
Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936

392 str. 6 godz. 32 min.
- Kategoria:
- literatura podróżnicza
- Format:
- papier
- Data wydania:
- 2025-04-09
- Data 1. wyd. pol.:
- 2008-01-01
- Liczba stron:
- 392
- Czas czytania
- 6 godz. 32 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788396788191
Szlakiem wiodącym pośród fantastycznych krajobrazów, malowniczych wodospadów, dymiących wulkanów, nieprzeliczonych stad dzikich zwierząt królujących na bezkresnych przestrzeniach, poprzez piaski pustyń, bezdroża sawann i zarośnięte ścieżyny lasu równikowego podąża niestrudzenie samotny podróżnik. Gdzieniegdzie przystaje, ustawia aparat i robi zdjęcie, zapisuje coś w notatniku, po czym rusza dalej, pchając przed sobą swój objuczony skromnym dobytkiem, rozklekotany rower. To Kazimierz Nowak, autor niniejszej opowieści, która niczym bajka odsłania przed nami cudowną krainę odległą tak w przestrzeni, jak i w czasie - Afrykę lat trzydziestych XX wieku...
Dodaj do biblioteczki
Reklama
Szukamy ofert...
Kup Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936 w ulubionej księgarni
Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oceny książki Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936
Poznaj innych czytelników
2947 użytkowników ma tytuł Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936 na półkach głównych- Chcę przeczytać 1 491
- Przeczytane 1 384
- Teraz czytam 72
- Posiadam 317
- Ulubione 63
- Audiobook 31
- Podróżnicze 25
- Chcę w prezencie 22
- Podróże 21
- Afryka 18







































OPINIE i DYSKUSJE o książce Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936
Pocztówka nie tylko z innego kontynentu, ale biorąc pod uwagę kontekst czasowy i społeczny, wręcz z innego świata.
Podobała mi się duża wrażliwość dotycząca skali błędów kolonialnych. Grzeszków, wypaczeń i zbrodni. Może jest niezwykła, biorąc pod uwagę kiedy była pisana, ale na pewno nawet jak na tamte czasy, bardzo trafna. Pokazuje to moim zdaniem, że osoby dysponujące odpowiednią wiedzą i wrażliwością dostrzegą niesprawiedliwości i patologie wokół nich nawet, gdy oficjalna narracja podłapie temat dopiero po latach.
Bardzo cenię negatywną reakcję p. Kazimierza na grabież surowców, w tym szczególną uwagę poświęconą zwierzętom, i zalanie w zamian Afryki tandetą, a także ogłupianie miejscowych.
W książce wybrzmiewają myśli w charakterze przestrogi przed globalizacją i homogenizacją kultur.
Treść także dobrze oddaje trud takiej podróży. Momenty dobre, straszne, smutne. Ciekawe wydaje mi się, że autor był w swojej wyprawie pewnego rodzaju wyrzutkiem, traktowanym zarówno przez białych kolonizatorów, jak i czarnych tubylców jako dziwadło. Przez pierwszych z uprzejmą pobłażliwością, przez drugich z obawą lub wrogością. Najlepiej dogadywał się z osobami, które tak jak on były mieszanką różnych profili i żyły na pograniczu światów.
Piękne są tu opisy otoczenia i ludzi. Język jest obrazowy, ale nie nazbyt poetycki i kwiecisty.
Słuchałam audiobooka, który był dobrze przeczytany przez Grzegorza Damięckiego. Do tego świetnie dobrana muzyka i efekty dźwiękowe.
Pocztówka nie tylko z innego kontynentu, ale biorąc pod uwagę kontekst czasowy i społeczny, wręcz z innego świata.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPodobała mi się duża wrażliwość dotycząca skali błędów kolonialnych. Grzeszków, wypaczeń i zbrodni. Może jest niezwykła, biorąc pod uwagę kiedy była pisana, ale na pewno nawet jak na tamte czasy, bardzo trafna. Pokazuje to moim zdaniem, że osoby dysponujące...
Genialna książka pokazująca trudy podróży bez zaplecza.
Genialna książka pokazująca trudy podróży bez zaplecza.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo tomam mieszane uczucia
część czytających zdaje się oceniać nie książkę a sam wyczyn (a ten jest 15/10),niemniej od relacji z podróży chciałbym dostać poczucie przebywania z autorem w miejscu odległym - tu to szwankuje, w znacznej części tej książki mamy opis przemieszczenia się z punktu A do punktu B
ogólnie początek był 6/10, środek 5/10 (było dość nudnawo),ratuje wszystko końcówka, zdecydowanie najlepsza 8/10 - gdzie autor pozwolił sobie na dużą dozę autorefleksji w kontekście odbytej drogi i miejsca człowieka
za to szacunek dla wydawcy za wyciągnięcie tej historii na wierzch świata oraz fantastyczne wydanie (mapy/zdjęcia) - choćby z tego powodu warto czytać, by wiedzieć, że gdzie diabeł nie może tam polaka pośle ;)
mam mieszane uczucia
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toczęść czytających zdaje się oceniać nie książkę a sam wyczyn (a ten jest 15/10),niemniej od relacji z podróży chciałbym dostać poczucie przebywania z autorem w miejscu odległym - tu to szwankuje, w znacznej części tej książki mamy opis przemieszczenia się z punktu A do punktu B
ogólnie początek był 6/10, środek 5/10 (było dość nudnawo),ratuje...
Co oznacza być blisko drugiego człowieka, dzielić jego radości, smutki; wzloty i upadki? W żadnej innej do tej pory przeczytanej książce nie znalazłem tak sumiennie udzielonej odpowiedzi. Odpowiedzi z życia Autora.
Co oznacza być blisko drugiego człowieka, dzielić jego radości, smutki; wzloty i upadki? W żadnej innej do tej pory przeczytanej książce nie znalazłem tak sumiennie udzielonej odpowiedzi. Odpowiedzi z życia Autora.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJeśli macie przeczytać w życiu tylko jedną książkę z kategorii literatura faktu / reportaż / literatura podróżnicza – niech to będzie ta książka.
