Panna Wina

Okładka książki Panna Wina
Witold Horwath Wydawnictwo: Nowy Świat literatura piękna
352 str. 5 godz. 52 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2011-01-27
Data 1. wyd. pol.:
2011-01-27
Liczba stron:
352
Czas czytania
5 godz. 52 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-7386-411-5
Średnia ocen

                6,1 6,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Panna Wina w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Panna Wina

Średnia ocen
6,1 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
55
55

Na półkach:

Przeglądając swoją biblioteczkę w poszukiwaniu czegoś, co oderwie mnie od codzienności, natknęłam się na książkę, która okazała się prawdziwą niespodzianką. „Panna Wina” Witolda Horwatha. To historia, która bawi, porusza i zmusza do refleksji – idealna dla tych, którzy szukają w literaturze emocji i nieoczywistych narracji.

Powieść rozpoczyna się nietypowo – od czatu internetowego, gdzie dwoje nieznajomych, pisarz o pseudonimie Kodeks44 i tajemnicza kobieta, snują opowieść o Laurze Santilianie, zwanej Panną Winą. Laura to szesnastoletnia buntowniczka z Ameryki Środkowej, która dołącza do gangu, uwodzi mężczyzn w barach, by jej kumple mogli ich okraść. Jej życie zmienia się, gdy zostaje schwytana i postawiona przed surowym sędzią Syriusem Aznarem na wyspie Santa Inez. Kara chłosty i areszt domowy to dopiero początek – niespodziewanie rodzi się w niej uczucie do Syriusa, które staje się iskrą do przemiany. Brzmi jak romantyczna historia? Może, ale Horwath idzie o krok dalej, wplatając w fabułę mrok, psychologiczne niuanse i pytania o moralność.

To, co urzeka w tej książce, to jej narracja – historia snuta jest w odcinkach na czacie, przeplatana dialogami z emotikonami, co sprawia, że czujesz się, jakbyś podglądała czyjąś prywatną rozmowę. Horwath bawi się formą, mieszając potoczne słownictwo z poetyckimi opisami, jak „tyłeczek grzechu” czy „nóżki przestępstwa”, które malują obraz Laury tak plastycznie, że widzisz ją przed sobą. Akcja jest dynamiczna, każdy odcinek zaczyna się wielkimi literami, wciągając coraz głębiej. Laura to postać pełna sprzeczności – zadziorna, ale i wrażliwa, a jej pragnienie zmiany życia porusza serce. Syrius, sędzia o trudnej przeszłości, intryguje swoją surowością i głębią, którą odkrywasz powoli. Ich miłość, choć romantyczna, nie jest banalna – to uczucie podszyte bólem, tęsknotą i walką o odkupienie.

Horwath mistrzowsko buduje atmosferę – od brudnych barów Ameryki Środkowej po surowe sale sądowe Santa Inez, wszystko jest tak opisane, że czujesz zapach tego świata. Dialogi na czacie, przeplatane uwagami rozmówców, dodają książce autentyczności, a jednocześnie wprowadzają refleksję – bo pod powierzchnią tej romantycznej opowieści kryje się coś więcej. Autor subtelnie porusza temat dewiacji i perwersji, zmuszając do spojrzenia na własne granice i uprzedzenia. Cytat z Wojaczka – „Ja jestem rana, Ty jesteś ból” – oddaje ducha tej historii: to spotkanie dwóch dusz, które w bólu znajdują sens.

Nie jest to lektura bez wad – długie zdania i wtrącenia myśli bohaterów wymagają skupienia, a przeskoki między czatem a fabułą mogą wybić z rytmu. Ale to drobiazgi przy emocjach, które książka wywołuje. „Panna Wina” to nie tylko historia o miłości i odkupieniu – to opowieść o tym, jak internet staje się przestrzenią, gdzie ludzie szukają siebie, swoich pragnień, nawet tych, które ukrywają przed światem. Laura i Syrius, ich walka z przeszłością i tęsknota za nowym życiem, zostali ze mną na długo. To książka dla tych, którzy lubią historie, które nie dają prostych odpowiedzi, a zamiast tego wciągają w grę emocji i refleksji. Gorąco polecam – dajcie się porwać tej wirtualnej opowieści, która pulsuje życiem i zmusza do spojrzenia na świat inaczej!

Przeglądając swoją biblioteczkę w poszukiwaniu czegoś, co oderwie mnie od codzienności, natknęłam się na książkę, która okazała się prawdziwą niespodzianką. „Panna Wina” Witolda Horwatha. To historia, która bawi, porusza i zmusza do refleksji – idealna dla tych, którzy szukają w literaturze emocji i nieoczywistych narracji.

Powieść rozpoczyna się nietypowo – od czatu...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

113 użytkowników ma tytuł Panna Wina na półkach głównych
  • 63
  • 48
  • 2
30 użytkowników ma tytuł Panna Wina na półkach dodatkowych
  • 22
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Panna Wina

