Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989

Okładka książki Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989 autora Bruce Chatwin, 9788377998458
Okładka książki Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989
Bruce Chatwin Wydawnictwo: Świat Książki literatura piękna
224 str. 3 godz. 44 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2012-09-12
Data 1. wyd. pol.:
2012-09-12
Liczba stron:
224
Czas czytania
3 godz. 44 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-7799-845-8
Tłumacz:
Krzysztof Puławski
Średnia ocen

6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989

Średnia ocen
6,8 / 10
41 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989

avatar
45
17

Na półkach:

Świetne. Chatwin nigdy nie zawodzi. Jego wnikliwość, dar obserwacji i czujność widzenia prowadzi czytelnika w dalekie zakamarki globu. Teraz szczególnie rozbudza fantazje uziemionych pandemia podroznikow.

Świetne. Chatwin nigdy nie zawodzi. Jego wnikliwość, dar obserwacji i czujność widzenia prowadzi czytelnika w dalekie zakamarki globu. Teraz szczególnie rozbudza fantazje uziemionych pandemia podroznikow.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1829
957

Na półkach:

Zbiór naznaczony jest tematyką nomadyzmu, która kompletnie zawładnęła Chatwinem. W listach, esejach, pismach krytycznych, recenzjach książek, wszędzie i zawsze powraca temat koczownictwa.
Z całych sił szukał jego źródeł, próbuje dociec przyczyn tego, że ludzie od wieków mają silną potrzebę zmian, przemieszczania się, próbowania czegoś nowego. Entuzjazm z jakim odnosi się on do zagadnienia jest ujmujący, momentami nawet zaraźliwy. Marzył i spełniał marzenia. Chciał odwiedzić Patagonię, pojechał tam. Stanowiła ona również tło dla jego utworów literackich. W rozważaniach o nomadyzmie daje popis erudycji i znajomości rzeczy. Nawiązuje do wielkich filozofów, analizuje czynniki cywilizacyjne, kulturowe, szukając wciąż prawdy o zagadnieniu. Chatwin był znakomitym obserwatorem, bardzo uważnym czytelnikiem (ach ta jego biografia R. L. Stevensona!),który w bardzo błyskotliwy sposób dociera do sedna rzeczy, jest w tym jednak nienachalny, taktowny.
W zbiorze, poza swego rodzaju wspomnieniami, znajdują się również opowiadania, w których najpełniej widać styl Chatwina: dyskretny, bardzo oszczędny, a jednocześnie dowcipny, pełen pułapek (co jest fikcją, co jest prawdą? W którym miejscu się one mieszają?).
Sam zbiór jest dość przemyślany, jednak łączenie wspomnień, opowiadań, recenzji, rozważań nad sztuką i kulturą, listów itp. nie daje czytelniczego komfortu. Kończąc jedną część wpadamy w diametralnie inną, różną od poprzedniej, co powoduje pewien chaos, rozdrażnienie, które mija, gdy zgłębimy się w treść. Gdy już w niej okrzepniemy, następuje kolejna wolta i zmiana tematyki. To może rozpraszać.
Pisarstwo Chatwina jest niewymuszone, prostolinijne, a przy tym eleganckie i proste, doprawione attycką solą. Uczta dla czytelnika.


Więcej na: buchbuchbicher.blogspot.com

Zbiór naznaczony jest tematyką nomadyzmu, która kompletnie zawładnęła Chatwinem. W listach, esejach, pismach krytycznych, recenzjach książek, wszędzie i zawsze powraca temat koczownictwa.
Z całych sił szukał jego źródeł, próbuje dociec przyczyn tego, że ludzie od wieków mają silną potrzebę zmian, przemieszczania się, próbowania czegoś nowego. Entuzjazm z jakim odnosi się on...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
726
134

Na półkach: ,

W ostatnim czasie mój ulubiony zagraniczny pisarz. Niepublikowane wcześniej teksty może nie są rewolucją w postrzeganiu Chatwina, ale na pewno stanowią ciekawe uzupełnienie innych książek jego autorstwa.

W ostatnim czasie mój ulubiony zagraniczny pisarz. Niepublikowane wcześniej teksty może nie są rewolucją w postrzeganiu Chatwina, ale na pewno stanowią ciekawe uzupełnienie innych książek jego autorstwa.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

166 użytkowników ma tytuł Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989 na półkach głównych
  • 91
  • 65
  • 10
57 użytkowników ma tytuł Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989 na półkach dodatkowych
  • 47
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989