Kazimierz Nowak w latach trzydziestych XX w. przemierzył rowerem, pieszo, własnoręcznie przebudowanym czółnem, konno i na wielbłądzie całą Afrykę, od wybrzeża Morza Śródziemnego aż po jej południowy kraniec. I z powrotem. Oczywiście inną drogą, bo tylko frajer wraca tą samą trasą, gdy tyle jest jeszcze do zobaczenia na olbrzymim Czarnym Lądzie. Samotna podróż zajęła mu pięć lat; w jej trakcie przemierzył około 40 tys. kilometrów. Po drodze nabawił się malarii, niezliczoną ilość razy był na granicy śmierci. Ale przeżył. Zmarł rok po powrocie, już w Polsce, na zapalenie płuc – wycieńczenie organizmu spowodowane trudami wieloletniej podróży i przebytą malarią na pewno nie było bez wpływu na tę przedwczesną śmierć. Nowak odszedł w wieku zaledwie 40 lat. Pozostawił po sobie listy, które wysyłał pocztą z Afryki, zarówno do żony, jak i do współpracujących z nim czasopism – ich publikacja pozwalała mu w części sfinansować to niezwykłe przedsięwzięcie – oraz ponad 2000 zdjęć, które stanowią dowód, że Nowak rzeczywiście tę niewiarygodną podróż odbył. Bez nich trudno byłoby uwierzyć, że to nie jest jakaś nieprawdopodobna mistyfikacja.
Nowak był też influencerem, zanim to było modne. Publikacja relacji w prasie to nic innego jak ówczesny odpowiednik konta na Instagramie czy kanału na Jutubie. W jednym z listów podróżnik pisze też o tym, że nie jest przez nikogo sponsorowany, ciągle brakuje mu pieniędzy na dalszą podróż (w jej trakcie zarabiał czasem jako fotograf, cykając słitfocie miejscowym),a więc jeśli czytelnikom podobają się jego relacje, zaprasza do wspierania go na Patronajcie („Patronajtem” miało być wysyłanie pieniędzy pod podany adres pocztowy).
Po wojnie Nowak został niemal całkowicie zapomniany, jedynie w latach sześćdziesiątych staraniem jego córki ukazał się album ze zdjęciami z afrykańskiej wyprawy. Pamięć o nim przywrócił dopiero w 2000 r. Łukasz Wierzbicki, który doprowadził do wydania książki, której recenzję właśnie czytacie. Wierzbicki o Nowaku dowiedział się od swojego dziadka, który opowiadał mu o czytanych w przedwojennej prasie niezwykłych przygodach polskiego Indiany Jonesa. Ryszard Kapuściński uznał „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” za klasykę polskiego reportażu.
Paradoksalnie jednak – i co jest jeszcze bardziej niesamowite – wartość książki nie leży wcale w samej unikalności wyczynu Kazimierza Nowaka lecz w jej jakości literackiej. Podróżnik z niezwykłą przenikliwością opisuje bowiem stosunki panujące w Afryce, jej bezlitosny wyzysk przez białego człowieka – ale nie unika też niewygodnych tematów. Opisuje lenistwo tubylców, ich trwanie w zabobonach, bierność.
Wyrażaną dobitnie krytyką kolonializmu Nowak wyprzedził swoją epokę o dziesięciolecia. Przy czym mówię tu nie tylko o świecie Zachodu. Powszechnie panującą wówczas w Polsce narracją było załamywanie rąk nad tym, że przespaliśmy taką wspaniałą okazję i nie zdołaliśmy uszczknąć ani kawałka z kolonialnego tortu. Nowak wprost i z widoczną jasno dopiero z dzisiejszej perspektywy proroczą intuicją pisze, że to wielkie szczęście, że Polska nie posiada żadnych kolonii, z których powodu europejskie mocarstwa będą miały w przyszłości spore problemy. Podróżnik przewiduje, że w perspektywie kilkudziesięciu lat system kolonialny musi się załamać, a pogardzani i wykorzystywani tubylcy zbuntują się przeciwko białym panom i wywalczą niepodległość.
Podczas lektury „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” w czytelniku walczą ze sobą nieustannie fascynacja, szok, niedowierzanie i obrzydzenie (gdy czyta się np. o piciu na Saharze wody z sadzawki wypełnionej wielbłądzimi odchodami). Nie jest też jednak tak, że Autor skupia się wyłącznie na okropieństwach. Nowakowi udało się barwnie opisać niezwykłą kulturę, bogactwo przyrody i życie duchowe kontynentu afrykańskiego. Mamy wrażenie, że razem z Kazikiem pchamy rower przez piaski Sahary, trzęsiemy się z zimna w szałasie podczas tropikalnej ulewy, posilamy się strawą w murzyńskiej chacie. Niezwykła, niezwykła książka. Skończyłem jej słuchać już dwa tygodnie temu i ciągle nie mogę przestać myśleć o Kazimierzu Nowaku i jego afrykańskiej przygodzie. Gdyby był on Amerykaninem, powstałoby już o nim kilka holiłudzkich filmów i ze dwa seriale a jego nazwisko znane byłoby na całym świecie. Tymczasem pozostaje nam przeczytanie lub przesłuchanie „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”. NA CO JESZCZE CZEKACIE???!!!
Jeśli macie przeczytać w życiu tylko jedną książkę z kategorii literatura faktu / reportaż / literatura podróżnicza – niech to będzie ta książka.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKazimierz Nowak w latach trzydziestych XX w. przemierzył rowerem, pieszo, własnoręcznie przebudowanym czółnem, konno i na wielbłądzie całą Afrykę, od wybrzeża Morza Śródziemnego aż po jej południowy kraniec. I z powrotem....
Ta książka to niesamowita przygoda, która naprawdę się wydarzyła, Kazimierz Nowak niesamowity człowiek, o takich ludziach nasze dzieci powinny uczyć się w szkole. Wszystkim, którzy są po jej lekturze polecam, a nawet zalecam przeczytanie listów Nowaka do swojej żony, "Kochana Maryś! Listy z Afryki", które pozwolą lepiej zrozumieć całą podróż, i które tak wiele mówią o bohaterze i czasach, w których żył.
Ta książka to niesamowita przygoda, która naprawdę się wydarzyła, Kazimierz Nowak niesamowity człowiek, o takich ludziach nasze dzieci powinny uczyć się w szkole. Wszystkim, którzy są po jej lekturze polecam, a nawet zalecam przeczytanie listów Nowaka do swojej żony, "Kochana Maryś! Listy z Afryki", które pozwolą lepiej zrozumieć całą podróż, i które tak wiele mówią o...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo, bardzo ciekawe. Czasy, w których to się działo sprawiają, że jest to jeszcze ciekawsze.
Bardzo, bardzo ciekawe. Czasy, w których to się działo sprawiają, że jest to jeszcze ciekawsze.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGenialny reportaż genialnego człowieka i tylko dziesiątki myśli i pytań zostało po lekturze...
Genialny reportaż genialnego człowieka i tylko dziesiątki myśli i pytań zostało po lekturze...
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRelacja z podróży wprost niewiarygodnej, od której skóra cierpnie i włos staje dęba na głowie. Świadectwo wyczynu przekraczającego ludzkie siły i możliwości, a jednak zakończonego sukcesem.
