Kronika małomiasteczkowego cmentarza

Okładka książki Kronika małomiasteczkowego cmentarza
Isidora Sekulić Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Klub Interesującej Książki literatura piękna
193 str. 3 godz. 13 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Klub Interesującej Książki
Tytuł oryginału:
Kronika palanačkog grobl'a
Data wydania:
1983-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1983-01-01
Liczba stron:
193
Czas czytania
3 godz. 13 min.
Język:
polski
ISBN:
830600972X
Średnia ocen

                6,3 6,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Kronika małomiasteczkowego cmentarza w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Kronika małomiasteczkowego cmentarza

Średnia ocen
6,3 / 10
33 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
635
222

Na półkach: , ,

„Jeśli nawet Bóg dał człowiekowi rozum, urodę i zdrowie,
to jednak nie wiadomo, jaki los go czeka.”

Kronika pewnego serbskiego miasteczka zamieniona w medytację nad upływającym czasem połączoną z przekonaniem o niepowtarzalnej wartości każdego jednostkowego losu, opowieść o życiu i śmierci, cnotach i grzechach, tym co ziemskie i tym, co boskie, autorka opisuje dzieje mieszkańców prowincjonalnego świata zastanawiając się, jaką miarą Bóg odmierza nasze losy?

Wśród mieszkańców prowincjonalnego świata Serbów jest Nola o sercu pełnym dobroci, wyrozumiałości i poświęcenia oraz stróż, co umarł od nadmiaru dalmatyńskiego wina, czas płynie szybko i niepostrzeżenie, ponieważ zmiana z istoty ożywionej w nieożywioną w naszym gatunku wciąż pozostaje obowiązującą tendencją, dominującą tonacją opowiadań jest melancholia.

Na naszych oczach wymierają rody, zostawiają po sobie dobro i zło, niepisane prawo całej ludzkiej historii, moje pierwsze spotkanie z autorką.

„Cmentarz zielony jak las, piękny jak ogród”.

Książka wydana w roku 1940.

„Jeśli nawet Bóg dał człowiekowi rozum, urodę i zdrowie,
to jednak nie wiadomo, jaki los go czeka.”

Kronika pewnego serbskiego miasteczka zamieniona w medytację nad upływającym czasem połączoną z przekonaniem o niepowtarzalnej wartości każdego jednostkowego losu, opowieść o życiu i śmierci, cnotach i grzechach, tym co ziemskie i tym, co boskie, autorka opisuje dzieje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

88 użytkowników ma tytuł Kronika małomiasteczkowego cmentarza na półkach głównych
  • 49
  • 39
22 użytkowników ma tytuł Kronika małomiasteczkowego cmentarza na półkach dodatkowych
  • 14
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Kronika małomiasteczkowego cmentarza

