Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy

Okładka książki Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy
Kazimierz Orłoś Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie biografia, autobiografia, pamiętnik
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2015-11-19
Data 1. wyd. pol.:
2015-11-19
Język:
polski
ISBN:
9788308060476
Średnia ocen

                8,0 8,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy

Średnia ocen
8,0 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
65
39

Na półkach: ,

Dla kogoś, kto uwielbia twórczość Józefa Mackiewicza (jak ja) I kto wyłuskuje z wszelkich form przekazu każdą informację o jego życiu (jak znowu ja) ta książka będzie gradką, a czytanie jej ogromną przyjemnością. Zresztą, będzie to przyjemność dla każdego, kto lubi poznawać losy ludzi z przeszłości z pierwszej ręki - od nich samych (zostawione w dziennikach) jak i od ich dzieci. Przy okazji można się przyjrzeć losom polskości ludzi z Kresów, bo stamtąd pochodzili zarówno Mackiewiczowie i Orłosiowie. No dla mnie ta książka była daniem wyśmienitym.

Dla kogoś, kto uwielbia twórczość Józefa Mackiewicza (jak ja) I kto wyłuskuje z wszelkich form przekazu każdą informację o jego życiu (jak znowu ja) ta książka będzie gradką, a czytanie jej ogromną przyjemnością. Zresztą, będzie to przyjemność dla każdego, kto lubi poznawać losy ludzi z przeszłości z pierwszej ręki - od nich samych (zostawione w dziennikach) jak i od ich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

105 użytkowników ma tytuł Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy na półkach głównych
  • 69
  • 32
  • 4
15 użytkowników ma tytuł Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy na półkach dodatkowych
  • 7
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy

Inne książki autora

Okładka książki Rozmowy o ludziach i pisaniu Krzysztof Lisowski, Kazimierz Orłoś
Ocena 7,6
Rozmowy o ludziach i pisaniu Krzysztof Lisowski, Kazimierz Orłoś
Okładka książki Antologia WYSPY. Port pierwszy Józef Baran, Ernest Bryll, Wojciech Chmielewski, Stefan Chwin, Przemysław Dakowicz, Jacek Dehnel, Martyna Deszczyńska, Małgorzata Goraj-Bryll, Wacław Holewiński, Tomasz Jastrun, Wojciech Kaliszewski, Wojciech Kudyba, Krystyna Lars, Marek Ławrynowicz, Janusz Majewski, Monika Małkowska, Piotr Matywiecki, Piotr Milewski, Marek Nowakowski, Kazimierz Orłoś, Tomasz Różycki, Elżbieta Sawicka, Adrian Sinkowski, Tadeusz Sobolewski, Rafał Wojasiński
Ocena 0,0
Antologia WYSPY. Port pierwszy Józef Baran, Ernest Bryll, Wojciech Chmielewski, Stefan Chwin, Przemysław Dakowicz, Jacek Dehnel, Martyna Deszczyńska, Małgorzata Goraj-Bryll, Wacław Holewiński, Tomasz Jastrun, Wojciech Kaliszewski, Wojciech Kudyba, Krystyna Lars, Marek Ławrynowicz, Janusz Majewski, Monika Małkowska, Piotr Matywiecki, Piotr Milewski, Marek Nowakowski, Kazimierz Orłoś, Tomasz Różycki, Elżbieta Sawicka, Adrian Sinkowski, Tadeusz Sobolewski, Rafał Wojasiński
Kazimierz Orłoś
Kazimierz Orłoś
Wybitny polski prozaik-realista, należący do tej samej generacji co np. Marek Nowakowski, autor powieści Cudowna melina wydanej niegdyś w Instytucie Literackim w Paryżu (za co pisarz został objęty w kraju kilkuletnim zakazem druku i innymi szykanami) oraz zbiorów opowiadań (m.in. w WL), publicysta. Ostatnio wydał w WL tom opowiadań Dziewczyna z ganku – świetnie ocenionych i uhonorowanych paroma prestiżowymi nagrodami – m.in. Nagrodą "Nowych Książek" (luty 2007), powieść Letnik z Mierzei (2008) oraz bestsellerową powieść Dom pod Lutnią.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu Renata Lis
W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu
Renata Lis
Z Iwanem Buninem zetknęłam się po raz pierwszy wiele lat temu w radiu za sprawą słuchowiska "Miłość Mitii"; oraz w tv, w której stosownie późną porą puszczono kiedyś "Lato miłości" (na podstawie jego op. "Nathalie"). O ile jednak Bunina trochę potem czytałam, moja wiedza o nim samym była dotąd czysto wikipediowa. Książka Renaty Lis w końcu przybliżyła mi go w całkiem zacnym stopniu, choć jest to opowieść o Buninie na porewolucyjnej emigracji. Buninie starzejącym się już, cholerycznego charakteru, trochę dziwaku, głodującym z nędzy - ale honorowym i wiernym własnym przekonaniom. Poznać tu można bliżej jego pogmatwane życie prywatne, pod jednym dachem w burzliwym trójkącie - z żoną Wierą oraz z dużo młodszą Galiną Kuzniecową. Można również dowiedzieć się o kulisach przyznania mu literackiej Nagrody Nobla, o którą zabiegali wiedzący o jego biedzie znajomi koledzy po piórze (a troszkę nawet on sam). Pojawia się tu także sporo intrygujących, czasami przezabawnych informacji o relacjach Bunina z ludźmi mu bliskimi oraz innymi pisarzami; jest nawet wątkek szpiegowski - z NKWD w tle, ze sprytnie podstawionymi agentami i (daremnymi) próbami nakłonienia Iwana Aleksiejewicza do powrotu do ojczyzny. "W lodach Prowansji" dzięki bogatym źródłom (m. in. zapiski z dzienników) przybliża trudy tułaczki i biedowania białych Rosjan na emigracji, i rzuca światło na Iwana Bunina jako cenionego już wówczas pisarza, ale też zwykłego człowieka, który bywał egoistyczny, bezmyślnie rozrzutny, czasem nieprzyjemny - ale który się nie "sprzedał". Jako pisarz-uchodźca utkwił gdzieś "pomiędzy" - ograbiony z możliwości życia w ojczyźnie, żył wspomnieniami. Jako człowieka, pewnie niełatwo było go bezkrytycznie polubić, nie zmienia to jednak faktu, że czyta się go po dziś dzień wręcz wspaniale. A czy wiedzieliście, że ten rosyjski klasyk miał czyściutko polskiego przodka?
