
Wielki marsz

266 str. 4 godz. 26 min.
- Kategoria:
- kryminał, sensacja, thriller
- Format:
- papier
- Seria:
- Kolekcja Mistrza Grozy
- Tytuł oryginału:
- The long walk
- Data wydania:
- 2017-12-13
- Data 1. wyd. pol.:
- 2017-12-13
- Liczba stron:
- 266
- Czas czytania
- 4 godz. 26 min.
- Język:
- polski
- ISBN:
- 9788380973237
- Tłumacz:
- Paweł Korombel
- Ekranizacje:
- Wielki marsz (2025)
Mroczna, alegoryczna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych. Stu wybranych chłopców wyrusza w doroczny morderczy marsz. Za nimi krok w krok podążają żołnierze, gotowi każdy przejaw nieprzestrzegania zasad ukarać strzałem z karabinu, a w mijanych miasteczkach czakają na nich spragnienie mocnych wrażeń i rozlewu krwii kibice. Meta marszu będzie tam, gdzie padnie przedostatni z uczestników. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na zasady fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych.
Dodaj do biblioteczki
Reklama
Szukamy ofert...
Kup Wielki marsz w ulubionej księgarni
Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Oceny książki Wielki marsz
Poznaj innych czytelników
18575 użytkowników ma tytuł Wielki marsz na półkach głównych- Przeczytane 13 848
- Chcę przeczytać 4 552
- Teraz czytam 175
- Posiadam 3 228
- Ulubione 985
- Stephen King 302
- King 92
- Chcę w prezencie 91
- 2018 81
- 2025 71











































OPINIE i DYSKUSJE o książce Wielki marsz
Ta historia to tak naprawdę opowieść o brutalnym konkursie, w którym bierze udział stu nastoletnich chłopców maszerujących bez przerwy przed siebie, w którym zwycięzca może być tylko jeden.
Uczestnicy muszą utrzymywać określoną minimalną prędkość marszu. Każde zwolnienie oznacza ostrzeżenie, a po trzech ostrzeżeniach zawodnik zostaje wyeliminowany przez żołnierzy pilnujących wydarzenia. Marsz trwa tak długo, aż przy życiu pozostanie tylko jeden chłopiec, który otrzymuje dowolną nagrodę, o jakiej tylko zamarzy.
Tyle z fabuły…
Autor, w tym wypadku piszący pod pseudonimem, równie tajemniczo opowiada nam historię osadzoną w świecie, o którym nie wiemy za dużo. Wiemy jednak, że jedną z głównych rozrywek „lokalsów” jest właśnie tytułowy marsz.
Książka ta, to taka trochę opowieść o dojrzewaniu. Chociaż poznając bliżej bohaterów powieści można zauważyć, że nie brakuje im męskości i odwagi.
Chwilami jednak widać w nich po prostu dzieci. Są to chwilę zwątpienia, tęsknoty za pozostawionymi daleko za nimi bliskimi i mocno dokuczającego bólu fizycznego i tego trudniejszego do wyleczenia – kryjącego się w ludzkim umyśle.
Czytając „Wielki marsz” wielokrotnie łapałem się na tym, że zaczynam kibicować uczestnikom. I to uczucie niepewności i ekscytacji towarzyszyło mi aż do końca.
Tradycyjnie muszę wspomnieć po raz kolejny o genialnym retro wydaniu. Ta książka po prostu prezentuje się genialnie.
Polecam gorąco
Ta historia to tak naprawdę opowieść o brutalnym konkursie, w którym bierze udział stu nastoletnich chłopców maszerujących bez przerwy przed siebie, w którym zwycięzca może być tylko jeden.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toUczestnicy muszą utrzymywać określoną minimalną prędkość marszu. Każde zwolnienie oznacza ostrzeżenie, a po trzech ostrzeżeniach zawodnik zostaje wyeliminowany przez żołnierzy...