Inne książki autora

Witold Horwath
Witold Horwath
Witold Horwath (właśc. Witold Łagowski) urodził się w 1957 roku w Warszawie. W latach 1976-1982 studiował polonistykę i psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, a w 1994 roku ukończył Studium Scenariuszowe przy PWSFTiT w Łodzi. Zadebiutował zbiorem opowiadań „Inna wojna” opublikowanym w 1990 roku przez Warszawski Klub Młodej Sztuki. Niedługo później ukazała się powieść „Święte wilki” – political fiction, nazwana „Złym” lat 90., która sprzedała się w nakładzie ponad 20 tys. egz. Rozgłos przyniosła mu przetłumaczona m.in. na niemiecki i niderlandzki powieść „Seans” (W.A.B.), przedstawiająca straceńczą miłość Witka do femme fatale – Mileny. „Seans” był powieścią pokoleniową, pokazywał Polskę lat 80., ale w ujęciu socjologicznym, nie politycznym. Kolejna powieść „Ptakon” (Da Capo) zebrała bardzo dobre opinie krytyki, Horwath przedstawił w niej losy kobiety, która z okrucieństwem popełnia zbrodnię, a potem próbuje zrehabilitować się i wrócić do normalnego życia. W 2005 roku ukazała się obszerna powieść „Ultra Montana”, historia dziewczyny z prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Ameryce Południowej, która zdobywa pieniądze i pozycję dzięki sprytowi i udanym mariażom, „Ultra Montana” pisana jest w baśniowej poetyce, a krytycy porównywali ją z prozą Marqueza. Horwath jest też autorem opowiadań zebranych w tomie „Africa Korps” oraz licznych scenariuszy filmowych, w tym do serialu „Ekstradycja” i „Klan”. Mieszka w Warszawie, na Mokotowie, jego pasje to film, szachy, polityka i kobieca dusza. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Księga kłamców Mariusz Zielke
Księga kłamców
Mariusz Zielke
Uwaga, wśród nas krąży "Księga kłamców"! Taki wilk w owczej skórze. Dopalacz o nieznanym składzie i nieprzewidywalnych skutkach. Gdybym wiedziała o niej przed przeczytaniem tyle, ile po zastanowiłabym się kilka razy nad zaglądaniem do jej treści. Bo to nie była spokojna wyprawa w realia starej, dobrej rzeczywistości kreowanej według zasad klasycznej powieści, ale zakamuflowany bilet na szaloną przejażdżkę Diabelskim Młynem i kolejką górską w jednym, prosto w odklejoną rzeczywistość zdopingowanego (nie mam pojęcia czym?!) umysłu malarki Anny Blume i jej kochanka Siergieja. A może nie jej? Może narratora "Księgi kłamców"? Jednak nie tej, którą mam w ręku, ale tej, którą otrzymują niektórzy bohaterowie powieści? A może tylko jeden bohater, ten, który kradnie jej pierwodruk z biblioteki, zastanawiając się nad jej ponownym wydaniem? Próbowałam znaleźć w tych meandrach pomieszania klucz, który otworzyłby mi drogę do jakiegokolwiek porządku, myśli przewodniej i… znalazłam! Był na okładce! A dokładniej w tytule, który jeszcze o niczym nie świadczył, ale małe, niepozorne, odwrócone „k”, już tak! To kłamstwo kreowało treść opowieści, chociaż sama w sobie scalała poplątane wątki, łączyła na swój pokrętny sposób zmiennych bohaterów, panowała na chaosem, spinając klamrą początek z jej końcem, by przestrzeń między nimi jednak wypełnić hybrydą wiedzy i wyobraźni licznych bohaterów i narratora. To kłamstwo było bazą, podstawą, normą, zasadą i wyznacznikiem kształtu świata złożonego z jeszcze mniejszych jego odmian, aberracji i mutacji, tworzonych, czytanych, opowiadanych, śnionych, poprawianych przez bohaterów i rosnących jak grzyby po deszczu z rodzaju tych halucynogennych. Rzeczywistości zmiennej i stwarzanej stale od nowa, gdzie sen mieszał się z natchnieniem, marzenia z jawą, przyszłość z przeszłością, a małe kłamstwo z większą nieprawdą. Nic nie było w niej pewne oprócz kłamstwa, a to, co było, stwarzało tylko takie pozory. Nie opowiem, co było wątkiem głównym w tej bardzo wielokrotnie złożonej fabule, bo porwałabym się na wyznaczenie toru pioruna przed jego uderzeniem, ale to właśnie ten chaos i jego nieprzewidywalność ze stale zmieniającymi się bohaterami, przybierającymi w kolejnej historii inną, choć znajomą postać lub osobowość, wyznaczały drogę mojej czytelniczej uwadze. Drogę przez mękę. Miałam wrażenie (ale nie dam sobie ręki uciąć, że było prawdziwe!), że ten świat poskładany z elementów przejawów współczesnej kultury oraz tej przeszłej, odwołującej się do mitów, historii biblijnych czy faktów historycznych, tworzy bardzo niepochlebny obraz współczesnego człowieka. Podobny hologramowi bez duszy, a tym samym bez zdolności do miłości, ale za to owładniętego seksem, który wręcz przelewał się ze strony na stronę, aż do zniesmaczenia i obrzydzenia. Człowieka wyssanego z marzeń i radości życia przez wampirów energetycznych, które rozsiewają zarazę umartwiania się i cierpienia, dającą im jedyną rozkosz i przyjemność istnienia. Człowieka okłamującego siebie oraz innych i stwarzającego w ten sposób siebie, a także świat wokół jako byty fikcyjne. Smutny, ale prawdziwy obraz. Tylko że to "Księga kłamców", więc czy, aby na pewno prawdziwy? Tak mi się przynajmniej wydawało. Takie miałam wrażenie, chociaż ubranie go w słowa wymagało ode mnie ogromnej woli skupienia się na dygresyjnej, wielowątkowej, rozgałęzionej niczym korona drzewa, fabule, za którą nie podążałam z własnej woli. To ona mnie niosła tam, dokąd chciała i w tym kierunku, w którym jej było wygodnie i po drodze. Nie było w niej miejsca na moją kreatywność, moją logikę i na moją wyobraźnię, a złapanie równowagi i gruntu pod nogami wymagało nie lada woli i uporu, by czytać dalej. Miałam dać się ponieść i przeżywać jak na rollercoasterze wizji. Czułam się wykorzystana i sprowadzona do roli bezwolnego słuchacza, ograniczonego tylko i wyłącznie do tej roli pod hasłem – Czytaj i podziwiaj moją wyobraźnię oraz umiejętność operowania słowem! A tego bardzo, ale to bardzo nie lubię. Nie sprawia mi żadnej przyjemności jednostronna komunikacja, rola przedmiotu do podziwiania sztuki dla sztuki, pogoń myśli bez przewidywanego celu lub końca, oglądanie świata zbudowanego na kłamstwie i znajdywanie ziarenka prawdopodobnej prawdy, którego koszty pozyskania przewyższają moje siły czytelnicze, ocierając się wręcz o masochizm. Z kolei zachwycać się urodą kłamliwej historii byłoby z mojej strony czystym turpizmem, którego nie jestem zwolenniczką. Dlatego wzięłam sobie do serca motto z powieści: "Porzućcie nadzieję, wszyscy wierzący w prawdę. Ona zwykle wysiada na innej stacji". Z ulgą wysiadłam również i ja, także na innej. Nie po drodze mi z kłamstwem. Ale, ale… Są tacy, którzy taką jazdę bez trzymanki uwielbiają! Nazywają się homo ludens. To właśnie dla nich są budowane Wesołe Miasteczka, a w witrynach antykwarycznych wystawiane "Księgi kłamców".
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 6 4 lata temu
Wirus Ebola w Helsinkach Taavi Soininvaara
Wirus Ebola w Helsinkach
Taavi Soininvaara
Intrygująca, niejednoznaczna, pełna zwrotów akcji książka. Fabuła jak z iście szpiegowskiego kryminału, akcja pędząca na złamanie karku. A początek całej historii daje ludzka głupota i fatalny w skutkach błąd, który nieuchronnie pociąga za sobą następne. Chciałoby się aż powiedzieć: zbrodnia rodzi zbrodnię. Niewątpliwie wiele w tym prawdy. Książka łączy wątki naukowe, szpiegowskie, kryminalne, ale mamy tu też nieco gry wywiadów i elementów terrorystycznych. Spaja to wszystko w całość tytułowy wirus Ebola i jego potencjalne, delikatnie mówiąc zabójcze dla ludzkości, zastosowanie... I wspomniana już przeze mnie ludzka głupota, każąca wysokiemu oficerowi fińskich służb wykorzystać fakt wynalezienia szczepionki przeciw wirusowi do własnych celów, mających zabezpieczyć jego zagrożoną pozycję i wolność. Obserwowanie rozwoju wydarzeń mających źródło w tak prostym zjawisku jak ludzki strach i bezmyślność jest zdumiewającym i fascynującym doświadczeniem. Okazuje się bowiem, że nawet człowiek stojący na straży bezpieczeństwa własnej ojczyzny jest w stanie zaprzedać duszę diabłu... lub też, jak w tym przypadku, pogrążyć się we własnych słabościach, które czynią z niego w efekcie potwora. Soininvaara nadał książce zawrotne tempo (akcja rozgrywa się na przestrzeni zaledwie kilku dni) wzbogacając ją przy tym o niezwykle wyraziste, pełne głębi (niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu) postacie. Dodają one powieści przede wszystkim charakteru, co wypada nad wyraz interesująco na papierze. Powodowany własną słabością i bezmyślnością generał fińskiej armii, wirusolog żyjący w nieudanym małżeństwie, skąpy szef służb wywiadowczych starający się za wszelką cenę ukryć swoje skłonności seksualne... już tylko tych trzech obecnych w książce bohaterów wystarczy, by uczynić ją co najmniej ciekawą. Interesujący zestaw, prawda? A inne, drugoplanowe postacie, wcale nie wypadają gorzej. "Wirus Ebola w Helsinkach" to bardzo dobry thriller z elementami kryminału. Ciekawy, inteligentny, wielowątkowy, lecz jednocześnie napisany w sposób przejrzysty i zrozumiały - nie sposób się tu choćby na chwilę zgubić, czy stracić z oczu główny wątek, co jest niezwykle ważne dla czytelnika podczas lektury tego typu pozycji. Po prostu świetna książka, w sam raz na jeden-dwa jesienne wieczory. Gorąco polecam. Dziękuję Wydawnictwu Kojro za udostępnienie niniejszej książki. Recenzja znajduje się także na moim blogu: http://cosnapolce.blogspot.com/2016/10/wirus-ebola-w-helsinkach-taavi.html Zapraszam!
Northman - awatar Northman
ocenił na 7 9 lat temu
Uciec przed cieniem Ewa Kopsik
Uciec przed cieniem
Ewa Kopsik
„Uciec przed cieniem” autorstwa Ewy Kopsik 📖 to książka pełna głębokich refleksji i filozoficznych rozważań 🌌. Opowiada o młodej kobiecie, zagubionej w świecie artystów, w którym na co dzień przebywa jako żona znanego śpiewaka operowego 🎭. Przytłoczona wewnętrznymi lękami i zaniżoną samooceną, bohaterka próbuje odnaleźć swoją wartość poprzez to, jak jest postrzegana przez innych 👁️‍🗨️, a nie przez autentyczne odczuwanie własnej wartości. Kopsik zagłębia się w psychologię człowieka 🧠, odwołując się do koncepcji jungowskiego Cienia 🌑 – tej ciemnej strony ludzkiej natury, która nieświadomie kształtuje naszą osobowość i decyzje. Książka pełna jest filozoficznych rozważań 🧩 i introspekcji. To wymagająca lektura, z którą nie sposób się spieszyć – po niektórych fragmentach warto zrobić sobie przerwę, by dogłębnie przeanalizować ich sens 🧘‍♀️. Ta zwięzła i treściwa lektura idealnie nadaje się na jesienne wieczory 🍂 – przy nastrojowej muzyce 🎶 i świecach 🕯️, podkreślających jej melancholijny ton. „Uciec przed cieniem” porusza temat wewnętrznej wolności 🕊️ oraz dążenia do osobistego spełnienia 🌠, zmuszając do refleksji nad mechanizmami naszej psychiki i wpływem przeszłości na obecne wybory. To trudna, ale wartościowa książka 📖, którą warto odkrywać powoli i z pełnym zaangażowaniem.