olga - awatar olga
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Ucho od śledzia Leonard Pietraszak
Ucho od śledzia
Leonard Pietraszak Katarzyna Madey
W literaturze biograficznej rzadko zdarzają się pozycje, które zamiast epatować skandalem, stawiają na kulturę słowa, skromność i głęboką autorefleksję. „Ucho od śledzia, czyli rozmowa z Leonardem Pietraszakiem” to właśnie taka perła – wywiad rzeka, w którym Katarzyna Madey z ogromnym wyczuciem oddaje głos jednemu z najbardziej charyzmatycznych aktorów polskiego kina i teatru. Tytułowe „ucho od śledzia”, nawiązujące do słynnej kwestii Gustawa Kramera z filmu „Vabank”, staje się tu klamrą spinającą życie wypełnione pasją, pracą i niezwykłym szacunkiem do widza. Portret Mistrza bez maski Książka nie jest suchym zapisem faktów z życia Leonarda Pietraszaka. To raczej intymny, ale pełen godności spacer po zakamarkach pamięci. Katarzyna Madey, występująca w roli dociekliwej, ale niezwykle życzliwej partnerki w rozmowie, potrafi wydobyć z aktora historie, które wykraczają poza ramy planu filmowego. Pietraszak jawi się tutaj nie jako niedostępna gwiazda, ale jako człowiek o wielkiej kulturze osobistej, który z dystansem i humorem patrzy na swoje sukcesy oraz potknięcia. Rozmowa toczy się niespiesznie, pozwalając czytelnikowi poczuć ciężar i piękno zawodu aktora w czasach, gdy o jakości roli decydował warsztat, a nie liczba wyświetleń w mediach społecznościowych. Sentymentalna podróż przez polską kulturę Jednym z najsilniejszych punktów tej publikacji jest tło historyczne i kulturowe. Czytając wspomnienia Pietraszaka, przenosimy się do powojennej Bydgoszczy, a później do Łodzi i Warszawy, obserwując złote lata polskiego teatru i kina. Autorzy przywołują postacie, które tworzyły historię polskiej kultury – od wielkich reżyserów po partnerów z planu. Dzięki precyzyjnym pytaniom Madey, dowiadujemy się nie tylko, jak powstawały kultowe role w „Czarnych chmurach”, „Czterdziestolatku” czy wspomnianym „Vabanku”, ale przede wszystkim, co działo się w duszy aktora, gdy gasły światła jupiterów. To fascynujący wgląd w epokę, w której etyka zawodowa i koleżeństwo były fundamentem pracy artystycznej. Rola Katarzyny Madey Należy podkreślić rolę współautorki, Katarzyny Madey. Jej wkład w tę książkę to coś więcej niż tylko moderowanie dyskusji. To ona nadaje publikacji strukturę, potrafi we właściwym momencie dopytać o szczegół, który zmienia perspektywę całego rozdziału. Między rozmówcami czuć chemię i wzajemne zaufanie, co sprawia, że narracja jest płynna i autentyczna. Madey nie chowa się w cieniu wielkiego nazwiska, ale staje się przewodnikiem, który pomaga czytelnikowi zrozumieć fenomen popularności Pietraszaka, oparty na prawdzie i nienagannych manierach. Estetyka wydania i przesłanie Książka jest bogato ilustrowana zdjęciami z prywatnego archiwum aktora, co czyni lekturę jeszcze bardziej osobistą. „Ucho od śledzia” to jednak przede wszystkim lekcja pokory. Z kart tej biografii bije spokój człowieka spełnionego, który wie, że największym sukcesem nie są nagrody, ale szacunek, jakim darzą go kolejne pokolenia widzów. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto ceni sobie polskie kino, ale także dla tych, którzy szukają inspiracji w życiorysach ludzi, którzy potrafili zachować klasę w każdych okolicznościach. Podsumowanie „Ucho od śledzia, czyli rozmowa z Leonardem Pietraszakiem” to pozycja wyjątkowa na mapie biografii artystycznych. To hołd złożony wielkiemu aktorowi, ale też pożegnanie z pewnym stylem bycia, który powoli odchodzi w zapomnienie. Dzięki staraniom Katarzyny Madey otrzymaliśmy portret artysty kompletnego, mądrego i niezwykle ciepłego. To książka, do której chce się wracać nie tylko po anegdoty, ale po to, by ogrzać się w blasku autorytetu, jakiego we współczesnym świecie tak bardzo nam brakuje. To lektura, która zostawia czytelnika z poczuciem dobrze spędzonego czasu i uśmiechem, dokładnie takim, jakim obdarzał nas z ekranu pułkownik Dowgird czy Karol, przyjaciel Karwowskiego.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Dzieci Stasi. Dorastanie w państwie policyjnym Ruth Hoffmann
Dzieci Stasi. Dorastanie w państwie policyjnym
Ruth Hoffmann
"Dzieci STASI"... Wyjęty z kontekstu ten tytuł kojarzy się raczej familijnie, ale już my dobrze wiemy, co to za "Stasia" i dlaczego tak źle jej z oczu patrzy. "Tarcza i miecz partii" - poznajcie Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego dawnej NRD. Czy chcecie czy nie chcecie go poznać, ono i tak pozna Was. Bardzo dobrze Was pozna. Nikt nie umknie uwadze jego służb. Świat jego funkcjonariuszy to z jednej strony życie z poczuciem misji. A konkretniej - bycie misjonarzem represji w służbie pokoju. To również poczucie przynależności do elity i przywileje. Ot, zwyczajne machnięcie legitymacją służbową otwiera szlabany i spławia patrole drogówki. Do tego lepsze zarobki, dostęp do dóbr i usług których zwykli obywatele nie mieli. Z drugiej strony, funkcjonariusz bezpieki sam nigdy nie mógł czuć się do końca bezpieczny. Musiał być ideologicznie nieskazitelny. On i jego rodzina - czy jej się to podobało, czy nie. Wielogodzinna służba, nieustana kontrola prawomyślności nie tylko innych, ale i własnej przez innych, konieczność kablowania nawet na najbliższą rodzinę (i to szybciutko, zanim inni to zrobią) oraz starania, by być wzorowym "czekistą" (że też zgapili to słowo...) wywierały ogromną presję nawet na ludzi, którzy się do tego tajnego klubu zapisali dobrowolnie. A jak w takiej atmosferze odnajdowały się ich dzieci? Książka Ruth Hoffmann opisuje historie trzynaściorga z nich, które skutki życia w takiej atmosferze odczuwają do dziś. Zdrowe relacje w rodzinach STASI to w tej książce rzadkość. Wspominają przemoc i emocjonalny chłód, presję ideologiczną i wyśrubowane oczekiwania ojców-oficerów wobec własnych potomków, którzy mieli stać się wzorowymi obywatelami socjalistycznego raju, a najlepiej sami wstąpić na służbę. Małżonków też najchętniej dobierało się z "firmy". Niektóre "dzieci" starały się posłusznie dostosować do wymagań, inne się buntowały. I tu przechodzimy do plusów ujemnych: może i wolność była w NRD ograniczona, za to możliwości podpadnięcia władzy państwowej i STASI-rodzicielskiej - nieograniczone! Można było na przykład słuchać zachodniego radia, nosić długie włosy i żółte spodnie Lee, chadzać na nielegalne koncerty, odmawiać służby wojskowej, krytykować linię partii, nie wywiesić flagi w święto, spotykać się z niewłaściwą osobą, mieć kontakt z religią lub jakiekolwiek związki z Zachodem, próbować ucieczki z NRD... Ale dzieci STASI tak naprawdę nie miały wolnego, bezpiecznego wyboru. Konflikt między nimi a rodzicami nie był tylko pokoleniowy, ale i ideologiczny i nierzadko miał konsekwencje służbowe. Opowieści skupiają się na NRD, ale czasem przekraczają granice. Pokręcone były losy rodziny, która przebywała na tajnej misji w RFN i w wyniku dekonspiracji wróciła do NRD - kraju, który dla wychowanych na kapitalistycznym Zachodzie dzieci był obcy. A same dzieci dopiero teraz odkrywały prawdziwe przekonania swoich rodziców. Również inni rozmówcy często dopiero po latach dowiadywali się, czym tak naprawdę zajmowali się ich zapracowani, oddani socjalistycznej ojczyźnie ojcowie. Dowiadujemy się też, jak na sytuację na froncie ideologiczno-rodzinnym wpłynęło zjednoczenie Niemiec i upadek socjalizmu.Nie napiszę jak, przeczytajcie sobie sami. Książka jest świetna. Ludzkie historie i opisy enerdowskich realiów bardzo wciągające; narracja - jak wiele rzeczy u Niemców, poukładana; tło historyczno-instytucjonalne podane zwięźle i zrozumiale. Tę lekturę polecam każdemu. Po niej łatwiej jest docenić świat w którym żyjemy, oraz zrozumieć, dlaczego na statystycznych mapkach współczesnych Niemiec mimo upływu tylu lat od zjednoczenia nadal "widać zabory".
