W Patagonii

Okładka książki W Patagonii
Bruce Chatwin Wydawnictwo: Świat Książki Seria: Lemur literatura podróżnicza
336 str. 5 godz. 36 min.
Kategoria:
literatura podróżnicza
Format:
papier
Seria:
Lemur
Tytuł oryginału:
In Patagonia
Data wydania:
2007-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2007-01-01
Data 1. wydania:
2019-01-01
Liczba stron:
336
Czas czytania
5 godz. 36 min.
Język:
polski
ISBN:
9788324703906
Tłumacz:
Robert Ginalski
Średnia ocen

                6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup W Patagonii w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki W Patagonii

Średnia ocen
6,6 / 10
104 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
623
208

Na półkach:

Dobrze wrócić do świata Chatwina. Po achach i ochach spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego, a okazało się, że inne książki podobały mi się bardziej, np "Co ja tu robię?" Tutaj czułem, że za dużo jest historii, a za mało osobistych odczuć autora. Ale, sięgam po jego następne pozycje ;)

Dobrze wrócić do świata Chatwina. Po achach i ochach spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego, a okazało się, że inne książki podobały mi się bardziej, np "Co ja tu robię?" Tutaj czułem, że za dużo jest historii, a za mało osobistych odczuć autora. Ale, sięgam po jego następne pozycje ;)

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

401 użytkowników ma tytuł W Patagonii na półkach głównych
  • 254
  • 142
  • 5
51 użytkowników ma tytuł W Patagonii na półkach dodatkowych
  • 33
  • 5
  • 4
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki W Patagonii

Inne książki autora

Bruce Chatwin
Bruce Chatwin
Angielski pisarz i podróżnik. Początkowo pracował jako ekspert od impresjonizmu w Sotheby's w Londynie. Potem zainteresował się archeologią. Odbył podróże do Chin, Patagonii, Beninu, Australii. Był biseksualistą, zmarł na AIDS.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Następca Ismail Kadare
Następca
Ismail Kadare
"Następca" Ismaila Kadare to książka ukazująca powiązania polityczne i ich wpływ na życie prywatne całych rodzin, w których przynamniej jedna osoba jest zaangażowana w działalność partyjną. Ismael Kadare zaczerpną inspirację z prawdziwych wydarzeń, jakie miały miejsce w Albanii podczas reżimu komunistycznego w XX wieku. Jednak model działania ludzi u władzy jest opisany w taki sposób, że można go odnieść również do tego, co dzieje się w innych krajach, w tym Polsce również dziś. Dzieło znanego albańskiego autora jest zwięzłe, stanowi drugą część opowieści o rodzinie następcy. Pierwsza część to "Córka Agamemnona", niestety nie byłam tego świadoma i przeczytałam je w odwrotnej kolejności ( w mojej bibliotece była dostępna tylko druga część). Stwierdziłam, że chcę być transparentna w dodawaniu recenzji według kolejności czytania. Mimo, że popełniłam błąd, nie wpłynęło to na odbiór samego dzieła. Wydarzenia i mechanizmy opisane w książce pozostawiają duże pole do zastanowienia się, czy władza jest warta tak dużych poświęceń. Chęć pięcia się do góry w karierze politycznej ma wpływ nie tylko na jednostkę zainteresowaną, ale również na najbliższe jej osoby. Warto mieć to na uwadze, podejmując taki krok. Bardzo podobało mi się zakończenie książki, w której autor jasno zaznaczył, żeby nie współczuć takim osobom, mimo spotkanego ich losu, wiedzą na co się pisały i jakie mogło to nieść za sobą konsekwencje. Postać wodza również pokazuje, jak działają liderzy danego nurtu, jak brakuje im kręgosłupa moralnego i jak są w stanie poświęcić wszystko, aby utrzymać się u władzy. Podsumowując, bardzo polecam to jak i pozostałe dzieła tego autora. Czytam obecnie już czwartą jego książkę i każde z nich porusza ważne wątki oraz refleksje dotyczące życia, śmierci i norm którymi kieruje się wiele osób.