mozg_inkognito - awatar mozg_inkognito
ocenił na 9 1 rok temu
Dajcie mi jednego z was Jacek Getner
Dajcie mi jednego z was
Jacek Getner
Big Brother w nowym wydaniu? Nie, ponieważ tajemniczy Głos nie pojawia się w życiu pozostałych osób jako ten, który ma im umożliwić wypłynięcie na szerokie wody. Jest Prokuratorem i Sędzią dla Kaprala, Szczęściarza, Przystojniaka i Proroka - czterech mężczyzn, których pozornie nic ze sobą nie łączy. A jednak jest wspólny mianownik – Głos i krzywdy doznane przez niego w przeszłości. „Każdy z was wyrządził mi kiedyś krzywdę, która spowodowała, że staczałem się coraz niżej, po równi pochyłej życia. Na pewno mnie nie pamiętacie, bo taką sama krzywdę wyrządziliście dziesiątkom, a może nawet setkom innych, niewinnych ludzi.” Zamyka ich w jednym pomieszczeniu, aby ich ukarać, zemścić się za własne krzywdy oraz krzywdy doznane przez inne osoby. (…) Karą za to, co zrobiliście, będzie śmierć. (…) Jednak być może nie zasługujecie wszyscy na ten wyrok, a jedynie suma waszych win wymaga takiej kary. (…) Dlatego nie zabiję każdego z was, lecz tylko jednego.” Dodajmy: jednego, wskazanego przez pozostałych. Czy uwięzieni mężczyźni poddadzą się bezwolnie jego woli i zdają się na los? Kto będzie ofiarą? Te pytania nurtują czytelnika, ale chyba nawet biegły znawca tego gatunku może czuć się nieco zaskoczony rozwojem akcji. Podsumowaniem mogłyby być słowa: „Tu spotkały się cztery najgroźniejsze żywioły współczesnego świata, których się bał i nienawidził. Bogactwo, które nie liczy się z niczym. Brak moralności, który niszczy uczucia. Fałszywa wiara, która mami zbawieniem. Bezrozumna siła, która używana najpierw nawet w najszlachetniejszych intencjach, z czasem może przekształcić się wyłącznie w destrukcję. To miejsce stało się ich grobem.” Ale czy rzeczywiście tak się stało? Warto przeczytać i samemu sprawdzić. Lektura nie jest obszerna, jednak zachęca do odpowiedzenia sobie na niełatwe pytania. Panie Jacku! Dziękuję za zaproszenie do spotkania z Pana twórczością. Chętnie sięgnę po kolejne Pana powieści.
eduko7 - awatar eduko7
ocenił na 8 8 lat temu
Accabadora. Ta, która pomaga odejść Michela Murgia
Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Michela Murgia
"Accabadora.Ta, która pomaga umrzeć" jest jedną z tych książek, które zmuszają nas do refleksji nad życiem i moralnością. Śmierć jest tematem tabu, podobnie jak seks. Wiadomo, że Kościół stoi na straży moralności i wprost potępia aborcję. W włoskiej wiosce, mieszka kobieta, która zajmuje się krawiectwem. Jednak tak naprawdę pomaga ludziom w odchodzeniu z tego świata. Jej podopieczna nie ma pojęcia czym zajmuje się jej ciocia. Pewnego razu, młody człowiek zostaje pozbawiony nogi. Jego życie się zmienia i staje się nieznośny dla otoczenia. Wiedząc czym zajmuje się kobieta prosi ją o pomoc. Kobieta podejmuje decyzję, która zmieni życie wszystkich osób z jej najbliższego otoczenia. Eutanazja jest w Polsce zakazana. Z tym motywem spotkałam się w "Zanim się pojawiłeś"i to jest dopiero druga książka z tym motywem przeze mnie przeczytana. Nie jest to typowa książka o której można łatwo zapomnieć ze względu na temat jaki ona porusza. Książka zmusza nas do refleksji nad sobą i nad życiem. Często mówimy, że nigdy byśmy tak nie postąpili i potępiamy tych co coś takiego zrobią. Jednak czasami bywa tak, że postępujemy dokładnie tak jak te osoby, które potępilismy. Kim my jesteśmy, żeby pouczać innych o moralności? Moralność nie obowiązuje na wojnie, gdzie trzeba zabijać ludzi i czy wtedy powinniśmy krytykować te osoby? Często zapominamy o tym, że życie nie jest ani czarne ani białe. Zapominamy, że są takie sytuacje w których trzeba postąpić inaczej niż byśmy chcieli i o tym przekonuje się Maria, duchowa córka Accabadory. Książka jest krótka można ją spokojnie przeczytać na jednym posiedzeniu. Dla tych co interesują się psychologią bohaterów oraz o tematach o których się głośno nie mówi będzie idealną pozycją.
Klaudia Sowa - awatar Klaudia Sowa
oceniła na 7 1 rok temu
Strzeż się psa Izabela Szolc
Strzeż się psa
Izabela Szolc
Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie wiem, jak to się stało, ale ja, miłośniczka kotów świadomie i bez przymusu sięgnęłam po książkę autorstwa Izabeli Szolc pt. „Strzeż się psa” z oferty Wydawnictwa Papierowy Motyl i nie żałuję. Pochłonęła mnie oryginalna narracja przypominająca psi strumień świadomości przetykany dialogami z innymi czworonożnymi bohaterami tej zwierzęcej opowieści. 🐶 Al, a właściwie Albrecht to niezwykle dojrzały i mądry bloodhound (nazywany też psem św. Huberta). Pasjonuje go historia starożytna i dzieła klasyków, a w czasie wolnym od rozważań natury egzystencjalnej spaceruje po blokhauzie ze swym przyjacielem Tofikiem lub innymi kudłatymi mieszkańcami tej dosyć bogatej dzielnicy. Jego pieskie życie pełne jest niespodzianek, a to za sprawą Laury, właścicielki Naszego bohatera i szeregu zbrodni dokonanych na psich przyjaciołach Al’a. Kto zabija niewinne psy i dlaczego to robi? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Nasz czworonożny detektyw. 🐶 Nie samymi psimi przygodami człowiek żyje, oj nie. W powieści „Strzeż się psa” nie brakuje również ludzkich protagonistów, którzy najczęściej przedstawiani są jako niezaradni życiowo właściciele Naszych pupili. Ich powtarzalna codzienność zespolona z życiem zwierząt i widziana z psiej perspektywy wygląda znacznie gorzej niż mogłoby się ludziom wydawać. To z kolei prowokuje czytelników do rozważań nad tym, co myślą o Nas zwierzęcy domownicy. 🐶 Izabela Szolc stworzyła powieść niekonwencjonalną a przez to wyjątkowo ciekawą. Dawno już żaden narrator znanej mi książki nie okazał się tak obyty z tradycją śródziemnomorską jak Al, który serwuje czytelnikowi historyczne anegdoty i łacińskie sentencje, by za moment utyskiwać na swoje ciężkie życie psiego eunucha. W trakcie jego opowieści, czytelnicy nie mają czasu na nudę. I choć wątki kryminalne nieco schodzą w tej historii na dalszy plan, to zdecydowanie warto sięgnąć po „Strzeż się psa”, by poznać Al’a i przekonać się, co ma człowiekowi do powiedzenia ten wyjątkowy pies.
z_kultury_ - awatar z_kultury_
ocenił na 8 1 rok temu
Wichrołak Paweł Szlachetko
Wichrołak
Paweł Szlachetko