Warmiaczka - awatar Warmiaczka
oceniła na 8 14 dni temu
Moje Bronowice mój Kraków Maria Rydlowa
Moje Bronowice mój Kraków
Maria Rydlowa
Na samym wstępie serdecznie dziękuję Ani za tę pożyczoną mi, piękną książkę, a także wciągającą wymianę refleksji nad jej treścią :) Historia danego miejsca - wsi, miasta, czy regionu - powstaje w dwoistym procesie. Z jednej strony ukształtowana zostaje przez wielkie wydarzenia, determinujące losy szerokich zbiorowości, czy grup społecznych, z drugiej zaś - wpływają nań przeżycia i doświadczenia jednostek, osadzone głęboko w klimacie ich rdzennego środowiska. Te fakty, ujęte w porywające opowieści, konstytuują znakomitą perspektywę poznawczą zarówno w aspekcie historiograficznym, jak też na płaszczyźnie etnograficznej, ze względu na szczegółowy i precyzyjny opis danego mikrokosmosu zjawisk politycznych, społecznych, egzystencjalnych, bądź obyczajowych o unikalnej specyfice. Relacja Marii Rydlowej jest wyjątkowa i niepowtarzalna, na skutek bardzo osobistej, gawędziarskiej, bogatej w anegdoty narracji. Opiewa dzieje Krakowa oraz wsi Bronowice Małe przez pryzmat losów autochtonicznej mieszkanki tego regionu na tle wielkiej, choć dramatycznej, bolesnej historii naszej Ojczyzny i całego narodu polskiego. Tę autentyczną i swobodną retrospekcję zróżnicowałbym na trzy zasadnicze poziomy: deskrypcję personalnych dziejów autorki, a równocześnie głównej bohaterki opowieści, komemoracje rodziny, bliskich, przyjaciół i znajomych Marii Rydlowej z czasów dzieciństwa, młodości, a także dojrzałego życia, wreszcie rekonstrukcję obrazów Krakowa i Bronowic Małych z minionego świata. Temat główny tej niezwykłej publikacji stanowią naturalnie fascynujące i wielokrotnie zaskakujące wątki biograficzne Marii Rydlowej, jednakże dużo uwagi, zwłaszcza w początkowych rozdziałach, poświęca autorka również wspomnieniom Bronowic Małych, które wzbudziły u mnie szczególne zainteresowanie. Wieś ta, jeszcze z lat 20. i 30. ubiegłego stulecia, zapamiętana została przez Marię Rydlową, jako rodzina i bezpieczny dom. Tak bliski stosunek do tegoż miejsca, lokalnych mieszkańców, wyrażony w powyższych określeniach, znamionuje bardzo silną identyfikację autorki ze rdzennym środowiskiem. Komemoracje Marii Rydlowej z rzeczonego okresu, bardzo detaliczne, zróżnicowane, zaprezentowane niejako obrazowo, kreują fascynującą opowieść, w której każdy szczegół i epizod wykazują odrębny urok. Zasadniczne filary mikrostruktury społecznej Bronowic Małych stanowiły kościół i karczma. Ogniskowały one najsilniej zajęcia ludzi, stąd każde z tychże miejsc wzbudza mnóstwo wspomnień w pamięci autorki. Jakkolwiek mieszkańcy jej rodzinnych stron uczęszczali na nabożeństwa do oo. Reformatów w Bronowicach Wielkich i oo. Misjonarzy na Czarnej Wsi, ze względu na brak świątyni w Bronowicach Małych, wpływ kościoła na autochtoniczną społeczność pozostawał bardzo wyrazisty, zaś polegał przede wszystkim na religijnym wychowaniu, zarówno w domu, jak też w szkole. W dobie barbaryzacji systemu oświaty, prymitywnej, laickiej seks-edukacji jakże wielką tęsknotę za dawnymi obyczajami wzbudzają te komemoracje. W 1867 roku na terenie rodzinnej wsi Marii Rydlowej wzniósł niejaki Jakub Susuł, wyorawszy w polu garnek dukatów, skromną kapliczkę, jakkolwiek ilość pieniędzy wystarczała na budowę okazałego kościółka. Być może taki czyn Susuła zapobiegłby uciążliwej, z racji rozluźnionej relacji do wiary, laicyzacji wsi, determinowanej brakiem miejscowej świątyni, nie mniej przywołuje autorka bardzo piękne obrazy młodzieży dekorującej tę kapliczkę, a także dzieci z kromkami chleba, zdążających na wieczorne nabożeństwa w tym przybytku, spędziwszy bydło i gęsi do obór. Sporą dozę humoru zawierają barwne i ciekawe retrospekcje Marii Rydlowej związane z karczmą. Ponieważ na terenie Bronowic Małych nie istniał dawniej żaden kościół, znacznie częściej zaglądali mężczyźni właśnie do owej gospody. Tutaj balował kulawy Błażej, stąd Marszałek Polski i Francji, Field Marshall Wielkiej Brytanii Ferdinand Foch zajumał solniczkę ku ogromnemu bulwersowi karczmarza Stanisława Konarskiego. Wspomnienia te czytałem z uśmiechem i szczerym ubawem, jakkolwiek podobnych, pełnych humoru anegdot, np. o komentarzu francuskiego oficera do sukni Jadwigi Rydlowej: "O la la, piękna sunia", czy też o "bosym urzędniku" Antonim o wyjątkowo urzękającej optyce biurokracji, który spał z roboczą teczką na przykopie, znajdzie czytelnik w tej wciągającej książeczce znacznie więcej. Na nieco niższym poziomie społecznej struktury Bronowic z dzieciństwa i młodości Marii Rydlowej stały dom i szkoła. Rodzinne ognisko domowe zapamiętała Autorka, jako dobrze zagospodarowane, podporządkowane ścisłym regułom oraz ustalonej hierarchii wartości. Bardzo istotny aspekt reminiscencji Rydlowej w tej sferze stanowią relacje z bliskimi, osobliwie z babcią, matką i ojcem. Szczególnie wspomnienia babci są, w mojej opinii, wzruszające. Babcia nauczyła małą Marię miłości do ludzi oraz zwierząt, zawsze stawała w obronie wnuczków, mimo powikłanych stosunków z matką Rydlowej. Bez wątpienia osoby babci dotyczą najczulsze wspomnienia autorki. Od wczesnego dzieciństwa Maria i reszta rodzeństwa uczone były dojrzałej i odpowiedzialnej samodzielności, tak bardzo zaniedbywanej w dzisiejszych czasach, gdy młodzi "wychowują się sami" na bezmyślnych grach komputerowych i plotkarskich portalach internetowych. Ojciec, wykształcony, zaangażowany w politykę i działalność samorządową, rzadko bywał w domu. W konsekwencji dzieci przejmowały dużą frakcję obowiązków domowych, pomagały