Relacja z podróży wprost niewiarygodnej, od której skóra cierpnie i włos staje dęba na głowie. Świadectwo wyczynu przekraczającego ludzkie siły i możliwości, a jednak zakończonego sukcesem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„[…] jakaś przepotężna siła gna mnie naprzód ku odległym krajom murzyńskim, oprzeć się jej nie mam mocy” (str. 78).
„Nie przyjechałem do Afryki, by się wzbogacić ani by pobić jakiś rekord. […] żadna z wielkich fabryk nie finansuje mojego przedsięwzięcia. Ani państwo, […] ostatnie dwadzieścia złotych, jakie jeszcze w Rzymie posiadałem, zapłacić musiałem w polskim konsulacie za przedłużenie paszportu” (str. 136).
„Ryzykowałem życiem, narażony byłem na tysiące niebezpieczeństw, na choroby, nędze, na ciernie, które rwały mi ciało i niszczyły gumy mojego roweru, w zamian za to jednak z bliska przyglądałem się życiu ludzi i zwierząt Afryki, dotknąłem stopami jej ziemi, żyłem otaczającym mnie życiem tego kontynentu” (str. 150).
„Trzynaście afrykańskich państw, pustynie północnej Afryki i równikowa dżungla, konflikty polityczne, dzikie zwierzęta, egzotyczne ludy. Tysiąc kilometrów wędrówki: rowerem, pieszo, czółnem, na wielbłądzie. Pięć lat tułaczki po Czarnym Lądzie […]”*.
_______________________
* Poznaj Świat nr 2 (601),luty 2007, Filip Springer, Ślady biało-czerwone. Kazimierz Nowak. Modliłem się ja, piasek i głazy, str. 66.
•
Łukasz Wierzbicki (1974): „– »Tak, to właśnie o tej podróży ci opowiadałem« – ucieszył się Dziadek, gdy przyniosłem mu pierwsze kserokopie archiwalnych artykułów. Podekscytowany naprowadzał mnie na kolejne relacje, przypominał sobie, w których czasopismach i w jakich latach się ukazywały*. W poszukiwaniu reportaży Kazimierza Nowaka [1897-1937] przejrzałem kilkaset woluminów i rolek mikrofilmów z archiwalnymi numerami »Kuriera Poznańskiego«, »Światowida«, »Na szerokim świecie«, »Naokoło świata«, »Ilustracji Polskiej« oraz »Przewodnika Katolickiego« z lat 1931-1937. Praca trwała kilka miesięcy. Odnajdując w bibliotece kolejne korespondencje z Afryki, ze zdumieniem i podziwem poznawałem niezwykłe przygody poznańskiego podróżnika” (str. 9).
ŁW: „Wrażliwy na ludzką krzywdę i pełen szacunku do dziewiczej przyrody, w niesłychanie, jak na owe czasy, krytyczny, odważny, niezależny sposób ocenia imperialne zwyczaje Europejczyków w Afryce. […] nie podziela kolonialnych ambicji państwa polskiego” (str. 11)**.
ŁW: „W wyniku prowadzonych w bibliotekach poszukiwań dotarłem do ponad stu prasowych relacji, pochodzących z różnych etapów wędrówki Nowaka. Niestety, mimo podjętych starań, przed ukazaniem się pierwszego wydania książki [2000] nie udało się odnaleźć rodziny podróżnika i dotrzeć do materiałów źródłowych. Kolejnym etapem było przepisane wszystkich listów, ułożenie ich w chronologicznym porządku oraz zredagowanie w taki sposób, by stanowiły jednolitą opowieść. […] Na niektóre z rozdziałów składają się fragmenty zaczerpnięte z kilku różnych reportaży Nowaka. Wiedziałem, że odtworzona relacja zawiera luki [...]” (str. 15).
ŁW: „Po obejrzeniu telewizyjnej relacji z odsłonięcia tablicy [pamiątkowej w listopadzie 2006] na poznańskim dworcu odezwał się rodzina wielkiego podróżnika” (str. 16).
ŁW: „Goszcząc w grudniu 2006 roku w jego domu [tj. spowinowaconego z rodziną Nowaka Mariana Gliszewskiego], zapoznałem się ze zbiorem unikalnych zdjęć, wycinków z prasy afrykańskiej, listów do rodziny, a także kilkuset przedwojennych czasopism i gazet z tymi wszystkimi korespondencjami z Afryki, których nie udało mi się odnaleźć podczas poszukiwań prowadzonych w poznańskich bibliotekach. […]
Raz jeszcze przystąpiłem do pracy nad redakcją książki Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” (str. 17).
_______________________
* „– Dziadek nie miał komputera ani kserokopiarki, dlatego mógł mi tylko opowiadać o Nowaku i jego wyczynie – mówi Łukasz Wierzbicki. – Kiedyś powiedział: »Wiesz, byłoby wspaniale, gdyby udało się wszystkie jego relacje zebrać w książkę«” (Poznaj Świat nr 2 (601) luty 2007, Filip Springer, Ślady biało-czerwone. Kazimierz Nowak. Modliłem się ja, piasek i głazy, str. 66).
** „Przyglądając się tej rzeczywistości [afrykańskiej], zaprawdę dumny jestem, że Polska kolonii nie posiada” (str. 74). I tak i nie, Polskie kolonie były na kontynencie, w bezpośredniej styczności z macierzą: na Wołyniu, Rusi Białej, Czarnej i Czerwonej, w Inflantach, na Podolu, Ukrainie, Litwie i Polesiu. Los Murzynów, podzielało natomiast lokalne chłopstwo. Wschodnie kresy II RP – ojczyzny Nowaka – nie były etnicznie polskie, i słabo zaludnione. Polacy stanowili tam mniejszość. Koloniści, którzy osiedlali się w międzywojniu na Wołyniu, aby zmienić te proporcje, zostali później wymordowani w barbarzyńskiej rzezi, która z perspektywy historycznej, przypomina bardziej mordy plemienne w postkolonialnej Afryce, niż cokolwiek, co wydarzyło się w XX wieku na obszarze Europy Środkowej.
•
Wbrew obranemu tytułowi*, podróż odbywa się również bardziej dogodnymi metodami: samochodem, pociągiem, drogą wodną (statkiem, łódką, czółnem, barką),na grzbiecie wielbłąda i konno. Z uwagi na charakter terenu, przemieszanie się jednośladem jest nierzadko niemożliwe. Rzeczywistość bardzo szybko weryfikuje śmiałe plany. Niekiedy zaś to lokalna administracja, zaniepokojona o życie Nowaka, nie wyraża zgody na samotny przejazd, i wymusza skorzystanie z pociągu czy wielbłądów.