"Wichrołaka" od dawna miałam w planach. Skusiły mnie nie tyle nawet opinie czytelników, ile po prostu opis z okładki: seria samobójstw w góralskiej wiosce będąca podobno skutkiem depresji wywołanej wiatrem halnym - to brzmi intrygująco i dość oryginalnie jak na książkową fabułę. Niebagatelną rolę w podjęciu decyzji odegrała również tyleż minimalistyczna, co sugestywna okładka, no i tytuł, który swoim brzmieniem rozbudził moją wyobraźnię. Nie miałam wyjścia, musiałam przeczytać! W trakcie lektury okazało się co prawda, że wątek domniemanych samobójstw schodzi na dalszy plan, jednak ukłucie rozczarowania skutecznie powstrzymała ciekawość - autor po mistrzowsku wykreował bogatą i zróżnicowaną galerię postaci, genialnie nakreślił realia obyczajowe górskiej wsi oraz specyficzną mentalność jej mieszkańców; grzechem byłoby odkładać lekturę, która niemal dosłownie wciągnęła mnie w swój świat! Tego się nie spodziewałam, dlatego bez wahania dałam się ponieść wyobraźni autora. Do niewielkiej górskiej wsi o wdzięcznej nazwie Szremle Małe przyjeżdża Roman - młody, początkujący dziennikarz. Przedstawia się jako pracownik stacji epidemiologicznej mający zbadać sprawę tajemniczego pomoru owiec. Zatrzymuje się w domu sołtysa, który wkrótce składa mu pewną propozycję. Gazda chce go wynająć, by przed mieszkańcami wsi udawał jego zięcia, męża jego córki Marty, która wróciła z miasta do rodzinnego domu z nieślubnym dzieckiem. Roman miałby trzymać malca do chrztu, co uciszyłoby wiejskie plotki, pozwoliłoby zachować gospodarzowi twarz i szacunek społeczności. Mężczyzna zgadza się, jednak wkrótce okazuje się, że córką sołtysa jest jego dawna dziewczyna i to on prawdopodobnie jest ojcem jej dziecka... Jednocześnie Roman prowadzi dziennikarskie śledztwo - w Szremlach Małych ostatnio miały miejsce trzy samobójstwa, które ludzie tłumaczyli sobie zgubnym wpływem halnego na psychikę. Roman odkrywa jednak, że w tym czasie halny nie wiał w okolicy, miejscowy lekarz sfałszował akty zgonu, policja nie przyłożyła się do śledztwa, a miejscowi wierzą, że gwałtowna śmierć górali jest zemstą niejakiego Wichrołaka - miejscowego zielarza posądzanego o konszachty z siłami nieczystymi i pomór owiec, który padł ofiarą wiejskiego samosądu. Roman próbuje rozwikłać zagadkę, ale nie jest łatwo wkupić się w łaski hermetycznej góralskiej społeczności. Przy okazji wychodzą na jaw wstydliwe sekrety skrywane przez niejednego mieszkańca wioski... "Wichrołak" bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Błędem jednak byłoby potraktować tę książkę jako kryminał; czytelnik z takim nastawieniem prawie na pewno będzie rozczarowany. Akcja rozkręca się bardzo wolno, niemal ślamazarnie, brakuje jej dynamizmu, a zagadka kryminalna nie jest zbyt zawiła i skomplikowana - podejrzenia, jakich nabrałam niemal na wstępie rzeczywiście się potwierdzają mimo delikatnych i nielicznych wątpliwości w trakcie lektury. Nie wątek kryminalny jest jednak najważniejszy; służy on jako pretekst do ukazania specyficznej mentalności mieszkańców górskiej wsi, jej barwnego i bogatego folkloru, a przede wszystkim relacji i wzajemnych powiązań charakterystycznych dla wiejskiej społeczności, co udało się autorowi rewelacyjnie. Dlatego też znacznie bardziej zasadne byłoby zaklasyfikować lekturę jako powieść obyczajową z wątkiem kryminalno - psychologicznym. Jednym z imponujących atutów powieści jest realizm i wiarygodność, z jakimi autor nakreślił zarówno portrety bohaterów, jak i zaprezentował góralską mentalność: tę specyficzną zadziorność, hardość, zawziętość, a zarazem porywczość, skłonność do samowolnego wymierzania "sprawiedliwości"; chciwość i zawiść - szczególnie w odniesieniu do ziemi - oraz obsesyjną troskę o szacunek i dobre imię, tak dobrze nam znane chociażby z lektury "Chłopów" Reymonta. Idealnie ukazał charakter pokrętnej, góralskiej logiki, światopogląd składający się tylko z czerni i bieli oraz swoistą mieszankę wiary chrześcijańskiej, ludowych wierzeń, zabobonów i tradycji będącą niepodważalnym i ostatecznym zbiorem niepisanych praw regulującym życie całej społeczności. Jednak to rewelacyjnie wykreowani, wyraziści bohaterowie są prawdziwą ozdobą i najmocniejszą stroną powieści. Górale, przy wszystkich swoich przywarach i pozornej prostocie są postaciami wyjątkowo niejednoznacznymi i skomplikowanymi wewnętrznie, a przy tym niezwykle barwnymi i dzięki temu zapadającymi z pamięć. Uwagę zwraca choćby Konfesjerka - zakonnica i gospodyni proboszcza, Hamerykanka - właścicielka karczmy, organista Czerniak czy sołtys Józwa. Społeczność jest bardzo zróżnicowana, a zarazem posiada strukturę dość charakterystyczną; we wsi nie może zabraknąć solidnych, cieszących się powszechnym mirem, bogatych gazdów, jak i wioskowego głupka, który notabene odegra ważną rolę w całej historii. Bohaterowie są dynamiczni, barwni, mogą sprawiać wrażenie przerysowanych, ale wiem z doświadczenia, że autor nie tylko nie minął się z prawdą, ale nakreślił ich sylwetki nadzwyczaj wiarygodnie ukazując całą złożoność góralskiego charakteru, mentalności i światopoglądu. Gwara góralska, którą posługuje się autor zadziwiająco swobodnie i z dużą naturalnością, dodatkowo uwiarygodnia opowieść, przydaje jej autentyzmu i tworzy odpowiedni klimat. Szczególnie zaintrygował mnie wątek Wichrołaka i jego wpływu na wiejską społeczność. Mieszkający na jej peryferiach starzec - zielarz, tyleż niezbędny, co niepożądany, obdarzany niechętnym szacunkiem, ale i budzący strach, staje się idealnym kozłem ofiarnym przy pierwszej nadarzającej się okazji. W całej okazałości mamy tu podręcznikowy wręcz przykład działania psychologii tłumu i mechanizmu polowania na czarownice - i to w dzisiejszych czasach! Autorowi należą się zasłużone brawa za tak dopracowany, wiarygodny i pełen rozmachu psychologiczny i obyczajowy aspekt stanowiący zarazem oś fabuły. Dawno nie spotkałam się z tak wybitnie wykreowanymi sylwetkami bohaterów i rewelacyjnym studium wiejskiej społeczności we wszystkich jej przejawach. Psychika, moralność, mentalność, obyczajowość, wierzenia i folklor - wszelkie aspekty góralskiej kultury błyszczą tu w całej okazałości nie pozwalając ani na chwilę oderwać się od lektury. Gorąco polecam wszystkim miłośnikom dobrej powieści obyczajowej i góralskich klimatów!
Isadora - awatar Isadora
oceniła na 7 13 lat temu
Wycieczka na tamten świat Anna Litwinow
Wycieczka na tamten świat
Anna Litwinow Siergiej Litwinow