Inne książki autora

Bruce Chatwin
Bruce Chatwin
Angielski pisarz i podróżnik. Początkowo pracował jako ekspert od impresjonizmu w Sotheby's w Londynie. Potem zainteresował się archeologią. Odbył podróże do Chin, Patagonii, Beninu, Australii. Był biseksualistą, zmarł na AIDS.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Listy z podróży Karel Čapek
Listy z podróży
Karel Čapek
Czy w czasach, w których świat mamy na wyciągnięcie ręki jesteśmy w stanie znaleźć w "Listach z podróży" Čapka coś dla siebie?  Na tym polega siła literatury, dobrej literatury, że nie traci ona na aktualności. Pisarz zabiera nas w podróż po Europie lat 20. i 30. XX w. Odwiedza Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Holandię, Danię, Szwecję i Norwegię. Od tego czasu zmieniło się wiele. Wiele z miejsc, odwiedzonych przez pisarza straciło swój niepowtarzalny klimat, zatraciło magię. Podobnie jak obserwacje dotyczące społeczeństw - ich zachowania, ubioru, kultury. Niektóre ze wspomnień stały się lokalnym folklorem. Hiszpanki nie ubierają już mantyli, angielscy parlamentarzyści ściągnęli peruki a korrida chociaż nadal okrutna powoli odchodzi od krwawej spektakularności. Čapek jest uważnym obserwatorem, wydaje się, że ani na moment nie wychodzi ze swojej roli, nie zamyka oczu, tylko chłonie piękno odwiedzanych miejsc. Zadaje sobie nawet pytanie: "Czy nigdzie nie ma końca podróży i patrzenia?" Nic nie umknie jego uwadze. Ani zachwycająca sztuka, ani architektura, ani lokalne osobliwości ani piękno mijanego krajobrazu. Jego otwarta postawa wobec obcych kultur, postawa pełna nieustającego zdziwienia i zachwytu sprawia, że jego relacja staje się nie tylko sprawozdaniem z odwiedzanych miejsc, ale zapisem zdumień i emocji. Jako obywatel Europy Środkowej często porównuje swój kraj z odwiedzanymi. Ale to nie jest hymn pochwalny, Čapek opisuje również te elementy, które go zadziwiają i które mu nie odpowiadają. Autor często podkreśla, że najbardziej przyciąga go to co jest poza bedekrem, że lubi wędrować własnymi ścieżkami, odkrywać to, co często jest pomijane. Czytając relacje Čapka, widzimy jak zmienił się nie tylko świat, ale także turystyka. Bo podróż pisarza chociaż intensywna ma znamiona powolności. "Listy..." wzbogacone są uroczymi rysunkami Čapka, które w przeciwieństwie do fotografii także są dowodem na uważne obserwowanie świata przez pisarza. Przeł. P. Godlewski
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na72 lata temu
Pensjonat pamięci Tony Judt
Pensjonat pamięci
Tony Judt
Chory na stwardnienie zanikowe boczne, „nieuleczalną degeneracyjną chorobę, na którą niedługo umrze”, nieodwołalnie przykuty do łóżka i fotela inwalidzkiego, „w warunkach niecodziennych ograniczeń narzuconych przez ciało, które stało się więzieniem”, będący w stanie, który będzie się już tylko pogarszał, zdany na „różnych mechanicznych bądź ludzkich pośredników”, jeden z najwybitniejszych historyków naszych czasów Tony Judt pisze książkę, która jest pochwałą życia i kultury. Jak tego dokonuje? Aby przetrwać ciągnące się w nieskończoność bezsenne noce, unieruchomiony, niemogący samodzielnie wykonać jakiegokolwiek ruchu pisarz oddaje się swoistym umysłowym ćwiczeniom: „przeglądam swoje życie, myśli, fantazje, wspomnienia, także te niedokładnie zapamiętane, aż natrafię na wydarzenia, ludzi czy opowieści, za pomocą których mogę oderwać umysł od ciała, w którym jest unieruchomiony”. Z czasem te motywowane czysto praktycznymi względami zabiegi przekształcają się w projekt o wiele bardziej ambitny: „Po kilku miesiącach choroby zdałem sobie sprawę, że nocą układam w głowie całe historie”. Aby móc „odtworzyć następnego dnia te na wpół zapisane szlaki” sięga po mnemotechniczne metody stosowane przez myślicieli i podróżników z początków ery nowożytnej, którzy dla gromadzenia i przypominania sobie szczegółów i opisów wznosili w swoich umysłach „pałace pamięci”. Judt nie miał jednak ochoty na wznoszenie w głowie pałaców. Te prawdziwe zawsze kojarzyły mu się z „jakąś dekadencją”. „Ale jeśli nie pałac, to może chociaż pensjonat pamięci”? Ten pensjonat to przywołany z przeszłości „mały pensione, rodzinny hotelik w niemodnej miejscowości Chesières u podnóża bogatego kurortu narciarskiego Villars we francuskojęzycznej części Szwajcarii”, w którym autor z rodzicami i wujem spędzał zimowe wakacje „chyba w 1957 albo 1958 roku”. Jego dobrze zapamiętane wnętrze posłużyło mu za swoisty magazyn, archiwum czy też teren, w którym wyznaczana była marszruta dla pojawiających się w głowie narracji. Cała recenzja tutaj 👇 innelektury.pl/judt-pensjonat-pamieci
Grzegorz Tomicki - awatar Grzegorz Tomicki
ocenił na85 miesięcy temu
Dziennik galernika Imre Kertész
Dziennik galernika
Imre Kertész