Moim skromnym spostrzeżeniem jest, że Stephen King najlepiej sprawdza się w tych historiach, które są krótkie. Jednym z przykładów tej perfekcji krótkich narracji wydaje mi się „Wielki Marsz” wydany pod pseudonimem jako Richard Bachman. Antyutopijna opowieść o koszmarnym teleturnieju potrafi zafascynować, wciągnąć, a nawet przyprawić o ból stóp.
Setka nastoletnich uczestników na linii startu. Przemówienie majora, sygnał dla rozpoczęcia marszu. Rozpoczyna się walka o przeżycie mogąca mieć wyłącznie jednego zwycięzcę. Tego, który będzie szedł najdłużej i nie zwolni poniżej ściśle narzuconego tempa. Na pozostałych czeka wyłącznie kula w łeb oraz worek na zwłoki. Garraty, syn stanu Maine, prze naprzód. Istnieje tylko droga, krok za krokiem w niekończącym się piekle marszu. Czy w rywalizacji o takiej stawce można znaleźć jakiekolwiek miejsce na człowieczeństwo, przyzwoitość lub po prostu bezinteresowną przyjaźń?
Mogłoby się wydawać, że opowieść sprowadzająca się do dużej grupy idącej nieustannie przed siebie będzie nudna. Nic bardziej mylnego – ta nietypowa ekspozycja pozwala w niecałych trzystu stronach dostarczyć tony wrażeń. Przekrój przez tajemniczy świat, w którym miejsce ma „Wielki Marsz”, intryguje, aż chciałoby się dowiedzieć o nim więcej. Jednak nawet to ostrożne uchylenie rąbka tajemnicy mówi bardzo wiele, a każda kolejna informacja wyłącznie rozbudowuje i tak przerażający już obraz. Bardzo ciekawie obserwuje się również samych bohaterów; ich przyjaźnie, wspomnienia, rozterki oraz potworną niesprawiedliwość spadającą na kolejnych uczestników ”rozgrywki”. Te migawki z przeszłości nie mówią wiele, a jednocześnie wszystko, co najważniejsze – fakt, że żaden z nich nie powinien był się tam znaleźć. Emocje towarzyszą tej podróży od początku aż do niezwykle wstrząsającego końca. Jednocześnie, co niezwykłe: szkoda, iż zakończenie urywa się tak szybko. W dwóch końcowych rozdziałach dzieje się nieco za dużo na raz, przez co nie grają one na uczuciach tak, jak byłyby w stanie.
Tekst powieści jest niezwykle spójny, prosty, nie rozwleka się bez powodu. Wprawdzie to opowieść bazująca na dygresjach, w których King naprawdę się lubuje, ale tutaj zabieg ten zwyczajnie pasuje do konwencji i nie wydaje się na siłę. Motorem napędowym są tu jednak przede wszystkim dialogi, a te trzymają wysoki poziom, potrafiąc oddać narrację w ręce samych bohaterów. Jednocześnie poszczególne postaci mogą się pochwalić kompletnie różnymi osobowościami, co świetnie wybrzmiewa w ich wypowiedziach.
„Wielki Marsz”, choć należy do nieco krótszych form spod ręki mistrza grozy, może bez przeszkód znaleźć się pośród najlepszych jego autorstwa. Opowieść ma drobne niedociągnięcia, a niektóre fragmenty zasługiwały na rozbudowę. Niemniej w moim odczuciu nawet pomimo tego tytuł ten zasługuje na 8/10.
Moim skromnym spostrzeżeniem jest, że Stephen King najlepiej sprawdza się w tych historiach, które są krótkie. Jednym z przykładów tej perfekcji krótkich narracji wydaje mi się „Wielki Marsz” wydany pod pseudonimem jako Richard Bachman. Antyutopijna opowieść o koszmarnym teleturnieju potrafi zafascynować, wciągnąć, a nawet przyprawić o ból stóp.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSetka nastoletnich...