To niesprawiedliwe, kiedy dwoje autorów osaczy swoją opowieścią jednego, biednego, wolno kojarzącego, za motylkiem i kwiatkiem po drodze fabuły wypatrującego, czytelnika. Czyli mnie. Wtedy powieść przybiera postać historii z cechami ADHD opowiadaną flegmatykowi, ledwo nadążającemu za podwójnym, zmiennym torem myślenia opowiadających o bohaterach z imionami, nazwiskami i, żebym się nie leniła w myśleniu skojarzeniowym, z dodatkowymi pseudonimami, ksywami i operacyjnymi kryptonimami. Przeskakujących z jednej postaci na inną, co chwilę nową, z pełnym przytoczeniem dziejów jej życia i powodów, dla których znalazła się w konkretnym punkcie opowieści. Z sięgającej zenitu emocji akcji decydującej o życiu i śmierci bohaterów do spokojnego lasu, pięknego zachodu słońca i relacji, co w tej chwili robi inny bohater (najczęściej, wykończony życiem, zapijał je wiadomo czym), który miał odegrać najważniejszą rolę w nadchodzącej siedmiomilowymi krokami scenie. Się działo! A ja otumaniona, osaczona, obolała po kolejnym skoku a to z samolotu na ziemię, a to z wiaduktu na pociąg, a to z jednego samochodu do drugiego, nie wytrzymałam i zaczęłam nieśmiało pytać – Ale gdzie ten nieboszczyk, skoro napis na książce wyraźnie to zapowiadał, a ja nawet nie poczułam do tej pory jego trupiej woni? I dlaczego uciekam razem z pracownicą reklamy żądną sponsorów i przygód Tanią, karcianym pasożytem Igorem i dziennikarzem Dimą, po jakichś wyboistych wertepach i leśnych ostępach? Dlaczego zapalona świeca dymna w lecącym samolocie naszego rejsu urosła w oczach władz moskiewskich do rangi ataku terrorystycznego? I który normalny pilot oddaje stery samolotu pasażerskiego dwunastoletniemu chłopcu? Dlaczego tropi nas Departament Antyterrorystyczny FSB czyli dawniejsze KGB? Żebym bardziej się bała i szybciej uciekała? I dlaczego ściga nas mafia z giwerami i mafiosem, który "nigdy nikogo osobiście nie zabił i na dodatek nigdy niczego nie ukradł – osobiście?" Co ja takiego zrobiłam autorom? Bo to, że winny był któryś z towarzyszy ucieczki nie podlegało dyskusji! Pytanie – który? I dlaczego po kartkach biegał mi taki pająk, zmuszając do szybkiego kartkowania z powodu wstrętu do takich żywiątek? Czy to już był mobbing czytelniczy czy jeszcze zawrotne tempo akcji? I na koniec pytanie najważniejsze i ostateczne w zdesperowanej dezorientacji ostatkiem sił wydobyte ze stężałych od zdziwienia ust – Ale o ssso chośi?! Jak to o co? – odpowiedziała mi Tania. O przygodę chodzi! O zabawę! O rozrywkę! Bo to okazało się być jej życiem. Jej marzeniem! Jej przygodą! A że po drodze znalazł się i denat, a właściwie nieboszczka, i powód ucieczki (baaardzo mały i jeszcze bardziej cenny), a zarazem pościgu, to w tej opowieści jest o tyle ważne, o ile dało przyczynę do szalonej, nieprzewidywalnej, niekontrolowanej, niebezpiecznej, improwizowanej, zwariowanej przygody. Przypominało mi to zdobywanie góry, podczas której okropnie marudziłam, by na jej szczycie poczuć satysfakcję. Spojrzeć za siebie i zobaczyć trasę, jaką przemierzyłam z Tanią, Igorem i Dimą – "Moskwa – Gorowiec – Prieobrażenskoje – Sankt Petersburg – Swietłowsk – Lappeenranta – Helsinki". Aż żal się było z wariatami rozstawać! Ale to jeszcze nie koniec! To dopiero pierwsza z przygód szalonej Tańki. Następna jazda w czerwonym autobusie bez trzymanki, bez pasów bezpieczeństwa, za to z jednym spadochronem na dwóch pasażerów, w kolejnej części "Wszystkie dziewczyny kochają brylanty". Tylko lojalnie uprzedzam – flegmatykom, żółwiom, ślimakom i cierpiącym na arachnofobię wstęp wzbroniony, chyba że na własną odpowiedzialność! http://naostrzuksiazki.pl/
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 7 6 lat temu
Milczące słowa Jagoda Wochlik
Milczące słowa
Jagoda Wochlik
Polskie spojrzenie na modę wampiryzmu w literaturze. Henry jest wampirem, którego postać jest jednocześnie zagadkowa jak i posiadającą wiele cech sprzecznych ze sobą w stosunku do jednej osoby. Zuzanna-studentka uratowana przez wampira nie znająca wcześniej tajemniczego świata Nocnych Stworzeń. Fabuła wciąga. Czytelnik wciąż się waha czy spotka go zawód i klątwa się spełni, czy znajdzie się inne lepsze rozwiązanie. Sceny akcji poprowadzone z polotem pozwalają wyostrzyć własną wyobraźnię. Opis innego świata zadowalający. Postaci jak by było za wiele i nie do wszystkich ma się czas się przekonać. Królowe jednak od samego początku robią wrażenie, ich opisy dają nikłe wskazówki iż to one będą miały w tej sprawie coś do powiedzenia. Nie jest to jednak schematyczna lektura, gdzie spotykamy się z romansami postaci. Miłość jest tu jednak zawoalowana w niemożliwe, które ujawnia się w drobnych gestach i wypowiedziach lecz do innych nie do siebie. Główne postacie posługujące się cytatami różnych dzieł stanowią ciekawą innowację. Dodatkowo przez występujące w tekście Drobne Uwagi możemy zapoznawać się z psychiką Zuzy i w pewnym sensie szukać inspiracji do jej zachowania. Postać ta z niechcącej się bronić dziewczyny staje się walczącą kobietą, która chce uratować własne życie. Henry Got jako postać szara ani dobra ani zła ze swoimi skłonnościami staje się jakby szkieletem dla opowieści, najbardziej dopracowaną i szczegółową. Nie widzimy tu cukierkowego wampira, który chce bronić się przed swoją naturą, lecz potwora pogodzonego z tym kim jest i jednocześnie znającego konsekwencję takiego stanu. Pragnie on jednak odsunąć od siebie osobę na której mu w jakiś sposób zależy i nie chce skrzywdzić. Książka ta jest nowatorska, pomimo braku spójności akcji, wydarzenia wydają się łączyć i ktoś posiadający krztynę wyobraźni jest w stanie dopisywać sobie do niej fakty. Zakończenie odrobinę nieprzewidziane, jednak odpowiadające opowieści. Wciągająca lektura na zimowe wieczory.
Agata Antoniak - awatar Agata Antoniak
ocenił na 6 10 lat temu
Wbrew naturze Beata Rudzińska
Wbrew naturze
Beata Rudzińska Agnieszka Drotkiewicz Hanna Samson Grażyna Plebanek Włodzimierz Kowalewski Zyta Rudzka Izabela Szolc Anna Janko Izabela Sowa Tomasz Sobieraj Michał Sufin Natalia Bobrowska Marta Mizuro
Oczy zalewa mi zieleń liści pobliskich drzew. Czuję zapach bzu rosnącego z prawej strony. W uszach dzwonki i dzwoneczki godowego śpiewu ptaków. Nadchodzi wiosna. Czas przebudzenia. Chce się żyć! A przede mną, na kolanach wbrew otaczającej mnie naturze, swoiste „memento mori”. Nomen omen Wbrew naturze. Kukułcze jajo pozostawione mi przez zimowy, martwy czas ku pamięci. Zbiór 17 opowiadań. Bardziej i mniej znanych lub w ogóle nieznanych mi pisarzy. Zbiorek, w który bezwiednie wsunęłam palec, by otworzyć go na przypadkowej fotografii z krótkim podpisem na odwrocie. Graficzny posłaniec zwiastujący ponurą tematykę poświęconą zazębiającym się pojęciom, przenikającym się zjawiskom, uzupełniającym się procesom jakimi są przemijanie, starość i w ostateczności śmierć. Trochę obawiałam się chaosu wynikającego z różnorodności stylów, preferowanych form przekazu czy subiektywnych ujęć. Jednym słowem kakofonii, dodatkowo nakładającej się na moją niechęć do opowiadań. Niepotrzebnie. To właśnie te cechy, których obawiałam się najbardziej, stały się atutami zbiorku. Postawiły w środku starość, by ukazać ją w