Specjalnie dla tej książki (niedostępnej inaczej) założyłem kartę biblioteczną. A trop do niej odkryłem w “Lekcjach ciemności” Dariusza Czai. Imre Kertesza poznałem dotychczas z dwóch głównych jego książek beletrystyczno-autobiograficznych (za mną 2/3 “trylogii ludzi bez losu”) - jak pewnie większość z nas. Tym razem zaś sięgam po jego eseistykę (?),a może raczej filozoficzny traktat (?). Czyż można nie być filozofem, gdy przeżyło się obóz zagłady, a do tego jeszcze ma się to szczęście/nieszczęście, by być Węgrem? Ciekawymi są te fragmenty, które pisarz umiejscawia na linii czasu obok dziejącego się zasadniczego (choć gdzieś w tle) procesu twórczego; dostajemy więc przemyślenia na bieżąco towarzyszące powstawaniu “Fiaska” i “Losu utraconego”, czy właściwie je poprzedzające. Trochę więc pozwala nam Kertesz wędrować poboczem swego procesu twórczego… Wszystko się w tym dzienniku-eseju zgadza, zwłaszcza to: trudno o Zagładzie dyskutować z tymi, którzy zagładę przeżyli, jeszcze trudniej zaś z tymi, którzy jej nie przetrwali. Już Auschwitz opowiedziane w naiwnej manierze głosu dziecka (“Los utracony”) jest straszne; opowiedziane po latach przemyśleń i własnym głosem dojrzałego pisarza jest niemal nie do zniesienia. Wraz z Ocaleńcem zagłębiamy się w wyrzut sumienia, którym jest jego świat. Trochę nam Pisarz ujawnia swojego poglądu na postać i rolę pisarza, trochę opowiada o swoim stosunku do przemiany tej postawy, jaka dokonuje się na jego oczach. Pozwala nam też podążać tropami swoich literackich fascynacji (Nietzsche, Camus, Hawthorne, Márai, Freud, Cioran). Tu dostajemy Kertesza i jako filozofa, i jako socjologa, i jako literaturoznawcę. Człowiek-orkiestra, człowiek epoki… I wielka, choć rozedrgana i rozbiegana tematycznie, literatura! Mocuje się że zmieniającym się światem i współczesnością, zmaga że starzeniem własnym i choćby własnej swej zanurzonej w demencji matki, nieustannie porównuje swe dokonania z Krudym czy Maraiem, jakby w poczuciu własnej małości. A nie wie jeszcze, że sławą i zaszczytami obu przebije… Książka do powolnego, namyślnego czytania. Zdanie po zdaniu. Jedno i to samo zdanie po dwakroć, po trzykroć… Do powrotu do niej za rok, za dwa, za dziesięć. A wszystko niemal będzie w niej jak nowe. Wymęczyła mnie cholernie, ale - o, tak! - było warto dać się pomęczyć. Okazuje się, że jeszcze dwadzieścia lat temu literackiego Nobla otrzymywali pisarze, którzy mieli coś do powiedzenia, którzy mieli jakąś głębię obserwacji i myśli. W tej odsłonie Pisarz chyba przemówił do mnie najbardziej. Zaczynałem czytać Ketresza nie od tego, co powinienem!
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na91 rok temu
Co na kolację? James Schuyler
Co na kolację?
James Schuyler
Czytanie poszerza horyzonty, to zdanie, które brzmi jak banał jest na wskroś prawdziwe. W życiu nie lubię ryzyka, chodzę utartymi ścieżkami i niepokojem reaguję na jakiekolwiek zmiany. Literatura jednak to strefa, gdzie pozwalam sobie na szaleństwa, wychodzenie poza strefę komfortu, eksperymentowanie. Sięgam po utwory, autorów, których nazwiska nic mi nie mówią, wygrzebuję zapomniane przez wszystkich ramotki sprzed dziesięcioleci, daję drugie życie porzuconym na śmietnikach książkom o pożółkłych stronach. I jak to w życiu: czasami jestem oczarowana, czasami rozczarowana po skończonej lekturze, ale ciągle mam w sobie wiarę, że trafię na takie dzieło, które mnie oczaruje bez reszty. "Co na kolację?" Jamesa Schuylera raczej nie zaliczę do kategorii literackich oświeceń, jednak cieszę się, że trafiłam na ten utwór amerykańskiego pisarza, laureata Nagrody Pulitzera, który jest uznawany za jednego z najlepszych poetów Ameryki końca XX wieku. To nie jest tomik wierszy a jedna z trzech powieści jego autorstwa, która jak w filmowym kadrze ukazuje nam życie przeciętnych Amerykanów z klasy średniej w latach 60 tych ubiegłego wieku. Małe miasteczko gdzie każdy zna każdego, wypielęgnowane trawniki, koktajle i herbatki na których zaprasza się najbliższych sąsiadów a za zamkniętymi drzwiami życie już nie wygląda tak nieskazitelnie. Alkoholizm, zdrady małżeńskie, przemocowi rodzice, eksperymenty z narkotykami to problemy ówczesnych, często zamiatane pod dywan. Kiedy główna bohaterka, postanawia dobrowolnie pójść na odwyk, szpital psychiatryczny, w którym go odbywa staje się swoistym czyśćcem dla wszystkich nieradzących sobie z życiem. Poznaje tam pacjentkę, która stara się uporać ze śmiercią syna i jego rodziny, wypalonego zawodowo właściciela sieci aptek czy młodą dziewczynę, pogrążoną w depresji i szukającą jakiegokolwiek sensu swojej egzystencji. Terapia grupowa w której uczestniczą, to moment aby uwolnić skrywane emocje, odejść od konwenansów i pozwolić sobie na szczerość. Utrzymana w słodko-gorzkiej konwencji historia, okraszona sporą dawką humoru jest lustrem, w którym odbijają się nasze niedoskonałości, przywary, nałogi... nasze człowieczeństwo. Polecam!
Jeżynka - awatar Jeżynka
oceniła na79 miesięcy temu
A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu Alan Riding
A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu
Alan Riding
