa. Ma swoje zdanie, potrafi sięgnąć po ciętą ripostę, jest przenikliwa i szczera. Mimo tego, że w przyszłości jako młoda osóbka doświadczyła ośmieszania i poniżenia, potrafi wznieść się ponad to. Wyciąga wnioski z lat młodzienczych i buduje swoją mocną pozycję, twardy charakter wśród kobiet będących tylko ozdobą dla mężczyzny. Colin jest nią oczarowany – czy ta miłość znajdzie swój happy end? Bohaterką drugiego planu jest niewątpliwie Lady Whistledown, która dziwnym trafem wie wszystko o wszystkich. Ktoś kichnie w jednej dzielnicy Londynu, gdy w drugiej dzielnicy wszyscy już natychmiast wiedzą kto zacz. londyńskie towarzystwo prześciga się w domysłach, podejrzeniach. Pojawia się nawet wysoka nagroda za wskazanie osoby, która kryje się pod tym pseudonimem. Czy w tej części powieści poznamy osobę, która tak naprawdę jest Lady Whistledown? Kolejna fajna wyprawa w czasie do (1825) XIX-wiecznej Anglii. Miłosne tajemnice – jakże wiele ich tutaj. A rozwiązania niezwykle apetyczne.

„Miłosne tajemnice” to nowa, kolejna część serii „Bridgertonowie”. Tym razem na plan pierwszy wysuwa się Penelopa Featherington. Niesamowicie oryginalna postać londyńskiego towarzystwa. Od lat zakochana w Colinie. I gdy wydawać się mogło, że chłopak zatrzymuje na niej wzrok, zwraca na nią uwagę, nagle traci zainteresowanie, rzuca wszystko i wyjeżdża w daleki świat....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Druga część kultowej serii. I choć za nami już film – to w tym przypadku stwierdzam – zdecydowanie książka lepsza. Tyle wątków pobocznych, postaci, motywów, scen, na które najzwyczajniej w świecie w filmie (skądinąd znakomitym) nie ma miejsca i czasu. I choć tutaj poznajemy dalszy ciąg historii w mniejszym lub większym stopniu Baratheonów, Starków, Targaryenów, Lannisterów, Tullych, Tyrellów, Martellow, Florentów, Greyjoyów, Arrynów, Freyów (nie obawiajcie sie tej mnogości rodów – naprawdę łatwo się w tym wszystkim odnaleźć) – to autor ku mojej uciesze koncentruje się na losach dwóch bohaterów, o których za chwilę. Historia opowiadana jest z perspektywy najróżniejszych osób, dzięki czemu jesteśmy na bieżąco, co dzieje się u każdego z królów – pretendentów do tronu. Catelyn, Daenerys, Davos, Theon, Bran, Jon, Sanas – to tylko niektóre z głównych postaci, poznane już w pierwszej części. Jednak gros uwagi George R.R. Martin poświęca moim ulubionym dwóm bohaterom i nie mam mu tego absolutnie za złe. Mam na myśli Tyriona i Aryę. Specyficzne poczucie humoru tego pierwszego, sięganie często po sarkazm, swego rodzaju mądrości, które mogą być nawet sentencjami wypisywanymi do specjalnego zeszytu. Natomiast Arya, młodsza córka Starka po śmierci ojca szuka bezpiecznego miejsca, bo wie, że wszędzie grozi jej niebezpieczeństwo. Ze słodkiego podlotka staje się dojrzałą postacią, która wie czego chce. Po prostu fajnie obserwować jej metamorfozę. W ogóle niektóre z motywów z pierwszej części znajdują tutaj swój ciąg dalszy, poniekąd usprawiedliwiają, specyficzną konstrukcję bohatera i budowę scen, które kiedyś drażniły, by nie powiedzieć czegoś więcej, dosadniej. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko było dokładnie przemyślane. A jak wiele jeszcze takich niespodzianek przed nami.

Martin często koncentruje się na szczegółach, opisuje krajobrazy, pomieszczenia, wygląd postaci i oręża. W ogóle swoim bohaterom poświęca dużo uwagi: kreśli ich charaktery, sceny z życia. Nie robi tego w nudny sposób. Chce się te postacie poznawać, śledzić ich losy. A te opisy są ważnym elementem całej książki, silnie działają na wyobraźnię. Z drugiej strony mając już serial za sobą jestem ciekawa w jaki sposób osoby, które nie miały do czynienia z serialem, wyobrażają sobie te postacie i czy filmu spełniłby ich oczekiwania.

Do czytania serii zachęciła mnie młodsza siostra, która z wypiekami na twarzy opowiadała mi, co zostało w filmie pominięte. Czytanie tej książki to czytelnicza uczta – epicki rozmach, wciągająca lektura. Oczywiście książka kończy się w tak wciągającym momencie, że nie ma mocnych – trzeba sięgnąć po część trzecią. Uwaga – książka liczy 1022 strony.

Druga część kultowej serii. I choć za nami już film – to w tym przypadku stwierdzam – zdecydowanie książka lepsza. Tyle wątków pobocznych, postaci, motywów, scen, na które najzwyczajniej w świecie w filmie (skądinąd znakomitym) nie ma miejsca i czasu. I choć tutaj poznajemy dalszy ciąg historii w mniejszym lub większym stopniu Baratheonów, Starków, Targaryenów, Lannisterów,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książka na dzisiejsze czasy, gdzie można mieć wszystko, od razu, kiedy tylko się chce. Jeśli nie brak środków: różne umilacze czasu, wypełniacze życia mogą zaraz w ciągu sekundy, minuty, godzin mieć swoje miejsce w naszej codzienności. Nie ma oczekiwania na ulubioną książkę. Pstryk, jeden klik - i książkę mam albo w formie ebooka w koszyku (od podjęcia decyzji o zakupie mija zaledwie kilka minut) albo za dwa dni pod drzwiami mojego domu. To nie to, co kiedyś: kolejki w bibliotece za ulubioną lekturą, kilkutygodniowy czas oczekiwania. A dlaczego zaczęłam od książki? Bo od niej można też być uzależnionym. Zresztą autorka sama przyznaje się do tego. Bo jesteśmy otoczeni tyloma rzeczami, informacjami. To jest prawdziwy mityczny róg obfitości. To, że tylko narkotyki mają wpływ na nasze życie to już mit. Praca, słodycze, alkohol, seks, jedzenie, leki, seriale. Współczesny człowiek jest na haju. Nie tylko tym narkotykowym. Dlaczego się tak dzieje, co to jest w ogóle dopamina, jakie procesy biochemiczne zachodzą w ludzkim ciele, jak dopamina determinuje ludzkie zachowania - informacje znajdziecie właśnie w tej lekturze, którą po prostu napisało życie. Autorka opisuje swoich pacjentów, ich przypadki - tłumaczy i podpowiada jak znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. I choć nie znajdzie się tu odpowiedzi na wszystkie pytania, książka zmusza do refleksji nad swoim życiem. Człowiek chcąc nie chcąc zaczyna obserwować siebie, swoich najbliższych zwłaszcza dzieci. Pasja, która może jest nałogiem? Zimny prysznic z rana, który może pomóc funkcjonować ci na co dzień. Kary, nagrody, zasada kija i marchewki. Lepsze poznanie siebie... Jednym słowem - jeśli ktoś jest zainteresowany samorozwojem to ta książka jest lekturą obowiązkową.