Paulina - awatar Paulina
oceniła na 8 5 miesięcy temu
Błękitne przestrzenie. Wyprawa śladami kapitana Cooka Tony Horwitz
Błękitne przestrzenie. Wyprawa śladami kapitana Cooka
Tony Horwitz
Kilkanaście lat temu Tony Horwitz wyruszył w podróż śladami kapitana Jamesa Cooka. Wraz ze swoim towarzyszem, a w pewnym momencie towarzyszami, odwiedza różne miejsca związane z Brytyjczykiem - muzea, pomniki, budynki w różnych częściach globu, w Australii, Anglii, Nowej Zelandii, na Tahiti czy Hawajach. Chyba najlepiej pasuje tu określenie, że jest to coś w rodzaju reportażu historycznego. Autor mając pod ręką dzienniki Cooka, jego biografię i inną literaturę przedstawia podróże Brytyjczyków, a następnie pokazuje je we współczesnym lustrze. Bierze udział w rejsie repliki okrętu Cooka, rozmawia z tubylcami o tym jak dziś postrzegają kapitana, ale też spotyka na swojej drodze entuzjastów brytyjskiego bohatera. Wszystko to, aby zbliżyć się jak najbardziej do opisywanej przez siebie postaci, poznać ją jak najdokładniej, a jednocześnie zobaczyć jak wygląda pamięć o Cooku w różnych częściach świata. To oczywiście skłania, żeby spojrzeć na książkę jak na pewnego rodzaju biografię Cooka, oczywiście dość specyficzną, ale pozwalającą spojrzeć na dziedzictwo jego wypraw, chociaż nie da się ukryć, że część współczesno-reportażowa z przygód autora wydaje się zajmować więcej miejsca. Po książkę sięgnąłem będąc lekko rozczarowanym wydaną ostatnio u nas książką Hamptona Sidesa o trzeciej wyprawie kapitana. Dużo jest tam właśnie o sporze o Cooka, ale poczułem się trochę niedowartościowany sposobem przedstawienia tego zagadnienia. Horwitz rozmawia z ludźmi i pokazuje, że problem, w zasadzie jak zwykle, jest złożony i niejednoznaczny. Jedni nie lubią Cooka, dla innych jest obojętny, a niektórzy są mu wdzięczni, bo na podstawie jego dziennika mogli paradoksalnie odtwarzać wiedzę o swoich przodkach. U Horwitza widać też entuzjazm wobec Cooka i staje on w opozycji do poglądów wspomnianego także przez Sidesa badacza o nazwisku Obeyesekere, który widzi w nim jakąś odmianę Kurtza z "Jądra ciemności". No, ale największą zaletą Horwitza jest jego styl, który trochę przypomina mi Hemingwaya. Amerykanin i jego brytyjski towarzysz Roger nie wahają się iść na piwo do baru i tam zagadać lokalsów o Cooka, piją alkohol wszędzie gdzie się da, cierpią na statkach, odgrywają scenki z lądowania i śmierci kapitana Cooka, w Australii idą na festiwal poświęcony kapitanowi, na Tahiti idą do pubu na wybory miss transwestytów (tak, Brytyjczycy lądując na Tahiti mieli problem z określeniem płci niektórych tubylców) czy oglądają lokalne tańce, szukają miejsc związanych z Cookiem, a jak się okazuje, nawet w Anglii jest to problemem. No jest to chyba szczyt możliwości, jeśli chodzi o podróże historyczne czyimiś śladami i myślę, że wielu ludzi chętnie by wyruszyło w rajd takim w stylu. Jednocześnie, zrozumiem ludzi, którzy uznają, że z kolejką butelką rumu ta opowieść robi się coraz bardziej przewidywalna i monotonna. Jednocześnie, książka przypomniała mi o pewnych truizmach - że historia nie musi być nudna ani nadęta, że badacze historii mogą rozmawiać z ludźmi na swojej drodze i dobrze się bawić, że historia jest też taka jak ją sami sobie wykreujemy. Horwitz cierpi na statku na chorobę morską, pije i spaceruje po pacyficznych wyspach, ale też z pewnym badaczem chodzi z wykrywaczem metalu, częściowo rozwikłuje zagadkę strzały z kości Cooka znajdującej się w Muzeum Australijskim w Sydney czy rozmawia z hawajskim malarzem o przedstawieniu ostatnich chwil Cooka. I muszę przyznać, że to była wspaniała podróż, napisana z humorem i niespotykanym urokiem.