też w zagrodzie. Dyscypliny wśród potomstwa pilnowała matka, bardzo zapracowana, lecz kochająca, która często miewała pretensje do męża o jego nieobecność. Ich osobowości były zupełnie przeciwstawne - on wyrozumiały, ona - stanowcza. On pochodził z uboższej rodziny, ona była córką bogatych gospodarzy. Mimo ich sporów, Rydlowa uważa rodzinny dom za ciepły, przyjazny, mily i zadbany. W bardzo ciekawych retrospekcjach przedstawia ojca szyjącego dzieciom buty, bądź wyłączonego przy lekturze "Chłopów", niby nastolatek przed konsolą, standardowe metody wychowawcze matki - tzw. kandziarkę, a także rodzinne zwierzę - konia Dorkę, bardzo mądrą, pracowitą, przywiązaną do ludzi oraz ziemi, którą orała długimi godzinami. W refleksji autorki nad domem zachwyca i wzrusza najbardziej jedność między ludźmi, a ich małą Ojczyzną. Maria Rydlowa należy do autochtonicznej społeczności regionu obejmującego Bronowice i Kraków, toteż jej relacja jest znacznie ciekawsza od opisu badacza zewnętrznego, podejmującego próbę rozumienia tego mikrokosmosu. O edukacji dzieci decydował ojciec, przeto w rodzinie panowała większa troska o wykształcenie chłopców. Dziewczęta utrzymywali, natomiast ich mężowie. Dziś również występuje podobny model nauki, przy czym decydują o nim dzieci, a nie rodzice. Przypadek Rydlowej był nieco odmienny, dlatego obdarza ona czytelnika wieloma interesującymi, a niejednokrotnie bardzo zabawnymi retrospekcjami z czasów uczniowsko-studenckich. Barwne i wciągające są wspomnienia szkoły powszechnej w Bronowicach Małych oraz gimnazjum i liceum im. Józefa Joteyko przy ul. Podwale 6 w Krakowie. Dywagacje Marii Rydlowej w tym temacie są bardzo ciekawe, ze względu na niezwykły opis placówki dydaktycznej w jej rodzinnej wsi, która znacząco odbiega od dzisiejszej koncepcji tej instytucji. Szkoła powszechna w Bronowicach Małych usytuowana była w kamiennym budyneczku, jakże różnym od współczesnych, betonowych molochów oświatowych z kratami w oknach, kamerami CCTV i żelaznymi płotami, jeszcze chwilowo bez elektronicznych zamków, niby małe więzienia. Była ona dostępna literalnie dla wszystkich, wszak w pustych izbach sypiali regularnie rozmaici włóczędzy, budzeni znienacka przez młodzież. Szkolne przygody, uczniowskie wygłupy odtwarza autorka z niezwykłą dynamiką, nieskrępowanie wzmiankuje również temat kontrowersyjny w obecnych czasach pedagogiki bezstresowej, wdrażanej w poprawnych politycznie instytucjach oświatowych, a mianowicie kary fizyczne stosowane przez nauczycieli, wymierzane m.in. linijką, czy też piórnikiem. Bardzo istotny aspekt programu edukacyjnego stanowiła także nauka Kościoła. Reminiscencje takich imponderabiliów, pozornych drobiazgów dobitnie uzmysławiają czytelnikowi rozmach różnic między współczesnością, a okresem młodości Rydlowej. Retrospekcja autorki dotyczy w największej części czasów II Rzeczypospolitej, zaprezentowanych niezwykle urzekająco. Styl narracji Rydlowej rozbudza fascynację i podziw dla tejże epoki naszej historii, jest wyjątkowy, z racji silnego oddziaływania na wyobraźnię czytelnika poprzez obrazy literackie, tak mnogo wprowadzane przez autorkę. Widzi ona chłopów w niebieskich kaftanach i obdartych sukmanach, pracujących na dawnych polach, słyszy ich gwarę, spory, które rozstrzygał jej ojciec - przewodniczący Komisji Rozjemczej, dostrzega kobiety w kolorowych chustach siedzące przed chatami. Uniwersum dziecięcych reminiscencji, chwilowych impresji, drobnych zdarzeń, malowniczych pejzaży, zabaw i obowiązków, radości oraz smutków uchwyconych na zawsze w pamięci odtwarza Rydlowa z werystyczną precyzją, a równolegle zestawia z teraźniejszością - chwastami porastającymi niegdysiejsze uprawy, jeśli nie trwają nań inwestycje deweloperskie. W sercu zachowała ona Bronowice i Kraków doby II Rzeczypospolitej, lecz dookoła dostrzega już współczesność. Już na wstępie poddaje krytyce wpływ nowoczesnych technologii na rozpad interpersonalnych relacji. Ich dezintegracja poprzedza dyspersję klimatu międzyludzkich więzi właściwego dawnym Bronowicom. Najdłuższy rozdział tej poruszającej opowieści poświęcony został rodzinie autorki. Opisuje ona szczegółowo losy bliskich, rodziców i rodzeństwa, także na tle ważnych wydarzeń historycznych, które znacząco ukierunkowały przyszłość każdej z przywoływanych osób. Jej reminiscencje znakomicie oddają nastroje oraz klimat psychologiczny ludzi w powikłanych momentach dziejowych Polski, m.in. w początkowym okresie komuny. Mimo bardzo osobistych wspomnień stanowiących największą część treści książki, niejednokrotnie poszerza Rydlowa perspektywę narracji na deskrypcje makrospołecznych zjawisk, istotnych zdarzeń, czy generalnych charakterystyk danych epok. Swoistą cezurą, wyznaczającą granicę między światami dzieciństwa i dojrzałości Marii Rydlowej jest wrzesień 1939 roku. Tragiczne i bolesne wydarzenia związane z tą przełomową datą relacjonuje autorka przez pryzmat personalnych doświadczeń, podawanych w prostej, dosłownej manierze narracyjnej - dramatycznej, lecz pozbawionej patetycznych ozdobników i górnolotnych zwrotów. Te przeżycia, wyświetlone w pierwszoosobowej perspektywie, bardzo mocno uzmysławiają ogrom rozpaczy, bólu, trudu i okrucieństwa owych czasów. Z tego okresu pochodzi jedno z najpiękniejszych, moim zdaniem, wspomnień Rydlowej, a mianowicie dzień przysięgi w Armii Krajowej, zapamiętany zresztą przez autorkę, jako jeden z najpiękniejszych w jej życiu. Wstąpiwszy do AK została wcielona do zgrupowania "Żelbet", w którym służyła jako łączniczka. Mimo ponurego pesymizmu spowijającego lata 1939-1945 