Książka na dzisiejsze czasy, gdzie można mieć wszystko, od razu, kiedy tylko się chce. Jeśli nie brak środków: różne umilacze czasu, wypełniacze życia mogą zaraz w ciągu sekundy, minuty, godzin mieć swoje miejsce w naszej codzienności. Nie ma oczekiwania na ulubioną książkę. Pstryk, jeden klik - i książkę mam albo w formie ebooka w koszyku (od podjęcia decyzji o zakupie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Gdybym nie trafiła kiedyś na świat blogów i nie zaczęła czytać recenzji, ta książka pewnie nigdy by mnie zainteresowała. Po baaaardzo pochlebnych recenzjach, niektórych wręcz pełnych zachwytu, wzięłam i ja się do czytania. Trochę to trwało, bo książka liczy sobie prawie 800 stron. Na początku – przyznaję – był chaos. Mnóstwo nazwisk, dziwacznych zdarzeń, miejsc. Potem z każdym rozdziałem wszystko stawało się klarowniejsze, a ja zapadałam się coraz głębiej w fotel. Opowieść fantasy, stylizowana na czasy średniowieczne, kończy się zdecydowanie za szybko, ale nic to – w końcu to zaledwie pierwsza część smakowitej trylogii: „Pieśń lodu i ognia”.

Każdy rozdział to inny bohater. W tle cała masa pomniejszych ludków, którzy wkręceni są w tryby historii toczącej się powoli naprzód. Nic do końca nie jest jasne, ani przewidywalne. Białe nie jest białe, a czarne – czarne. Właśnie tak lubię. Brudny świat polityki, układów. Akcja zaskakuje – choć tak naprawdę nie dzieje się tutaj aż tak wiele. Oto lord Eddard Stark zostaje mianowany namiestnikiem królewskim, na miejscu niejakiego lorda Jona Arryna, który pożegnał się z życiem w dość dziwnych okolicznościach. Na dworze Winterfell zostaje żona Starka, on sam z trójką swoich dzieci udaje się na południe. A tam …

Autor koncentruje się na opisie osób, ich reakcji na pewne zdarzenia, dokonuje analizy ich zachowań, ambicji, marzeń, dążeń. Owszem – pełno tu intryg, dworskich knowań, są opisy spotkań, walk, bitew. Jednak najważniejsze nie jest wcale – co? ale dlaczego? To człowiek stoi w centrum, mnóstwo życiorysów bohaterów, których losy są ze sobą powiązane. Podoba mi się umiłowanie autora do szczegółu, koncentrowanie się na przysłowiowej kropce nad „i”. Gdyby nie kilkanaście dziwacznych postaci – wilkory, demony, smoki, można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że to książka historyczna. To co zapada w pamięć to specyficzna atmosfera – w książce jest tak jakoś mroczno i zimno. Co jakiś czas pojawiają się niesamowite opowieści, które nianie opowiadają małym dzieciom ku przestrodze. Naprawdę mogą ciarki przejść po plecach.

Książkę czytałam bardzo dokładnie – autor nie szczędzi nam historii kto z kim i dlaczego. Opuszczenie fragmentu grozi później znakiem zapytania. Zresztą, co tu dłużej pisać – czytanie tej książki to czysta przyjemność, do której bardzo zachęcam. Martin podniósł w świecie książek fantasy poprzeczkę bardzo wysoko, i coś mi się wydaje, że będzie teraz bardzo trudno ją komuś przeskoczyć. A może ktoś już tego dokonał, tylko ja o tym nie wiem…. Będę wdzięczna za informację.

Wadą książki jest to, że można się w niej pogubić – szczególnie na początku. Przy każdym kolejnym rozdziale miałam wrażenie, że już byłam w tym miejscu, tylko nie widziałam kiedy i z kim. Niech Was to nie zniechęca, bo ominie Was naprawdę smakowity literacki kąsek.

Gdybym nie trafiła kiedyś na świat blogów i nie zaczęła czytać recenzji, ta książka pewnie nigdy by mnie zainteresowała. Po baaaardzo pochlebnych recenzjach, niektórych wręcz pełnych zachwytu, wzięłam i ja się do czytania. Trochę to trwało, bo książka liczy sobie prawie 800 stron. Na początku – przyznaję – był chaos. Mnóstwo nazwisk, dziwacznych zdarzeń, miejsc. Potem z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Mam właśnie teraz fazę na takie książki. Fajna lektura z rodzimego podwórka. I już na początku nadmieniam, że z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. To co jest zdecydowanym atutem tej książki to nawiązanie do naszych korzeni, mitologii Słowian. Bora i jej brat kilka lat temu stracili matkę. Szczególnie bolesne jest to, że mordercą okazał się ich własny ojciec. Takie czasy, że kobietę można bić, sponiewierać, można też ją zabić bez żadnej kary. Ojciec na co dzień jest najemnikiem i praktycznie ciągle (na szczęście) z małymi przerwami nie ma go w domu. Dziećmi z dużą troską i oddaniem zajęła się siostra ojca, która dba o ich wychowanie i edukację. Bora chce kontynuować tradycję rodzinną i robi wszystko, by zostać najemniczką. Długie godziny ćwiczeń z okrutnym rodzicem podczas jego krótkiej i rzadkiej bytności w domu przynoszą efekty i gdy nadchodzi odpowiedni czas, dziewczyna dostaje się do Włóczni, specjalnej szkoły wojskowej, która zajmuje się edukacją przyszłych wojowników. To nowy świat dla dziewczyny, która ma na względzie nie tylko swoje marzenia i potrzeby, ale która też z wielkim zaangażowaniem troszczy się o swojego brata.
Czytajcie tę książkę, szukajcie motywów słowiańskich, wierzeń i tradycji. Bora żyje w niespokojnych czasach: to okres wojen, konfliktów, politycznych układów, w którym wkrótce i ona będzie musiała się odnaleźć. To w końcu czas niebezpieczny dla kobiet, bo tak łatwo zostać oskarżoną o czary. Świetnie się czyta powieść o młodej dziewczynie z gminu, choć nie brak tu ciekawych postaci drugoplanowych, zwłaszcza tak zwanych czarnych charakterów. Zakończenie zaskakuje i daje nadzieję, że i kolejny tom będzie równie udany jak pierwszy.