Paryż, lata 40. XX wieku, w całej Europie szaleje wojna, niemiecki faszyzm podbija kolejne kraje i niszczy kolejne narody. Jednak nie Paryż. A przynajmniej tak się wydaje…. Książka opowiada o tym, jak funkcjonowało miasto w obliczu bądź co bądź okupacji, ale takiej oswojonej. Autor opowiada, jak artystyczne elity nauczyły się żyć w sytuacji współdzielenia przestrzeni artystycznej z wrogiem. Riding opowiada historię, która wzbudza we mnie wewnętrznie poczucie strasznego buntu i niezgody na to, co się wydarzyło. W książce widzimy aktorów, reżyserów, muzyków, tancerzy, pisarzy, poetów, malarzy, etc. żyjących w największym artystycznym tyglu na świecie, w stolicy kultury, w mieście opanowanym przez sztukę jak żadne inne. To historia o ludziach, którzy mimo bycia trochę jednak ponad „zwykłą ludność” boją się tak samo jak oni o każdy kolejny dzień. Każdy z nich podjął jakąś decyzję co do stosunku do okupanta – jedni postanowili wejść w komitywę w nadziei na przetrwanie i ochronę, inni woleli uczestniczyć w działaniach ruchu oporu i sabotować kampanię fuhrera, a inni nie mieli komfortu podejmowania decyzji, bo z racji bycia jednostką niewygodną dla Niemców decyzje co do ich życia zostały podjęte za nich. Książka pokazuje jak bardzo światek artystyczny był podzielony w okresie wojny, jak bardzo niejednolite stanowisko mieli artyści w związku z sytuacją, która zdawała się oczywista. Większym problemem był chyba konflikt wewnątrz środowiska niż ten, który był powodowany samą wojną. Ta historia pokazuje, jak ideologia dzieli, a nie łączy. Jak konfrontuje się codzienne życie, walka o każdy dzień z ideą artystycznej bohemy, która może sobie pozwolić na więcej. We mnie po przeczytaniu tej książki narasta wielki sprzeciw co do konformizmu artystów, którzy znaleźli sobie wygodne zaplecze na najtrudniejszy okres w historii świata. Sprzeciw wobec tego, że ważniejsze stała się wygoda inteligenckiej elity niż przetrwanie narodu jako całości. Wszystko we mnie buntuje się przeciwko stawianiu swojego interesu nad interesem społeczeństwa. Autor opisuje świat, w którym ważniejsze było wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom okupanta, sprawianie mu przyjemności, dbanie o jego dobre samopoczucie właśnie w ramach życia kulturalnego miasta, niż łapanki, wywozy do obozów, masowe morderstwa. Opisuje świat obłudy i zakłamania, w którym artystyczny Paryż postanowił podporządkować się nie zatrudnianiu Żydów, wystawianiu sztuk akceptowanych przez władze hitlerowskie, ograbianiu największych muzeów świata z najznamienitszych dzieł sztuki. Światek, który nie sprzeciwiał się działaniom radykalnym, brutalnym, przemocowym o ile nie dotykały go bezpośrednio i bezpośrednio go nie angażowały. Nie ma we mnie też zgody na to, że nonkonformiści byli szykanowani, wydawani Niemcom, wreszcie mordowani. Na to, że honor i patriotyzm zostały wyparte wygodnictwem. Oczywiście nie mogę oceniać postaw bohaterów tej książki, za to autor w ostatnim rozdziale opisuje, jak te postawy oceniły sądy i trybunały. To, co podoba mi się w tej książce to opowieść o ludziach, którzy w bardzo trudnym położeniu potrafili wyrażać swoją opinię, bronić swojego stanowiska, patrzeć szerzej na sytuację. Bardzo podoba mi się opowieść o mieście, w którym nigdy nie byłam, a jednak czułam, że jestem tam w trakcie czytania. W książce pada jedno sformułowanie ze strony Pablo Picasso, który mówi, że tak wielki dotychczas Paryż zawęził się do zaledwie kilku ulic, i ja czułam ten zaduch ciasnych dzielnic ograniczonych do ścisłego centrum. To, przez co trudno było mi się przebić, to język francuski obecny w nazwach, nazwiskach, tytułach, etc. Niestety nie jestem w stanie ich identyfikować i rozróżniać, toteż bez tłumaczenia na język polski często gubiłam się w elementach, o których autor opowiada. Jednak to nie jest uwaga co do treści a jedynie moje ograniczenie i nie ma wpływu na mój odbiór całości jako historii.
fmds - awatar fmds
ocenił na75 lat temu
Wojna powietrzna i literatura W.G. Sebald
Wojna powietrzna i literatura
W.G. Sebald
Książka, której adresatem był(jest) przede wszystkim czytelnik niemiecki. Trudno żeby było inaczej, skoro istota całego wywodu sprowadza się do analizy tego, jak w świadomości Niemców funkcjonuje okres finalizujący przebieg II wojny, czyli materialne unicestwienie setek miast niemieckich (dla wielu symbolizują te miasta Hamburg, czy Drezno) w wyniku lotniczych nalotów samolotów alianckich (brytyjskich i amerykańskich). A ten epizod -zdaniem Sebalda - za którym stoją zniszczone miasta i śmierć setek tysięcy mieszkańców został w zasadzie wyparty ze świadomości przeciętnego Niemca, jak również został też odsunięty na bok przez niemiecką literaturę. Z naszej, polskiej perspektywy problem właściwie jest iluzoryczny, czy wręcz wydumany, bo przecież Niemcy zasłużyli na to, ale Sebald uważa, że jest to jednak pustka świadcząca o bardzo wybiórczym traktowaniu roli i celów stojącymi przed niemiecką literaturą. Nie chodzi nawet o to, aby przy okazji poruszania tematu dokonywać umniejszania winy Niemiec, ale jest obowiązkiem pisarzy nazwać "problem", "zjawisko" choćby przy tej okazji podważać funkcjonujące na zasadzie dogmatu ogólnie przyjęte prawdy. Przykładem może być zdaniem Sebalda Hiroszima. Japonia, Japończycy też byli w pierwszej fazie wojny agresorami, a jednak zbombardowanie Hiroszimy funkcjonuje w świadomości świata nie jako zasłużony akt zemsty, ale również funkcjonje swoją własną historią, historią śmierci setek tysięcy ludzi, zniszczonego miasta, jego odbudowy, która stanowi kanwę dla wielu literackich ( i nie tylko literackich) opowieści i analiz. W przypadku Hamburga i dziesiątek innych miast czegoś takiego nie ma, a tam również ginęli niewinni ludzie. Dla Polaka może trochę obrazoburcza, a na pewno na swój sposób przekorna, ale obiektywnie chyba opisywany problem jednak głębszy i nie sprowadza się jedynie do niemieckiej, "nieciekawej" historii.