literackim obrazie 3D, w tworzeniu którego każdy z pisarzy stanowił dopasowane elementy jednego zespołu, będących jednocześnie oddzielnymi cząstkami, autonomicznymi aparatami fotograficznymi, subiektywnymi źrenicami oczu utrwalającymi go pod własnymi, indywidualnymi, osobistymi kątami widzenia. I to było fascynujące! Mogłam przyjrzeć się starości oczami osoby młodej, nieświadomej dotyku przemijania, jego obecności nawet kiedy ma się naście lat, a także kobiety dojrzałej, świadomej utraty młodości, więc próbującej ją zatrzymać czy staruszka znającego wartość przemijającego czasu i pogodzonego z czekającą go śmiercią, by ostatecznie poczuć jak starość fizycznie usztywnia stawy, ogranicza zdolność ruchu, osłabia mięśnie, plami skórę, poprzez wniknięcie w świadomość i ciało starej kobiety. Mogłam też poprzyglądać się z bliska śladom, rysom, bliznom, nieodwracalnym zniszczeniom pozostawionym na ludzkim ciele przez upływ czasu, jak obrazom wystawionym w muzeum staroci. Portretom tak plastycznie, namacalnie oddającym detale pomarszczonej skóry, chwiejących się zębów, powykręcanych stawów rak, stróżki śliny ciągnącej się z ust, aż do współczucia, litości i obrzydzenia. Lęku? Mogłam podpatrzeć, podejrzeć jak inni radzą sobie z przemijaniem, z wizją śmierci majaczącej gdzieś tam, na końcu drogi. Jak próbują zachować młodość, oszukać czas, zatuszować rysy zostawione przez proces destrukcji, ignorować przemijanie, oddalać myśli o śmierci i oswajać się z powszechną obecnością rozkładu ciała i przedmiotów. Nie tylko na poważnie, z patosem, przerażeniem lub grozą, ale i z przymrużeniem oka. Nie tylko w sposób piękny i wzniosły, a przez to uległy jej potędze nieuchronności, ale i wulgarny, pełen złości, wykrzyczanego buntu i oskarżeń pod adresem reżysera mojego świata. Mogłam też przeanalizować inny rodzaj śmierci. Tej za życia. Społecznej. Alienującej ludzi starych, a przez to niepotrzebnych, bezużytecznych, nieprzydatnych jak rzecz, zużyty samochód będący odpowiednikiem ludzkiego bohatera. Ale i nie tylko ludzi starych. Dotyczyło to również kobiet, osiągających magiczną granicę wieku, za którą stają się niewidoczne dla mężczyzn, z wyrokiem śmierci za życia, bo już nieatrakcyjnych seksualnie. I gdybym miała z tych wielu spojrzeń wybrać to najbliższe moim odczuciom i myślom, to na pewno nie kierowałabym się warsztatem literackim, który jest bardzo równy, ale moimi subiektywnymi preferencjami jak plastyczność opisów w "Pani Hedwig" i w "Kotce antykwariusza", siła emocji w "Na deskach" (mało mi było tego monologu, zdecydowanie za mało) czy pomysł na radzenie sobie z lękiem w "Wannie i mroku". A całość tych miniaturek została oprawiona w ramy mini-galerii. Niezwykłej. I tutaj muszę, koniecznie muszę, opowiedzieć o stronie graficznej tej książki. O 17 fotografiach Romana Lipczyńskiego. O jego obrazach stanowiących oryginalną wizualizację wprowadzającą mnie w przesłanie każdego opowiadania. Będące zarazem przecinkami odgradzającymi opowiadania, ale i przystankami do pomyślenia nad tekstem już przeczytanym, zastanowienia się nad treścią przede mną, zadumania się nad samą fotografią. Bo każda z nich to swoisty rebus, zagadka, roszada. Bo cóż może oznaczać na przykład ten kadr? Graficzny posłaniec zwiastujący ponurą tematykę poświęconą zazębiającym się pojęciom, przenikającym się zjawiskom, uzupełniającym się procesom jakimi są przemijanie, starość i w ostateczności śmierć. Trochę obawiałam się chaosu wynikającego z różnorodności stylów, preferowanych form przekazu czy subiektywnych ujęć. Jednym słowem kakofonii, dodatkowo nakładającej się na moją niechęć do opowiadań. Niepotrzebnie. To właśnie te cechy, których obawiałam się najbardziej, stały się atutami zbiorku. Postawiły w środku starość, by ukazać ją w literackim obrazie 3D, w tworzeniu którego każdy z pisarzy stanowił dopasowane elementy jednego zespołu, będących jednocześnie oddzielnymi cząstkami, autonomicznymi aparatami fotograficznymi, subiektywnymi źrenicami oczu utrwalającymi go pod własnymi, indywidualnymi, osobistymi kątami widzenia. I to było fascynujące! Mogłam przyjrzeć się starości oczami osoby młodej, nieświadomej dotyku przemijania, jego obecności nawet kiedy ma się naście lat, a także kobiety dojrzałej, świadomej utraty młodości, więc próbującej ją zatrzymać czy staruszka znającego wartość przemijającego czasu i pogodzonego z czekającą go śmiercią, by ostatecznie poczuć jak starość fizycznie usztywnia stawy, ogranicza zdolność ruchu, osłabia mięśnie, plami skórę, poprzez wniknięcie w świadomość i ciało starej kobiety. Mogłam też poprzyglądać się z bliska śladom, rysom, bliznom, nieodwracalnym zniszczeniom pozostawionym na ludzkim ciele przez upływ czasu, jak obrazom wystawionym w muzeum staroci. Portretom tak plastycznie, namacalnie oddającym detale pomarszczonej skóry, chwiejących się zębów, powykręcanych stawów rak, stróżki śliny ciągnącej się z ust, aż do współczucia, litości i obrzydzenia. Lęku? Mogłam podpatrzeć, podejrzeć jak inni radzą sobie z przemijaniem, z wizją śmierci majaczącej gdzieś tam, na końcu drogi. Jak próbują zachować młodość, oszukać czas, zatuszować rysy zostawione przez proces destrukcji, ignorować przemijanie, oddalać myśli o śmierci i oswajać się z powszechną obecnością rozkładu ciała i przedmiotów. Nie tylko na poważnie, z patosem, przerażeniem lub grozą, ale i z przymrużeniem oka. Nie tylko w sposób piękny i wzniosły, a przez to uległy jej potędze nieuchronności, ale i wulgarny, pełen złości, wykrzyczanego buntu i oskarżeń pod adresem reżysera mojego świata. Mogłam też przeanalizować inny rodzaj śmierci. Tej za życia. Społecznej. Alienującej ludzi starych, a przez to niepotrzebnych, bezużytecznych, nieprzydatnych jak rzecz, zużyty samochód będący odpowiednikiem ludzkiego bohatera. Ale i nie tylko ludzi starych. Dotyczyło to również kobiet, osiągających magiczną granicę wieku, za którą stają się niewidoczne dla mężczyzn, z wyrokiem śmierci za życia, bo już nieatrakcyjnych seksualnie. I gdybym miała z tych wielu spojrzeń wybrać to najbliższe moim odczuciom i myślom, to na pewno nie kierowałabym się warsztatem literackim, który jest bardzo równy, ale moimi subiektywnymi preferencjami jak plastyczność opisów w Pani Hedwig i w Kotce antykwariusza, siła emocji w Na deskach (mało mi było tego monologu, zdecydowanie za mało) czy pomysł na radzenie sobie z lękiem w Wannie i mroku. A całość tych miniaturek została oprawiona w ramy mini-galerii. Niezwykłej. I tutaj muszę, koniecznie muszę, opowiedzieć o stronie graficznej tej książki. O 17 fotografiach Romana Lipczyńskiego. O jego obrazach stanowiących