Wyczuwałam już ten konkretny moment. Zbliżał się czas, by sięgnąć po kolejną książkę Stephena Kinga. Jednak tym razem wybór nie był prosty, bo nie miałam na oku żadnego konkretnego tytułu. Byłam otwarta zarówno na te historie, które poznałam w przeszłości, jak i na te nieznane. Każda książka Kinga ma to do siebie, że oferuje zupełnie inny horror i nieco inny aspekt z życia, któremu warto się bliżej przyjrzeć. Dlatego było mi trudno się zdecydować.
Jednak przypadkowo dowiedziałam się o najnowszej ekranizacji historii, która nigdy nie była wcześniej filmowana. Potraktowałam to jako punkt zaczepny i zainteresowałam się „Wielkim marszem”. Jest to jedna z tych książek, które wywodzą się ze skromnego dorobku alter ego Kinga Richarda Bachmana. Posługiwał się tym pseudonimem nie tylko po to, by ominąć ograniczenia wydawnicze, ale także pragnął odciąć się od swojej narastającej sławy i sprawdzić, czy jego książki będą się sprzedawać bez słynnego nazwiska. Nowa tożsamość literacka dała mu większą swobodę i chęć stworzenia coś spoza swojego uniwersum. Ta powieść jest starszym dziełem, które nie miał okazji wypuścić na rynek. King poszedł wtedy w literaturę spekulatywną i stworzył swoją własną amerykańską dystopię.
BEZTREŚCIWY ŚWIAT
Bachman jest bardziej oszczędny w słowach i wyjaśnieniach od Kinga. Nie odsłania nam w pełni swojego świata ani z poziomu mikro, ani z makro, choć przemierzamy go wraz z bohaterami. Opisy otoczenia są minimalistyczne, przekazywane bardziej w formie dygresji czy aluzji i ukazują zubożały ekonomicznie kraj z pustynnymi, wiejskimi czy przemysłowymi terenami. Oczywiście ta oszczędność jest celowa. Prawdziwa rzeczywistość rozgrywa się bowiem na drodze.
Niewiele więcej można powiedzieć o strukturze ustroju tego świata. Mamy tu Amerykę w nieokreślonej przyszłości albo alternatywnej rzeczywistości, która w wyniku kryzysu czy wojny stała się totalitarnym państwem policyjnym zarządzanym przez wojsko i innych mundurowych. Na czele tej junty stoi tajemniczy major, który nie tylko nadzoruje tytułowy marsz, ale też uosabia opresyjny reżim. Rządzi zubożałą społecznością twardą ręką i zwalcza wszelkie przejawy buntu z wojskową bezwzględnością. Jest to ponura wizja, w której społeczeństwo zostało zaszczute, a publiczne morderstwa są nie tylko sankcjonowane, ale też celebrowane.
Coroczny Wielki Marsz jest zarówno kolejnym narzędziem kontroli, jak i przede wszystkim medialną i społecznie akceptowaną rozrywką. To morderczy konkurs i wielkie wydarzenie sportowe, któremu poprzedzają formalności i testy wytrzymałościowe.
Zgłoszenie jest dobrowolne i ukazywane jako coś prestiżowego. Rodzina często jest przeciwna, ale wśród mieszkańców reprezentanci uchodzą za małe sławy, którym się kibicuje. Albowiem tylko stu młodych mężczyzn może się zakwalifikować do marszu. Zasady są proste, ale równie bezwzględnie weryfikowane. Uczestnicy Wielkiego Marszu muszą iść nieprzerwanie wyznaczoną trasą bez limitu żwawym, wojskowym tempem. Otoczeni przez uzbrojonych żołnierzy, nie mogą ani zwolnić poniżej określonego tempa, ani odejść z drogi. Po trzech ostrzeżeniach otrzymują kulę i wypadają z gry. Dożywotnia sława, bogactwo i spełnienie najskrytszych życzeń czeka tylko tego, który jako jedyny pozostanie na drodze przy życiu. Niektórych ta nagroda bardzo kusi, choć niewiele się wspomina o poprzednich zwycięzcach. Nikt nie chce się poddać, a tegoroczny marsz będzie wyjątkowo zacięty.