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Czerwony kogut leci wprost do nieba Miodrag Bulatović
Czerwony kogut leci wprost do nieba
Miodrag Bulatović
Prawdziwa grecka tragedia rozgrywająca się w czarnogórskiej wsi w interiorze. Zachowana jest jedność miejsca i czasu oraz skończona ilość postaci, przynajmniej tych nazwanych. A także coś na kształt chóru w postaci dwóch włóczęgów oraz dwóch grabarzy. Z tym, że sceniczna przeróbka trudna byłaby do wystawienia, albowiem siła powieści tkwi w czym innym niż dialogi. Przede wszystkim w projekcjach myśli poszczególnych postaci, niewypowiedzianych głośno. W nich też przejawiają się punkty zwrotne fabuły, nieliczne, ale bardzo ważne. Drugą wielką zaletą jest język powieści, bogaty, poetycki, pełen metafor i alegorii, kontrastów i figur słownych. Style i sposoby obrazowania mieszają się niczym wirujące w słońcu, upale i kurzu i wzajemnie się przenikające białe pyłki dmuchawców i pierze tytułowego czerwonego koguta. Zwykłemu realizmowi, niemal naturalistycznie przedstawionemu, towarzyszą surrealistyczne wizje, baśniowe metafory oraz elementy realizmu magicznego, tym razem bałkańskiego. I nie ma w tym nic dziwnego, albowiem Miodrag Bulatović umieścił akcję w pobliżu Bijelo Polja, czyli jego rodzinnych okolic (skąd nota bene pochodził też Ćamil Sijarić, autor „Eunucha”). Owa (jugo)masala – mieszanina stylów - odzwierciedla stan świadomości czarnogórskich chłopów obu wyznań (prawosławnego i muzułmańskiego) i ich kobiet, częściej funkcjonujących w ich myślach niż w mowie. Pewne ubóstwo pojęć, wynikające z ograniczonego świata widzialnego dostępnego mieszkańcom, równoważy w pełni ich bogata wyobraźnia, symboliczna ale współgrająca z realizmem. Obie te sfery mieszały się bowiem dla nich w codziennym życiu. A wszystko rozgrywa się jednego dnia, we wsi i przebiegającej przez nią drodze. Czytelnika wprowadza na nią Mara wariatka, postać tragiczna i ważna dla dalszego rozwoju fabuły, młoda jeszcze, podobnie jak biedny najemnik Muharem, posiadacz tytułowego koguta, którego losy są osią wydarzeń realnych i wyobrażonych, niewypowiedzianych. Piękno i wielkość powieści polega na tym, że ujawnia zarówno prawdę, okrutną i miejscami odrażającą, pokazując i opisując drastyczne czyny, o których wielu woli nie mówić i udawać, że nigdy nie istniały, jaki i wewnętrzne, związane z tym przeżycia zarówno ofiar, co jest naturalne, jak i sprawców. I w nich bowiem autor widzi ludzi a nie samo czyste zło. Styl i tematyka powieści oraz sposób jej opowiadania pozwala na mnóstwo interpretacji, niczym w przypadku greckich tragedii. Niewątpliwie opowiada ona jednak o ludziach nieszczęśliwych, którzy próbują wyrwać się z tego stanu na różne sposoby. Jedni poprzez marzenia, czasem proste lecz mimo to nierealne, inni szukając zapomnienia w zabawie, alkoholu, syceniu się cudzą krzywdą, osiąganiu przemocą tego, czego bez niej nie umieli doświadczyć. Jeszcze inni poprzez fatalistyczne przyjmowanie razów czy też motywowani strachem wycofanie się we własny świat. Tym niemniej wszyscy oni cierpią na brak komunikacji oraz strach przed okazywaniem uczuć. To sprawia, że działają w sposób przeciwny nawet wobec własnych pragnień, co ich boli i nakręca do działania wbrew sobie. I każdy z bohaterów odczuwa niezaspokojoną potrzebę bliskości z drugim człowiekiem. Piękna i okrutna, smutna i wyrozumiała wobec ludzi powieść, odmalowana żywymi barwami, ruchem, zapachem i konsystencją, hałasem i ciszą, strachem, bólem i cierpieniem.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 10 5 miesięcy temu
Galernik Drago Jančar
Galernik
Drago Jančar