oryginalną wizualizację wprowadzającą mnie w przesłanie każdego opowiadania. Będące zarazem przecinkami odgradzającymi opowiadania, ale i przystankami do pomyślenia nad tekstem już przeczytanym, zastanowienia się nad treścią przede mną, zadumania się nad samą fotografią. Bo każda z nich to swoisty rebus, zagadka, roszada. Bo cóż może oznaczać na przykład ten kadr?Graficzny posłaniec zwiastujący ponurą tematykę poświęconą zazębiającym się pojęciom, przenikającym się zjawiskom, uzupełniającym się procesom jakimi są przemijanie, starość i w ostateczności śmierć. Trochę obawiałam się chaosu wynikającego z różnorodności stylów, preferowanych form przekazu czy subiektywnych ujęć. Jednym słowem kakofonii, dodatkowo nakładającej się na moją niechęć do opowiadań. Niepotrzebnie. To właśnie te cechy, których obawiałam się najbardziej, stały się atutami zbiorku. Postawiły w środku starość, by ukazać ją w literackim obrazie 3D, w tworzeniu którego każdy z pisarzy stanowił dopasowane elementy jednego zespołu, będących jednocześnie oddzielnymi cząstkami, autonomicznymi aparatami fotograficznymi, subiektywnymi źrenicami oczu utrwalającymi go pod własnymi, indywidualnymi, osobistymi kątami widzenia. I to było fascynujące! Mogłam przyjrzeć się starości oczami osoby młodej, nieświadomej dotyku przemijania, jego obecności nawet kiedy ma się naście lat, a także kobiety dojrzałej, świadomej utraty młodości, więc próbującej ją zatrzymać czy staruszka znającego wartość przemijającego czasu i pogodzonego z czekającą go śmiercią, by ostatecznie poczuć jak starość fizycznie usztywnia stawy, ogranicza zdolność ruchu, osłabia mięśnie, plami skórę, poprzez wniknięcie w świadomość i ciało starej kobiety. Mogłam też poprzyglądać się z bliska śladom, rysom, bliznom, nieodwracalnym zniszczeniom pozostawionym na ludzkim ciele przez upływ czasu, jak obrazom wystawionym w muzeum staroci. Portretom tak plastycznie, namacalnie oddającym detale pomarszczonej skóry, chwiejących się zębów, powykręcanych stawów rak, stróżki śliny ciągnącej się z ust, aż do współczucia, litości i obrzydzenia. Lęku? Mogłam podpatrzeć, podejrzeć jak inni radzą sobie z przemijaniem, z wizją śmierci majaczącej gdzieś tam, na końcu drogi. Jak próbują zachować młodość, oszukać czas, zatuszować rysy zostawione przez proces destrukcji, ignorować przemijanie, oddalać myśli o śmierci i oswajać się z powszechną obecnością rozkładu ciała i przedmiotów. Nie tylko na poważnie, z patosem, przerażeniem lub grozą, ale i z przymrużeniem oka. Nie tylko w sposób piękny i wzniosły, a przez to uległy jej potędze nieuchronności, ale i wulgarny, pełen złości, wykrzyczanego buntu i oskarżeń pod adresem reżysera mojego świata. Mogłam też przeanalizować inny rodzaj śmierci. Tej za życia. Społecznej. Alienującej ludzi starych, a przez to niepotrzebnych, bezużytecznych, nieprzydatnych jak rzecz, zużyty samochód będący odpowiednikiem ludzkiego bohatera. Ale i nie tylko ludzi starych. Dotyczyło to również kobiet, osiągających magiczną granicę wieku, za którą stają się niewidoczne dla mężczyzn, z wyrokiem śmierci za życia, bo już nieatrakcyjnych seksualnie. I gdybym miała z tych wielu spojrzeń wybrać to najbliższe moim odczuciom i myślom, to na pewno nie kierowałabym się warsztatem literackim, który jest bardzo równy, ale moimi subiektywnymi preferencjami jak plastyczność opisów w Pani Hedwig i w Kotce antykwariusza, siła emocji w Na deskach (mało mi było tego monologu, zdecydowanie za mało) czy pomysł na radzenie sobie z lękiem w Wannie i mroku. A całość tych miniaturek została oprawiona w ramy mini-galerii. Niezwykłej. I tutaj muszę, koniecznie muszę, opowiedzieć o stronie graficznej tej książki. O 17 fotografiach Romana Lipczyńskiego. O jego obrazach stanowiących oryginalną wizualizację wprowadzającą mnie w przesłanie każdego opowiadania. Będące zarazem przecinkami odgradzającymi opowiadania, ale i przystankami do pomyślenia nad tekstem już przeczytanym, zastanowienia się nad treścią przede mną, zadumania się nad samą fotografią. Bo każda z nich to swoisty rebus, zagadka, roszada. Bo cóż może oznaczać na przykład kadr, w którym autor zawarł kosmos w ziarenku cukru, bo to Kosmos cukru. I tak za każdym razem, na każdym przystanku, przed kolejną fotografią. Przyglądałam się, odszukiwałam symbolikę, dopasowywałam słowa, by swoją propozycję, pomysł, syntezę skojarzeń skonfrontować z odpowiedzią-tytułem umieszczonym na odwrocie strony. Genialne obrazy, bo łączące prostotę symboliki z zawiłością filozofii, łatwość kojarzeń z trudnością syntezy w dwóch słowach, abstrakcję myśli z praktyczną wizualizacją. Siedziałam czasami zastygła w pochylonej pozie przez kilka (a może nawet kilkanaście) minut, zatopiona w tych fotografiach, aż do pojawienia się bólu sygnalizującego niewygodę pozycji ciała, walcząc sama ze sobą, by nie zajrzeć z tyłu po gotową odpowiedź. Całość obrazu i treści idealnie współgra ze sobą tworząc książkę do czytania, do oglądania, ale przede wszystkim do przemyśleń, zastanowień, smakowania i oswajania się ze starością graniczącą niemalże z turpizmem. Bo ta budzącą się wiosna wokół mnie nie jest oddzielnym życiem i tylko życiem, a starość, przemijanie i śmierć wbrew tej naturze. Jest jednym z etapów, objawów przemijania, który towarzyszy mi od urodzenia (to ta pierwsza fotografia z trumną), czy tego chcę czy nie. Pozostaje mi się z tym tylko pogodzić. I takie jest ostateczne, trochę pocieszające i wbrew pozorom optymistyczne przesłanie tej książki, tak trafnie ujęte słowami bohatera opowiadania "Punkt zwrotny" – "Starość – jak rozmyślał – pozwala się przyzwyczaić do fizycznego końca, do śmierci, pogodzić się z nią, zrozumieć jej nieuchronność." http://naostrzuksiazki.pl/
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 6 6 lat temu
Łóżko David Whitehouse
Łóżko
David Whitehouse