werblista - awatar werblista
oceniła na66 miesięcy temu
Dom żółwia. Zanzibar Małgorzata Szejnert
Dom żółwia. Zanzibar
Małgorzata Szejnert
(2011) Ludzie i domy Zanzibaru. Zamysł autorki (1936) był taki, aby opowiedzieć historię wyspy poprzez życiorysy osób związanych z Zanzibarem: tych, którzy tam przyszli na świat lub spędzili pokaźną część swojego życia – zawodowego i prywatnego – a także tych, dla których wyspa była główną bazą wypadową lub zaledwie jednym z odwiedzanych portów*. Przypomina duże nazwiska, które zapisały się w historii Afryki i świata, a jednocześnie ratuje od zapomnienia te mniejsze, żywe już pośród nielicznych, głównie podstarzałych krewnych, sąsiadów i lokalnych specjalistów. Przeplatają się wzajemnie, niekiedy w swych losach oddalając terytorialnie od tytułowej wyspy, zwłaszcza na początku książki (ze Stanleyem zawędrujemy aż do Konga, z Livingstone’em będziemy podróżować wzdłuż Zambezi). Dopiero od krwawej rewolucji roku ‘64, bardziej zdecydowanie trzymamy się Zanzibaru, i tok wydarzeń sprawia wrażenie istotniejszego niż losy poszczególnych bohaterów. Typowo reporterski patent opowieści o historii i przemianach politycznych poprzez skupienie na losach wybranych bohaterów, z różnych warstw społecznych, nie został tu w pełni prawidłowo wykorzystany, bo autorka skupią się również na żywotach prowadzonych poza Zanzibarem, z marginalnym związkiem z samą wyspą, w których włości sułtana znikają daleko za horyzontem... Butny Stanley i dr Livingstone to ciekawe postacie, ale pod kątem konstrukcyjnym, autorka poświęca im zbyt wiele miejsca – tak jakby była to książka na inny temat (o początkach europejskiej kolonizacji i zapełnianiu ostatnich białych plam, w środkowej i wschodniej Afryce). Opowieść rozpoczyna się stosunkowo późno, kiedy Zanzibar jest już terytorium zależnym od Omanu (tj. po 1698 r.),a kończy w roku 2010 (jak można się domyślać, w czasie ostatniej wizyty reporterki). Brakuje wprowadzenia historycznego**, kilku zdań na temat pierwotnych mieszkańców, perskiej i arabskiej kolonizacji***. Wystarczyłaby jedna strona, albo dłuższe zdanie. ______________________ * Ośrodkiem handlu niewolnikami, skąd płynęli dalej do krajów arabskich, lub trafiali na lokalne plantacje goździków. ** Krótka historia Zanzibaru: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(autonomia)#cite_note-PWN-1; https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(wyspa) *** Gdyby tego nie pominięto, nazwa Partii Afroszyrazyjskiej (Afro-Shirazi Party),która nieprzypadkowo zawiera w sobie znajomo brzmiącą nazwę perskiego miasta, byłaby bardziej zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. (Odwołanie do perskiego osadnictwa pojawia się tylko raz, przy okazji opisu ruin, identyfikowanych jako pozostałość po ludności irańskiej). Skoro ruch polityczny obrał sobie taką nazwę, musi się to w jakiś sposób przekładać na autoidentyfikację części czarnych Zanzibarczyków, być elementem pewnej narracji tożsamościowej, a zatem czymś istotnym, o czym warto by napisać. Niestety temat jest niepodjęty. „The Afro-Shirazi Party (ASP) was an African nationalist and socialist Zanzibari political party formed between the mostly Shirazi Shiraz Party and the mostly African Afro Party” (https://en.wikipedia.org/wiki/Afro-Shirazi_Party). O Szirazyjczykach (Mbwera): „Modern academics reject the authenticity of the primarily Iranian origin claim, although recent genetic evidence points towards noticeable Iranian admixture. They point to the relative rarity of Iranian customs and speech, lack of documentary evidence of Shia Islam in the Muslim literature on the Swahili Coast, and instead a historic abundance of Sunni Arab-related evidence. The documentary evidence, like the archaeological, »for early Persian settlement is likewise completely lacking«”(https://en.wikipedia.org/wiki/Shirazi_people). • Językowo: 8/10 – czyta się naprawdę dobrze. Pod kątem informacyjnym: 7/10 – ciekawa. W oparciu o lekturę, można zyskać podstawy niezbędne do zrozumienia lokalnej historii i powiązania z procederem niewolnictwa (nawet pomimo braków, przemilczenia okresu sprzed arabskiej kolonizacji, oraz tego, jak ta przebiegała na przestrzeni stuleci). Napisanie książki wymagało zapoznania się z dużą ilością materiałów, odbyciem wielu rozmów, a liczne przypisy sugerują skrupulatność i rzetelne podejście. (W materiale promocyjnym wydawnictwa Znak z 2011, autorka wspomina, że kilka lat przed