Czasem chciałbym, żeby dobrzy pisarze, większość z nich, mogli pominąć swoją książkę debiutancką i napisać od razu drugą, unikając w ten sposób błędów wynikających z braku doświadczenia w pracy pisarskiej. Co prawda mamy też sporo dowodów na istnienie genialnych debiutów, ale trudno to uznać za regułę. W tym przypadku nie jest źle. Drago Jancar pisarzem świetnym jest. Wiadomo to także naszym wydawnictwom i naszym czytelnikom, mamy go w Polsce sporo. A Galernik to debiut, przy tym wydany dość dawno (za to w serii najlepszej z najlepszych). Ile osób przeczytało Galernika w roku 2020? Obawiam się, że ja, i nikt poza mną. Obym się mylił. Bo wiecie, mimo że pierwsza powieść, i błędy młodości jej nie ominęły (wszystkoizm chociażby - autor chciałby i panoramę historyczną, i filozofię, i psychologię, i lirykę, i jakąś oryginalność wreszcie upchać w jednej książce, i to czasem gra harmonijnie, a czasem skrzeczy, niestety), to czyta się ją dobrze, a obrazy zostają w pamięci. A o co debiutantowi chodziło w tej powieści? Czy opisując nieszczęśliwe z reguły przypadki bohatera i targaną wszelkimi plagami część Europy mniej więcej w okolicy Słowenii autor miał na myśli dzieje ludzkości, jako ciąg nieszczęść widziane? Czy może zakamuflował w tekście krytyczne widzenia czasu komunizmu w swojej ojczyźnie (jeśli tak, to zakamuflował skutecznie, bo prawie tego nie widać)? A może dał się ponieść wyobraźni i pozwolił swojej maszynie do pisania nieść tekst w nieznane? Ta ostatnia interpretacja najbardziej przypada mi do gustu, bo taka jest ta powieść, pełna dość zwariowanych przygód nasączonych smutnymi refleksjami o ludzkim losie.
Mario - awatar Mario
ocenił na 6 5 lat temu
Historie małżeńskie August Strindberg
Historie małżeńskie
August Strindberg
"Cechą elit społecznych jest to, że organizując jakąś akcję, starają się zawsze narobić dużo hałasu i stworzyć pozory, że dotyczy to całej ludzkości". Już dla samego wstępu autora warto to przeczytać. Autor, choć identyfikuje się z socjalizmem, jest jednak wyczulony na wszelkiego rodzaju nonsensy płynące z postępowych, nowoczesnych ideologii. Pisane 150 lat temu nie straciło to nic na aktualności, przeciwnie, wydaje się aktualne jak nigdy wcześniej. Poruszone są tu kwestie obyczajności i tak zwanej "kwestii kobiecej" (feminizm w rozumieniu współczesnym nie miał wtedy jeszcze nawet wyrobionej terminologii), z których ogólnym wnioskiem jest to, że małżeństwo w formie jaką postulują je elity stanowi potworne wynaturzenie, gwałt przeciwko naturze, przez co niemalże z założenia przynosi obu małżonkom głównie utrapienie. Jak dowodzi Stringberg, u "ciemnego" niby chłopstwa równość płci występuje w znacznie większym stopniu niż wśród bywalców salonów i gabinetów z ich fałszywymi hasłami na ustach: to tak wspólne troski ciężkiej codziennej pracy i walki o byt naturalnie budują stabilność związków, których mogą pozazdrościć zepsute wyższe sfery. Człowiek prosty, żyjący blisko natury jest tu postawiony w rażącej opozycji do życia ludzki z inteligencji i szlachetnie urodzonych, gdzie sztuczne twory cywilizacji raczej pętają i ograniczają niż przynoszą pożytek. W młodym człowieku buzują hormony i energia życiowa, naturalnym prawem biologii łaknie on płci przeciwnej, jednakże nie jest mu to dane, gdyż uznane jest to za nieobyczajne i krzewione jako grzech; trzeba najpierw ukończyć szkoły, zapychając sobie głowę nieprzydatnymi nonsensami pokroju wkuwania łaciny i greki i uczenia się na pamięć budowy odnóży owadów (czyż nie brzmi znajomo...?), doczekać nieszczęsnej konsekracji, zdobyć zawód i dopiero wtedy rozglądać się za ożenkiem, podczas gdy młodość i siły witalne są wszelkimi sposobami tłamszone. Podobnież i panny pensjonarki są odizolowane od mężczyzn w imię zasad społecznych i gdy w końcu dojdzie do małżeństwa aż trudno się dziwić, że masa oczekiwań i wyśnionych wyobrażeń zderzają się z