ŻYCIE I UMIERANIE NA DRODZE
W książce śledzimy tę sytuację z perspektywy Raya Garraty'ego, szesnastoletniego uczestnika Wielkiego Marszu, który nie był do końca pewny, dlaczego się na niego zgłosił. Razem z nim stykamy się z opresją i zmaganiami, którymi jest stale poddawany. To jest najmocniejsza strona tej powieści. Autor wciąga czytelnika do tego surowego świata niemal siłą. Czasami miałam takie upiorne wrażenie, jakbym tam maszerowała razem z innymi.
King stworzył na tej długiej drodze małą społeczność pełną interesujących jednostek. Skupił się szczególnie na grupce wybranych chłopaków. Poznajemy dokładnie ich odczucia fizyczne i psychiczne, które wraz z pokonanymi milami stale się zmieniają. Te zmiany są nie tylko świetnie ukazane, ale także mrożą krew w żyłach. Choć wszyscy kandydaci dążą do tego samego miejsca, nie jest to bezmyślna, szara masa, a żywe i barwne postacie, które mają swoje własne cele, przemyślenia i reakcje na daną sytuację. Jako czytelnicy wyraźnie odczuwamy ich młodość, niedoświadczenie i nieświadomość.
Bardzo interesującym elementem są też ich więzi międzyludzkie, które się w tej bezprecedensowej sytuacji utworzyły. Wiele osób nie poddało się tej morderczej rywalizacji czy woli władzy. Właściwie to wbrew wszystkiemu zawarto pakty przyjaźni, dla których poświęca się nawet własne życie. Te relacje odciążają nie tylko wymęczoną psychikę, ale też pozwalają zachować to życie, gdy człowiek się załamuje. Te relacje są bardzo podobne do frontowych przyjaźni, których nie da się w takiej postaci odtworzyć w normalnym życiu. Kontrastuje to wyraźnie ze świadomością, że przyjaciel jest też przeszkodą w przetrwaniu.
Można o tym dyskutować czy Wielki Marsz jest w takiej postaci do przejścia. Wydaje się to być nieco oderwane od rzeczywistości, choć nie na tyle, by kompletnie uznać tę sytuację za nierealną. King trochę się machnął z tym szybkim tempem i nieco przecenił kondycję swoich bohaterów, którzy mają jeszcze siłę na mówienie. Z kolei bardzo dobrze oddano urazy i wyczerpanie, które dobijało uczestników z każdym dniem coraz bardziej, podobnie jak obecność stałego zagrożenia, które nie ustępowało od nich ani na krok. Spotkałam się z ciekawymi opiniami i według specjalisty z dziedziny fitnessu dowiedziałam się, że wytrenowany człowiek mógłby to przejść, ale nawet dla kogoś takiego potrzeba snu byłaby nie do pominięcia.
ODNIESIENIA I INSPIRACJE
Dystopie mają to do siebie, że z reguły posiadają drugie dno. W końcu podłożem tego podgatunku są lęki czy obawy związane z tym, co autor zaobserwował czy doświadczył w rzeczywistym świecie. Często budzą niepokój i skłaniają do refleksji. Katastrofa klimatyczna, rozwój technologii czy uderzające w wolność ustroje totalitarne są szczególnie bliskie czytelnikowi.
Dystopie są często produktem swoich czasów, ale potrafią być zaskakująco uniwersalne w swoim przekazie. „Wielki marsz” został napisany w latach 60. i 19-letni wówczas King odniósł się w niej do wojny wietnamskiej, przenosząc poniekąd swoje niepokoje na karty tej książki.
King nie odczłowieczył swoich postaci, ale władza już tak. Jest wyzuta z emocji i kompletnie obojętna na śmierć innych. Mami młodych ludzi bogactwami i słodkimi obietnicami, dla których mają wyrzucić swoje życie. Zarówno chłopcy, jak i ich cierpienie stają się nośnym towarem, który jest eksplorowany na drodze, a spragnione wrażeń społeczeństwo ignoruje tragiczny aspekt tego turnieju.