Balcar - awatar Balcar
ocenił na 9 6 miesięcy temu
Dom żółwia. Zanzibar Małgorzata Szejnert
Dom żółwia. Zanzibar
Małgorzata Szejnert
(2011) Ludzie i domy Zanzibaru. Zamysł autorki (1936) był taki, aby opowiedzieć historię wyspy poprzez życiorysy osób związanych z Zanzibarem: tych, którzy tam przyszli na świat lub spędzili pokaźną część swojego życia – zawodowego i prywatnego – a także tych, dla których wyspa była główną bazą wypadową lub zaledwie jednym z odwiedzanych portów*. Przypomina duże nazwiska, które zapisały się w historii Afryki i świata, a jednocześnie ratuje od zapomnienia te mniejsze, żywe już pośród nielicznych, głównie podstarzałych krewnych, sąsiadów i lokalnych specjalistów. Przeplatają się wzajemnie, niekiedy w swych losach oddalając terytorialnie od tytułowej wyspy, zwłaszcza na początku książki (ze Stanleyem zawędrujemy aż do Konga, z Livingstone’em będziemy podróżować wzdłuż Zambezi). Dopiero od krwawej rewolucji roku ‘64, bardziej zdecydowanie trzymamy się Zanzibaru, i tok wydarzeń sprawia wrażenie istotniejszego niż losy poszczególnych bohaterów. Typowo reporterski patent opowieści o historii i przemianach politycznych poprzez skupienie na losach wybranych bohaterów, z różnych warstw społecznych, nie został tu w pełni prawidłowo wykorzystany, bo autorka skupią się również na żywotach prowadzonych poza Zanzibarem, z marginalnym związkiem z samą wyspą, w których włości sułtana znikają daleko za horyzontem... Butny Stanley i dr Livingstone to ciekawe postacie, ale pod kątem konstrukcyjnym, autorka poświęca im zbyt wiele miejsca – tak jakby była to książka na inny temat (o początkach europejskiej kolonizacji i zapełnianiu ostatnich białych plam, w środkowej i wschodniej Afryce). Opowieść rozpoczyna się stosunkowo późno, kiedy Zanzibar jest już terytorium zależnym od Omanu (tj. po 1698 r.), a kończy w roku 2010 (jak można się domyślać, w czasie ostatniej wizyty reporterki). Brakuje wprowadzenia historycznego**, kilku zdań na temat pierwotnych mieszkańców, perskiej i arabskiej kolonizacji***. Wystarczyłaby jedna strona, albo dłuższe zdanie. ______________________ * Ośrodkiem handlu niewolnikami, skąd płynęli dalej do krajów arabskich, lub trafiali na lokalne plantacje goździków. ** Krótka historia Zanzibaru: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(autonomia)#cite_note-PWN-1; https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(wyspa) *** Gdyby tego nie pominięto, nazwa Partii Afroszyrazyjskiej (Afro-Shirazi Party), która nieprzypadkowo zawiera w sobie znajomo brzmiącą nazwę perskiego miasta, byłaby bardziej zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. (Odwołanie do perskiego osadnictwa pojawia się tylko raz, przy okazji opisu ruin, identyfikowanych jako pozostałość po ludności irańskiej). Skoro ruch polityczny obrał sobie taką nazwę, musi się to w jakiś sposób przekładać na autoidentyfikację części czarnych Zanzibarczyków, być elementem pewnej narracji tożsamościowej, a zatem czymś istotnym, o czym warto by napisać. Niestety temat jest niepodjęty. „The Afro-Shirazi Party (ASP) was an African nationalist and socialist Zanzibari political party formed between the mostly Shirazi Shiraz Party and the mostly African Afro Party” (https://en.wikipedia.org/wiki/Afro-Shirazi_Party). O Szirazyjczykach (Mbwera): „Modern academics reject the authenticity of the primarily Iranian origin claim, although recent genetic evidence points towards noticeable Iranian admixture. They point to the relative rarity of Iranian customs and speech, lack of documentary evidence of Shia Islam in the Muslim literature on the Swahili Coast, and instead a historic abundance of Sunni Arab-related evidence. The documentary evidence, like the archaeological, »for early Persian settlement is likewise completely lacking«”(https://en.wikipedia.org/wiki/Shirazi_people). • Językowo: 