Jak wynika z prywatnych listów słanych do małżonki, wydanych niedawno w czterech tomach**, trasę ustalał w trakcie wyprawy, wielokrotnie ją korygując. Początkowo nie planował dwukrotnego przemierzenia kontynentu z północy na południe i z powrotem, zdecydował się na to, bo był to wyczyn pionierski, dzięki któremu zyskałby rozpoznawalność i możliwość kapitalizacji swojego trudu. Pierw w formie artykułów, potem odczytów i prelekcji bogato ilustrowanych fotografiami. Nie dysponując wielkim budżetem, konsekwentnie wybierał wariant ekonomiczny: niedojadając, niezmordowanie brnął przed siebie, rezygnując z wygód i tracąc kolejne kilogramy.
Zapiski Nowaka, pojawiające się pierwotnie w prasie, łącza w sobie literaturę podróżniczą, elementy reporterskie, wstawki etnograficzne, historyczne oraz dziennik. Wedle tytułu kompilacji, są to listy. Spływały do redakcji pocztą, były pisane ręcznie, jednak nie jest to typowa korespondencja – to przemyślane relacje, przeznaczone do publikacji. W listach do żony, Nowak skarży się na ingerencje redaktorskie, opuszczanie obszernych fragmentów i dopisywanie całych zdań, a także błędy logiczne i ortograficzne. Boleśnie odbiera odrzucanie tekstów, i wobec żądań urozmaicenia, zapotrzebowania na sensację, czuje się zmuszony spełnić te oczekiwania. (Bez honorariów nie mógłby kontynuować podróży, a jego rodzina utraciłaby źródło skromnego, ale istotnego dlań dochodu, a sama wyprawa straciłaby sens). Stąd też między publikacjami prasowymi a historiami z listów są rozbieżności – przebieg niektórych zdarzeń jest o wiele mniej efektowny, pozbawiony elementu zaskoczenia i przygody.
Niektóre relacje są referowane bardzo oszczędnie, skrótowo. Czytelnikowi stale towarzyszy niedosyt, głód informacji nt. historii odwiedzanych miejsc, omówienia istotnych punktów na planach tamtejszych miast, sytuacji kolonistów, ludności tubylczej, kontekstu dziejowego***. Można się domyślać braku szerszego rozeznania ze strony Nowaka, co podyktowane jest charakterem podróży, brakiem dostępu do źródeł, barierą językową****, a także kondycją zdrowotną.
Na ogół Polak jest bardzo rzeczowy, stąpa mocno po ziemi i barwnie opisuje swoje doświadczenia, impresje czy spostrzeżenia. Kiedy chce podkreślić piękno chwili, jej unikalność, jego opowieść staje się nastrojowa i poetycka, ale są to krótkie akapity, o rozsądnych proporcjach. Listy Nowaka, czyta się lepiej niż powstające w tym samym okresie relacje Fiedlera czy Ossendowskiego. (Jest w tym pewna zasługa redakcji, dokonanej na potrzeby zbiorczego wydania, a także uwspółcześnienia pisowni, a pewnie i interpunkcji).
Być może Nowak oddałby swoje przeżycia w innej formie, skupiając się na najważniejszych doświadczeniach, wspierając wiedzą innych i serwując więcej osobistych przemyśleń. A może opisałby dokładniej poszczególne etapy, oferując własne wskazówki i porady? Może wyruszyłby w kolejną podróż, na inny kontynent, i podobnie jak Arkadego Fiedlera, tam zastał go wybuch II wojny światowej? Niestety, zmarł niespełna rok po powrocie z Afryki, w wieku 40 lat*****. Biorąc pod uwagę ogrom niesprzyjających okoliczności, głód i choroby, było bardziej prawdopodobne, że zaginie jak Fawcett (1867-1925?) w Amazonii. A jednak miał szczęście w nieszczęściu, i ogromne pokłady żelaznej woli – niezależnie od tego czy nieco koloryzował, fałszując swoje perypetie, jego wyczyn zasługuje na pamięć. I dziś nie brak samotnych podróżników, ale poruszają się po przetartych szlakach, mają lepszą infrastrukturę i liczne techniczne udogodnienia. Cyklista z Poznania, nierzadko poruszał się po terenach, na których czas zatrzymał się w okresie walki o ogień. Przemieszczając między pojedynczymi ośrodkami cywilizacji rozsianymi na wybrzeżach, a z rzadka w głębi interioru, regularnie ociera się o śmierć.
Jeśli idzie o warstwę informacyjną, ciekawostki, to współczesny, dojrzały odbiorca, nie będzie zaskakiwany, lektura niesie dla niego inną wartość – to wgląd w ówczesną mentalność i nastroje, pod tym kątem może być ciekawa. Natomiast w czasach przedtelewizyjnych, i przedinternetowych, atrakcyjność tych tekstów była o wiele wyższa.
_______________________
* Najlepszy tytuł – zgodny ze stylistyką międzywojnia – podpowiada sam autor: „[…] dwa razy na przełaj przez Afrykę” (str. 386). Można też było wybrać inny, a tych słów użyć w podtytule.
** Kochana Maryś! Listy z Afryki, tomy I-IV, publikowane w latach 2013-2024 (2013, 2015, 2016, 2024). W trakcie swej pięcioletniej włóczęgi napisał ich ponad tysiąc (!). Niestety, w rozbudowanym wydaniu Rowerem i Pieszo przez Czarny Ląd, które trafiło do księgarń przed ich publikacją, nie ma śladu po wnioskach płynących z ich lektury. Opisuje w nich to, co przemilcza w oficjalnych relacjach: np. jedzenie spleśniałego chleba czy picie własnego moczu; zwierzenia zaświadczają o kondycji psychicznej podróżnika, nierzadko silnie nadszarpniętej, a także naprowadzają na bardziej prawdopodobne wersje wydarzeń (w przypadku wątpliwości).
*** W dwóch perspektywach: a) łączącej ówczesnych i współczesnych odbiorców, odnoszącej się do genezy status quo; b) XXI-wiecznych czytelników, którzy powinni otrzymać szereg przypisów nt. międzywojnia, ówczesnych nastrojów, wydarzeń politycznych, trendów itd.
**** Deklaruje dobrą znajomość włoskiego, podstawową arabskiego, flamandzkiego (dzięki czemu rozumie afrikaans); sygnalizuje, że umie porozumiewać się po francusku i z tekstu wynika, że zna go równie dobrze co włoski; ponadto, komunikuje się łamanym angielskim, podczas podróży przyswaja pewną pulę słów portugalskich oraz podstawy tubylczych narzeczy. Twierdzi, że zna kiswaili (czyli suahili).