Za tym makabrycznym pomysłem skryła się nie tylko krytyka niesmacznych programów telewizyjnych, które przekraczają granice wytrzymałości i godności ludzkiej dla zwiększenia oglądalności. Dobrano się też do kapitalizmu. Wielki Marsz nie kojarzy się tylko z tymi słynnymi Marszami Śmierci z czasów wojennych, ale też z tym odwiecznym wyścigiem szczurów, w którym ponosi się porażkę już na samym starcie.
Powieść Kinga jest inna od takich tytułów, jak „Battle Royal” czy „Igrzyska śmierci”, w których uczestnicy eliminują się nawzajem, by przeżyć. To jeden z wielu pierwowzorów. Nie skorzystano z konceptu „wszyscy przeciwko wszystkim”, a raczej wykreowano klasyczną „grę śmierci”, w której uczestniczy mierzą się z własnymi ograniczeniami.
MAŁY FILMOWY MARSZ
Obejrzałam zaraz po lekturze film. Nie zawsze mam po powieści Kinga ochotę na poznanie ekranizacji, ale od niej się wszystko zaczęło, więc czemu nie spróbować? Oglądam obecnie mało filmów, a nowych prawie wcale, więc mam zwiększoną tolerancję, dzięki której mogłam się nawet cieszyć seansem.
Ekranizacja trzyma się w dużym stopniu oryginału, choć w wielu miejscach zastosowano uproszczenia i zmieniono kluczowe sceny, a przez to historia została nieco spłycona i pozostało mało w sferze domysłów. Nie był to wielki film, ale nie odebrałam go też jako tragedię na poziomie rozrywkowym. Miał kilka mocnych scen i chemia pomiędzy aktorami bardzo mi się podobała. Szczególnie odtwórca Petera McVries’a wydawał mi się bardzo sympatyczny. Interesujące było to, że nad filmem pracowali twórcy „Igrzysk śmierci”. Niemniej nie pozostanie na długo w mojej głowie… w przeciwieństwie do książki.
„Wielki marsz” to trochę niesłusznie zapominana powieść, która dopiero po premierze filmu dostała kilka dodatkowych wznowień. Jasne, jest trochę niedopracowana i brakowało jej pewnego szlifu, ale nie była głupia. King był wtedy młodym idealistą i dał w tej powieści jej wyraz. Teraz jako starszy człowiek, który już wiele przeżył i wyrobił sobie konkretne zdanie, pisze w zupełnie inny sposób. Wyłowienie tych zmian jest niezwykle fascynujące. Nie jestem fanką popularnych autorów, ale twórczość Kinga ma u mnie szczególne miejsce.
Wyczuwałam już ten konkretny moment. Zbliżał się czas, by sięgnąć po kolejną książkę Stephena Kinga. Jednak tym razem wybór nie był prosty, bo nie miałam na oku żadnego konkretnego tytułu. Byłam otwarta zarówno na te historie, które poznałam w przeszłości, jak i na te nieznane. Każda książka Kinga ma to do siebie, że oferuje zupełnie inny horror i nieco inny aspekt z życia,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZanim powstały pewne azjatyckie seriale, które podbiły świat perspektywą rywalizacji na śmierć i życie, był Richard Bachman. To znaczy Stephen King. A pewnie one częściowo były inspirowane jego pomysłem z "Wielkiego Marszu".
On sam jest tak samo przerażający, jak i prosty: setka chłopaków wyrusza w drogę przed siebie, a wygrać może tylko jeden: ten który przeżyje. Czyli nie dostanie "czerwonej kartki". Wszystko pod patronatem państwa, wśród kamer i wiwatujących tłumów.