brutalną prozą życia i brakiem jakiegokolwiek powiązania; ponownie małżeństwo staje się jakąś anomalią, do której ludzie dążą wyłącznie z nakazów religijnych i obyczajowych. Skutek jest opłakany: szczęście w związkach przeważnie niewielkie, dobre relacje udawane i upudrowane na pokaz przed światem, podczas gdy w zaciszu domowym panują ciche wojny i napięcie nerwów, a wysiłek w celu naprawienia problemów i szkód (bo że coś nie działa, to każdy widzi) prowadzi jedynie do jeszcze większych spustoszeń. Czy zresztą można tu mówić o jakiejś recepturze by naprawić tej szkody? W sumie całą cywilizację można uznać za swego rodzaju anomalię w historii człowieka, do której nie zdążyliśmy jeszcze w pełni przywyknąć i skazani jesteśmy na tarcia z racji samego naszego gatunku. Jakże by nie było, nie jest w każdym razie w interesie rządzących i mających władzę atakowanie religii czy hierarchii społecznej, w końcu to ona ich wynosi na piedestał. Wprost przeciwnie, zalecane jest by utrzymać bieżący stan rzeczy - kosztem wszystkich innych. I zastraszające jest obserwowanie tej diagnozy i tych analiz pisanych z dawnej perspektywy na przełomie XIX i XX stulecia i zestawianie ich ze współczesnym światem, bo widać, że nic a nic z tego całego bałaganu i nonsensu nie udało się dotąd naprawić, przeciwnie, ugrzęźliśmy na amen. Jedyna różnica, że rolę religii dawnych czasów przejęły teraz na Zachodzie kolorowe, lewicowe ideologie. Wszelkiego rodzaju głosy rozsądku są natychmiastowo tłamszone - jakże obrazowe jest tu porównanie współczesnej cancel culture z autorem sądzonym za bluźnierstwo za swoje obserwacje - trybunał się zmienił, ale mechanizm pozostał... A wszystko to sam goły wstęp autorski - a potem są opowiadania, które wszystkie te tezy ilustrują i obrazują, aż do żywego mięsa odzierają ze złudzeń i iluzji. Dostaje się religii, obyczajowości, edukacji, wyższym, rzekomo inteligenckim sferom - i to nie byle jak, ale z hukiem i świstem bata; nic dziwnego, że publikacja ta wywołała skandal i kontrowersje, nic bowiem tak nie potrafi rozjątrzyć ludzi jak prawda, jak spojrzenie w lustro, w którym odbijają się wszystkie ich przywary i cały ten absurd do jakiego cywilizacja doprowadziła. Mówi się, że ten co sam kradnie najgłośniej krzyczy "trzymać złodzieja" i można to i tu zaobserwować, nic dziwnego, że ludzie poczuli się dotknięci, gdy ich cały brud został tak brutalnie wywleczony na ostre światło dnia, pod obserwację i analizę. Niestety, druga część odstaje od pierwszej, czego zresztą autor był świadom; obok porządnych, dobrej jakości opowiadań zaczynają się pojawiać krótkie, dwu-trzy stronicowe miniatury pozbawione poprzedniej elegancji i wdzięku, sama zaś krytyka robi się momentami aż nadto zjadliwa. Osłabia to, niestety, wydźwięk całości i daje pretekst wszelakim krytykom by dyskredytować całość i zamieść cała sprezentowaną krytykę społeczną pod dywan z wygodną etykietą "seksizmu". Szkoda. Na marginesie trzeba wspomnieć, że wydanie to jest znakomicie opracowane i nic, tylko życzyć sobie, by inne dzieła literatury doczekały się podobnych. Mamy tu bogactwo drobiazgowych przypisów wyjaśniających użyte sformułowania i rozmaite nawiązania, jak i posłowie tłumacza, pokazujące (jego jak się zdaje jego ulubionego) autora w odpowiednim kontekście historycznym i społecznym. Można tylko żałować, że więcej dzieł nie jest wydana na podobnym poziomie.
Tartaruga - awatar Tartaruga
oceniła na 7 4 lata temu
Zimne dni Tibor Cseres
Zimne dni
Tibor Cseres