***** „Ruwenzori zdawało się wzywać mnie z powrotem, ale ja wiedziałem, że już nigdy nie dane będzie mi tam wrócić…” (str. 130) – prorocze słowa. Podczas długiego, kilkuletniego tripu, Nowak traci na wadze – pod koniec deklaruje spadek o 20 kilogramów – pije zanieczyszczoną wodę i spożywa to, czym częstują go tubylcy, jednocześnie walcząc z nawracającą malarią. Na zdjęciach zamieszczanych w dalszych partiach książki sprawia wrażenie wycieńczonego, nie ma wątpliwości, że przedłużająca się podróż była dla jego organizmu wyniszczająca. Brak higieny, odpowiedniego komfortu termalnego, nieustanne wystawienie na stres, nieodpowiednie nawodnienie, niedostateczna liczba kalorii – obniżały jego siły witalne.
•
Kompilacja Łukasza Wierzbickiego, ratująca Kazimierza Nowaka od zapomnienia, to najlepsze co można było zrobić. Jednak tekst powinien trafić do czytelników z szeregiem przypisów prostujących błędy i nieścisłości, lub dopowiadających to, co autor przemilczał. Póki co, w książce jest jeden przypis, i bardziej mąci niż objaśnia.
Autor niekiedy mija się z prawdą. Zdarza mu się błędnie rozpoznawać lokalne zwierzęta, najczęściej identyfikuje je jako znane sobie gatunki, pochodzące z innych kontynentów (np. świnki morskie). Czasami zwyczajnie ponosi go fantazja. (Zidentyfikowane błędy umieszczam na końcu notatki).
•
Autor, jako Polak urodzony jeszcze pod zaborami, który oglądał odrodzenie RP w wieku 21 lat, dosyć dobrze rozumie problem braku suwerenności, represji, walki pod obcymi sztandarami, i pod tym kątem współczuje krajowcom, jednocześnie jednak nie jest wolny od uprzedzeń, i otwarcie deprecjonuje ich sposób życia, co niekiedy podyktowane jest trzeźwą oceną, a niekiedy prądami epoki (rasizm, eugenika). Formalnie odżegnuje się od dyskryminacji, ale to co pisze, sugeruje antypatię. Boleje nad wyzyskiem rdzennej ludności, niszczeniem lokalnych kultur, odbieraniem ziem czy przemocą seksualną, zwłaszcza tą dotykającą dziewczynek. Postrzega kolonializm jako projekt nastawiony na maksymalizację zysków, realizowanych rękoma czarnej ludności: „Afryki nie cywilizuje się, lecz eksploatuje ją najzwyczajniej… kopalnie, plantacje, a nade wszystko pierwotność tubylców” (str. 338).
Myśli trzeźwo, i bardzo zdrowo, zwłaszcza jak na swoje czasy: „Jest rzeczą oczywistą, że Afryka bez białych, bez ich pomocy naukowej, technicznej i pieniężnej nie będzie miała szans rozwoju. Jednak nie będzie ich miała także, jeśli nie zapanują stosunki przyjazne, nie wyeliminuje się wszystkich nieporozumień, nie zlikwiduje dyskryminacji rasowej” (str. 194-195).
Pozostając człowiekiem swoich czasów, wyrasta ponad przeciętność. Często pozwala sobie na ryzykowne stwierdzenia, które dziś interpretowane byłby jako rasistowskie i nie na miejscu, np. pisze o „głupim Arabie” (str. 59) czy „czarnych głupich Bantu” (str. 125),o „dzikich tubylcach” których potem zrównuje ze zwierzętami („[…] tu uczył się Beduin swej dzikości”, str. 64); mówi o ludziach „półdzikich” (str. 73) albo „dzikim Murzynie” (str. 79),o czarnych w europejskich strojach wyglądających jak małpy, z małpimi oczami… jest tego sporo, jednak wbrew temu co mogły podpowiadać współczesne, spaczone hiper-poprawnością polityczną interpretacje, Nowak nie pisze o intelektualnej niższości wynikającej z uwarunkowań biologicznych, sugeruje raczej problemy natury społecznej, w nich upatrując źródła problemu. Podczas pobytu w Ruandzie, wspomina o wyższość kulturowej Tutsi, którą wiąże z aparycją zdradzającą domieszkę genów innych niż negroidalne, a kojarzących się z fizis Europejczyków (str. 145) – jednak łączy to bardziej z pewnym dziedzictwem, nie zakładając niezdolności do podźwignięcia się z nędzy innych, sąsiednich plemion. Przydałby się tutaj komentarz, w ramach obszernego posłowia.
Wówczas, w międzywojniu, po ulicach polskich miast nie spacerowało tylu czarnoskórych co teraz, w zasadzie w ogóle ich nie było, zwłaszcza polskojęzycznych czy dzieciaków z mieszanych związków, Nowak nie musiał uważać na słowa, i nie robił tego. Nie musiał też potępiać rasizmu, a jednak są tu zdania które robią to otwarcie. W głębi serca wiedział co jest właściwe, i to jest najważniejsze.
•
Pan Kazimierz potępia kłusownictwo, i zwraca uwagę na przetrzebienie afrykańskiej zwierzyny, chociaż sam strzela dużo i chętnie. Krytykuje zabijanie dla sportu, jako formę rozrywki. Zaczynając podróż w Maghrebie, przemierza pustynię bez broni, potem jednak się z nią już nie rozstaje, i przy pomocy dubeltówki organizuje sobie wyżywienie, co w jego sytuacji było koniecznością.
•
„[…] przebijam się przez Afrykę o własnych siłach […]” (str. 170). No tak, bez partnera z Europy, ale z pomocą lokalnych przewodników, tragarzy, opiekunów, dzięki szczodrości dobrych ludzi, lub ludzi przymuszonych do pomocy, drepczących pod lufą strzelby. To jest jednak pierwsza połowa XX wieku, nie wiek XIX, kiedy ogromne połacie kontynentu pokryte były białymi plamami, na szczęście istniały już w głębi miasta i osady, które mogły służyć za dogodne przystanki, miejsca regeneracji i uzupełniania zapasów. Choć nie zawsze tak gościnne jak można było sobie życzyć.
•
„Religia tubylczych plemion [południowego Sudanu] to bezmiar poddania się woli przeznaczenia, to wyjaśnienie zagadki, dlaczego w XX wieku Murzyni żyją jak nieludzie i bezczynnie trwają w puszczach bezkresnych, groźnych” (str. 98)*.