podjęciem tematu nie widziała nawet gdzie leży Zanzibar [https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns]. Pisząc tę książkę nadrobiła zaległości z nawiązką). Konstrukcyjnie, patrząc na tekst pod względem obranej koncepcji: 5/10 – młodszemu reporterowi, bez wyrobionego nazwiska, raczej zwrócono by uwagę odnośnie zaburzonych proporcji, odejścia od tematu i pominięcia istotnego wprowadzenia historycznego. Summa summarum: 6.5 lub naciągane 7/10. Warto przeczytać (jeśli skupiamy się na walorze informacyjnym – ten jest wysoki, nawet pomimo pewnych luk; natomiast konstrukcyjnie to i owo poszło źle, wymknęło się spod kontroli, i nie jest to dobry wzór dla adeptów sztuki reportażu). • Małgorzata Szejnert*: „Podczas pierwszego nurkowania [u wybrzeży Zanzibaru], spotkałam, na głębokości mniej więcej dwudziestu metrów, dwa ogromne żółwie zielone. […] To było tak cudowne, te-te żółwie, które się poruszały jak bańki mydlane... […] żółw zielony, może złożyć jaja, tylko tam gdzie przyszedł na świat. […] I zdałam sobie sprawę, że te żółwie – jeżeli to były żółwice – które widziałam, w wodzie, to one nie mają przed sobą wielkiej szansy złożenia jaj na Zanzibarze, dlatego że, cała plaża – jest pełna ludzi, że… zabudowuje się hotelami, te hotele są otoczone murami, i właściwe jest niewielka szansa, że jeżeli żółwica przyszła tu na świat, to będzie mogła w tym miejscu złożyć jaja […]. […] zaczęłam więcej myśleć o powierzchni Zanzibaru, niż o tym co jest w wodzie. I, pojechałam przede wszystkim obejrzeć ten Zanzibar. […] Pojechałam do stolicy Zanzibaru […] i zobaczyłam tam, zdumiewające rzeczy. Zobaczyłam, stare pałace posułtańskie, zobaczyłam dom z którego Livingstone wyruszał w jedną ze swoich wypraw, i inny dom w którym złożono jego zwłoki, jak…. umarł w Afryce i trzeba go było przewieźć je do Anglii. Zobaczyłam, miejsca w których kupował koraliki Stanley […]. Zobaczyłam miejsce po dawnym targu niewolników, gdzie zbudowano katedrę anglikańską. Zobaczyłam stary letni pałac w którym wychowała się księżniczka Salme, która potem uciekła do Europy ze swoim niemieckim... kochankiem a potem mężem […]. Zobaczyłam… wielki gmach, w którym urzędował jako [francuski] konsul, w XIX wieku, polski poeta romantyczny Henryk Jabłoński. I zdałam sobie sprawę, że Zanzibar jest miejscem niezwykle ważnym dla świata. O którym my właściwe, no ja w każdym razie, prawie nic nie wiedziałam. […] Pracowałam dwa lata nad tym. Byłam trzy razy na Zanzibarze. […] I książce dałam tytuł Dom żółwia. Dlaczego Dom żółwia? Dlatego, że… przejęłam się bardzo bezdomnością tego żółwia. I zdałam se sprawę, że ta bezdomność jest… niezwykle symboliczna dla całego Zanzibaru. To była bezdomność niewolników. To była później bezdomność elit arabskich które zostały podczas rewolucji przegnane z Zanzibaru. To jest dzisiejsza bezdomność ludzi z wiosek, które są wypychane przez przemysł turystyczny. Czy ci ludzie są wypychani z tych wiosek, wioski są spychane, przez wielkie hotele, przez jakieś korporacje międzynarodowe prowadzące ten… także tak się stało, że podczas pierwszego nurkowania złowiłam temat, który […] zyskał efekt w postaci tej książki”**. _______________________ * W roku, w którym książka poszła do druku, autorka miała 75 lat. ** Małgorzata Szejnert o Zanzibarze i swojej książce "Dom żółwia" [2011] https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns (spisywane ze słuchu) • ‘64: MORD ZAŁOŻYCIELSKI CZARNEGO ZANZIBARU „– Czy wiadomo, gdzie znajdują się groby? – Nie, i nikt nie dociekał. To jest Afryka” (str. 329). „Masakra Arabów na Zanzibarze – masowe egzekucje, gwałty i tortury ludności arabskiej dokonane przez bojówki Partii Afroszyrazyjskiej i Umma oraz lokalną czarnoskórą ludność podczas rewolucji na Zanzibarze w styczniu 1964 roku. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło ok. 13–20 tys. Arabów, a tysiące kolejnych zostało wygnanych do Omanu. Zdaniem niektórych naukowców, działania te nosiły znamię ludobójstwa [przepraszam, tu są jakieś wątpliwości?]. […] W efekcie zamordowano tysiące nieuzbrojonych arabskich cywilów. Wiele hinduskich sklepów zostało splądrowanych i spalonych, a niektórzy Hindusi (element miejscowej elity handlowej) zostali zabici. Majątki Arabów zostały wywłaszczone. Po ukierunkowanej rzezi tysiące kolejnych umieszczono w obozach, a później przymusowo deportowano do Omanu. Niszczone było również kojarzone z Arabami islamskie dziedzictwo Zanzibaru. Większość arabskich rękopisów znajdujących się w Archiwach Narodowych Zanzibaru została zniszczona. Na ulicach symbolicznie palono Korany, mimo że 98 procent populacji Zanzibaru stanowili muzułmanie. Zabijanie arabskich cywilów i grzebanie ich zwłok w masowych grobach zostały udokumentowane przez włoską ekipę realizującą w helikopterze sceny do dokumentu Africa Addio, a ta sekwencja filmu jest jedynym znanym, wizualnym udokumentowaniem zbrodni” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_Arab%C3%B3w_na_Zanzibarze). To mogłoby być w jakimś stopniu zrozumiałe, i jednocześnie spodziewane w latach