8/10 – czyta się naprawdę dobrze. Pod kątem informacyjnym: 7/10 – ciekawa. W oparciu o lekturę, można zyskać podstawy niezbędne do zrozumienia lokalnej historii i powiązania z procederem niewolnictwa (nawet pomimo braków, przemilczenia okresu sprzed arabskiej kolonizacji, oraz tego, jak ta przebiegała na przestrzeni stuleci). Napisanie książki wymagało zapoznania się z dużą ilością materiałów, odbyciem wielu rozmów, a liczne przypisy sugerują skrupulatność i rzetelne podejście. (W materiale promocyjnym wydawnictwa Znak z 2011, autorka wspomina, że kilka lat przed podjęciem tematu nie widziała nawet gdzie leży Zanzibar [https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns]. Pisząc tę książkę nadrobiła zaległości z nawiązką). Konstrukcyjnie, patrząc na tekst pod względem obranej koncepcji: 5/10 – młodszemu reporterowi, bez wyrobionego nazwiska, raczej zwrócono by uwagę odnośnie zaburzonych proporcji, odejścia od tematu i pominięcia istotnego wprowadzenia historycznego. Summa summarum: 6.5 lub naciągane 7/10. Warto przeczytać (jeśli skupiamy się na walorze informacyjnym – ten jest wysoki, nawet pomimo pewnych luk; natomiast konstrukcyjnie to i owo poszło źle, wymknęło się spod kontroli, i nie jest to dobry wzór dla adeptów sztuki reportażu). • Małgorzata Szejnert*: „Podczas pierwszego nurkowania [u wybrzeży Zanzibaru], spotkałam, na głębokości mniej więcej dwudziestu metrów, dwa ogromne żółwie zielone. […] To było tak cudowne, te-te żółwie, które się poruszały jak bańki mydlane... […] żółw zielony, może złożyć jaja, tylko tam gdzie przyszedł na świat. […] I zdałam sobie sprawę, że te żółwie – jeżeli to były żółwice – które widziałam, w wodzie, to one nie mają przed sobą wielkiej szansy złożenia jaj na Zanzibarze, dlatego że, cała plaża – jest pełna ludzi, że… zabudowuje się hotelami, te hotele są otoczone murami, i właściwe jest niewielka szansa, że jeżeli żółwica przyszła tu na świat, to będzie mogła w tym miejscu złożyć jaja […]. […] zaczęłam więcej myśleć o powierzchni Zanzibaru, niż o tym co jest w wodzie. I, pojechałam przede wszystkim obejrzeć ten Zanzibar. […] Pojechałam do stolicy Zanzibaru […] i zobaczyłam tam, zdumiewające rzeczy. Zobaczyłam, stare pałace posułtańskie, zobaczyłam dom z którego Livingstone wyruszał w jedną ze swoich wypraw, i inny dom w którym złożono jego zwłoki, jak…. umarł w Afryce i trzeba go było przewieźć je do Anglii. Zobaczyłam, miejsca w których kupował koraliki Stanley […]. Zobaczyłam miejsce po dawnym targu niewolników, gdzie zbudowano katedrę anglikańską. Zobaczyłam stary letni pałac w którym wychowała się księżniczka Salme, która potem uciekła do Europy ze swoim niemieckim... kochankiem a potem mężem […]. Zobaczyłam… wielki gmach, w którym urzędował jako [francuski] konsul, w XIX wieku, polski poeta romantyczny Henryk Jabłoński. I zdałam sobie sprawę, że Zanzibar jest miejscem niezwykle ważnym dla świata. O którym my właściwe, no ja w każdym razie, prawie nic nie wiedziałam. […] Pracowałam dwa lata nad tym. Byłam trzy razy na Zanzibarze. […] I książce dałam tytuł Dom żółwia. Dlaczego Dom żółwia? Dlatego, że… przejęłam się bardzo bezdomnością tego żółwia. I zdałam se sprawę, że ta bezdomność jest… niezwykle symboliczna dla całego Zanzibaru. To była bezdomność niewolników. To była później bezdomność elit arabskich które zostały podczas rewolucji przegnane z Zanzibaru. To jest dzisiejsza bezdomność ludzi z wiosek, które są wypychane przez przemysł turystyczny. Czy ci ludzie są wypychani z tych wiosek, wioski są spychane, przez wielkie hotele, przez jakieś korporacje międzynarodowe prowadzące ten… także tak się stało, że podczas pierwszego nurkowania złowiłam temat, który […] zyskał efekt w postaci tej książki”**. _______________________ * W roku, w którym książka poszła do druku, autorka miała 75 lat. ** Małgorzata Szejnert o Zanzibarze i swojej książce "Dom żółwia" [2011] https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns (spisywane ze słuchu) • ‘64: MORD ZAŁOŻYCIELSKI CZARNEGO ZANZIBARU „– Czy wiadomo, gdzie znajdują się groby? – Nie, i nikt nie dociekał. To jest Afryka” (str. 329). „Masakra Arabów na Zanzibarze – masowe egzekucje, gwałty i tortury ludności arabskiej dokonane przez bojówki Partii Afroszyrazyjskiej i Umma oraz lokalną czarnoskórą ludność podczas rewolucji na Zanzibarze w styczniu 1964 roku. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło ok. 13–20 tys. Arabów, a tysiące kolejnych zostało wygnanych do Omanu. Zdaniem niektórych naukowców, działania te nosiły znamię ludobójstwa [przepraszam, tu są jakieś wątpliwości?]. […] W efekcie zamordowano tysiące nieuzbrojonych arabskich cywilów. Wiele hinduskich sklepów zostało splądrowanych i spalonych, a niektórzy Hindusi (element miejscowej elity handlowej) zostali zabici. Majątki Arabów zostały wywłaszczone. Po ukierunkowanej rzezi tysiące kolejnych umieszczono w obozach, a później przymusowo deportowano do Omanu. Niszczone było również kojarzone z Arabami islamskie dziedzictwo Zanzibaru. Większość arabskich rękopisów znajdujących się w Archiwach Narodowych Zanzibaru została zniszczona. Na ulicach symbolicznie palono Korany, mimo że 98 procent populacji Zanzibaru stanowili muzułmanie. Zabijanie arabskich cywilów i grzebanie ich zwłok w masowych grobach zostały udokumentowane przez włoską ekipę realizującą w helikopterze sceny do dokumentu Africa Addio, a ta sekwencja filmu jest jedynym znanym, wizualnym udokumentowaniem zbrodni” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_Arab%C3%B3w_na_Zanzibarze). To mogłoby być w jakimś stopniu zrozumiałe, i jednocześnie spodziewane w latach ucisku, jeszcze 150-200 lat temu, w ramach spontanicznego zrywu, w odpowiedzi na realną potrzebę wolności, dramatyczne warunki życia, brak perspektyw... w ramach realnej walki o przeżycie. Ale po zniesieniu niewolnictwa? Tuż po ogłoszeniu niepodległości? Przy proporcjach społecznych w których czarni mają miażdżącą większość i mogą sparaliżować wyspę podczas zwykłego protestu? (Co zrobił PRL po tej czystce etnicznej? Nawiązał relacje dyplomatyczne z czarnym reżimem. Ręce opadają). • To co uderza odbiorcę podczas lektury, to znajomy model historyczny, typowy dla praktycznie całej postkolonialnej Afryki. Biali usuwają się w cień, przekazują władzę autochtonom – a ci rozpoczynają bratobójcze walki lub krwawe czystki etniczne. Jak u Orwella w Folwarku zwierzęcym, następuje zamiana miejsc: samozwańczy oswobodziciele stają się kastą pasożytniczą która wprowadza zamordyzm, usuwa jednostki niewygodne, piętnuje je lub brutalnie spycha na margines – w nędzę i zapomnienie; kwitnie korupcja, nepotyzm, układy i układziki. Zamiast sukcesu gospodarczego, jest głód i klepanie biedy. Fundamentalizm religijny nie pomaga, podobnie jak kompletny brak sensownej kontroli narodzin i nieprzemyślana, źle realizowana edukacja publiczna. Zapewne byłoby dla Zanzibaru lepiej, gdyby pozostał sułtanatem związanym z Wielką Brytanią. Gdyby stopniowo dochodził do pełnej demokratyzacji, zaczynając od wprowadzenia powszechnej, darmowej i obowiązkowej edukacji. Wykształcenia wielopokoleniowych, czarnych elit, lokalnych specjalistów i świeckich społeczników, sensownego zagospodarowania zajmowanej przestrzeni, zbudowania sieci trwałych połączeń gospodarczych, i wejścia w rolę pomostu między Afryką a światem islamu. Lokalna ludność i potomkowie niewolników nie ulegli arabizacji, nie pochłonęło ich muzułmańskie dziedzictwo, a jednocześnie, paradoksalnie – zachłysnęli się islamem. I dziś, ze szkodą dla siebie, swoich matek, żon, córek i sióstr, tworzą jedną z bardziej konserwatywnych, zacofanych społeczności. _______________________ * Nawet dziś, to co jest tam architektonicznie i kulturowo