Autor wspomina o katolickich świętach, jako istotnych datach porządkujących czas, zwraca uwagę na aktywność misjonarzy, raczej z sympatią, i nie ma problemów z pejoratywnym określaniem tubylców „poganami”. Cóż, takie były czasy. Odwołam się do książki którą Nowak musiał znać, bo wychodziła w odcinkach w latach 1910-1911, a krótko potem trafiła do druku. (Jej tytuł pojawia się na str. 153, jako część zdania). Mam w związku z nią kilka istotnych przemyśleń, które zaczęły się przebijać do opinii publicznej stosunkowo niedawno.
Jedną z niewielu lektur jakie faktycznie mi się podobały, i które mogłem bezproblemowo przyswoić, z uwagi na odpowiednie dobranie do wieku, było w Pustyni i w puszczy. Wcześniej oglądałem już i film, i mini serial z ‘73, które puszczano w telewizji przy okazji świąt, więc fabuła nie była zaskoczeniem, i to właśnie ekranizacja zachęciła mnie do zapoznania się z pierwowzorem. Filmowa opowieść była wówczas bardzo intrygująca: arabska kultura, młodzi aktorzy, przygoda, rozmach realizatorski, afrykańskie plenery, muzyka, język polski w egzotyczny otoczeniu (nawet ary z Ameryki Południowej w jednym z „afrykańskich” kadrów!). Oczywiście ukazanie tam szeregu postaci było krzywdzące (np. Chamisa czy Kalego, jako dużych dzieci). Prowadzenie fabuły i poziom intelektualny młodego Tarkowskiego często wypadają nieprzekonująco... ale dzieciakowi to umykało.
Jeśli idzie o książkę, która daje więcej przestrzeni na refleksję, w tekście są dwa fragmenty, które wzbudziły we mnie niepokój i niesmak:
„Po czym [Mahdi] skinął na znak, że posłuchanie skończone, a zarazem rozkazał Grekowi, by wyszedł także. Ów, gdy znalazł się znowu w ciemnościach na placu modlitw, schwycił za ramię Stasia i począł nim potrząsać z gniewem i rozpaczą.
– Przeklęty! zgubiłeś to dziecko niewinne – mówił wskazując na Nel – zgubiłeś siebie, a może i mnie.
– Nie moglem inaczej – odpowiedział Staś.
– Nie mogłeś! Wiedz, że skazani jesteście na drugą podróż stokroć gorszą od pierwszej. I to jest śmierć – rozumiesz? W Faszodzie febra zabije was w ciągu tygodnia. Mahdi wie, dlaczego wysyła was do
Smaina”**.
„Kto by ci zabronił zostać w [głębi] duszy chrześcijaninem? – mówił [Grek]. – Myślisz, że ja nim nie jestem? Ale nie jestem głupcem. Tyś zaś wolał się popisać ze swym fałszywym bohaterstwem. Oddawałem dotąd wielkie usługi białym jeńcom, a teraz nie będę mógł ich oddawać, bo Mahdi zagniewał się i na mnie. Wszyscy poginą. A twoja mała towarzyszka niedoli na pewno! Zabiłeś ją! W Faszodzie dorośli nawet Europejczycy giną z febry jak muchy, a cóż dopiero takie dziecko. A jeśli każą wam iść piechotą przy koniach i wielbłądach, to ona padnie pierwszego dnia. To tyś tego narobił. Cieszże się teraz... ty chrześcijaninie!”***.
Upór i głupota młodego Tarkowskiego, kompletny brak instynktu samozachowawczego, są w tej scenie zatrważające. Zamiast podejść do sprawy pragmatycznie i sprytnie wykiwać ograniczonego fanatyka łasego na pochlebstwa, który tak naprawdę nie oczekuje zbyt wiele, bo ma na głowie ważniejsze sprawy natury militarnej, ten zgodnie ze swoim religijnym wychowaniem, zgodnie z duchem czasów, wybiera bezsensowną konfrontację. Wypowiadając raptem jedno zdanie, muzułmańskie wyznanie wiary (szahadę),mógłby odsunąć wszelkie niebezpieczeństwo, ale po co, skoro można zostać męczennikiem, i stracić życie w imię wierności źle rozumianemu przesłaniu jakiegoś proroka apokaliptycznego ze starożytnej Palestyny, gdzieś w środkowym, pylistym Sudanie. Jak zły, nieprawidłowy model myślowy utrwala ten fragment?
„Staś dowiedział się na miejscu, że Kali cieszy się dobrym zdrowiem, że włada, od protektoratem angielskim, całą krainą od Jeziora Rudolfa i że sprowadził misjonarzy, którzy szerzą wśród dzikich miejscowych wszczepów chrześcijaństwo”**** – ostatnia strona książki. Pamiętam, że kiedy to czytałem, głęboko zaniepokoiło mnie, że coś co jest w sposób oczywisty negatywne – tj. niszczenie własnej kultury i bezrefleksyjne wprowadzanie destrukcyjnego kultu rozpowszechnionego w Europie – serwowane jest jako optymistyczny, krzepiący finał. Poczułem się wtedy dokładnie tak samo, jak podczas zapoznawania z biblijnym podbojem Kanaanu, w którym plądrowanie i niszczenie Jerycha, połączone z rzezią, serwowane jest jako normalny, pożądany, i akceptowany przez boga Jahwe proces. (Pomyślałem wtedy, że inaczej niż w bajkach, opowiadamy się za tymi złymi, nieco później miałem to w Dungeon Keeper 2 [1999]).
Było to dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Nie wiem czy to przez filmy dokumentalne w których serwowano wstawki z życia amazońskich Indian, które najwyraźniej zaczepiły mi dobre myślenie, czy też wszystkie impulsy skłaniając do nieufności wobec Kościoła… ale fakt faktem, że mam to w głowie do dziś*****.
_______________________
* Na tej samej stronie autor pomstuje na rolniczą bierność, niezagospodarowane tereny wokół murzyńskich siedlisk, jak gdyby nie rozumiejąc, że polowanie uniezależnia tych ludzi od kaprysów pogody, nie martwią ich susze i to, czy wysiłek włożony w uprawę się zwróci; pozwala to im zaoszczędzić czas, i skupić się na relacjach społecznych. Mimo że Nowak krytykuje kolonializm jako wyzysk i ograniczanie wolności, to jednak zachowuje myślenie typowe dla swoich czasów, i uważa że ktoś powinien odwieść tubylcze plemiona od ich dotychczasowej, prymitywnej egzystencji, a klepanie pacierzy to dobry początek. „Tutejszy Murzyn to duże dziecko” (str. 114) – pisze Polak, i jeśli podejść do tego bez źle rozumianej poprawności politycznej, wziąć pod uwagę mało higieniczne praktyki związane z wcieraniem kału we włosy, stosowaniu moczu w kulinariach i pielęgnacji skóry, czy bezsensownym okaleczaniem oraz agresję jako bazowy sposób rozwiązywania nieporozumień, to nie można się na to oburzać. Jest to obecnie źle widziane, ale fakty są takie, że ogromne połacie kontynentu były w epoce kamienia łupanego lub wczesnego neolitu, i Europejczycy faktycznie zaszczepili tam cywilizację (choć nie do końca z pobudek altruistycznych, w duchu drapieżnego kapitalizmu, co miało swoją cenę). Co istotne, rdzenna ludność w okresie kolonializmu powiększyła się, nie zmalała – to nie jest przypadek (leki, dostęp do żywności, zapobieganie chorobom, lepsza higiena, ukrócenie odwiecznych waśni międzyplemiennych itd.). Obecność Europejczyków, w dłuższej perspektywie, była dla czarnych korzystna. W wielu krajach nadal korzysta się z infrastruktury z czasów kolonialnych, i powiela zachodnie, europejskie wzorce. „Tu trzeba rozkazywać, imponować siłą, zastraszać, a wtedy niby psy zaczną się łasić i u stóp twych znosić zaczynają jaja i kury, a co im rzucisz – obojętnie, przyjmą pokornie.