ucisku, jeszcze 150-200 lat temu, w ramach spontanicznego zrywu, w odpowiedzi na realną potrzebę wolności, dramatyczne warunki życia, brak perspektyw... w ramach realnej walki o przeżycie. Ale po zniesieniu niewolnictwa? Tuż po ogłoszeniu niepodległości? Przy proporcjach społecznych w których czarni mają miażdżącą większość i mogą sparaliżować wyspę podczas zwykłego protestu? (Co zrobił PRL po tej czystce etnicznej? Nawiązał relacje dyplomatyczne z czarnym reżimem. Ręce opadają). • To co uderza odbiorcę podczas lektury, to znajomy model historyczny, typowy dla praktycznie całej postkolonialnej Afryki. Biali usuwają się w cień, przekazują władzę autochtonom – a ci rozpoczynają bratobójcze walki lub krwawe czystki etniczne. Jak u Orwella w Folwarku zwierzęcym, następuje zamiana miejsc: samozwańczy oswobodziciele stają się kastą pasożytniczą która wprowadza zamordyzm, usuwa jednostki niewygodne, piętnuje je lub brutalnie spycha na margines – w nędzę i zapomnienie; kwitnie korupcja, nepotyzm, układy i układziki. Zamiast sukcesu gospodarczego, jest głód i klepanie biedy. Fundamentalizm religijny nie pomaga, podobnie jak kompletny brak sensownej kontroli narodzin i nieprzemyślana, źle realizowana edukacja publiczna. Zapewne byłoby dla Zanzibaru lepiej, gdyby pozostał sułtanatem związanym z Wielką Brytanią. Gdyby stopniowo dochodził do pełnej demokratyzacji, zaczynając od wprowadzenia powszechnej, darmowej i obowiązkowej edukacji. Wykształcenia wielopokoleniowych, czarnych elit, lokalnych specjalistów i świeckich społeczników, sensownego zagospodarowania zajmowanej przestrzeni, zbudowania sieci trwałych połączeń gospodarczych, i wejścia w rolę pomostu między Afryką a światem islamu. Lokalna ludność i potomkowie niewolników nie ulegli arabizacji, nie pochłonęło ich muzułmańskie dziedzictwo, a jednocześnie, paradoksalnie – zachłysnęli się islamem. I dziś, ze szkodą dla siebie, swoich matek, żon, córek i sióstr, tworzą jedną z bardziej konserwatywnych, zacofanych społeczności. _______________________ * Nawet dziś, to co jest tam architektonicznie i kulturowo najatrakcyjniejsze, to pozostałości po potomkach przybyszy z Omanu i Brytyjczykach, stawiających budynki w stylistyce muzułmańskiej. • UWAGI (wyd. 2011): str. 19 – „siódmego – ósmego” (siódmego-ósmego); str. 27 – wówczas jeszcze nie indonezyjskich, Indonezja powstanie po II wojnie światowej; str. 62 – ta ozdoba (widoczna na sąsiedniej stronie) nie wygląda jak korona, to raczej splot roślinny; str. 66 – to nie ściana, ale rozwijane tło (sugeruje to specyfika pracy w zakładzie fotograficznym, oraz lewa strona zdjęcia); str. 70 – przesiedział się (przesiedział sobie?); str. 73 – po co pada tu bezsensowna uwaga o naturze śmierci, zdanie powinno się kończyć po słowach „potwierdza tę teorię”; str. 76 – Anglika (Szkota); str. 84-85 – na fotografii widzimy słupek do cumowania, to sugeruje że patrzymy na nadbrzeże, a być może pokład jednostki, nie wnętrze pokoju, w tle jest olinowanie (na str. 374, w spisie fotografii, czytamy, że mężczyzna znajduje się na pokładzie statku Malwa!); str. 100 – Anglikiem (Brytyjczykiem/Walijczykiem); str. 113 – Arabia Saudyjska powstała dziesięć lat po śmierci Kirka; str. 168 – „Stolica Zanzibaru, Zanzibar, leży, jak wiemy, na wschodnim brzegu wyspy Ungui” – miasto znajduje na zachodnim brzegu, po drugiej stronie cieśniny jest kontynent; str. 173 – Zambii (Rodezji Północnej); str. 181 – „[…] dzieci od trzech różnych żon” (...z trzech różnych żony?); str. 199 – „Boże, zbaw Królową”, tj. God Save the Queen, Boże, chroń Królową – „zbawić” to wg słownikowej definicji „ocalić, uratować, odkupić (od potępienia wiecznego)” (https://sjp.pl/zbawić) i w tym trzecim rozumieniu używa się go najpowszechniej, „save” to najczęściej zachować, zapisać, uratować; str. 210 – nie pochodzący (niepochodzący); str. 208 – przez (przed); str. 314 – niewielką-niewielki (brzydkie powtórzenie); str. 333 – kontynuacja wypowiedzi Matyldy od kolejnego myślnika (nawet jeśli są to osobne całości, nie ma powodu by nie skleić ich w jedną). Wszystkie przypisy, umieszczone na końcu książki, oznaczone są w tekście gwiazdkami (nie numerkami) – co za idiotyczny pomysł?
Gracjan - awatar Gracjan
ocenił na69 miesięcy temu
Oswajanie świata Nicolas Bouvier
Oswajanie świata
Nicolas Bouvier
Sporo krócej, ale wciąż niemało, zajęła mi podróż po kartach książki śladami Nicolasa Bouviera. W przeciwieństwie do jego, moja była bardzo wygodna, ale (tu z kolei podobieństwo) również nie bardzo łatwa. A choć analogie i różnice wynikają z zupełnie innych przyczyn, to paleta emocji mogła być tożsama: ciekawość, ekscytacja, czasem zachwyt, ale i znużenie oraz zniecierpliwienie. Nie jest to książka reporterska. Jak na tę zdecydowanie za dużo tu samego autora i jego refleksji, z czego zarzutu wielkiego jednak jej nie robię, bo te bywają wielce ciekawe. Najbliżej jej chyba do literatury drogi. Podróżuje razem z przyjacielem bardzo niespiesznie, ale nie poświęca wiele tekstu opisowi jednego miejsca, jednej osoby, jednego wydarzenia. Nie stara się również zgłębiać bardzo dokładnie tego, co widzi, choć jest wyposażony w więcej niż podstawową wiedzę o rejonie, który przemierza. I być może, zaprzeczając sobie samemu, pomimo że autora tu sporo, to niewiele dowiadujemy się o nim, jego motywacjach. Nie wiem również, dlaczego właściwie ta trasa, te kraje, te miejsca są jego celem. Jest raczej obserwatorem samego siebie w podróży, który czasami przekierowuje swój wzrok na to, co mija. Moim największym zarzutem jest to, że książka jest nierówna. Więcej – bywało, że męczyła. I wydaje mi się, że jest to ściśle związane z utratą notatek, które autor robił w trakcie podróży, a których został pozbawiony w drugiej jej części. Ten fakt pozwolił mi wysnuć tezę, że opisywanie pierwszej części podróży li tylko z pamięci negatywnie odbiło się na treści, jakby wspomnień zbrakło. Czasem wręcz nużyło. Im bliżej na osi czasu do punktu utraty notatek, tym pamięć bardziej świeża, myśl bardziej wnikliwa, pióro zdecydowanie lepsze. A umiejętność dobrej puenty, szerokiego, wręcz filozoficznego spojrzenia była tym, co sprawiło, że drugą część książki czytało się zdecydowanie lepiej, nie tylko ze względu na bardziej interesujący mnie geograficznie fragment podróży (ach, Persja…). Nie gustuję w okraszaniu opinii o książkach cytatami z nich, ale tym razem pozwolę sobie na jeden, już z samego końca książki, zwłaszcza że, w przeciwieństwie do całej maści współczesnych podróżników, ten wskazuje na pokorę autora i brak przypisywania sobie kategoryczności poznania: „Tego dnia miałem nieodparte wrażenie, że udało mi coś uchwycić i że odmieni to moje życie. Ale nic z tych rzeczy nie przyswaja się sobie raz na zawsze. Jak woda, świat przez ciebie przepływa i na jakiś czas użycza ci swych kolorów. Potem się cofa i znów cię zostawia samego z tą pustką, którą nosisz w sobie, z czymś w rodzaju organicznej niewydolności duszy, z którą trzeba nauczyć się żyć, którą trzeba zwalczać, a która paradoksalnie stanowi być może naszą najsilniejszą sprężynę działania.” P.S. Żałuję, że osoba, której Bouvier poświęca jedną z ostatnich stron, nigdy nie napisała swoich wspomnień ze swoich wypraw. Myślę, że opowieść podróżnika o pseudonimie Dodo, z którym przecięły się drogi autora, byłaby tą, którą czytałbym z wypiekami na twarzy. Inaczej – będę się mamił myślą, że ona istnieje i że kiedyś trafię na nią, znalazłszy ją na pustym miejscu w pociągu lub pod siedzeniem autobusu dalekobieżnego w czasie jednej z moich skromnych podróży.
Piotrek - awatar Piotrek
ocenił na62 miesiące temu
Trzy kobiety w dobie ciemności. Edith Stein, Hannah Arendt, Simone Weil Sylvie Courtine-Denamy
Trzy kobiety w dobie ciemności. Edith Stein, Hannah Arendt, Simone Weil
Sylvie Courtine-Denamy
W tej książce nie ma rozważań o banalności zła, posłuszeństwie miłości czy fenomenie krzyża. Każdy, kto zechce prześledzić rozwój postaw Hanny Arendt, Simone Weil i Edyty Stein musi osobno zgłębić dorobek każdej z myślicielek. Książka Sylvie Courtine-Denamy jest pod tym względem wymagająca: dobrze czyta się ją jeżeli mieliśmy wcześniej kontakt z trzema wybitnymi biografiami i dziełami ich bohaterek. Trzy wybitne postaci pochodzenia żydowskiego ukazane są w "Trzech kobietach w dobie ciemności" na tle mrocznej dekady 1933-1943, śledzimy ich stosunek do totalitaryzmu, antysemityzmu, religii, polityki. Być może kompozycja książki, która poświęcałyby każdej z postaci osobną część byłaby nieco przejrzystsza (tutaj mamy układ chronologiczny, poszczególne rozdziały to kolejne lata dekady, przeplatają się w każdym wydarzenia z historii powszechnej, biografii bohaterek i cytaty z ich publikacji),rozumiem jednak, że wówczas mielibyśmy raczej do czynienia z trzema książkami złączonymi w jedną, nie ze swoistą analizą porównawczą. Dzięki temu zanim trafiamy na rozpracowanie wydarzeń dekady '33-'43 czytamy o stosunku bohaterek do własnych mistrzów, kobiecości i żydowskiego pochodzenia. Jedna z bardziej przejmujących mnie kwestii to pytanie o trwałość totalitaryzmu - czy wbrew wewnętrznej absurdalności jego kontynuacją może być stała dehumanizacja ludzkich społeczeństw? Przyznam, że poczułam dreszcz - czy przypadkiem nie jesteśmy świadkami takiej kontynuacji? Inna sprawa: totalitaryzm to nie skutek szowinistycznych emancypacji narodów, lecz wzmożonej unifikacji, dążenia do jak największego zrównania postaw, ujednolicenia, podporządkowania. Znów niepokojąca myśl z tyłu głowy: a dziś...? Historia magistra vitae est - także z tego powodu polecam spotkanie z fascynującymi postaciami silnych kobiet zmagających się, każda na swój sposób, ze światem, który popadł w obłęd, szukających przyczyn tego obłędu i sposobu, by pomimo owego obłędu ten świat nadal kochać. Jak zapisała Arendt: "potencjalne zbawienie świata tkwi w samym fakcie, że ludzkość się odnawia stale i na wieczność".
Marta Januszewska - awatar Marta Januszewska
oceniła na69 lat temu

Cytaty z książki Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989

Więcej
Bruce Chatwin Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989 Zobacz więcej
Więcej