najatrakcyjniejsze, to pozostałości po potomkach przybyszy z Omanu i Brytyjczykach, stawiających budynki w stylistyce muzułmańskiej. • UWAGI (wyd. 2011): str. 19 – „siódmego – ósmego” (siódmego-ósmego); str. 27 – wówczas jeszcze nie indonezyjskich, Indonezja powstanie po II wojnie światowej; str. 62 – ta ozdoba (widoczna na sąsiedniej stronie) nie wygląda jak korona, to raczej splot roślinny; str. 66 – to nie ściana, ale rozwijane tło (sugeruje to specyfika pracy w zakładzie fotograficznym, oraz lewa strona zdjęcia); str. 70 – przesiedział się (przesiedział sobie?); str. 73 – po co pada tu bezsensowna uwaga o naturze śmierci, zdanie powinno się kończyć po słowach „potwierdza tę teorię”; str. 76 – Anglika (Szkota); str. 84-85 – na fotografii widzimy słupek do cumowania, to sugeruje że patrzymy na nadbrzeże, a być może pokład jednostki, nie wnętrze pokoju, w tle jest olinowanie (na str. 374, w spisie fotografii, czytamy, że mężczyzna znajduje się na pokładzie statku Malwa!); str. 100 – Anglikiem (Brytyjczykiem/Walijczykiem); str. 113 – Arabia Saudyjska powstała dziesięć lat po śmierci Kirka; str. 168 – „Stolica Zanzibaru, Zanzibar, leży, jak wiemy, na wschodnim brzegu wyspy Ungui” – miasto znajduje na zachodnim brzegu, po drugiej stronie cieśniny jest kontynent; str. 173 – Zambii (Rodezji Północnej); str. 181 – „[…] dzieci od trzech różnych żon” (...z trzech różnych żony?); str. 199 – „Boże, zbaw Królową”, tj. God Save the Queen, Boże, chroń Królową – „zbawić” to wg słownikowej definicji „ocalić, uratować, odkupić (od potępienia wiecznego)” (https://sjp.pl/zbawić) i w tym trzecim rozumieniu używa się go najpowszechniej, „save” to najczęściej zachować, zapisać, uratować; str. 210 – nie pochodzący (niepochodzący); str. 208 – przez (przed); str. 314 – niewielką-niewielki (brzydkie powtórzenie); str. 333 – kontynuacja wypowiedzi Matyldy od kolejnego myślnika (nawet jeśli są to osobne całości, nie ma powodu by nie skleić ich w jedną). Wszystkie przypisy, umieszczone na końcu książki, oznaczone są w tekście gwiazdkami (nie numerkami) – co za idiotyczny pomysł?
Gracjan - awatar Gracjan
ocenił na 6 9 miesięcy temu
W Azji Tiziano Terzani
W Azji
Tiziano Terzani
Tiziano Terzani (1938-2004) był włoskim dziennikarzem, reporterem i wieloletnim korespondentem czasopisma "Der Spiegel". Ukończył prawo na uniwersytetach w Leeds i Pizie, a także studiował sinologię na Uniwersytecie Columbia. Przez wiele lat wspólnie z rodziną mieszkał w różnych krajach Azji. Poznawał ich kultury, religie, zwyczaje oraz historie, a także był świadkiem zamachów stanu, wojen i rewolucji. Rozmawiał z ludźmi m.in. zepchniętymi na margines społeczny, przedstawicielami elit, wykładowcami, a nawet z przestępcami. Nie bał się poruszać się trudnych tematów i z ogromną starannością starał się relacjonować wydarzenia, zachodzące w krajach w których przebywał. Starał się wyjaśnić w jaki sposób przeszłość i religia oddziaływały na ich sytuacje wewnętrzną oraz ich relacje z sąsiadami. Efektem jego pracy jest zbiór reportaży napisanych w latach 1965-1997 pt. "W Azji". Książka ta jest pełna dogłębnych treści i ukazuje nam obraz krajów azjatyckich, które dzielą religie, kultura i język, łączą zaś podobne doświadczenia, chęć pokoju i stabilizacji oraz oczekiwanie na lepszą przyszłość. Na ich sytuację wpływ miały działania mocarstw zachodnich (prawie wszystkie kraje, w których przebywał Terzani było koloniami), wojny z sąsiadami, zamachy stanu, dyktatury oraz sytuacja gospodarcza. Wiele z nich w wyniku różnego rodzaju wydarzeń mierzy się z problemami takimi jak m.in. konflikty etniczne, korupcja, rozwarstwienie społeczne, rasizm czy szowinizm. Reasumując. Książka Terzaniego jest poruszająca i pełna dogłębnych spostrzeżeń dotyczących krajów azjatyckich. Zmusiła mnie do przemyśleń nad różnymi zagadnieniami i zaciekawiła swoją narracją. Polecam.