Mnie jednak brak tej werwy i agresji kolonialnej, tego tonu, który na Murzyna działa jak bat. Żal mi zresztą tych nędzarzy, którzy nieczłowiecze życie pędzą” (str. 157) – dziś tego typu wypowiedzi cytowano by chętnie jako przykłady rasizmu, ale w istocie jest to realizm. Najlepiej byłoby jednak, aby dzikie plemiona miały szansę żyć w znanym, wypracowanym modelu, i dopiero na drodze własnej inicjatywy, stopniowo, bez narzucania tego odgórnie, decydować się na udogodnienia – miałoby to lepsze efekty, jednocześnie zniknąłby problem wykorzystywania i przemocy, który spotykał miejscową ludność ze strony białych. A przynajmniej byłby na to większe szanse. Autor pisze te słowa w Kongu Belgijskim, a to co tam udokumentowano to niewątpliwie jedna z najczarniejszych kart w historii kolonializmu, i woda na młyn dla wszelkich ruchów narodowo-wyzwoleńczych.
** Henryk Sienkiewicz, W pustyni i w puszczy, Warszawa 1959, str. 109.
*** Ibid., str. 110.
**** Ibid., str. 302.
***** 5 klasa podstawówki, 11 lat?
•
Do przesłuchania, najlepiej w przyśpieszonym tempie (streszczenie pierwszego etapu wyprawy Trypolis-Przylądek Igielny):
DRAMAT KAZIKA ◀🌎 ROWEREM przez AFRYKĘ - Czego szukał Kazimierz Nowak? 🎧 AUDIOBOOK [2024]
https://www.youtube.com/watch?v=AgkLOZL-rNI
•
UWAGI MERYTORYCZNE (Wyd. IV, 2008, dodruk 2010*): str. 6 – błędne oznaczenie granicy Konga Francuskiego i Belgijskiego, pominięcie drogi do Ruandy; str. 51 – „U narodów muzułmańskich rodzina właściwie nie istnieje [!], a Koran nadaje mężczyźnie prawo pana i władcy, sprowadzając kobietę do poziomu niewolnicy, rodzicielki i nałożnicy” – jest wręcz przeciwnie, świat muzułmański rodziną stoi, ale fakt faktem, Nowak ma tu na myśli partnerską relację damsko-męską plus potomstwo, tj. tę „podstawową komórkę społeczną”; str. 56/57 – to między Zallah a Maradah oślepł (str. 57) czy też jednak widział strzelaninę (str. 56)? [ingerencja redaktorska?]; str. 61 – „jaszczury polujące na żmije” – jaki gatunek saharyjski Nowak ma na myśli? (nie ma chyba tam takich gadów?); str. 64 – dzikie świnki morskie (zwierzątka z Ameryki Południowej) w Cyrenajce?, czy autor nie ma na myśli innego gatunku gryzonia?; str. 69 – stare myślenie, niewolnicy wykuwający kamienie do budowy piramid – obecnie wskazuje się na zawodowych budowlańców lub przymusowe prace społeczne; str. 76 – haszysz z korzeni tajemniczego krzewu (haszysz to sprasowana żywica konopi indyjskich); str. 86 – „[…] półnadzy mieszkańcy puszcz z ciałami pokrytymi licznymi bliznami tatuażu” (skaryfikacjami?, wzmianka na str. 116 potwierdza, że nie chodzi o wprowadzanie tuszu pod skórę); str. 100 – dzikie wiewiórki w Sudanie?; str. 104 – autor pisze tutaj, że za pomocą dwóch dzid, w nocy, zabija lwa (samca, 150-250 kg),który atakuje go od frontu… ciężko oddalić myśl, że mamy tu do czynienia z rozmyślnie podaną fikcją (w listach do małżonki też odnosi się do tego zdarzenia); str. 105 – na mapce nie zaznaczono wypadu do Ruandy; str. 113 – „[…] termity, czyli białe mrówki […]” – termity to termity, mrówki to mrówki, reprezentujące dwa odmienne rzędy owadów (brawurowe uproszczenie, jest to kolejny błąd jeśli idzie o zoologię, znacznie wcześniej klasyfikuje skorpiona jako „robactwo”, ale sprawia to wrażenie świadomego wrzucenia różnych, drobnych żyjątek do tego samego wora) + na którejś ze stron podaje, że kopce termitów miewają kilkanaście metrów, tym samym zawyża nieco ich wysokość; str. 129 – Nowak pisze, że ze Szczytu Małgorzaty widzi w oddali Kilimandżaro – obie góry dzieli ok. 900 km, między nimi jest Jezioro Wiktorii (niewspomniane),czy nie jest to odległość nazbyt wielka aby zobaczyć wygasłe wulkany w Tanganice/Kenii?, może widział górę oczami wyobraźni? (po wpisaniu w Google językiem Kalego: „szczyt małgorzaty widać kilmandżaro” wyszukiwarka której ostatnio zaaplikowano IA, wypluwa coś takiego: „Nie, nie ma informacji wskazujących, że ze Szczytu Małgorzaty widać Kilimandżaro. […] Rozlokowanie geograficzne tych gór sprawia, że nie ma możliwości, żeby ze Szczytu Małgorzaty można było zobaczyć Kilimandżaro„); str. 145 – tutaj autor pisze właściwie wprost, zgodnie z założeniami eugeniki, że same rysy Watussi (tj. Tutsi),kojarzące się z rasą białą (wąskie wargi, orle nosy) oraz wysoki wzrost, świadczą o pochodzeniu od narodu o wysokiej kulturze (tj. z Abisynii, a Abisyńczycy – jak sama nazwa wskazuje – to mieszańcy, potomkowie ludności lokalnej i semickiej, arabskiej); jednocześnie pisze o małpich (szympansich) oczach ludów bantu, stricte negroidalnych; str. 150 – okonie w Tanganice?, może chodzi o okonie nilowe?; str. 152 – „Często słyszy się słowo »musungu«, które znaczyć może równie dobrze dziesięć, jak i sto kilometrów” – otóż „muzungu” to słowo na określenie białego w Afryce, a nie miara odległości („Mzungu (pronounced [m̩ˈzuŋɡu]),also known as muzungu, mlungu, musungu or musongo, is a Bantu word that means »wanderer« originally