Niełatwa książka o mało znanych bestialskich zbrodniach Węgrów na kilku tysiącach cywilnych Żydów i Serbów w Nowym Sadzie w mroźną zimę 1942 r. podczas okupacji części Jugosławii przez tzw. „bratanków”. Mimo pewnych niedopowiedzeń - wstrząsająca książka. Ale czytać trzeba, choć boli i to bardzo. Jak to kiedyś powiedział pewien schodzący klasyk, człowiek jest zdolny do zła, bo „wystarczy ubrać go w inny mundur, uzbroić w aparat przemocy, w środki zniszczenia, wystarczy narzucić mu ideologię, w której prawa człowieka są podporządkowane wymogom systemu... podporządkowane bezwzględnie, tak że faktycznie nie istnieją”. Główna narracja toczy się po wojnie w celi wiezienia, gdzie dowódcy zabójców w mundurach oraz niżsi rangą czekają na sprawiedliwą odpłatę (najpierw byli sądzeni na Węgrzech, a potem w Jugosławii – wyrok mógł być jeden). Liczne ich retrospekcje przywołują tamte „zimne dni”. Tę atmosferę pogromu, ujętego w formy wojskowej dyscypliny. Łapanki na mieście „osób podejrzanych”. „Byli to tacy sobie zmarznięci, powyrywani z łóżek mężczyźni i kobiety, którzy tak samo, jak i my, nie wiedzieli, co ich czeka (…) Pytali o różne głupstwa, żeby tylko móc się odezwać się do nas po węgiersku” – sucho stwierdza jeden z oskarżonych. No i ten brzeg skutego lodem Dunaju, w którym trzeba było wyrąbać przeręble, a potem prowadzić nad nie kolejne grupy… ”I ciekawe, że póki ludzie byli w ubraniu, póty buntowali się, lamentowali, mimo że kazano im być cicho. Kiedy jednak trzeba już było zrzucić z siebie łachy, każdy się załamywał (…) Wszyscy mówili, że są Węgrami, że znaleźli się tu przez pomyłkę” – wspomina jeden z oprawców. Zastrzega, że „nie wszyscy z oddziału byli pijani”. Wśród osadzonych galeria różnorakich postaci: oficer, który nawet paru ludzi wyrwał śmierci, prymitywny żołdak, który swój sprzeciw wyrażał tym, że dawał rum tylko zwykłym żołnierzom, a nie żandarmom – głównym wykonawcom, ale i oficer, który w mordach straci biskich z powodu obłędnej nadgorliwości morderców. A gdy dowiaduje się, że ma w celi ich zabójcę…… Opowiadania więźniów przerażają, tym bardziej, że nie przyznają się sami przed sobą do jakiejkolwiek winy. Ot, padło akurat na nich, nieprzyjemny rozkaz, który trzeba przecież wykonać, cóż robić, wojsko to wojsko, trzeba sobie radzić. Bo każdy naród ma własny „szkielet w szafie”. I w każdym znajdą się tacy, którzy nie chcą swej szafy otworzyć by się skonfrontować z tym co w środku; tacy, co otwartą, chcą zatrzasnąć na zawsze: co zaprzeczają, że w ogóle jest jakaś szafa i cokolwiek w niej; którzy twierdzą, że ten wredny szkielet sam jest sobie winny.… Ciekawe, co media orbanowskie o tym piszą? Choć mozemy się tego domyślec z naszego podwórka: pogrom lwowski, kielecki, Jedwabne, eneszetowcy, "Bury", itepe itede.... Cytaty takie, które można jakoś tam przepisać… Człowiek nie jest w stanie przypomnieć sobie każdego poranka, może zapamiętać tylko te, które wypełnione były śmiertelnym strachem. Pot natychmiast przywarł nam do twarzy. - Co za szczęście, że udało mi się uratować! Ludzie mówią, że tu w Nowym Sadzie strzelają na kopy Żydów i Serbów. Chwycił pistolet i wystrzelał do kobiet cały magazynek. Sześć naboi. Zrobiła się kompletna cisza. - Zastrzelili mnie, ale zmartwychwstałem, żeby się zgłosić. Zabito mi dwie córki i zakłuto żonę! (…) - Czy to byli węgierscy żołnierze? - Nie, proszę pana – zrobił unik elektromonter przed udzieleniem mi odpowiedzi – to byli trzej ludzie, którzy mieli na sobie węgierskie mundury. Trudno będzie pochować zwłoki przestępców, ponieważ ziemia zamarzła tak głęboko, że wykopanie dołu dla tak wielkiej liczby zwłok będzie się wiązało z ogromnym wysiłkiem. Któryś z kolegów wtrącił, że Niemcy na pewno wypracowali specjalną metodę uprzątania zwłok. - Tylko Niemcom może na tym zależeć, żeby tu doszło do świństwa! Żeby polała się krew. Wyobraźcie sobie, co się tu będzie działo, kiedy Serbowie wkroczą z powrotem po zakończeniu wojny! Naprawdę pozostałem przecież całkowicie niewinny, nawet zły los nie może rzucić we mnie kamieniem. Ale wy? Jakież podłe godziny musiały być w waszym życiu! - Melduje posłusznie, że ci tutaj już wszystko widzieli, we wszystko są wtajemniczeni, proszę pozwolić zakończyć z nimi pracę.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 2 lata temu