Mam właśnie teraz fazę na takie książki. Fajna lektura z rodzimego podwórka. I już na początku nadmieniam, że z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. To co jest zdecydowanym atutem tej książki to nawiązanie do naszych korzeni, mitologii Słowian. Bora i jej brat kilka lat temu stracili matkę. Szczególnie bolesne jest to, że mordercą okazał się ich własny ojciec. Takie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Spieszę donieść o cudnej książce przyrodniczej dla dzieci. Jeśli szukacie jeszcze prezentu pod choinkę – to polecam szczerze. Chętnie podarowałabym ten komplet każdemu dziecku, bo od wiedzy przyrodniczej tutaj aż w głowie się kręci.

Tomasz Samojlik robi naprawdę dużo dobrego dla przyrody. Jest mnóstwo książek o podobnej tematyce, a jednak…. Tu jest oryginalnie, baaaaardzo ciekawie, często śmiesznie. Każda rozkładówka to inny temat z krótkim wprowadzeniem – co jest charakterystyczne dla danej pory roku i dla miejsca, w którym się znajdujemy. Duży format książki – po rozłożeniu daje naprawdę wiele możliwości. To mnóstwo mniejszych i większych ilustracji przedstawiających rośliny, zwierzęta w określonych sytuacjach: czasem na poważnie w formie konkretnej informacji lub ciekawostki lub czasem w komicznej formie.. Zazwyczaj przy danej ilustracji znajduje się tekst o danym gatunku. Na przykład dzieci dowiedzą się, że foka szara jest największą bałtycka foką, mikołajek nadmorski występuje wyłącznie na wydmach, kleszcz pospolity cierpliwie czeka na żywiciela a świerszcz polny wydaje głośne dźwięki pocierając skrzydłami o siebie. Obok tak pospolitych zwierząt i roślin, które raczej wielu z nas zna ta książka to doskonała okazja, by poznać osobniki nieraz o dziwacznych i rzadko słyszanych nazwach: turkuć podjadek, kocanka piaskowa, kruszczyk rdzawoczerwony czy nocek wąsatek. Autor często przekazuje informacje związane z danym środowiskiem. I tak dowiadujemy się, co to „inkluzje” – szczątki zwierząt i roślin w bryłkach bursztynu, albo że „misa martwicowa” to „niecka utworzona przez setki lat napełniania się i odparowywania jeziorek na dnie jaskini”. Niekiedy zwierzęta same przemawiają do czytelnika. Ich komunikację z nami zaznaczono na biało w wyróżniających się dymkach komiksowych. Kret mówi: „Tu zostawię sobie przekąskę na później”. Myszołów: „Normalnie o tej porze, nad polami se krążę”, a Popielica: „Tyję, potem chudnę… To efekt jojo”. Nie brak tu humoru, którego pełno w książkach Samojlika. Mama locha woła do swoich dzieci: „I wszyscy razem: chrum!” Na co maluchy jej odpowiadają: „Cium!”, „Bzium!” i „Psium!”.

Tymczasem borsuk, gdzieś na drugim planie, marzy o dżdżowniczkach. Po czym już na pierwszym planie, oparty o zwalony pień drzewa woła: „Dżdżowniczki, gdzie jesteście?”. Albo kret w swojej norce śpiewa nawiązując do słynnej piosenki sprzed lat: „Mój jest ten kawałek korytarza”. W książce znajdziecie podział na poszczególne pory roku z uwzględnieniem wczesnej pory roku – tak jest w przypadku wiosny i lata. Ciągle odwiedzamy te same miejsca: las liściasty, bór, góry, rzekę i jezioro, pole i łąkę, miasto oraz park. Czasem dodatkowo na wiosnę wybierzemy się na bagna, pełnią lata nad morze i na drogę, jesienią również do jaskini i ogrodu. Ciekawa jest część o naszym mieszkaniu. Można przekonać się, że przyroda dotyczy często nas bezpośrednio, choć czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy. Posiadamy przecież w swoich domach rośliny pokojowe, zwierzęta. Niektóre z tych ostatnich pomieszkują z człowiekiem wbrew ich woli – na przykład karaluchy, pluskwy, pająki czy mikroskopijne roztocza. Osobiście jestem zafascynowana tą książką pełną tylu różnych informacji. Nieodłącznym elementem wielkiej kolorowej księgi jest kolorowanka również z ilustracjami Tomasza Samojlika. Spotkacie w niej swoich ulubionych i znanych już bohaterów. Są tu bocian, sarny, żubry, kozice, krety i inne. Wędrujemy znów przez bagna, góry, łąkę, lasy liściaste, miasto. Razem 16 różnych środowisk, które można sobie wyciąć i powiesić jako dekorację na ścianie. Dzieci poznają gatunki roślin i zwierząt oraz ich cechy charakterystyczne, zapoznają się z różnymi środowiskami. Sama książka niewątpliwie zachęca do wypraw na łąkę, do lasu, w góry, do obserwacji przyrody. W oparciu o lekką formę nie pozbawioną humoru słownego i sytuacyjnego łatwiej zapamiętywać nazwy i wyrażenia. Gdybym była dzieckiem chciałabym dostać taki prezent pod choinkę

Spieszę donieść o cudnej książce przyrodniczej dla dzieci. Jeśli szukacie jeszcze prezentu pod choinkę – to polecam szczerze. Chętnie podarowałabym ten komplet każdemu dziecku, bo od wiedzy przyrodniczej tutaj aż w głowie się kręci.

Tomasz Samojlik robi naprawdę dużo dobrego dla przyrody. Jest mnóstwo książek o podobnej tematyce, a jednak…. Tu jest oryginalnie, baaaaardzo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ta opowieść zaczyna się jak bajka: Dawno, dawno temu… Choć ta książka to absolutnie nie bajka, bo przyroda praczasów to fakt. Dziwne stworzenia, dinozaury, przodkowie dzisiejszych roślin – żyły naprawdę i fascynowały ludzi od zawsze. Nawet w starożytności, kiedy to odkrywano odciski i fragmenty szkieletów w kamieniołomach. Książka odpowiada na wiele pytań związanych z przyrodą sprzed miliardów i milionów lat, jeszcze sprzed epoki dinozaurów. Jednym z takich pytań jest: Jak to się wszystko skończyło? Te dinozaury, wielkie paprocie, różne mniejsze i większe stworzenia, które do dziś rozpalają wyobraźnię naukowców i naszą. Jednak dzieci często intryguje fakt: A jak to się wszystko zaczęło, co było przed dinozaurami, jak wtedy wyglądał nasz świat? Odpowiedź znajdziecie w tej książce – właściwie w księdze wielkiego formatu (36 cm x 25 cm). Wyobraźcie sobie Ziemię spowitą rozgrzaną gęstą atmosferą, w skład której wchodzą siarkowodór i dwutlenek węgla, bez światła słonecznego, które nie może się przedrzeć przez taką gęstwinę. Tak było 4 – 2,8 miliarda lat temu. Nawet trudno to sobie wszystko dziś wyobrazić. Samojlik prowadzi dzieci przez świat stromatolitów, pierwszych organizmów tlenowych, potem wielokomórkowców, dinozaurów. Pokazuje świat, który dla wielu jest nieznany. Czy możecie na przykład wyobrazić sobie panowanie trylobitów? Jesteśmy na dnie morza, widzimy asaphusa kowalewskiiego, megalograptusa. Siłą tej książki jest to, że autor nie koncentruje się tylko na dinozaurach, które nam się kojarzą właśnie praczasami. Wręcz odwrotnie – Samojlik odkrył przed dziećmi przebogaty świat przyrody, który był KIEDYŚ na Ziemi. Pokazuje, co działo się przed dinozaurami, po nich, również w świecie im równoległym. Jest tu mnóstwo stworzeń, które nie mają polskiej nazwy, o których prawdopodobnie dowiecie się właśnie dzięki tej książce. Autor opisuje zwierzęta i rośliny w krótkich tekstach obok ilustracji je przedstawiających. Jest tu całe mnóstwo gatunków, które są dla nas nieznane. Niektóre z osobników od czasu do czasu rzucają jakiś komentarz, nie stronią też od żartu. Praważka zwraca się do koleżanki: „Patrz na moje skrzydła i płacz z zazdrości!”. Wędruję z ciekawością po tym świecie, otwieram wielkie rozkładówki, jestem zachwycona. Kolorowo, mnóstwo informacji, ciekawostek. Z taką wiedzą na pewno można zagiąć niejednego biologa. Dzieci poznają najróżniejsze wcale nie łatwe pojęcia: ewolucja, era, okres, epoka; nie mówiąc już o nazwach najróżniejszych zwierząt i roślin. Jest tu również wielki wybuch wulkanów, które spowodował duże zamieszanie na Ziemi. Książka zawiera prawie 40 wielkich tematycznych plansz z olbrzymią porcją wiedzy podanej w fascynujący sposób, od organizmów jednokomórkowych po epokę, w której pojawili się ludzie. Jeśli szukacie prezentu pod choinkę gwarantującego satysfakcję u obdarowanego to to jest właśnie to!

Do wielkiej księgi polecam jeszcze kolorowankę która zawiera 16 plansz do kolorowania. Spacer artystyczny przez różne ery, gdzie dzieci spotkają osobników charakterystycznych dla danego czasu na Ziemi. Plansze można wyciąć, pokolorować, powiesić nad biurkiem.

Ta opowieść zaczyna się jak bajka: Dawno, dawno temu… Choć ta książka to absolutnie nie bajka, bo przyroda praczasów to fakt. Dziwne stworzenia, dinozaury, przodkowie dzisiejszych roślin – żyły naprawdę i fascynowały ludzi od zawsze. Nawet w starożytności, kiedy to odkrywano odciski i fragmenty szkieletów w kamieniołomach. Książka odpowiada na wiele pytań związanych z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Te baśnie i legendy zaintrygowały mnie, bo nigdy nie przychodzę obojętnie obok takich książek. Znane są baśnie Andersena, braci Grimm, które na stałe weszły do kanonu baśni dla dzieci i dorosłych. Bo nie wiem czy wiecie, ale dawniej baśnie w dużej mierze powstawały głównie dla dorosłych. A tu taki kąsek. Już sam tytuł intryguje, bo „Rozbudzona harfa” odnosi się oczywiście do baśni, którą znajdziecie w środku. Zaciekawiła mnie też postać Stefana Majchrowskiego, autora tej książki, który zebrał te baśnie. W czasie II wojny światowej był on oficerem wywiadowczym, rotmistrzem kawalerii, pisał bajki, książki dla młodzieży i dorosłych. Zobaczę, może będę miała sposobność, by sięgnąć po „Sagę o Wenedach”, „Spadkobierców Pana Ziółko” czy „Pana Sienkiewicza”. To co mnie ucieszyło, to fakt, że w środku znalazłam niesamowitą baśń „Wielka Niedźwiedzica”. Poznałam ją kilka lat temu razem z moimi synami, kiedy to słuchaliśmy świetnego nagrania właśnie tej baśni w ramach serii Bajki Grajki. Kto nie zna, polecam z całego serca. W tej książce znajdziecie 15 mało znanych utworów. I to jest właśnie siła tej książki. Świetnie napisane, z mało znanymi motywami i symboliką, dają możliwość wyprawy do nieznanych zakątków całego świata. Nie wiem jak Wy, ale ja mając małe dzieci i szykując się na wyprawę wakacyjną zawsze zabierałam ze sobą książki. Właściwie przygotowania do tego wyjazdu zaczynały się kilka tygodni wcześniej, kiedy to poznawaliśmy utwory, baśnie i legendy właśnie związane z danym miejscem. I ta książka daje też taką możliwość, choć nie ukrywam że dotyczy bardziej egzotycznych zakątków świata. Przekonajcie się sami, jakie życie spotka Khunga – chłopca niesamowicie brzydkiego, którego widok sprawiał, że inni dostawali konwulsji. Poznajcie mało znaną legendę z Wielkopolski, o kraju Lechitów, gdzie żył obżartuch Lestek, który oszukiwał, by zdobyć władzę. Udacie się na Żmudź, gdzie żył Mandragalvis. Klimat tej baśni budują domy wiejskie, w których jeszcze nie było kominów i okien, a ludzie na nogach mieli buty z lipowej kory.

Mnie w tych utworach zachwyca język, dbałość o niego. Autor jakby zamieniał diament w brylant. Nie ma tu przypadkowych słów, wszystko wyważone, by dobrze przekazać myśl, by odpowiednie dać słowo, by nazwać uczucia, opisać zdarzenie. Baśnie i legendy opowiadane w ten sposób działają niesamowicie na wyobraźnie, rozwijają słownictwo i przygotowują dzieci na czytanie tekstów naszych rodzimych pisarzy z innych epok. W epoce komputerów i smartfonów to naprawdę perełka literacka.

Te baśnie i legendy zaintrygowały mnie, bo nigdy nie przychodzę obojętnie obok takich książek. Znane są baśnie Andersena, braci Grimm, które na stałe weszły do kanonu baśni dla dzieci i dorosłych. Bo nie wiem czy wiecie, ale dawniej baśnie w dużej mierze powstawały głównie dla dorosłych. A tu taki kąsek. Już sam tytuł intryguje, bo „Rozbudzona harfa” odnosi się oczywiście...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Zwierzęca księga rekordów Katharina Vestre, Linnea Vestre
Ocena 8,8
Zwierzęca księga rekordów Katharina Vestre, Linnea Vestre

Na półkach:

Wśród zwierząt są różni rekordziści. I o tym właśnie jest ta książka. Dyscypliny podobne jak w sporcie. Najróżniejsze, bardzo ciekawe, zaskakujące. Autorkami książki są dwie siostry, z których Katharina jest biolożką a Linnea (imię też nie jest chyba przypadkowe, bo od razu kojarzy mi się z przyrodnikiem Karolem Linneuszem) – ilustratorką.

Które zwierzęta są najszybsze na świecie, które skaczą najwyżej, a które znają się na truciznach, które są największymi krwiopijcami, które pocą się najmocniej, które mają najgęstsze siki i czy mogą one czasem ładnie pachnieć? Czy w oceanach żyją zwierzęta, które bez przerwy robią siku i kupę, a może są zwierzęta, które nigdy nie robią kupy? Które zwierzęta potrafią robić dziwne rzeczy z miłości, a które wydają z siebie dziwne dźwięki jak np. bąki? Które śmierdzą i dlaczego? Jak widać, nie ma tutaj tematów tabu. Autorki sięgają po różne obszary zwierzęcego życia. W przystępny sposób, w ciekawych rozwiązaniach graficznych przedstawiono mnóstwo ciekawostek i konkretnych informacji. I na przykład taka krowa puszcza tylko trochę bąków, z kolei osobnik o dość egzotycznej nazwie jak Tamandua Południowa potrafi śmierdzieć na 50 metrów. Bóbr z kolei ma najładniej pachnącą pupę [jakkolwiek to brzmi], ponieważ obok odbytu bobra znajdują się specjalne gruczoły, które wydzielają miły dla nosa aromat. Z kolei koliber potrafi bardzo dużo jeść – oczywiście biorąc pod uwagę stosunek tego, co zje do jego wagi ciała. Z kolei krokodyl różańcowy ma najsilniejszą szczękę. Widzimy zatem, że dyscypliny rekordowe są najróżniejsze: apetyt, język, mózg, oczy, nos, smak, widzenie w ciemności, super zmysły – bo niektóre zwierzęta mają wbudowany kompas, jak choćby gołąb pocztowy albo nietoperz, który posiada zmysł zwany echolokacją. Które ze zwierząt są najlepszymi podróżnikami, a które potrafią przeżyć naprawdę trudnych warunkach, które potrafią się tak schować, że żadne oko nigdy ich nie wykryje? Książka wciąga, widać że jest napisana i przygotowana przez ludzi z pasją. Jest świetnie zilustrowana, poruszono w niej również tematy związane z przyszłością zwierząt, co jest szczególnie ważne w dzisiejszych czasach. Zwłaszcza kwestia śmieci w oceanach, w których według właśnie tej książki pływa ponad 250 000 ton plastiku. Na końcu dzieci znajdą Spis zwierząt, w którym wszystkie osobniki wymienione tutaj zostały uporządkowane alfabetycznie. W środkowej kolumnie tabeli znajduje się nazwa naukowa. Co ciekawe często pojawia się zwierzę, które w ogóle nie ma nazwy w języku polskim. W tej części książki znajdziecie ciekawe wyjaśnienie, co się dzieje, gdy gdzieś na końcu świat, nad małą zatoczką ktoś odkrywa nowy gatunek żabki, który trzeba nazwać. Przekonajcie się sami, jak to działa w naukowym świecie.

Wśród zwierząt są różni rekordziści. I o tym właśnie jest ta książka. Dyscypliny podobne jak w sporcie. Najróżniejsze, bardzo ciekawe, zaskakujące. Autorkami książki są dwie siostry, z których Katharina jest biolożką a Linnea (imię też nie jest chyba przypadkowe, bo od razu kojarzy mi się z przyrodnikiem Karolem Linneuszem) – ilustratorką.

Które zwierzęta są najszybsze na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książka, która daje do myślenia. I daje kopa. Bardzo. Choć to pewnie ocena subiektywna. Wierzę, że są wśród nas ludzie, którym zagadnienie perfekcjonizmu przysłowiowo „wisi”. Nie chciałabym robić wycieczek do własnej osoby, ale wyjaśnię tylko, że lektura spełniła moje oczekiwanie, zaintrygowała mnie, wiele wytłumaczyła. Choć to pewnie początek odkryć w tym temacie. A ile z niej skorzystam, to już moje.
Książka na dzisiejsze czasy, bo gdzie się nie obejrzeć – wszędzie świat doskonały, ludzie doskonali. Na Instagramie, Tik toku, na Facebooku – życie rodzinne wielu użytkowników mediów społecznościowych, zawodowe, uczuciowe. Udane dzieci bez szkolnych problemów i bez fochów, idealna kuchnia, wysprzątany dom, perfekcyjny makijaż, nawet ekstremalnie idealnie wypieczony makowiec. Chcąc nie chcąc porównujemy się i już. Takie czasy. I trudno się pogodzić, że jest się tylko zwykłym szarym człowieczkiem, pyłkiem w Kosmosie, który ma swoje wady, z czymś nie nadąża, nie ma ręki do narysowania idealnej kreski nad okiem, w pracy ma same ogony, a zdjęcie jego wypieku absolutnie nie nadaje się na Instagram. Napięcia i stresy: w domu, w pracy i ta potrzeba robienia wszystkiego doskonale. W książce znajdziecie dużo ciekawych odkryć naukowych na temat perfekcji/ perfekcjonizmu, jego wpływu na życie człowieka, jego przyczyn i skutków. Autor często podaje przykłady ze swojego życia i z życia innych ludzi. Dzięki temu łatwo zrozumieć problematykę. Co skłania człowieka do tego, by w głowie pojawiła się myśl, by być najlepszym z najlepszych? Czy to kwestia genów, czasów, chęci? Presja, sukces, spełnianie niemożliwych standardów, ucieczka w ślepy zaułek, skomplikowana natura człowieka. Gdzie zaczyna się perfekcjonizm, ludzi w jakim wieku dotyczy, jaki w tym udział mają media społecznościowe? Czy perfekcjonizm pojawia się, bo boimy się odrzucenia, bo chcemy aprobaty i pozytywnej informacji zwrotnej? Bo się wstydzimy i gdy nie pracujemy dręczą nas straszny wyrzuty sumienia, przez które tracimy radość z codziennego życia? Z tymi pytaniami zostawiam czytelnika.

Książka, która daje do myślenia. I daje kopa. Bardzo. Choć to pewnie ocena subiektywna. Wierzę, że są wśród nas ludzie, którym zagadnienie perfekcjonizmu przysłowiowo „wisi”. Nie chciałabym robić wycieczek do własnej osoby, ale wyjaśnię tylko, że lektura spełniła moje oczekiwanie, zaintrygowała mnie, wiele wytłumaczyła. Choć to pewnie początek odkryć w tym temacie. A ile z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książka do delektowania się, do poznawania świata, jakiego już dawno nie ma, a który spotkać można właśnie w dziełach Dickensa i filmach BBC kręconych na podstawie dzieł legendy angielskiej literatury. „David Copperfield”, „Oliver Twist”, „Mała Dorrit”, „Wielkie nadzieje” – to tylko kilka tytułów, które znajdziecie również na kartkach tej książki. Bo Dickens – niestrudzony obserwator życia w różnych obszarach, to co widział i przeżył, często umieszczał w swoich książkach. Jak choćby słynne więzienie dla dłużników Marshalsea, które wprawiło mnie w osłupienie przy czytaniu „Małej Dorrit”, a które istniało naprawdę. Zresztą osadzony za długi został w nim John Dickens– ojciec 12-letniego Charlesa. Książka Judith Flanders to przede wszystkim wyprawa do wiktoriańskiej Anglii, gdzie odnajdujemy bohaterów niesamowicie popularnych powieści, ale i miejsc, które zainspirowały, bądź mogły zainspirować Dickensa. I nie jest to tylko przyjemna herbatka z towarzystwem z wyższych sfer. Dickens wiedział, co to bieda i trudne warunki – często pisze o tych najbiedniejszych, zagląda do londyńskich nor, gdzie panują brud, smród i choroby. W książce od ciekawostek dawnego życia aż w głowie się kręci – i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wiele rzeczy naprawdę zadziwia, wręcz wprawia w osłupienie. Na przykład jedzenie poza domem w XIX wieku było tańsze niż samodzielne przygotowywanie posiłków. Woda była niesłychanie drogocennym dobrem w mieszkaniach robotniczych i tylko wybrani korzystali z dorożek. Codziennie kilkaset tysięcy ludzi [!] wędrowało pieszo do City. Mało tego, mieszkańcy w kilka godzin pokonywali trasę, pracowali w danym miejscu nawet po 16 godzin, a następnie znów kilka godzin pieszo wracali do domu.

Książka została podzielona na cztery tematyczne części: Miasto się budzi, Przeżyć, Cieszyć się życiem i Miasto, które nigdy nie zasypia. Dowiecie się z nich, jak wyglądało miasto o poranku, jak podróżowano, kogo bawiły uliczne przedstawienia, co się jadło w tamtych czasach, jak wyglądało życie w slumsach, co miasto oferowało nocą. A pomiędzy tymi ciekawostkami mnóstwo informacji o życiu samego Dickensa. On sam na przykład uwielbiał chodzić po mieście. Te Dickensowskie spacery, eskapady były ważną częścią pracy pisarza. Później tymi ścieżkami wędrowali bohaterowie jego powieści. Co ciekawe, Dickens preferował … nocne przechadzki, które pozwalały mu lepiej „snuć domysły co do charakterów i zajęć ludzi zapełniających ulice”. Charles w wieku 12 lat został robotnikiem fabrycznym za 6 szylingów na tydzień. Trudna sytuacja finansowa, ciężkie warunki bytowania, więzienie ojca – na zawsze pozostawiły traumę, co znaleźć można na kartach jego powieści. Co wydarzyło się w życiu nastolatka, że jego życie zmieniło się o 180 stopni i że ten biedny urwipołeć stał się ikoną angielskiej literatury? Tego już nie zdradzam. Odpowiedź znajdziecie w książce. Niesamowicie wciągająca lektura, literackie cymelium.

Książka do delektowania się, do poznawania świata, jakiego już dawno nie ma, a który spotkać można właśnie w dziełach Dickensa i filmach BBC kręconych na podstawie dzieł legendy angielskiej literatury. „David Copperfield”, „Oliver Twist”, „Mała Dorrit”, „Wielkie nadzieje” – to tylko kilka tytułów, które znajdziecie również na kartkach tej książki. Bo Dickens – niestrudzony...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Bardzo byłam ciekawa spotkania z Tsatsikim po dość długiej przerwie. Zdałam sobie sprawę, że znam go już kilkanaście lat i że cały czas dorastał razem z moimi synami. Jak wyglądało to spotkanie po latach?
Tsatsiki nie jest już małym chłopcem swojej Mamuśki. Jest zakochanym nastolatkiem w szóstej klasie gimnazjum w Sztokholmie. Imię chłopaka od razu kojarzące się z greckim przysmakiem absolutnie przypadkowe nie jest. Mianowicie, biologiczny ojciec chłopca jest Grekiem, w Grecji Tsatsiki spędza wakacje, tam odwiedza babcię i to w Grecji mieszka jego ukochana tytułowa Alva. W "starszej" części serii o szwedzkim nastolatku pojawiają się oczywiście bardziej poważne problemy.
Jens, długoletni partner Mamuśki i zarazem ojciec malutkiej Retziny jakiś czas temu opuścił rodzinę, ponieważ ma nową partnerkę. Jesteśmy świadkami budowania niełatwych nowych relacji w patchworkowej współczesnej szwedzkiej rodzinie, gdzie również Tsatsiki musi znaleźć swoje miejsce. Okazuje się, że szkoła szwedzka absolutnie nie jest wolna od przemocy. Doświadczają jej najmłodsi uczniowie gimnazjum, do których należy Tsatsiki i jego najlepszy przyjaciel Per Hammar. Chłopak ma też dylematy sercowe, ponieważ miłość do Alvy na odległość wcale łatwą nie jest.
Moni Nilsson po raz kolejny udowadnia, że nieobce jej są tematy tabu. Rozstania, samotne macierzyństwo, budowanie relacji z przybranym rodzeństwem, cierpienia młodych ludzi przez decyzje dorosłych, związki homoseksualne, przemoc. Książka wciąga w dynamiczną akcje, wiele się tu dzieje, niekiedy czytelnik jest mile lub niemile zaskoczony przez nieoczekiwane rozwiązania. A jednocześnie podoba mi się luz w relacjach, rozmowy Mamuśki z synem, zaufanie. Tsatski jest odpowiedzialnym nastolatkiem, starszym bratem - nie szuka dróg na skróty i łatwych rozwiązań. Jednocześnie podpowiada młodym czytelnikom jak wybrnąć z trudnych sytuacji - np. nieplanowanej imprezy czy konfliktów ze starszymi uczniami w szkole.

Bardzo byłam ciekawa spotkania z Tsatsikim po dość długiej przerwie. Zdałam sobie sprawę, że znam go już kilkanaście lat i że cały czas dorastał razem z moimi synami. Jak wyglądało to spotkanie po latach?
Tsatsiki nie jest już małym chłopcem swojej Mamuśki. Jest zakochanym nastolatkiem w szóstej klasie gimnazjum w Sztokholmie. Imię chłopaka od razu kojarzące się z greckim...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ta książka to uczta dla konesera. To obowiązkowa lektura dla tych, którzy kochają czytać. Najpierw kilkanaście obrazów, rzeźb, których tematyka nawiązuje do czytania właśnie. Różne epoki, różni bohaterowie – „Czytać, aby żyć” – motto Flauberta na samym początku. Nie jestem sama w tym moim czytaniu. Nie chodzi tu tylko o znajomych, z którymi wszystkie rozmowy i tak prowadzą do książek. Łączy nas zdolność odszyfrowywania znaków, tłumaczenia ich, rozumienia. Książka argentyńskiego pisarza wręcz zmusza mnie do poszukania w szufladkach mojej pamięci – jak to w moim przypadku z czytaniem było. Bo książki były zawsze moim cudownym doświadczeniem i pamiętam wiele książek z dzieciństwa i młodości. Tę książkę pożeram wręcz, co rusz notuję ciekawy cytat. Co chwila pojawia się jakaś intrygująca teza, wyzwanie, które każe mi się zastanowić nad odpowiedzią … dla mnie samej. Bo osobiste doświadczenia i refleksje Manguela sprawiają, że i ja świadomie zaczynam analizować swoje czytelnicze JA. Czy w kolejnych książkach odnajduje ślady mojego życia? Stwierdzam też [chyba dzięki czytaniu], że nigdy nie czułam się osamotniona. Choć sama uśmiechnęłam się na widok zdania psychologa Jamesa Hillmana – bo czy dzięki lekturom z dzieciństwa faktycznie jestem w lepszej formie i lepiej „się zapowiadam”? Też miałam lektury, które powodowały że obawiałam się, że zastaną mnie przy nich rodzice. Również niekiedy przy wyborze książek kierowałam się okładką. I też czytam w dwojaki sposób: raz bez wchodzenia w detale, innym razem drobiazgowo analizuję tekst. Autor zwraca uwagę na wiele aspektów czytania: także czytania na głos i słuchania tekstu. Aż trudno powiązać moje ukochane audiobooki z sytuacją, jaka miała miejsce w XIX wieku na Kubie skolonizowanej przez Hiszpanię. Otóż specjalni lektorzy, opłacani przez robotników czytali podczas pracy w fabrykach cygar. Oj nie spodobało się to – polityczne broszury, książki historycznej powieści były po prostu niebezpieczne. Teksty skłaniały do myślenia, dyskusji, pokazywały, że może być inne, lepszy świat, o który warto zawalczyć.

Książka ta sprawia, że czyta się o książkach, myśli o nich, dopasowuje pewne sytuacje i wątki poruszane przez autora tylko do siebie. Stąd „Historia czytania” staje się nawet książką bardzo osobistą, która powstaje w duszy czytelnika. Książką, której nikt poza nim samym, nikt inny nigdy nie przeczyta. Na pewno dowiadujemy się mnóstwa interesujących rzeczy tzw. „okołoksiążkowych”, na pewno poszerzamy horyzonty w temacie. Czy macie na przykład swoją ulubioną formę książki? Pamiętam, jak w czasach PRL-u dostałam w prezencie piękne wydanie „Potopu” – w twardej oprawie. Czekałam za czymś tam w długiej kolejce pod sklepem spożywczym i ręce mi dosłownie mdlały od grubego tomiszcza – bo zabijałam czas oczekiwania za masłem i cukrem czytaniem właśnie. Dziś zawsze mam przy sobie coś do czytania i ZAWSZE odpowiednio dobieram format. I o tym również przeczytacie w „Historii czytania”. Książka gruba, cienka, w twardej, miękkiej oprawie – w zależności od tego gdzie jestem, jak długo, po co. Mało kto się nad tym zastanawia. Po książce Manguela inaczej spojrzycie na książki – wierzcie mi!

W jakiej formie czytali teksty nasi przodkowie w dawnych wiekach? Tabliczki gliniane, zwoje papirusów, pergamin (kodeksy). W każdym razie miłośnicy słowa czytanego nie mieli łatwego życia. Lektura uzmysłowiła mi, jak bardzo jestem wdzięczna za piękne papierowe wydania:)) Jak się też okazuje, na przykład we Francji król specjalnym dekretem określił nawet formy papieru obowiązujące w państwie. Za niedostosowanie się do wytycznych można było trafić do więzienia. Z dalszych ciekawostek: Manguel opisuje fenomen egipskiej Aleksandrii, założonej przez Aleksandra Wielkiego 332 przed naszą erą od a do z. Oczami wyobraźni można się przenieść do tego wielokulturowego miasta, które od początku miało być miastem kojarzonym z książką. Idziemy po jego ulicach, chłoniemy klimat, widzimy ludzi tam żyjących. Niesamowite przeżycie.

Znajdziecie w książce Manguela mnóstwo wątków związanych z czytaniem. Myślę, że ci, którzy kochają książki w tej książce po prostu odnajdą siebie. Bardzo polecam!

Ta książka to uczta dla konesera. To obowiązkowa lektura dla tych, którzy kochają czytać. Najpierw kilkanaście obrazów, rzeźb, których tematyka nawiązuje do czytania właśnie. Różne epoki, różni bohaterowie – „Czytać, aby żyć” – motto Flauberta na samym początku. Nie jestem sama w tym moim czytaniu. Nie chodzi tu tylko o znajomych, z którymi wszystkie rozmowy i tak prowadzą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książka przypadkiem znalazła się w moich rękach i nie żałuję. A może nie tak do końca przypadkiem? Ponoć w życiu wszystko ma sens i to spotkanie lekturowe też? Z ciekawości sprawdzam pierwsze wydanie – 1978. Fiu fiu – nobliwa-staruszka. A ja już wiem, że to lektura na wielokrotne czytanie, na sięganie do niej, odkrywanie na nowo. Dla tych, którzy chcą się duchowo rozwijać, szukają nowych ścieżek w życiu, pragną zmian, do tej pory nie znaleźli odpowiedzi trudne pytania. Całość podzielona na cztery części: dyscyplina, miłość, rozwój a religia, łaska. Wśród nich mam swoją ulubioną część – o miłości właśnie. A ta ma tyle twarzy, które pomaga odkryć autor. Czytam książkę i podkreślam ołówkiem, zaznaczam zakładkami, wracam do pozaznaczanych miejsc. Nie można jej przeczytać na raz. Trzeba się nią delektować, powoli.

W wielu miejscach zgadzam się z autorem, w wielu z ciekawością poznaję jego punkt widzenia – i myślę sobie: o tym chętnie bym z nim podyskutowała. Szukam też innych tytułów autora. Tematy związane z duchowością nie należą do łatwych, dużą pomocą są tu przykłady z praktyki autora, które pomagają wgłębić się w dany problem, lepiej go zrozumieć. I co ciekawe, mimo upływu lat książka zawiera ciągle mnóstwo ważnych aktualnych treści, choć w niektórych traci niewątpliwie myszką. To ważne dla tych, które właśnie dziś szukają dla siebie przepisu na życie – w czasach ogarniętych technologiami, umilaczami czasu, różnymi uzależnieniami. Czytelnik powinien też być świadomy tego, że autor nawiązuje tu do wątków chrześcijańskich

Książka przypadkiem znalazła się w moich rękach i nie żałuję. A może nie tak do końca przypadkiem? Ponoć w życiu wszystko ma sens i to spotkanie lekturowe też? Z ciekawości sprawdzam pierwsze wydanie – 1978. Fiu fiu – nobliwa-staruszka. A ja już wiem, że to lektura na wielokrotne czytanie, na sięganie do niej, odkrywanie na nowo. Dla tych, którzy chcą się duchowo rozwijać,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Widząc rozmiary „Wielkiego polowania” można się nieźle się przerazić. 882 strony. Jest też druga strona tego medalu. Cykl Koło czasu jest wciągającą lekturą i strony mijają szybko – aż się nawet nie zauważa, że to już koniec. Sam cykl liczy kilkanaście tomów. Trzy ostatnie części – jak podaje Wikipedia – ukończył po śmierci autora inny znany pisarz fantasy Brandon Sanderson.

W drugiej części cyklu Rand dostaje się ze swoimi kompanami do Fal Dara. To niezwykłe miasto. Tymczasem jego tropem podąża mniszka zakonu Aes Sedai. To przed nią właśnie ucieka Rand. Chłopak nie może pogodzić się ze swoim przeznaczeniem. Trudno myśleć o tym, że na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za losy świata. Rand chciałby pozbyć się tego ciężaru – nie przyjmuje do wiadomości, że to on jest mitycznym Smokiem. Niespodziewanie miasto zostaje zaatakowane przez oddział trollaków. Zamieszanie wykorzystuje pewien groźny więzień , który znika z legendarnym Rogiem Valere. Zło nie śpi, a Dobro jest ciągle zagrożone. Rand i jego przyjaciele ruszają w pościg.

Jordan w drugiej części nadal tłumaczy świat, który stworzył – krok po kroku. Jest tego wiele, ale w każdym temacie zostawia coś jakby na potem. Ma niesamowity dar opowiadania historii. Wynajduje smaczki, przytacza ciekawe opowieści o postaciach i miejscach. Robi to z jakimś niespotykanym spokojem, bez pośpiechu. To klasyczne budowanie fabuły – z przydługimi opisami. Czasem brakuje mi takiego zabiegu we współczesnych książkach. Zbytnie koncentrowanie się na dialogach wybija z rytmu, zabija pewną równowagę, sprawia wrażenie pośpiechu i powierzchowności. U Jordana tego właśnie nie ma. I na całe szczęście. Jego świat jest wielki, olbrzymi, pełen zakątków, pełen gwałtowności – jeszcze tak wiele w nim do odkrycia. Jednak z mojej perspektywy nie widzę tutaj, w drugim tomie, zbyt dużego napięcia i emocji. To jest jakby ciągłe wchodzenie w ten świat, jakby nadal przygotowanie tego, co przed nami. Lepiej poznajemy bohaterów, lepiej dane miejsca – choć nabieramy przekonania, że jeszcze tyle przed nami. Właśnie na tym polega talent Jordana. Bez silenia się na jakieś fantastyczne efekty, nagłe zwroty akcji. Wytrawnego czytelnika kusi po prostu pięknym stylem, snuje swoje opowieści, wplata wątki poboczne, wprowadza nowe postacie. Oczywiście, trzeba do tego wszystkiego się przyzwyczaić. Jordan lubi detale, szczegóły szczególików, rozbiera postacie, miejsca, rzeczy, wydarzenia na elementy pierwsze. Wielkie polowanie to nie jest zwykła książka, ale majstersztyk literacki. I koniecznie trzeba przeczytać część pierwszą (Oko świata), żeby bez trudu odnaleźć się w tym wielkim Jordanowskim świecie.

Widząc rozmiary „Wielkiego polowania” można się nieźle się przerazić. 882 strony. Jest też druga strona tego medalu. Cykl Koło czasu jest wciągającą lekturą i strony mijają szybko – aż się nawet nie zauważa, że to już koniec. Sam cykl liczy kilkanaście tomów. Trzy ostatnie części – jak podaje Wikipedia – ukończył po śmierci autora inny znany pisarz fantasy Brandon...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Książka jest nie tylko swego rodzaju poradnikiem, ale też zapisem różnych osobistych doświadczeń związanych ze stanem zdrowia autorki. Najpierw diagnoza: wrzodziejące jelito. Potem próba leczenia głównie niebezpiecznymi sterydami, które mają mnóstwo skutków ubocznych. Do tego twierdzenie lekarza prowadzącego, że żadna dieta, zmiana nawyków żywieniowych nic tu nie pomogą. Tymczasem okazało się, że nic bardziej mylnego. Danielle Walker zaczęła testować na sobie dietę niskowęglowodanową, z mniejszymi i większymi rezultatami. Opisała wiele sytuacji ze swojego życia, kiedy to praktycznie była już jedną nogą na przysłowiowym tamtym świecie. I to faktycznie jedzenie ją uzdrowiło. Warto zajrzeć do tej książki z kilku powodów. Ci, którzy cieszą się dobrym zdrowiem, by przyjrzeć się swojej diecie i zacząć zawczasu wprowadzać zmiany, które sprawią, że samopoczucie będzie jeszcze lepsze. A ci, którzy borykają się już ze zdrowotnymi problemami znajdą tu wsparcie i podpowiedzi. Walker pisze bardzo przystępnie o swojej sytuacji rodzinnej, nie unika tematów trudnych. Radzi, jak dobra znajoma, przyjaciółka, podpowiada co robić. Pokazuje, że nie jest łatwo zmierzyć się z codziennością, kiedy kuszą smaczne potrawy podczas świąt lub przyjęć. Kiedy kuszą produkty z półek sklepowych. To dobry przykład walki z chorobą, bo niekiedy myślimy z zazdrością: jemu, jej się udało. Tymczasem to jest walka i wyrzeczenia. Dobrze wiedzieć, że nikomu nic nie spada samo z nieba. Potrzebne są determinacja i samodyscyplina. Taka osoba musiała i ciągle musi codziennie mierzyć się z wyrzeczeniami. Oprócz swojej historii Danielle podpowiada, jak działać, co jeść, gdzie szukać pomocy. Jest kilka przepisów potraw wolnych od zbóż, glutenu, nabiału i cukru. Chodź przyznam, że z ciekawością zajrzałabym do jej książek z przepisami. Autorka stworzyła bowiem wiele przepisów, która ułatwia życie milionom Amerykanów. A ponoć wielu obywateli USA dotkniętych jest tą chorobą, na którą cierpi autorka. Wzruszające są relacje ze spotkań z ludźmi, którym Danielle pomogła. Polecam dla zdrowia!

Książka jest nie tylko swego rodzaju poradnikiem, ale też zapisem różnych osobistych doświadczeń związanych ze stanem zdrowia autorki. Najpierw diagnoza: wrzodziejące jelito. Potem próba leczenia głównie niebezpiecznymi sterydami, które mają mnóstwo skutków ubocznych. Do tego twierdzenie lekarza prowadzącego, że żadna dieta, zmiana nawyków żywieniowych nic tu nie pomogą....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to