pertaining to the first European explorers to the East African region”, https://en.wikipedia.org/wiki/Mzungu),Nowak chyba zrozumiał swój błąd, bo na str. 172 wspomina o „białym musungu”, na str. 177 również używa tego terminu poprawnie; str. 155 (i dalej) – autor pisze o mrówkojadzie, ale ten żyje w Ameryce Południowej (!),ma zapewne na myśli mrównika (orycteropus afer); str. 169-170 – autor beztrosko doprowadza do pożaru na sawannie, który wedle jego oceny strawił kilka kilometrów kwadratowych, a zatem uśmiercił owady, gady, małe ssaki (!); str. 189 – Wodospad Wiktorii (Wodospadów Wiktorii – na tej samej stronie zapisuje to poprawnie); str. 204 – w Południowej Afryce nie ma świstaków (autor myli je zapewne z góralkami); str. 205 – w tekście pada określenie „Kafry” a jedyny w książce przypis spieszy z pomocą: „nazwa nadana przez Arabów ludom Bantu” – no nie do końca, termin pochodzi od pejoratywnego kafir (niewierny),i ma w Południowej Afryce różne warianty („Kaffir {również Kafir, Kaphar, Kaphir, Kafari, Caffre, Kaffer, itp.} – pogardliwe określenie osoby czarnoskórej, używane w Afryce Południowej […]”, https://pl.wikipedia.org/wiki/Kafir),„– Pierdoleni kafarzy. Mówię ci, czasem to chciałbym, aby któryś z nich spróbował szczęścia i wszedł na moją farmę. Wystrzelam ich wszystkich” – Afrykaner o Afrykańczykach (Wojciech Rogala, Gatunek Zagrożony. Biali Afrykanie w RPA, Warszawa 2025, str. 289); str. 221-222 – wedle autora, „Makak” po bursku oznacza małpę, ale makak to po prostu gatunek rzeczonego zwierzęcia (w afrikaans, tak jak po polsku, nie ma rozróżnienia na monkey i ape, jest tylko aap); str. 222 – „[…] Burowie, przeważnie mieszanej rasy […]” – tj. Koloredzi; str. 227 – mapka Afryki Południo-Zachodniej, jezioro Otijkoto jest na niej zaznaczone mniej więcej tam, gdzie Du Plessis, natomiast faktycznie leży pod Tsumeb, ok. 319 km od tego punktu (!); str. 240 – żako w północnej Namibii?, „bagienny step” i „sucha jak pieprz dżungla” (?); str. 249 – „[…] tubylcy sieją curry […]” – curry to mieszanka przypraw (kurkuma, imbir, pieprz, kolendra, kmin rzymski, gorczyca, chilli, sól) lub potrawa przygotowana z jej użyciem, internet podpowiada, że kocanka włoska (helichrysum italicum),funkcjonuje pod nazwą „Kocanka włoska Curry” (wedle opisu z uwagi na zapach, ale pewnie również z uwagi na żółty kolor kwiatów)… co autor ma na myśli?; str. 273 – liście tabaki (tytoniu); str. 273 – „wydry” w dorzeczu Kongo, autor ma na myśli wyderkę białolicą (inaczej: wydrzyca afrykańska, lutra capensis); str. 275 – przez Kongo?, belgijskie sztandary?, wedle narracji jesteśmy w Angoli; str. 280 – gdzie Dilolo Gare, a gdzie rzeka Lulua?, z narracji wynika, że podany punkt leży przy korycie Lulua lub w jej bezpośredniej okolicy; str. 291 – autor pisze o wampirach z psimi głowami – nietoperze jakie obserwuje są owocożerne (!),chodzi mu zapewne o megachiroptera, eidolon helvum lub młotogłowa wielkogłowego (nietoperze żywiące się krwią przypominają nasze, rodzime gacki, i są raczej niewielkie); str. 311 – na tej mapce Leopoldville jest na terytorium Francuskiej Afryki Równikowej (!); str. 339 – świnka kolczasta (jeżozwierz afrykański, hystrix cristata?); str. 379 – za kształt saharyjskich formacji skalnych, odpowiedzialna jest erozja, nie fale morza; str. 386 – tutaj autor mija się z prawdą, bo już w pierwszym etapie podróży – na odcinku Trypolis-Przylądek Igielny – korzysta i z automobilu, i z transportu rzecznego.
UWAGI TECHNICZNE (pisownia sprawia wrażenie zmodernizowanej): str. 85 – błąd kompilatorski (?),kiedy ponownie wracamy do miasta Omdurman, narracja prowadzona jest tak jakby to co wyżej nigdy nie padło; str. 91 – „Murzyni nie zaczepiali nigdy, jednak trzymali się z daleka” – albo „jednak” do skasowania, albo autor stara się wyrazić taką myśl: czarni się nie naprzykrzali, ale to dlatego, że utrzymywali dystans, bo normalnie są namolni (?); str. 238 – nie różowa (nieróżowa); str. 252 – „[…] wracamy do Onupanda […]” – do kogo, czego? (termin nie pojawia się wcześniej); str. 267 – „S.O.S.” (SOS); str. 283 – nie osłonięte (osłonięte); str. 283-185 – nieudane zestawienie dwóch tekstów, oba akapity inicjują temat Musumby zamiast gładko się uzupełniać; str. 321 – nie wyjaśnioną (niewyjaśnioną); str. 349 – we (w); str. 378 – nie znane (nieznane).
_______________________
* „Wydanie IV – »do plecaka« (zmniejszony format wydania III) drukowane od maja 2008
[…] Dodruk III kwartał 2010” (str. 4).
„[…] jakaś przepotężna siła gna mnie naprzód ku odległym krajom murzyńskim, oprzeć się jej nie mam mocy” (str. 78).
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Nie przyjechałem do Afryki, by się wzbogacić ani by pobić jakiś rekord. […] żadna z wielkich fabryk nie finansuje mojego przedsięwzięcia. Ani państwo, […] ostatnie dwadzieścia złotych, jakie jeszcze w Rzymie posiadałem, zapłacić musiałem w polskim konsulacie...