Dziennik irlandzki Heinrich Böll
Dziennik irlandzki
Heinrich Böll
Interesujący, miejscami mocno liryczny, acz dla mnie mocno niepełny - nawet w ówczesnych realiach - obraz Irlandii. No bo czy ten wyraźnie fascynujący Autora, pełen życzliwych ludzi kraj, to ta sama Irlandia, z której uciekli dwaj najwięksi jego 20-wieczni giganci - James Joyce i Samuel Beckett? Nie za chlebem, bynajmniej nie jak miliony ich rodaków, nie za chlebem…. Jak na mój gust zbyt pięknie w tej książce, zbyt łagodnie melancholijnie. Nie ma terrorystów, nie ma tej atmosfery grajdołu, wszechwładzy Kościoła z jej wszystkimi znanymi, straszliwymi konsekwencjami, zwłaszcza dla kobiet sprowadzonych do roli maszyn rozpłodowych w kraju faktycznie wewnętrznie okupowanym przez siłę, która – jak to mówi Poeta – „jest jak ogromna depresja rozciągnięta nad krajem”. Albo Heinrich Böll nie był przesadnie bystrym obserwatorem (ale to noblista - więc wykluczam), albo raczej – skoro jeździł do tego ewidentnie egzotycznego dla niego kraju, gdzie kupił domek, na wakacje– może chciał mieć po prostu tzw. święty spokój? Jego wrażliwa lewicowość niczego mu nie podpowiedziała? Nie chciał, nie mógł, nie pozwolono mu, zajrzeć pod tę pozornie przeczyście wykrochmaloną podszewkę życia społecznego? Jedyne kraje, do których porównania się nasuwają z tamtych czasów (koniec lat 50.) to Hiszpania Franco i Portugalia Salazara. Pozostaje tylko zazdrościć Irlandczykom, jak ostatnio nieco zmienili swój kraj na lepsze…. Owszem, w jednym jedynym miejscu pojawił się jakiś przebłysk co do nadmiarowej władzy Kościoła, ale w żart obrócony: „W Irlandii kler ma decydujący głos także przy udzielaniu licencji na szynki, ustalaniu godziny policyjnej i urządzaniu potańcówek”. Albo było jeszcze inaczej: to była wiedza niedostępna nikomu z zewnątrz, swoista omerta, której złamanie było wtedy po prostu niemożliwe, także ze strony ofiar, a może zwłaszcza ich, a już szczególnie nie wobec cudzoziemca, cóż że z przyjaznego im kraju, który w dwóch wojnach łoił Anglikom skórę …. Wtedy to ich filozoficzne nastawienie do życia, którym się tak zachwyca Böll, byłoby jedynie pełnym rezygnacji poddaniem się czemuś, czego zmienić się nie da – tak jak się godzili z ciągłym deszczem, notabene pięknie opisanym („Deszcz jest tu absolutny, wspaniały i przerażający. Nazywanie go niepogodą jest równie niestosowne, jak nazywanie palących promieni słońca ładną pogodą”). Nie przypadkiem Autor odnotowuje powszechną a przecież dość fatalistyczną postawę ludzi doprowadzonych na tzw. skraj - „It could be worse („Mogłoby być gorzej”) – BTW: równie popularną w Sowietach – gdy „czasem bywa bardzo źle, a coś jeszcze gorszego daje pociechę i stwarza właściwą proporcję”. Typowy to mechanizm obronny w totalitaryzmach, nieważne jakiej barwy. I w tym kontekście nie dziwią sympatie miejscowych…. „ - Powiedz no - odezwał się cicho - Hitler… był… myślę… nie takim złym człowiekiem… tylko poszedł za daleko? (…) - Posłuchaj no, Padraic – powiedziałem spokojnie – dobrze wiemy, jak daleko zaszedł Hitler, a szedł po trupach milionów Żydów, dzieci… - Twarz Padraica drgnęła boleśnie. Zamówił siódme piwo i powiedział ze smutkiem: - Szkoda że i ty dałeś się uwieść angielskiej propagandzie. Wielka szkoda. Nie tknąłem stojącego przede mną piwa”. Owszem. Autor umie pięknie opisywać egzotyczny dla siebie świat i nawet nie za bardzo mu się można dziwić, np. „Kiedy pędzi bydło z pastwiska, wygląda na szesnaście lat, kiedy później, za