Autor znakomicie buduje atmosferę i pokazuje jak łatwo stać się obojętnym na zło - zapewne nie tylko ja czułem różnicę w wewnętrznych emocjach pomiędzy pierwszą śmiercią a tą liczoną w dziesiątkach. Każda kolejna egzekucja stawała się coraz bardziej "normalna". Mistrzostwo. Jedynie zakończenie trochę mnie rozczarowało, ale zapewne takie było założenie.
Sam nie wiem dlaczego - jako miłośnik Kinga - nie przeczytałem tej książki dawno temu (zmotywowałem się przed obejrzeniem ekranizacji - to dopiero przede mną). Ale może i dobrze, bo jako osoba względnie dojrzała lepiej widzę pokazane w niej pewne uniwersalne totalitarne mechanizmy oraz przerażającą psychologię tłumu, które niestety są niezmienne od wieków.
Zanim powstały pewne azjatyckie seriale, które podbiły świat perspektywą rywalizacji na śmierć i życie, był Richard Bachman. To znaczy Stephen King. A pewnie one częściowo były inspirowane jego pomysłem z "Wielkiego Marszu".
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOn sam jest tak samo przerażający, jak i prosty: setka chłopaków wyrusza w drogę przed siebie, a wygrać może tylko jeden: ten który przeżyje. Czyli...
Bardzo przyjemna w tym jak bardzo jest nie przyjemna. Nie jest to horror jak można było się spodziewać, za to dostajemy bardzo dobry dramat. Bardzo ciekawa koncepcja i ciekawe ale gorzkie zakończenie. Polecam i zachęcam również sprawdzić recenzje na YouTube.
Bardzo przyjemna w tym jak bardzo jest nie przyjemna. Nie jest to horror jak można było się spodziewać, za to dostajemy bardzo dobry dramat. Bardzo ciekawa koncepcja i ciekawe ale gorzkie zakończenie. Polecam i zachęcam również sprawdzić recenzje na YouTube.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSłyszałem je jeszcze długo po zamknięciu książki. Kroki. Równe. Uparte. Jakby ktoś mierzył nimi czas, który już do mnie nie należał.
Stephen King w "Wielkim marszu" nie podnosi głosu. Nie potrzebuje cienia ani nagłych zwrotów. Wystarcza rytm. Jednostajny, bezlitosny, hipnotyczny. Chłopcy idą, bo taki jest układ. Dorośli wymyślili zasady, w których nie przewidziano zatrzymania. I właśnie ta administracyjna precyzja najbardziej uwiera.
W pewnym momencie przestaje chodzić o drogę. Zostaje tylko tarcie. Człowiek przeciwko własnemu ciału. Wola przeciwko zmęczeniu. Myśl, która powtarza jedno zdanie, choć sens dawno się wyczerpał. King rozkłada napięcie w oddechu, w drobnych rozmowach, które z pozoru brzmią zwyczajnie. Śmiech pojawia się w najmniej oczekiwanych chwilach. Jakby normalność była ostatnim schronieniem przed tym, co nadciąga.
Najbardziej niepokoi obojętność tłumu. Ludzie stoją przy drodze i patrzą. Oklaskują. Jedzą, rozmawiają, komentują. Spektakl toczy się w świetle dnia. Chłopcy jeszcze przed chwilą mieli plany, imiona dziewczyn zapisane na marginesach zeszytów, wyobrażenia o przyszłości. Teraz cała ich uwaga skupia się na jednym. Nie zwolnić. Nie wypaść z rytmu.
Ta opowieść zaciska się powoli. Strona po stronie. Monotonia marszu drażni jak drobny kamień w bucie. Przez chwilę chciałem przyspieszyć, przeskoczyć kilka kroków. Potem zrozumiałem, że właśnie w tej powtarzalności kryje się sens. Napięcie nie krzyczy. Ono oddycha tuż przy uchu i czeka, aż zaczniesz oddychać razem z nim.
Tu nie chodzi o wygraną. Chodzi o cenę. O to, ile można oddać, by pozostać w grze, która od początku była ustawiona przeciwko tobie. O marzenie, które w miarę drogi traci blask i staje się ciężarem.