nie utraciła Rydlowa młodzieńczych fantazji oraz energii. Dla niej ów czas stanowił okres walki, odwagi oraz nadziei. Wszystkie zadania Rydlowej w AK zostały opisane wartko i dokładnie, zaś działalność wojskowa autorki dobiegła końca z dekonspiracją we wczesnym PRL. Osobiste dzieje Rydlowej są dramatem w miniaturze skomplikowanego i niejednoznacznego procesu przejścia przemijającego świata do zupełnie nowej, niezrozumiałej i obcej rzeczywistości komuny - ubeckich prześladowań, aresztów i zsyłek. Pomimo tak poważnych niebezpieczeństw nie ustało zaangażowanie autorki w obronę żołnierzy Armii Krajowej już na płaszczyźnie zawodowej, przed paszkwilami czerwonych. Jakkolwiek zbiór wspomnień autorki zatytułowany został "Moje Bronowice Mój Kraków" opisy tychże miejsc stanowią zaledwie tło dla biograficznych komemoracji Rydlowej, które zdecydowanie dominują w treści książki. Mimo takich proporcji dzieje Bronowic Małych i Krakowa nie zostały wcale zaniedbane, zaś są świetnie skorelowane z historią nakreśloną przez autorkę. Równocześnie jej retrospekcje nie podlegają porządkowi chronologicznemu. Wydarzenia z lat 20. i 30. minionego wieku przeplata epizodami z epoki PRL, unikając równocześnie pułapki monografii historycznej. W bardzo wzruszającej opowieści Marii Rydlowej występują też liczni bohaterowie, których wspomina zawsze od najbardziej ludzkiej strony - ich przeżyć, postaw, wzajemnych relacji z nimi w różnych momentach życia. Wśród tychże osób na szczególne wzmianki zasługują panie Helena Rydlowa i Teresa Kulczyńska. Pierwsza z tych kobiet, teściowa autorki o bardzo wysokim autorytecie pomiędzy żołnierzami Armii Krajowej oraz członkami mikołajczykowskiego PSL, wzruszyła mnie niezwykłą syntezą weredycznego charakteru i dobrego serca, ofiarności oraz wrażliwości, litością dla potrzebujących i predylekcją do bezkompromisowej artykulacji nawet bolesnej prawdy. Jej mąż, Zdzisław Rydel, wierny bonapartysta, biegły w Kodeksie Napoleona oraz monografiach persony oraz epoki cesarza Francuzów, bardzo przypomina mi wspaniałego Ignacego Rzeckiego, bohatera noweli "Lalka" Bolesława Prusa. Druga z wymienionych kobiet, Teresa Kulczyńska, wybitna pielęgniarka, współtwórczyni nowoczesnego pielęgniarstwa wraz z Hanną Chrzanowską, była dla Marii Rydlowej niejako "przyszywaną" babcią. O ich silnej więzi świadczą przede wszystkim tęsknota autorki za jej radą, obecnością i aprobatą, a także komemoracje licznych drobnych, a istotnych chwil. W Teresie Kulczyńskiej podziwia Rydlowa skromność, empatię, uczciwość, a także religijność, która dziś stanowiłaby bardzo użyteczny wzorzec. Broniła ona prawdy i niosła pomoc pokrzywdzonym, nawet wśród wrogów, ze zjawiskową tolerancją. Niezmiernie inteligentna władała biegle językami angielskim, niemieckim i francuskim, imponowała znajomością dzieł polskich pisarzy oraz literatury zagranicznej. Dyskusje z Teresą Kulczyńską kojarzy Rydlowa ze znakomitymi ćwiczeniami intelektualnymi. W dzisiejszych czasach bardzo potrzebujemy takich osobowości, jak panie Helena Rydlowa i Teresa Kulczyńska. Na kartach książki Marii Rydlowej wielokrotnie występują dygresje do "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego. Wynikają one z personalnej fascynacji Młodą Polską po stronie autorki, wyrażoną również w wyborze pseudonimu "Maja" (od hinduskiej bogini ułudy) na czas służby w Armii Krajowej, jak też z bliskiego związku z rodziną Rydlów, przede wszystkim małżeństwa z Jackiem Rydlem, wnukiem Lucjana Rydla, czyli słynnego Poety z dramatu wielkiego twórcy polskiego. Bardzo atrakcyjne są reminiscencje "piątków u Rydlów", polegających na debatach kulturalnych, społecznych i politycznych, które wspominał z sentymentem Stanisław Wyspiański. Mi nasunęły asocjacje z obiadkami czwartkowymi w warszawskim Pałacu na Wodzie w Łazienkach Królewskich. Udana twórczość biograficzna, retrospekcyjna stanowi duże wyzwanie, które wymaga określonych predyspozycji psychologicznych autora. Zbiór wspomnień Marii Rydlowej, znakomicie dopełniony ciekawym posłowiem autorstwa jej syna, Jana Rydla, przypomina bardziej swobodną opowieść o wartkiej akcji, licznych punktach zwrotnych, wątkach zarówno wzruszających i dramatycznych, jak też rozbrajających i humorystycznych. Styl narracji Marii Rydlowej oddziałuje na czytelnika w całej gamie emocji. Niektóre retrospekcje autorki, zwłaszcza z czasów młodości, czytałem z nostalgią i śmiechem, inne z powagą i drżącymi dłońmi. Najistotniejsze w jej historii są drobiazgi, subtelności egzystencji Bronowiczan i Krakusów, przykładowo piękne wspomnienia wspólnych świąt. Te detale - nazwiska ludzi, nazwy miejsc, obyczaje i pejzaże z rodzinnych stron odtwarza autorka z niezwykłą starannością i dokładnością, a przecież dotyczą one bardzo odległej przeszłości. Równocześnie jej narracja jest niezmiernie impresyjna - bogata w iście liryczne obrazy, jak wiejski gwar i zabawy dzieci w Bronowicach Małych, rechot żab wśród nieistniejących już stawów, widoki chat porozrzucanych po pagórkach. Przyznam szczerze - przed lekturą tej książki wiedziałem o Bronowicach Małych tyle, co o wiosce kanibali w głębokim Paragwaju, nie znałem nawet lokalizacji tej wsi na mapie, lecz opowieść Marii Rydlowej wzbudziła we mnie niezwykłe wrażenie afiliacji do fantastycznej i czarującej społeczności Bronowiczan, a także ochoczy zamiar wizyty w tym miejscu. Poprzez tak osobistą i barwną manierę literacką Marii Rydlowej nie tylko czytelnik obserwuje jej prywatny świat "przez dziurkę od klucza", lecz otwiera ona drzwi na oścież i radośnie zaprasza wszystkich do środka.