Malcolma, a dla najbliższych Mala, poznałam pewnego cichego, spokojnego poranka Dnia Siedem Tysięcy Czterysta Osiemdziesiątego Trzeciego, jak pokazywał wyświetlacz na ścianie jego pokoju. Czasomierz podarowany mu przez mamę, kiedy po przyjęciu urodzinowym z okazji ukończenia dwudziestu pięciu lat, postanowił położyć się do łóżka i nigdy więcej z niego nie wstać. Tak, po prostu. Od tego momentu minęło dwadzieścia lat, upłynęło prawie osiem tysięcy dni i przybyło kilkaset kilogramów. Mal osiągnął wagę 630 kilogramów. Ważył więcej niż najcięższa kobieta świata, dorównując mężczyźnie znajdującemu się na szczycie listy najcięższych ludzi. Wszyscy, rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, a z czasem i media, zadawali sobie i Malowi jedno pytanie – Dlaczego? Dlaczego "dwudziestopięciolatek postanawia raz na zawsze skończyć ze swoim normalnym życiem? Dlaczego Malcolm Ede cały czas leży w łóżku?" Ja również zadałam sobie to pytanie, a oprócz niego drugie – Czy debiutant literacki poradzi sobie ze studium psychologicznym nie tylko Mala, ale jego rodziny, którą wokół siebie skupił, nie gubiąc przy tym szerszego kontekstu? Udało mu się to rewelacyjnie, z fotograficzną dokładnością uważnego obserwatora! Wykorzystał młodszego o trzy lata bezimiennego brata Mala do narracji opowieści o swojej rodzinie, cofając się aż do czasów ich wspólnego dzieciństwa i okresu dorastania. Na pozór przeciętnej, zwykłej, żyjącej, jak wiele innych, im podobnych. Z matką zajmującą się domem, ojcem zarabiającym na życie i dwojgiem dzieci przysparzającymi nie mniej i nie więcej problemów niż inne. Jednak po przyjrzeniu się jej z bliska, dzięki wnikliwym opisom narratora, z czasem zauważyłam u każdego inne pojmowanie szczęścia. Mal chciał zmieniać w otaczającej rzeczywistości wszystko, a nie widząc tej możliwości, uciekł przed niemożnością otrzymania tego, czego domagała się jego wyobraźnia, ideały i marzenia, przed dorosłością, w której trzeba było zrezygnować z młodzieńczych planów, przed rozczarowaniem, jakie niosła przyszłość, w najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Do łóżka. Z kolei matka spełniała się, troszcząc o rodzinę, a szczególnie o starszego syna, zaspokajając potrzebę opieki, zamieniającą się z czasem w zabójczą nadopiekuńczość. "Troszczyła się o Mala, on zaś cały należał do niej. Chroniła go przed zewnętrznym światem, na który nie był gotów". Natomiast ojciec, który chciał posiadać w rodzinie azyl spokoju po stresującej i wyczerpującej pracy, w rezultacie, pogodzony z życiem, zamknął się w sobie i wycofał na strych domu. Z kolei młodszy brat Mala i narrator, zakochany w dziewczynie Malcolma, widział swoje szczęście przy niej i z nią, w efekcie próbując uciec od rodzinnego koszmaru i uczuć przywiązujących go niczym sznury do tego labiryntu ścierających się emocji. I wreszcie Lou, stojąca między braćmi, zakochana w Malu, której przypadła rola z tragiczną kwestią – "kochać kogoś to znaczy patrzeć, jak umiera". Świat tych najbliższych sobie ludzi składał się z centrum, w którym stało łóżko mężczyzny z jego egoistyczną otyłością według narratora, wokół którego krążyła, niczym planety, rodzina, Lou i… ja. Od pierwszej strony, pierwszego zdania. "A tymczasem Mal robił się coraz większy, szerszy, cięższy i bardziej okrągły. Żyliśmy przy nim niczym kolonia mrówek, krzątaliśmy się, posilali, udając, że wszystko jest w całkowitym porządku…" A wszystko pokazane, począwszy od stanów psychicznych bohaterów, poprzez ich myśli i poglądy ulęgające zmianom, aż po fizjologię Mala, z dbałością o szczegóły. Były momenty, kiedy dziękowałam w duchu narratorowi za odwracanie się od widoku mężczyzny na łóżku i oszczędzenie mi przynajmniej części opisów czynności pielęgnacyjnych wykonywanych przez matkę przy monstrualnie rozrośniętym ciele. Czułam fizycznie tę mieszankę smrodu potu, odoru odleżyn, gnijących wydzielin, skóry zrośniętej z prześcieradłem, brudu gromadzącego się między fałdami tłuszczu i fizjologii układu pokarmowego podniesionej do potęgi entej. Jednak musiałam przez to przebrnąć, by zrozumieć sytuację rodziny i spojrzeć ostatecznie na nią z leżącej pozycji Mala. Z perspektywy łóżka. A widok był zupełnie odmienny od tego, który opisywał brat Mala. Tak samo, jak odpowiedź na zadane sobie na początku powieści pytanie – Dlaczego? Z jednej strony to klasyczna opowieść o dojrzewaniu, o niezgodzie na porzucenie ideałów, o odmowie uczestniczenia w życiu, w którym "dorastać znaczyło umierać, ale jeszcze nie umrzeć", o młodzieńczym buncie przeciwko zastanej rzeczywistości, ale z drugiej strony nowatorska w ukazaniu tak odmiennej ucieczki, zamiast w narkotyki, alkohol, anoreksję, do łóżka i w konsekwencji, w otyłość. Czy egoistyczną, jak określił ją brat Mala, która według niego była odmienną od tej chorobliwej, wynikającej z braku silnej woli czy siedzącego trybu życia? Zastanawiam się nad tym nadal. Autor dostarcza tyle materiału do przemyślenia, że budowanie własnych wniosków zajmie mi sporo czasu. Jednak wiem na pewno jedno – otyłość niekoniecznie jest skutkiem lenistwa i łakomstwa. To bardzo złożone zjawisko psychologiczne o wielu zmiennych. I ostrzeżenie na koniec. Tej książki nie wolno czytać w łóżku! Można mieć ochotę na pozostanie w nim, zwłaszcza po takim fragmencie – "Dlaczego ludzie uparcie trzymają się planu, który przeważnie zawodzi? Gdyby wszystkim dorosłym udało się przeżyć życie bez jednego zmartwienia, osobistej tragedii, czy choćby bez jednego beznadziejnego dnia w biurze, mógłbym to rozumieć. Ale tak nie jest. Dlaczego gonić za czymś, co najczęściej okazuje się pieprzonym koszmarem?" No, więc – dlaczego? Dlaczego warto codziennie wstać z łóżka i żyć? naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 7 4 lata temu
Pułapka Nowego Roku Jolanta Kwiatkowska
Pułapka Nowego Roku
Jolanta Kwiatkowska
Północ. Spojrzałam na zegarek i wyszłam na balkon. Czekałam, aż zaczną strzelać sztuczne ognie, z myślami przepełnionymi czasem. Pojęciem, którego nie można jednoznacznie zdefiniować. Nie istnieje dla przyrody czy zwierząt a jednocześnie jest niezbędną wartością dla funkcjonowania ludzi. To ludzie potrzebują świadomości początku i końca. Pory snu i działania. Pracy i odpoczynku. Podziału na to, co było, żeby wiedzieć, że jest teraz i że będzie jutro ( w zasadzie powinno się mówić: może będzie). Po to wymyślono rok z podziałem na miesiące, tygodnie, dni. Dobę, godziny, minuty i sekundy. I to ludzie, odnotowali z satysfakcją, że „namacalnie” ujarzmili czas: przeliczając, mierząc, określając upływ czasu. Przypomniał mi się wierzyk T. Boy-Żeleńskiego i wyrecytowałam głośno do rozgwieżdżonego nieba: By uniknąć ambarasu, Wzięto rok za miarę czasu. Dzielą go (bardzo wygodnie) Na miesiące i tygodnie. Tydzień znów z grubsza podzielę Na zwykłe dni i Niedzielę. Do pracy są zwykłe dzionki, A Niedziela dla małżonki. Nieujarzmiony czas, nie zwracając uwagi na to, co się o nim myśli, co mu wypada a co nie: biegnie, płynie, cofa się lub stoi w miejscu. Pozwala sobie mieć dobre i złe humory, i wtedy sprawia, że ludzie tracą poczucie czasu i ze szczęścia, i z wielkiej rozpaczy. Zezłoszczony niedocenianiem go – perfidnie mści się. Sam będąc wiecznym – co do sekundy odlicza ludzki czas.
Anna Pruska - awatar Anna Pruska
oceniła na 8 9 lat temu

Cytaty z książki Panna Wina

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Panna Wina