rogiem domu, skręca na drogę prowadzącą przez wieś, wydaje się, że ma chyba już trzydzieści parę lat, a kiedy przechodzi koło domu i nieśmiało uśmiecha się przez okno, wtedy widać, że dobiega już pięćdziesiątki”. „Odchodzi jako mężczyzna pięćdziesięcioletni, przy rogu domu zmienia się w trzydziestoletniego, wyżej na stoku, gdzie idzie, drapiąc osła po grzbiecie, staje się szesnastolatkiem, a kiedy na górze zatrzymuje się na chwilę przy żywopłocie z fuksji, tylko na tę chwilę, zanim zniknie za żywopłotem, wygląda jak chłopiec, którym niegdyś był”. „Butelki po mleku, pozbawione dziewictwa, obrabowane ze swych pieczęci, puste i brudne, stały pod drzwiami i na parapetach okiennych, smutnie czekały na poranek, kiedy zastąpią je ich świeże, promienne siostry, a mewy były nie dość białe, aby zastąpić anielską promienność niewinnych butelek z mlekiem”. „Kamienie z irlandzkich murów wystarczyłyby na budowę wieży Babel, ale irlandzkie ruiny dowodzą, że podejmowanie tej budowy byłoby bezcelowe”. „Mury z 20. wieku niemal nie różniły się od tych z 8. – i one były porośnięte mchem, i one wyglądały jak ruiny”. „Tu – jakież to dobrodziejstwo! – wolno palić w kinach. Gdyby tego zabroniono, wybuchłoby zapewne powstanie, bo u Irlandczyków namiętność do kina łączy się z namiętnością palaczy”. „Torf, jedyne bogactwo kraju, który już od stuleci jest obrabowany z lasów, któremu nie zawsze starczało i nie starcza chleba, ale zawsze starcza codziennego deszczu”. Poprzednie dwie moje książki noblisty jednak oceniam wyżej – to „Utracona cześć Katarzyny Blum albo: Jak powstaje przemoc i do czego może doprowadzić” i „Anioł milczał”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 1 rok temu
Leon Afrykański Amin Maalouf
Leon Afrykański
Amin Maalouf
Leon Afrykański (Leo Africanus ), Giovanni Leone, a tak faktycznie to Arab, muzułmanin al-Hassan ibn Muhammed al-Wazzan al Zaiyati ( jego ojciec był wagowym stąd nazwisko al-Wazzan ) - podróżnik, geograf i dyplomata, podróżujący po Afryce, Europie i Azji. Urodzony 1485 roku w Grenadzie, kiedy to muzułmanie musieli opuścić Grenadę i inne miasta, gdyż Półwysep Apeniński na powrót przejęli Hiszpanie, lub przyjąć wiarę chrześcijańską. Zmarł prawdopodobnie w Tunisie w 1529. W 1520 roku, porwany i sprzedany papieżowi Leonowi X, służył mu jako dyplomata ale musiał przyjąć wiarę chrześcijańską. W 1526 wydał książkę "Cosmographia Dell` Africa". W 1529 roku pozwolono mu wrócić do Tunisu gdzie ponownie przeszedł na islam. Postać wyjątkowo interesująca, o burzliwym życiorysie, którym można by było obdzielić przynajmniej kilkanaście osób. Należy też podkreślić jego wyjątkowe szczęście, gdyż niemal z każdej opresji wychodził cało. Miał kilka żon, miłości tragiczne i szczęśliwe. A co do książki - i tutaj mam spory niedosyt. Autor przedstawił nam jego życiorys w formie pamiętnika w latach 1488 - 1527, spisanego swojemu synowi, zbyt pobieżny a nawet sucho bez większych emocji. Do połowy książki skupiał się na miłosnych przeżyciach swojego ojca, skrótowy zarys historyczny, dużo opisów architektury, strojów i obyczajów, jego relacji z żonami. Zabrakło wartkiej akcji, rozbudowania niektórych przygód , szybkie przejścia z roku na rok, przez co momentami wydawało się, że to dzieje się obok niego. A przecież był to bardzo burzliwy okres w dziejach Europy i kontynentu afrykańskiego, w którym Leon Afrykański czynnie uczestniczył. Książka powinna mieć conajmniej 500-600 stron a nie tylko 300. Przeczytałam z ciekawością, lecz jak już wspomniałam bez fajerwerków , a szkoda.
Ewa Kluz - awatar Ewa Kluz
ocenił na 7 3 miesiące temu
Obcy przyjaciel Christoph Hein
Obcy przyjaciel
Christoph Hein