Aesir - awatar Aesir
ocenił na 8 11 lat temu
Wspomnienia Nadieżda Mandelsztam
Wspomnienia
Nadieżda Mandelsztam
Za życia Osipa Mandelsztama Nadieżda z domu Chazin była „tylko” jego żoną. Mimo zarabiania tłumaczeniami nie funkcjonowała w obiegu czytelniczym jako wybitna autorka, żyjąc w cieniu sławy męża (w książce O.M. lub Osii). Tymczasem już pierwszy tom wspomnień zapewnił jej zasłużoną i trwała obecność na Parnasie literatury rosyjskiej XX wieku. Formalnie chronologia obejmuje jedynie okres od przełomu 1933 i 34 roku, do końca 1938. Jednakże są one przemieszane z retrospekcjami z wcześniejszego okresu oraz opisami tego, co miało miejsce później, aż do lat sześćdziesiątych. Miejsce akcji to oczywiście Kraj Rad, „jednego narodu stu narodów” a faktycznie po prostu innej – czerwonej formy caratu, więzienia narodów, kultur i przede wszystkim ludzi. Dramatis personae to oczywiście autorka, jej małżonek oraz środowiska twórcze ówczesnej Moskwy i Leningradu (m.in. Achmatowa, Pasternak, Zoszczenko, Pietrow (ten od Ilfa i „Dwunastu krzeseł”), Katajew, Erenburg, Fadiejew, Kawierin i wiele innych osób. Czyli zarówno wybitni jak komunistyczne miernoty, zawiadujące związkami literatów oraz dzierżące lukratywne synekury, uczciwi i karierowicze w rodzaju Aleksego Tołstoja. Ludzie szlachetni i donosiciele. Ofiary (w tym śmiertelne) komunistycznych represji i ci, którzy na nich donosili, zajmowali ich mieszkania a po referacie Chruszczowa mieli pretensje za jego wygłoszenie. A oprócz tego zwykli ludzie, współczujący, obojętni i szpicle. Mnóstwo nazwisk, nazw i wydarzeń, wyjaśnionych w przypisach. I kawał dramatycznej historii ze strasznym losem jednostek i pięknymi scenami, jak recytacja wierszy poety więźniom kryminalnym w przejściowym obozie niedaleko Władywostoku. I wielkie oskarżenie postawy bezczynnej, pasywnej, pozwalającej panoszyć i rozwijać się złu. Oskarżenie systemu, który sam w sobie był jednym wielkim błędem i wypaczeniem, a jednocześnie kontynuacją wszelkich wad carskiej Rosji, formalnie potępianej. Ale wspomnienia to także przykład wielkiej miłości dwojga wrażliwych, inteligentnych i oczytanych osób. Uczucia, które przezwyciężało wszystkie przeciwności tak długo, jak tylko mogło. Nadieżda powędrowała za Osipem na zesłanie niczym żony dekabrystów niewiele ponad sto lat wcześniej (aczkolwiek do europejskiej części Rosji). Autorka zrobiła co mogła, by pamięć po jej ukochanym i jego spuścizna literacka przetrwały. Część wspomnień wypełniona analizą jego poezji może wydawać się czytelnikom mniej ciekawa, tym bardziej, że część wierszy jest podana w poetyckich tłumaczeniach, a część w prozatorskich i do tego w nietypowej formie (wersy poprzedzielane slashami, a nie przeniesione do następnej linijki). Jednakże po pierwsze to rzadka zapoznania się ze znakomitą poezją (choćby znany z interpretacji Ewy Demarczyk „Skrzypek Hercowicz”) oraz jej interpretacją źródłową (okoliczności powstania oraz przemyślenia autora), zaś po drugie miłosny hołd żony dla zmarłego męża. I cóż, tak jak w przypadku Holocaustu zapomnieć to tak jakby zabić ofiary po raz drugi. Wspaniała książka o ludziach, poezji, historii i wielkiej miłości.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 9 1 rok temu
Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego Grzegorz Piątek
Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego
Grzegorz Piątek
Mam mieszane odczucia po lekturze tej książki. To prawda, rzecz jest napisana z dużą swadą. Autor bardzo zręcznie porusza się w temacie i gładko, chwilami wręcz porywająco pisze. Jest w stanie lekko, łatwo i przyjemnie pisać nawet o gąszczu międzywojennej polityki, co już samo w sobie jest nie lada osiągnięciem. Bardzo dobrze też oddaje postać Starzyńskiego, uczłowiecza ją, osadzając w dość szerokim kontekście tamtych czasów. Jest to wyczyn całkiem przyzwoity zważywszy na to, że nasza wiedza o Starzyńskim opiera się wyłącznie na dokumentach, prasie i rzadkich wyimkach wspomnieniowych, z których praktycznie nie sposób odtworzyć jego życia prywatnego. Tu jednak plusy się kończą. Otóż - po pierwsze: książka wcale nie demitologizuje Starzyńskiego. Owszem, wrześniowe decyzje dotyczące trwania na posterunku Piątek przypisuje nie samodzielnym wyborom Starzyńskiego, a wydanym mu rozkazom bądź poleceniom. Nie zmienia to jednak ogólnej postawy prezydenta, i nie odejmuje tragizmu jego losowi. Pod tym względem publikacja nawet w najmniejszej mierze nie jest dziełem przełomowym, mimo że taką chciałby ją widzieć wydawca. Po drugie: autor ma denerwującą tendencję do skakania z kwiatka na kwiatek. W narracji nie ma linearności. Raz kawałek jest o tym, raz o czym innym, i życiorys Starzyńskiego trzeba sobie samemu ustawiać w szeregu i rozgryzać, co po czym następowało, i jakie daty wchodziły w grę. Przy mniej uważnej lekturze można łatwo się zgubić, a powtórne odszukanie jakiejś konkretnej daty jest w zasadzie sprawą beznadziejną. Po trzecie: niektóre dane zawarte w książce niezupełnie zgadzają się z innymi książkami czy wspomnieniami dotyczącymi działalności Starzyńskiego. Niekiedy autor wyjaśnia, czemu są różnice, niekiedy pewne rzeczy weryfikuje, a niekiedy przechodzi nad problemem bez zająknięcia. Jest to, przyznam, co najmniej dezorientujące. Po czwarte wreszcie: przypisy na końcu książki naprawdę są średnim pomysłem. Dobrze, że mają czytelne oznaczenie, do którego rozdziału się odnoszą, i że oznaczenia rozdziałów są na żywej paginie, ale nadal - skakanie od tekstu do przypisów powyżej tysiąca razy na lekturę jest co najmniej męczące. Naturalnie polecam książkę, jest bowiem znacznie przystępniej napisana niż liczące sobie już 40 lat opracowanie Mariana Marka Drozdowskiego, jest też bardziej aktualna (wiele źródeł pojawiło się dopiero w ostatnich latach, gdy archiwa zaczęły się szerzej chwalić swoimi skarbami), ale do ideału droga jeszcze daleka...