Zamknąłem książkę, a rytm wciąż trwał. Jak echo, które nie potrzebuje ścian.
Największy lęk nie mieszka w ciemności. On pojawia się wtedy, gdy człowiek odkrywa, jak daleko potrafi pójść, zanim powie sobie dość
Słyszałem je jeszcze długo po zamknięciu książki. Kroki. Równe. Uparte. Jakby ktoś mierzył nimi czas, który już do mnie nie należał.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toStephen King w "Wielkim marszu" nie podnosi głosu. Nie potrzebuje cienia ani nagłych zwrotów. Wystarcza rytm. Jednostajny, bezlitosny, hipnotyczny. Chłopcy idą, bo taki jest układ. Dorośli wymyślili zasady, w których nie przewidziano...
Sama nie wiem co napisać.
Rozumiem już rozdzielenie twórczości Kinga i pisanie pod pseudonimem. Nie wiedząc nie powiedziałabym że to jego książka, choć niektóre elementy się zgadzają. Całość wypada niestety... źle?
Niezrozumiały dla mnie motyw dystopii. Zachowania bohaterów. Zakończenia. Trochę ostatecznie książka o niczym. Gdyby nie jakieś wstawki i opowieści ludzi, to chyba bym się poddała.
Sama nie wiem co napisać.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRozumiem już rozdzielenie twórczości Kinga i pisanie pod pseudonimem. Nie wiedząc nie powiedziałabym że to jego książka, choć niektóre elementy się zgadzają. Całość wypada niestety... źle?
Niezrozumiały dla mnie motyw dystopii. Zachowania bohaterów. Zakończenia. Trochę ostatecznie książka o niczym. Gdyby nie jakieś wstawki i opowieści ludzi, to...
Mam mieszane uczucia po przeczytaniu książki. Tak jak w przypadku „Uciekiniera” książka zdecydowanie wygrała dla mnie z filmem, tak tutaj jest zupełnie na odwrót. Film podbił moje serce tak mocno, liczyłam po cichu, że książka zrobi to samo. To oczywiście nie tak, że książka mi się nie podobała, jednak pod wieloma aspektami się zawiodłam lub liczyłam na coś innego. Być może gdybym czytała ją jako pierwszą, a potem oglądała film bardziej przypadłaby mi do gustu, tego nie jestem pewna.
To co z pewnością było dla mnie na minus to seksistowskie komentarze i wiele wyobrażeń perwersyjnych scen. Opisy i rozmowy o kobietach jak o przedmiotach trochę odebrały radość z czytania tego tekstu. Na szczęście nie było tego aż tak dużo by mrużyć oczy na każdej stronie. Wciąż wracając do filmu, muszę przyznać, że wszelkie zmiany jakie wprowadzili były bardzo udane. To jak bardzo zmienili postacie Garratiego oraz McVriesa jest szalone, nadali im cel, przeszłość która miała sens i przyszłość dla której warto było kroczyć dalej. W książce zabrakło mi tego celu. Idziesz... po nic? Żeby iść? To przesłanie nie do końca mnie przekonało, film już zdecydowanie tak. Ray jak i Peter chcieli zrobić coś konkretnego, coś co dodawało im sił. Dodatkowo bardzo zmiękczyli ich postacie, w filmie są gotowi pomagać innym, trzymają się w kupie razem i prawie w ogólnie nie odstępują się na krok. W książce czytając odmienną wersję tych postaci to było jak zderzenie się ze ścianą. Zdecydowanie brakowało mi tych interakcji między Rayem a Petem, tych specjalnych.
Lecz tak naprawdę to są jedyne minusy książki. Jest ona na swój sposób szczególna dla mnie, nie należę do szybkich czytelników, a ta książka mnie porwała. Tak jak chłopcy zaczęli iść i nie przestawali aż do końca, tak i ja wzięłam się za czytanie i w jeden dzień udało się skończyć, aż nie mogłam w to uwierzyć. W tej opowieści jest zawarta pewna tajemnica i magia ponieważ od pierwszego rozdziału wiemy na czym polega ta zabawa, wiemy co się będzie działo z bohaterami, a mimo to, wbrew własnemu sercu nawiązujemy z nimi więź i trzymamy za nich kciuki. Bardzo irracjonalne myślenie przez które ostatni rozdział pozostawił mnie w łzach płynących po policzkach. Ostatni trzej bohaterowie którzy zmarli w książce to było jak odebranie czegoś cennego, pewnego rodzaju niewinności z tego świata.
Kończąc, tylko dodam, w filmie moim absolutnym numerem jeden był Ray, jednak w książce brakowało mu tego wszystkiego co dali mu w filmie. Ray wydawał się bać świata, nie wiedział co tam robi i po co to robi. Nie był druhem na którego każdy mógł liczyć. Peter McVries natomiast wciąż jest dla mnie chodzącą zagadką, nawet po książce, do ostatnich stron tak naprawdę nie wiem jaką był postacią. Czy tylko grał twardego i takiego co go nic nie obchodzi rzucając sarkazem na prawo i lewo, czy naprawdę taki był? Ale jeśli tak, to dlaczego tyle razy ratował Raya przed śmiercią, a nie nikogo innego. Bardzo enigmatyczna postać, nieodgadniona przeze mnie.
A teraz specjalny kącik który poświęcę moim ulubionym bohaterom, czego bym się nie spodziewała po filmie. Pewnie, też nie dało się ich nie zobaczyć w filmie, jednak Ray i Pete tak wszystkich przyćmili, że aż szkoda. Ponieważ Stebbins i Gary Barkovitch to absolutne numery jeden w Wielkim Marszu. Myślę, że to postacie które najbardziej zrozumiałam i moje serce lgnęło do nich. Barkovitch zupełnie niezrozumiany przez otoczenie, oraz Stebbins, który szedł z prawdziwym celem, został napisany i sportretowany tak jakby sam mógł być głównym bohaterem.
Mam mieszane uczucia po przeczytaniu książki. Tak jak w przypadku „Uciekiniera” książka zdecydowanie wygrała dla mnie z filmem, tak tutaj jest zupełnie na odwrót. Film podbił moje serce tak mocno, liczyłam po cichu, że książka zrobi to samo. To oczywiście nie tak, że książka mi się nie podobała, jednak pod wieloma aspektami się zawiodłam lub liczyłam na coś innego. Być może...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRany, co za beznadziejna książka. Nie dość że przez większość czasu się nudziłem, to jeszcze trzeba było zdzierżyć inne elementy. Książka jest obleśna, zboczona. Finał to w ogóle nic ciekawego – ot, koniec i tyle. Z opisu zapowiada się ciekawa historia. Niestety sama zawartość tytułu mnie totalnie nie interesowała. Tak jak zwykle słuchałem audiobooka, może to też kwestia że tą wersję czyta lektor którego zbytnio nie toleruje. Totalnie nie przemawia do mnie ta książka. Jednak ja już tak mam z książkami tego autora – nie potrafię docenić tak jak inni. Nie jest dla mnie jakimś guru w świecie książek.
Rany, co za beznadziejna książka. Nie dość że przez większość czasu się nudziłem, to jeszcze trzeba było zdzierżyć inne elementy. Książka jest obleśna, zboczona. Finał to w ogóle nic ciekawego – ot, koniec i tyle. Z opisu zapowiada się ciekawa historia. Niestety sama zawartość tytułu mnie totalnie nie interesowała. Tak jak zwykle słuchałem audiobooka, może to też kwestia że...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest to bardzo dobrze oceniana książka, jednak na mnie tak niestety nie podziała. Szokująca, smutna, ale nie złapała mnie za gardło.
Jest to bardzo dobrze oceniana książka, jednak na mnie tak niestety nie podziała. Szokująca, smutna, ale nie złapała mnie za gardło.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to