Dłuższa nowela, głośny debiut pisarski Heina, który bardzo wiernie oddaje atmosferę życia inteligencji na początku lat 80ych. Wydanie opatrzone jest podwójnym tytułem: jako "Der fremde Freund" książka wyszła w NRD w 1982, rok później pod zmienionym tytułem (ze względu na zastrzeżone prawa do niego) w RFN jako "Drachenblut" ("Smocza krew" - nawiązanie do Nibelungów i Zygfryda). Główną bohaterką jest Claudia, lekarka we wschodnioberlińskiej klinice na początku lat osiemdziesiątych. Jest po rozwodzie, nie ma dzieci, dobiega czterdziestki i nie czuje potrzeby utrzymywania kontaktu ani z rodziną, ani z sąsiadami w bloku, w którym mieszka w kawalerce. Jest rozwiedziona, jej były mąż - lekarz i karierowicz - był typowym facetem, który nie może pojąć, że seks to nie wszystko, co potrzebne kobiecie do satysfakcjonującego związku. Claudia chce mieć święty spokój, czas dla siebie - praca jest wystarczająco wyczerpująca. Poznajemy ją, gdy właśnie wybiera się na pogrzeb Henry'ego - swego sąsiada i partnera, z którym od roku żyła, ale nie chcieli się ze sobą pobrać, ani razem zamieszkać - obojgu odpowiadał ten dystans. Żadnego obciążania własnymi problemami - tylko seks 2-3 razy w tygodniu, wspólne wypady za miasto w weekend. Urlopy spędzane osobno. Właściwie się nie znali. Henry był żonaty, miał 2 dzieci, lecz nie żył z żoną - prowadzili związek otwarty. Ta obcość, rodzaj jakiegoś zmęczenia związkami społecznymi i korupcja instytucji małżeństwa były bardzo charakterystyczne dla socjalistycznej anomii. Każdy jest tam sam. Chowa się w sobie. Początek tego tkwi w zurbanizowanym, anonimowym społeczeństwie, ale myślę, że Hein zauważył i opisał zjawisko, które postępuje z rozwojem cywilizacji i staje się dziś bardziej jeszcze widoczne i powszechne. Ciekawe, że on, mężczyzna opowiada tak intymnie o kobiecie, o jej postrzeganiu świata i związków. Jej stan nie jest spowodowany wyłącznie przez nieudane małżeństwo, które właściwie zerwała sama. Już jako dziecko przyjaźniła się w szkole z koleżanką, która była wierzącą katoliczką. Bardzo chciała zachować jej przyjaźń, lecz ze wzgl. na światopogląd nie było to dla niej korzystne - odradzali to jej rodzice i nauczyciele. Wierzący nie mieli szans na kwalifikację do wyższej szkoły (Hein musi to znać z autopsji - jako syn pastora również nie mógł ukończyć szkoły średniej). Zdradziła ją i już nigdy nie potrafiła kogoś tak pokochać. Podobne zranienie mógł spowodować ostracyzm, jaki społeczeństwo (włącznie z jej najbliższą rodziną) zastosowało wobec jej ukochanego wujka, którego oskarżono (nikt nie próbował zastanawiać się czy słusznie) o nazizm. Potem nieudane małżeństwo. Jedyną przyjemność sprawia jej fotografowanie pustych krajobrazów, opuszczonych miejsc. W prologu poznajemy Claudię i Henry'ego na jakimś niepewnym moście, przez który ona boi się przejść. Ma w sobie więcej lęków, o czym dowiadujemy się później, gdy wspomina po pogrzebie znajomość z Henrym i własne dzieciństwo w G.(Grimma? Geithein, Genthin, Glauchau?) - np. powszechne jakoby w NRD traumatyczne doświadczenie WFu jako okazji dla obleśnych tatuśków-nauczycieli, by oglądać i obmacywać nastolatki. Jest chłodna - to pozwala jej przeżyć każdy zawód bez większego bólu i poczucia straty. To mechanizm obronny. Nie przywiązuje się do ludzi. Nie dopuszcza ich zbyt blisko do siebie. Czuje jeszcze instynktownie potrzebę wychowania dziecka (adopcja?), ale potrafi to sobie racjonalnie wyperswadować. Jest zadowolona z życia. Jak mityczny, germański bohater Zygfryd, wykąpała się w smoczej krwi, ale, w odróżnieniu od niego, nie zostawiła sobie żadnego miejsca, w które ktokolwiek mógłby ją zranić.
tsantsara - awatar tsantsara
oceniła na 7 8 lat temu

Cytaty z książki Kronika małomiasteczkowego cmentarza

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Kronika małomiasteczkowego cmentarza