Jale - awatar Jale
ocenił na 7 5 lat temu
Brzechwa nie dla dzieci Mariusz Urbanek
Brzechwa nie dla dzieci
Mariusz Urbanek
Któż z nas nie zna, może i na pamięć „Kaczki dziwaczki” czy „Sójki” (tej co się za morze wybrać nie mogła 😊) autorstwa Jana Brzechwy? A czy autora znamy dobrze (nie osobiście ) tak jak jego wiersze? Ja, jak się okazało już na początku lektury, o autorze powszechnie znanych bajek i wierszy dla dzieci wiedziałem niewiele. „Brzechwa nie dla dzieci” to kolejna udana biografia autorstwa Mariusza Urbanka. Przesłuchana przeze mnie w formie audiobooka, ale i z czytaniem by poszła dobrze. Napisana jest bowiem bardzo interesująco, odkrywając szczegóły jego poetyckiej kariery oraz, co bardziej było ciekawe, burzliwe czasem kontrowersyjne meandry jego życiorysu. Jan Brzechwa to w rzeczywistości Jan Wiktor Lesman, stryjeczny brat Bolesława Leśmiana (to było największe moje zaskoczenie, ale nie jedyne), który to wymyślił mu pseudonim aby dwaj autorzy poezji nie mylili się na rynku wydawniczym. Dzieciństwo spędził na Kresach Wschodnich, uczył się w gimnazjum w Kijowie, Ww Petersburgu zdał maturę. Początkowo studiował weterynarię ale to mu „nie podeszło” , po przyjeździe do Warszawy rozpoczął studia na kierunku filologia polska, by na koniec przenieść się na wydział prawa i go ukończyć. Był adwokatem, radcą prawnym ZAIKSu – to było moje kolejne zaskoczenie. Nie ostatnie. Był też autorem tekstów kabaretowych o pseudonimie „Szer-szeń” i wreszcie był poetą ale nie tylko twórcą poezji dziecięcej, która przyniosła mu sławę. Tworzył też dla dorosłych ale tu nie znalazł takiego uznania. Jest też ciemniejsza strona twórczości i życia Brzechwy gdy po wojnie został twórcą propagandowych utworów (część zacytowanych w biografii może nie jednego zaskoczyć), które przeciwnicy będą mu wypominać jeszcze wiele lat po śmierci (szerzej opisane w książce przypadki z okresu lat dwutysięcznych walki o nadanie jego imienia przedszkolu i szkole). Dzięki lekturze poznamy jak ciekawe miał życie Brzechwa, burzliwe (trzykrotnie żonaty) ale nie pozbawione wątków dramatycznych… Poznamy go jako prawnika, satyryka, poetę, męża, ojca i nade wszystko jako człowieka. Warto sięgnąć po tę biografię. Mnie bardzo zaciekawiła. I tak "na deser". Teraz po lekturze zaskakuję moją żonę, która jest polonistką, faktami z życia Brzechwy, o których ona nie miała pojęcia 😊
Artur Bo - awatar Artur Bo
ocenił na 8 18 dni temu
Pierwsza woda po Kisielu. Historie rodzinne Jerzy Kisielewski
Pierwsza woda po Kisielu. Historie rodzinne
Jerzy Kisielewski
Bardzo lekka i przyjemna książka autorstwa Jerzego Kisielewskiego poświęcona jego ojcu, słynnemu Stefanowi Kisielewskiemu, zaskakuje ciepłem i humorem. Kisiel był znanym felietonistą i komentatorem życia w okresie PRL, a jego dystans, inteligencja i cięty dowcip pozwalały trafnie i z wdziękiem opisywać trudną, siermiężną rzeczywistość tamtych czasów. Najwięcej miejsca w książce zajmują historie związane z ich domem rodzinnym – autor świetnie pokazuje relacje ojca i matki, napięcia codziennego życia, a przede wszystkim rolę Stefana Kisielewskiego w wychowaniu dzieci. Szczególnie podobało mi się podkreślanie przez syna poglądów ojca na temat wychowania: dzieci nie muszą być grzeczne, lecz powinny mieć własne zdanie, potrafić je wyrażać, poznawać siebie i świat, uczyć się na błędach. To podejście jest mi bardzo bliskie – i choć nie zawsze spotyka się z aprobatą dalszej rodziny, uważam je za program niezwykle wartościowy. Książka stanowi świetny portret epoki PRL, ale przede wszystkim pokazuje życie kulturalne i towarzyskie Krakowa, Warszawy, gór i morza. Fascynujące są wspomnienia młodego chłopaka, który miał okazję obserwować wielkich intelektualistów tamtych czasów – zachował wiele portretów i anegdot, które przetrwały do dziś. Jest to opowieść o pewnej inteligenckiej rodzinie, dla której prawda, szczerość i szacunek były o wiele ważniejsze niż doczesne splendory, tytuły i gratyfikacje pieniężne.