Maras - awatar Maras
ocenił na 10 3 lata temu
To oślepiające, nieobecne światło Tahar Ben Jelloun
To oślepiające, nieobecne światło
Tahar Ben Jelloun
Historia prawdziwa. Zapis-wspomnienie osiemnastoletniego uwięzienia w ziemnej celi stworzonej w dawnej fosie, gdzie swoje winy (udział w udaremnionym zamachu stanu) mieli odpokutować schwytani wojskowi przestępcy-zamachowcy. I jakimż to zamachowcem miał się okazać bohater naszej opowieści? Zwykły kadet, który wykonywał polecenia przełożonych - faktycznych spiskowców… Znamy to - “a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”… Uwięzienie niedoszłych zamachowców nie miało mieć waloru resocjalizacyjnego. To w rzeczywistości wyrok śmierci, choć nie wykonany strzałem w tył głowy, a poprzedzonej torturami (w tym niewyrafinowanymi psychicznymi), niewyobrażalną ilością cierpienia, deprywacją wrażeń zmysłowych (w podziemnej celi półtora-na-trzy metry), i powolnie postępującym wyniszczeniem. Owa wyrafinowana tortura śmierci na raty dotknęła zresztą tylko tych młodych rekrutów, którzy nawet jadąc na zamach nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, w czym biorą udział; winna wszystkiemu generalicja po bożemu: degradacja i pluton egzekucyjny… Koniec gehenny i uwolnienie ocalałych również okaże się zbiegiem okoliczności (i ciężką pracą nie do końca ujawnionego łańcucha ludzi dobrej woli i instytucji broniących praw człowieka), a wynikającym po części z uwarunkowanych kulturowo powiązań plemienno-rodowych. Z rodem i plemieniem nie wygrasz… Opowieść - jak książki o fizyce kwantowej - przekracza zdolność objęcia umysłem. Jak pojąć osiemnaście lat izolacji w podziemnej klitce wielkości grobu? Najpierw trzeba by pomyśleć, co to jest owe osiemnaście lat?.. Jak znieść to, co zdaje się być nie do zniesienia? Czegóż trzeba się wyzbyć, aby przeżyć piekło osiemnastoletniego zamknięcia w ziemnej jamie? Ocaleniec mówi, że przede wszystkim nadziei, nadziei właśnie na ocalenie. Poza tym myśli o życiu, które dla niektórych toczy się normalnie poza tą prowizoryczną celą. Myśli o istniejącej gdzieś tam rodzinie i bliskich - bez wieści o uwięzionych. Jakimś sposobem przetrwania stają się zaawansowane ćwiczenia umysłu, niektóre wręcz wydające się paradoksalnie absurdalnymi: mistyka, filozofowanie, modlitwa i nauka Koranu, poezja i opowieści. Ta historia to właśnie wielka opowieść o potędze ludzkiego ducha! A degradacja (i fizyczna, i umysłowa) jednak mimo to postępują. Umiera się zaś często tylko dlatego, że w człowieku gaśnie wola życia… Język opowiadania dość chaotyczny, liczne przeskoki w czasie i przestrzeni. Wydaje Jak myśli szaleńca, albo kogoś, dla kogo osunięcie się w szaleństwo jest mechanizmem obronnym przed niewyobrażalnym cierpieniem. Wielu widzi w tej książce analogię do literatury obozowej czy łagrowej. Może? Mi się ona jakoś wiąże z lekturą “Ażeby jutro nie ośmielili się już nas mordować” wydawnictwa Claroscuro czy “Pałacem snów” Kadarego. A mamy i ironiczno-horrorzaną wariację na temat Szeherezady i “Baśni tysiąca i jednej nocy”. Połączeniem zaś nieludzkiego systemu represji i piękna języka, jakim się mówi o spotworniałym świecie zbliża mi się ta opowieść do “Słońca martwych” Szmiełowa. No i jakże jest to aktualny komentarz do obrazów islamskiej zimy, toczącej się (dosłownie) na naszych oczach w Iranie…
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na 8 2 miesiące temu
Zadyma w dzikim sadzie Kiran Desai
Zadyma w dzikim sadzie
Kiran Desai
Wszystkiemu winne pijane małpy. Pomimo że książka została napisana w latach siedemdziesiątych, jest zaliczana przez hindusów i nie tylko do klasyki powieści hinduskiej. Może dlatego, że świetnie oddaje klimat i ducha Indii, ducha pełnego wewnętrznych sprzeczności, mieszanki tradycji i nowoczesności. Indie, najludniejszy kraj na świecie, gdzie trudno jest o intymność i samotność, a domy są wielopokoleniowe. Nie inaczej jest w maleńkim górskim indyjskim miasteczku, z ciasnymi, brudnymi uliczkami, gdzie każdy o każdym wie wszystko, a życie jest nudne i jednostajne. W takim miasteczku, w dziwnych okolicznościach przychodzi na świat Sampath. Jego ojciec jest urzędnikiem państwowym i pragnie dla swego pierworodnego syna tego samego, a nawet żeby osiągnął więcej niż on. Sampath jednak uczyć się nie chce. Sfrustrowany ojciec załatwia mu pracę na poczcie, zajęcie nudne, a jedyna rozrywka to czytanie cudzych listów. Ta nuda go przytłacza i po wywołanej na ślubie szefa zadymie ucieka. Nie ucieka jednak daleko, a zostaje w pobliżu miasteczka, wdrapuje się na drzewo i tam mieszka. On ucieka od świata, ale czy świat go nie dogoni? W świecie zachodnim można by traktować Sampatha jako nieudacznika, ale w Indiach, gdzie tylu dziwnych świętych mężów, on staje się kolejnym z nich. Sampath staje się lokalną atrakcją. Nie może narzekać, karmią go, siedząc na drzewie, może się umyć i załatwiać inne potrzeby, otoczony opieką rodziny. Przybywają do niego tłumy po poradę i błogosławieństwo. Sampathowi przydało się czytanie cudzych listów. Jego ojciec, który kiedyś go tak ganił, teraz dzięki niemu zarabia ogromne pieniądze i ciągle rozwija rodzinny biznes. Niestety sielankę przerywają małpy, święte zwierzęta w Indiach, które wprowadzają chaos. Sampathowi pozostaje zejście z drzewa lub ucieczka jeszcze dalej. Kiran Desai z przymrużeniem oka wspaniale oddaje świat hinduski i mentalność jego mieszkańców. Poznajemy plejadę barwnych postaci, których zachowanie nas zaskakuje. W barwny sposób opisuje świat mnie obcy, pełen zachwycających zapachów i smaków, ale też smrodu, kurzu i upału. Można podejść do tej powieści filozoficznie, czyli poszukiwanie swojego miejsca na świecie i sensu życia. Tyle tylko, że taka historia mogła się wydarzyć tylko w Indiach. Jednak jest to powieść iskrząca się od humoru, który czasami dla europejczyków jest absurdalny. Czytając ją, bawiłam się znakomicie, ten rodzaj humoru mnie odpowiada. Recenzja w serwisie "Na kanapie"
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 7 1 rok temu
Królowa Karaibów Klementyna Suchanow
Królowa Karaibów
Klementyna Suchanow
W książce K. Suchanow pojawiają się dwa wątki historyczne. Pierwszy opisuje wzajemne relacje jakie łączyły polskiego prozaika Witolda Gombrowicza z kubańskim poetą Virhgiliem Pinerą; drugi opowiada o tym jak zeszły się drogi czterech muszkieterów – komendantów rewolucji. Druga z tych narracji - ta odkrywająca karty rewolucjonistów, wydaje się niejako doklejona do książki. Tak, jak gdyby autorce nie wystarczało materiału do samego tylko opisu kręgów literackich tamtych czasów… Albo jakby uznała (wydaje mi się z resztą, że słusznie), że sam temat jest zbyt egalitarny i przeciętnego czytelnika, który o Pinerze nie słyszał zupełnie nic, a Gombrowicza kojarzy z „Ferdydurke”, nie obejdzie wcale, a wcale. Byłby to dla mnie zarzut wobec autorki, gdyby nie fakt, że historia rewolucji barbudos (brodaczy) jest opisana niezwykle ciekawie, żywiołowo i z wielka dbałością o szczegóły. Początkowo jest więcej o tzw. historycznym zapleczu każdego z bohaterów, a zatem o historii Kuby na początku XX wieku, o dyktaturze Machado, o przewrocie Batisty i o marionetkowych prezydentach. Później do głosu dochodzą już indywidualne głosy czwórki tenorów rewolucji Hubera Matosa, Camilo Cienfuegosa, Che Guevary i Fidela Castro. Lekkość pióra autorki, żywiołowość i barwność opisów, nawet pewna swada i przekora sprawiają, że te, poświęcone przyszłym bojownikom, rozdziały czyta się z wielkim zainteresowaniem. Nie stanowił dla mnie nawet zbyt dużego problemu fakt, iż nie kleiły się one w zbyt wielu miejscach z drugim – literackim segmentem. Powiem więcej, nie skupiałem się na elementach opowieści o Gombrowiczu i Pinerze tak samo, jak na tych dotyczących Castro i Che. Chociaż, co znaczące, ostatecznie mimo iż Gombrowicz i Pinera nie mieli specjalnie wiele wspólnego z rewolucją kubańską i całym tym fermentem to jednak i oni w pewnym stopniu byli odpowiedzialni za „rewolucję”. Tylko inną, bo przeprowadzaną na polu sztuki. W taki oto sposób polityka i kultura zetknęły się nie po raz pierwszy pod wspólną buntowniczą banderą. Ale to już zupełnie inna para kaloszy. Więcej na: https://librumlegens.wordpress.com/2021/05/25/klementyna-suchanow-krolowa-karaibow/
librumlegens - awatar librumlegens
ocenił na 6 4 lata temu

Cytaty z książki W Patagonii

Więcej
Bruce Chatwin W Patagonii Zobacz więcej
Więcej