Arek - awatar Arek
ocenił na 6 1 miesiąc temu
Usypać góry. Historie z Polesia Małgorzata Szejnert
Usypać góry. Historie z Polesia
Małgorzata Szejnert
Akurat tak się stało, że w ostatnich miesiącach przeczytałam szereg książek związanych z Polesiem i w ogóle z Białorusią, z bardzo różnych dziedzin, z bardzo różnych epok. Aneta Prymaka - Oniszk „Bieżeństwo”, biografia Marii Rodziewiczówny, „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk, Norman Davis, rozdział o Wielkim Księstwie Litewskim w tomie „Zaginione królestwa” i inne. W jednych książkach odnajdywałam miejsca i postacie z innych, mając możliwość zweryfikowania faktów i opinii. To bardzo ciekawe i pouczające, znaleźć osoby i wydarzenia w innej książce, w innym kontekście. Białoruś i Polesie w szczególności postrzegana jest przez potoczną opinię publiczną bardzo publicystycznie. Łukaszenka, związki z Rosją, prześladowanie dysydentów i Polaków, przerzucanie uchodźców przez granicę w ramach wojny hybrydowej, bieda, kartofle – i to wszystko. Polski punkt widzenia sprzed wojny też jest niewiele lepszy. Pieśń „Polesia czar”, heroiczna obrona polskości i kościoła na ubogich, zapóźnionych terenach – i niewytłumaczalna nienawiść białoruskiego ludu, który z radością przyjął Armię Czerwoną jako wyzwolenie z niewoli „polskich panów”. Maria Rodziewiczówna tej nienawiści nie rozumie, uważa wybuch nienawiści wobec polskich panów za zdziczenie; Prymaka-Oniszk przeciwnie, zwraca uwagę na niechęć i poczucie wyższości Polaków, dla których prawosławny był z natury rzeczy istotą niższą, gorszą i podejrzaną. Norman Davies zwraca uwagę na okrutną i konsekwentną politykę Rosji, polegającą na systematycznym wynaradawianiu Białorusinów od chwili podbicia tych ziem, konsekwentne niszczenie tradycji niegdyś potężnej organizacji państwowej, którą był Wielki Nowogród. Na tym tle książka Małgorzaty Szejnert wydaje się być najbardziej panoramiczna. Autorka zapoznaje się z wielością przekazów, spotyka się z naukowcami, etnografami i historykami miejscowymi, ze zbieraczami pamiątek i artefaktów. Kreśli sylwetki ludzi znaczących dla Polesia, od bogatej etnografki-amatorki Louise Boyd, której zawdzięczamy szereg fotografii z życia ludu poleskiego, do Napoleona Ordy, malarza i rysownika, który utrwalił na swoich rysunkach mnóstwo miejsc, budynków, zamków, parków, następnie zniszczonych przez dwie wojny światowe, rewolucję, zbrodnie niemieckie i radzieckie. Opis wysadzenia w powietrze klasztoru jezuitów w Pińsku, rozebrania wraz z fundamentami pałaców w Mołodowie czy Mankiewiczach, wybudowaniu szkoły na terenie kirkutu w Pińsku, zniszczeniu grobu Napoleona Ordy w Janowie Poleskim – no, aż trudno uwierzyć, z jaką konsekwencją władze komunistyczne pozbywały się wszelkich pamiątek po przeszłości tej ziemi. Chociaż z drugiej strony czyż można się dziwić, kiedy w wyniku wydarzeń związanych z II wojna światową zginęło lub zostało przesiedlonych bez prawa powrotu przeszło 50% przedwojennych mieszkańców Polesia (Timothy Snider, Skrwawione ziemie). A przecież pozostali wciąż z uporem troszczą się o zachowanie pamiątek przeszłości, wykopują resztki fundamentów i nagrobków, umocnień, zbierają resztki starych mebli, ksiąg, narzędzi, zapisują pieczołowicie odtworzone informacje, daty, nazwy. Pośród wielu cierpliwych, skromnych zbieraczy-historyków chciałabym wymienić tylko jednego, Edwarda Złobina, historyka i archiwisty z muzeum pińskiego. Głównie dlatego, że ów człowiek o fenomenalnej pamięci wiedział wszystko o dziejach Polesia i jego mieszkańców, a jeśli nie wiedział, to potrafił się dowiedzieć. Małgorzata Szejnert bynajmniej nie szuka wyłącznie śladów polskości Polesia. W końcu Polacy stanowili raptem parę procent ludności, warstwę posiadającą. Nie wszyscy zresztą utożsamiali się wyłącznie z polskością. Roman Skirmunt z polskiej arystokratycznej rodziny zaangażował się w walkę o niezależność Białorusi po pierwszej wojnie światowej, co wcale nie uchroniło go od strasznej śmierci z chwilą zajęcia terenu po 17 września przez Armię Czerwoną. Jego kuzyn Henryk Skirmunt zginął w tych samych dniach. Jednak Romana do dziś szanują, zbierają pamiątki po nim i dbają i jego grób, a o Henryku, typowym „polskim panu”, całkowicie zapomniano. Książka zawiera mnóstwo fotografii miejsc i ludzi. Opisuje urodę Polesia, krajobrazy, drogi wodne, ogromną biedę i trudne warunki życia. Podaje mnóstwo nieznanych, zaskakujących informacji. Na przykład o flotylli pińskiej… albo o chasydach modlących się przy jedynym kamieniu, który zachował się ze zburzonego kirkutu.. Bardzo przejmujące są rozdziały mówiące o tym, jak silne były i są potrzeby duchowe, religijność, cicha, pokorna walka o prawo do modlitwy i obrzędów. Katolicyzm zachował się w znacznym procencie, przede wszystkim wśród Białorusinów, niektórzy księża przetrwali łagry i zsyłki, wrócili na pińszczyznę i w trudnych warunkach pełnili posługę aż do śmierci. Ksiądz Kazimierz Świtoń, ksiądz Stanisław Ryżko… Równie przejmujące są losy prawosławnych i ich duchownych, a także zielonoświątkowców, nie wiedzieć czemu szczególnie prześladowanych przez reżim (Jan Połchowski). Zielonoświątkowcy chyba głównie dlatego, że są to ludzie gospodarni, pracowici, dorabiający się powoli np. na hodowli ogórków z inspektów, co było zabronione, ale wysoce opłacalne. Z Białorusinami mamy do czynienia na co dzień. Są to nasi najbliżsi sąsiedzi. Warto, naprawdę warto poznać ich bliżej. Bardzo serdecznie polecam książkę Małgorzaty Szejnert „Usypać góry”. Choćby dlatego, by dowiedzieć się, co znaczy ten tytuł w opowieści o całkowicie równinnej krainie.
Ewa Szulc - awatar Ewa Szulc
ocenił na 9 3 miesiące temu

Cytaty z książki Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy