
Marcel Proust
Rodzice Prousta byli zamożnymi mieszczanami. Marcel urodził się w Auteuil (przyłączonym do 16. dzielnicy Paryża w 1860) w domu wuja swojej matki, dwa miesiące po tym, jak pokój frankfurcki formalnie zakończył wojnę francusko-pruską. Czas jego narodzin to czas krwawego stłumienia Komuny Paryskiej i powstania Trzeciej Republiki Francuskiej. Duża część W poszukiwaniu straconego czasu dotyczy ogromnych zmian, przede wszystkim upadku arystokracji i wzrostu znaczenia klasy średniej, które nastąpiły we Francji w czasach Trzeciej Republiki i fin de siècle.
Ojciec Prousta, Achille Adrien Proust, był słynnym lekarzem i epidemiologiem, zajmującym się m.in. badaniami nad cholerą w Europie i Azji. Był autorem około 20 książek o medycynie i higienie, jak również licznych artykułów; pod tym względem był wzorem dla Marcela. Jeanne Clemence Weil, matka Prousta, pochodziła z bogatej rodziny żydowskiej. Była niezwykle oczytana. Jej listy zdradzają rozwinięte poczucie humoru, a jej znajomość angielskiego umożliwiła jej współpracę z synem przy jego późniejszych próbach tłumaczenia Ruskina.
Proust spędzał długie wakacje w Illiers, które później, uzupełnione o pewne szczegóły z jego pobytu w domu jego ciotecznego dziadka w Auteuil, stało się modelem fikcyjnego miasteczka Combray, w którym rozgrywają się niektóre sceny W poszukiwaniu straconego czasu. (Nazwa Illiers została zmieniona na Illiers-Combray z okazji obchodów setnej rocznicy urodzin Prousta).
W wieku dziewięciu lat Proust miał pierwszy poważny atak astmy i od tej pory jego rodzina i przyjaciele, jak również on sam, uważali go za osobę słabego zdrowia. Mimo to służył przez rok (1889–1890) w armii francuskiej, stacjonując w Coligny Caserne w Orleanie. Doświadczenie to znajduje odbicie w długim epizodzie w Stronie Guermantes, trzeciej części jego powieści.
Proust był dość mocno związany z matką, która pragnęła, żeby zajął się jakąś pożyteczną pracą. Chcąc uspokoić ojca, który nalegał, aby syn znalazł jakiś zawód, Proust został wolontariuszem w Bibliotece Mazarine w lecie 1896 r. Bardzo szybko otrzymał zwolnienie lekarskie, które było przedłużane przez następne lata, aż uznano, że zrezygnował z pracy. Nie pracował nigdy i nie wyprowadził się z mieszkania rodziców aż do ich śmierci.
Proust był homoseksualistą, przez długi czas był związany z pianistą i kompozytorem Reynaldo Hahnem. W latach 1900–1905 w życiu jego i jego rodziny nastąpiły duże zmiany. W lutym 1903 brat Prousta, Robert, ożenił się i opuścił dom rodzinny. Ich ojciec zmarł we wrześniu tego samego roku. Jednak największym ciosem dla Prousta była śmierć ukochanej matki we wrześniu 1905 roku. Poza żałobą, która towarzyszyła śmierci matki, dużą zmianę w jego życiu spowodował ogromny spadek (w przeliczeniu na obecną wartość pieniądza, około 6 milionów dolarów, co odpowiada miesięcznym dochodom w wysokości około 15000 dolarów). W tym okresie pogorszyło się także jego zdrowie.
Proust spędził ostatnie trzy lata swojego życia, przez większość czasu pozostając w swojej sypialni, śpiąc w dzień, a w nocy pracując nad swoją powieścią. Umarł w 1922 roku; został pochowany na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu.
Proust wcześnie zaczął pisać i publikować. Jako uczeń był związany z magazynami literackimi, w których opublikował La Revue vert i La Revue, a później regularnie pisał felietony o życiu towarzyskim do gazety Le Mensuel. W 1892 był zaangażowany w tworzenie przeglądu literackiego nazwanego Le Banquet (jest to francuski tytuł Uczty Platona) i przez kilka lat regularnie publikował krótkie teksty w tym periodyku, jak również w prestiżowym La Revue blanche.
W 1896 wiele z tych tekstów zostało zebranych i wydrukowanych pod tytułem Les Plaisirs et les Jours. Książka zawierała przedmowę Anatole France i rysunki Mme Lemaire, i była tak kosztownie wydana, że jej wartość przewyższała dwukrotnie cenę typowej książki tych rozmiarów. Jednakże, mimo kunsztownego wydania, została chłodno przyjęta przez krytykę.
W tym samym roku Proust rozpoczął pracę nad powieścią, która została opublikowana dopiero po jego śmierci, w 1954, i zatytułowana przez wydawców Jan Santeuil. Ta nieukończona książka zawiera wiele wątków rozwiniętych później w W poszukiwaniu straconego czasu, w tym zagadkowość pamięci, jak również archetypy niektórych fragmentów tej powieści. Rodzice w Jan Santeuil są opisani bardzo krytycznie, w przeciwieństwie do uwielbienia, z którym są ukazani w najważniejszym dziele Prousta. Po kiepskim przyjęciu Les Plaisirs et les Jours i problemami z fabułą Proust stopniowo porzucił Jan Santeuil.
Przez kilka lat, od roku 1895, Proust czytał Carlyle'a, Emersona i Johna Ruskina. Pod ich wpływem rozwijały się jego poglądy o sztuce i roli artysty w społeczeństwie, która ma polegać na obserwowaniu natury, odkrywaniu jej esencji i opisywaniu lub wyjaśnianiu jej w sztuce. Twórczość Ruskina była tak ważna dla Prousta, że twierdził, że zna na pamięć wiele jego książek, w tym The Seven Lamps of Architecture, The Bible of Amiens i Praeterita.
Mimo słabej znajomości angielskiego Proust postanowił przetłumaczyć dwie książki Ruskina na francuski. Tłumaczenia te były pracą grupową: pierwszy szkic wykonywała jego matka, następnie poprawiał on sam, po nim angielska kuzynka Reynaldo Hahna Marie Nordlinger i na końcu znowu Proust. Na pytanie redaktora o tę metodę Proust odrzekł: „Nie twierdzę, że znam angielski. Twierdzę, że znam Ruskina” (Tadié). Przetłumaczona The Bible of Amiens ukazała się w 1904 z rozbudowanym wprowadzeniem autorstwa Prousta. Zarówno tłumaczenie, jak i wprowadzenie zostały bardzo dobrze przyjęte przez krytyków. Henri Bergson nazwał wprowadzenie Prousta „ważnym wkładem do psychologii Ruskina” i chwalił tłumaczenie (Tadié 433). W czasie, gdy ukazała się ta książka, Proust pracował już nad tłumaczeniem Sesame and Lilies Ruskina, które ukończył w czerwcu 1905, na krótko przed śmiercią matki, i opublikował w 1906 roku. Również bohater dzieła Prousta wspomina, że przetłumaczył Sesame and Lilies Ruskina (Czas odzyskany).
Według historyków literatury i krytyków, oprócz Ruskina główny wpływ na Prousta wywarła twórczość Saint Simona, Montaigne'a, Stendhala, Flauberta, George Eliot, Dostojewskiego i Tołstoja.
Rok 1908 miał duże znaczenie dla rozwoju Prousta jako pisarza. W pierwszej połowie roku napisał i opublikował w różnych periodykach pastisze twórczości innych autorów. Te ćwiczenia w naśladowaniu pomogły Proustowi udoskonalić własny styl poprzez krytykę stylu pisarzy, których podziwiał. Ponadto wiosną tego roku Proust zaczął pracę nad kilkoma różnymi fragmentami, które później zostały połączone pod roboczym tytułem Przeciwko Sainte-Beuve’owi. Proust opisał to nad czym pracował w liście do przyjaciela: „studium na temat szlachty, powieść paryska, esej o Saint-Beuve i Flaubercie, esej o kobietach, esej o pederastii (niełatwy do opublikowania),studium o witrażach, studium o nagrobkach, studium o powieści”.
Z tych rozproszonych fragmentów zaczęła powstawać powieść, nad którą Proust pracował nieustannie w tym okresie. W jej centrum był pierwszoosobowy narrator cierpiący na bezsenność i wspominający nocami wydarzenia z dzieciństwa. Powieść miała się kończyć krytyką Sainte-Beuve i odrzuceniem jego teorii, że biografia jest najważniejszym narzędziem badania twórczości artysty. W nieukończonym rękopisie powieści jest wiele elementów odpowiadających fragmentom W poszukiwaniu straconego czasu, w szczególności z pierwszego i siódmego tomu. Po problemach ze znalezieniem wydawcy i stopniowej zmianie koncepcji powieści Proust zaczął pracować nad zasadniczo odmiennym projektem zawierającym jednak wiele tych samych tematów i elementów.
Rozpoczęte w 1909 i ukończone na krótko przed śmiercią, W poszukiwaniu straconego czasu składa się z siedmiu części i w wersji angielskiej ma blisko 4 tys. stron, przez które przewija się ponad 200 postaci. Graham Greene nazwał Prousta „największym powieściopisarzem dwudziestego wieku”. Proust umarł przed ukończeniem poprawiania brudnopisu ostatnich dwóch tomów, które zostały opublikowane po jego śmierci i zredagowane przez jego brata Roberta.
Pierwszych pięć tomów powieści ukazało się po polsku w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego, szósty tom przetłumaczył Maciej Żurowski, a ostatni – Julian Rogoziński. W 2001 roku ukazał się szósty tom dzieła, zatytułowany „Utracona”, w nowym przekładzie Magdaleny Tulli.
Zobacz stronę autora
OPINIE i DYSKUSJE o książce Utracona
Rozumu zimne postrzeżenia i serca gorzkie notaty.
Rozumu zimne postrzeżenia i serca gorzkie notaty.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toStały kontakt z Proustem jest dla mnie jak haust świeżego powietrza. Znakomity tom, dorównujący pierwszemu i bardzo przystępny, a w tym przypadku, w doskonałym tłumaczeniu. Może za bardzo nęka nas smutek, który przeziera z każdej stronicy, lecz refleksyjność i dygresyjność autora, bardzo nam pomaga. Pozwala przebrnąć przez to doświadczenie w spokoju i z wielkim zadowoleniem.
Stały kontakt z Proustem jest dla mnie jak haust świeżego powietrza. Znakomity tom, dorównujący pierwszemu i bardzo przystępny, a w tym przypadku, w doskonałym tłumaczeniu. Może za bardzo nęka nas smutek, który przeziera z każdej stronicy, lecz refleksyjność i dygresyjność autora, bardzo nam pomaga. Pozwala przebrnąć przez to doświadczenie w spokoju i z wielkim zadowoleniem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo dobra książka opisująca szczegółowo proces zapominania. W porównaniu z innymi częściami "W poszukiwaniu straconego czasu" (oprócz - jeszcze nie przeczytanej - siódmej części) w tej książce szczególnie dobrze wyeksponowany jest główny temat całej serii, czyli rola czasu w życiu człowieka. Proust zawarł tu rozważania o tym jak wraz z upływem czasu zmienia się postrzeganie świata i podejście do różnych rzeczy. Zwlaszcza refleksje, w których główny bohater porównuje swoje aktualne reakcje na zdarzenie, z tymi które mogłyby nastąpić, gdyby to samo zdarzenie nastąpiło w innym momencie życia pokazują tę istotną rolę czasu.
Momentami książka wydawała się wydłużać refleksje (zwłaszcza w pierwszej połowie książki) lub powtarzać je, co było czasem nużące. Poza tym jednak zdecydowanie jest warta polecenia. Nawet fakt, że Proust nigdy nie skończył poprawiać tej części i zdarzały się urwane fragmenty nie wpływał istotnie na ciągłość czytania, a wręcz intrygował do rozmyślań, co w tych fragmentach mogłoby się znaleźć.
Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych części "W poszukiwaniu straconego czasu".
Bardzo dobra książka opisująca szczegółowo proces zapominania. W porównaniu z innymi częściami "W poszukiwaniu straconego czasu" (oprócz - jeszcze nie przeczytanej - siódmej części) w tej książce szczególnie dobrze wyeksponowany jest główny temat całej serii, czyli rola czasu w życiu człowieka. Proust zawarł tu rozważania o tym jak wraz z upływem czasu zmienia się...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Nie ma Albertyny" to Proust w trybie bez filtra. Zero kurtuazji, zero rozpraszających pobocznych scenek – tylko czysta, skondensowana opowieść o tym co dzieje się w głowie człowieka po stracie kogoś bliskiego. Już od pierwszych stron czuć, że to inny tom niż poprzednie: mniej blichtru salonów, więcej dusznego monologu wewnętrznego, w którym narrator próbuje zrozumieć co właściwie czuł i co mu zostało.
To też chyba najodważniejsze obnażenie narratora w całym cyklu. Proust nie boi się pokazać go jako zazdrośnika, egoistę a czasem wręcz manipulatora. Miłość okazuje się tu nie tyle słodką tęsknotą, ile mieszanką potrzeby kontroli, wyobrażeń i lęku przed byciem zapomnianym. Najciekawsze, że Albertyna – choć fizycznie nieobecna – w tych stronach żyje mocniej niż kiedykolwiek.
Język pozostaje typowo proustowski, z tymi legendarnymi, długimi jak fale zdaniami ale jest bardziej skupiony. Nie ma tu rozgałęzionych wątków pobocznych, więc cała energia idzie w analizę emocji. To sprawia, że książkę czyta się trochę jak zapis obsesji – intensywnie, czasem przytłaczająco, ale wciągająco. Każda strona jest jak kolejny krąg w głąb psychiki narratora.
"Nie ma Albertyny" to tom, który potrafi człowieka przycisnąć emocjonalnie, bo mówi o rzeczach, o których wolelibyśmy zapomnieć – o tym, jak bardzo potrafimy uwikłać się w przeszłość i jak trudno pozwolić odejść wyobrażeniu kogoś, kogo kochaliśmy. Nie jest to lektura lekka, ale daje w zamian brutalnie szczerą prawdę o miłości i stracie. Dla mnie – najmocniejszy punkt całego cyklu.
"Nie ma Albertyny" to Proust w trybie bez filtra. Zero kurtuazji, zero rozpraszających pobocznych scenek – tylko czysta, skondensowana opowieść o tym co dzieje się w głowie człowieka po stracie kogoś bliskiego. Już od pierwszych stron czuć, że to inny tom niż poprzednie: mniej blichtru salonów, więcej dusznego monologu wewnętrznego, w którym narrator próbuje zrozumieć co...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDramat i to wielopoziomowy, i w sumie równia pochyła. Liczyłem, że ten cykl mnie ubogaci i po pierwszych tomach nadzieje na to były niemałe. Liczyłem też, że im dalej w las tym będzie ciekawiej autor bowiem nie pisał przecież swojego cyklu od końca a i nie był coraz młodszy a to zazwyczaj daje spore nadzieje na ciekwsze psychologicznie dzieło pisane. Te nadzieje w przypadku tego cyklu okazały się płonne, ach jakże się okazały. Gdyby nie fakt oryginalnego i wyszukanego stylu autora ten tom, przy całym szacunku dla pań i moim dystansie względem stereotypów, nazwałbym literaturą kobiecą, która najzwyczajniej w świecie jest nie dla mnie. Autor umęczył mnie nią strasznie nie dając praktycznie nic w zamian. Zanurza się w niej też fabularnie w rejony najbliższe jego sercu czyli miłości homoseksualnej, której charakter też, delikatnie pisząc, nie zajmuje mnie za specjalnie. Na odcinku treści jest więc niemożebna nuda, egzaltowane porywy uczuć i nieustający, od pewnego czasu tej epopei, magiel towarzyski, równie dla mnie nużący jak cała reszta. Plusy? Budząca szacunek forma i długość tej części. Tylko tyle. Z trwogą i deficytem nadziei wyczekując na ostatnią część cyklu.
Dramat i to wielopoziomowy, i w sumie równia pochyła. Liczyłem, że ten cykl mnie ubogaci i po pierwszych tomach nadzieje na to były niemałe. Liczyłem też, że im dalej w las tym będzie ciekawiej autor bowiem nie pisał przecież swojego cyklu od końca a i nie był coraz młodszy a to zazwyczaj daje spore nadzieje na ciekwsze psychologicznie dzieło pisane. Te nadzieje w przypadku...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka przepełniona bólem od pierwszych stron. Jakże prawdziwy obraz cierpienia, rozterek, naszej niewiedzy o nas samych przedstawił Marcel Proust. Dobitnie prawdziwa, rozdzierająca serce na pół, między rozumem a miłością.
Książka przepełniona bólem od pierwszych stron. Jakże prawdziwy obraz cierpienia, rozterek, naszej niewiedzy o nas samych przedstawił Marcel Proust. Dobitnie prawdziwa, rozdzierająca serce na pół, między rozumem a miłością.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBól rozbity na tysiące atomów, wędrówki myśli w różnych kierunkach, wahania uczuć oraz wnikliwe analizy wszelkiego za i przeciw. Brnie się przez to dość mozolnie, ale jak najlepiej opisać ból po stracie kogoś bliskiego,
jeśli nie rozciągnąć tego na pół książki?
Dla równowagi końcowe trzy rozdziały są wystarczająco zaskakujące.
Ból rozbity na tysiące atomów, wędrówki myśli w różnych kierunkach, wahania uczuć oraz wnikliwe analizy wszelkiego za i przeciw. Brnie się przez to dość mozolnie, ale jak najlepiej opisać ból po stracie kogoś bliskiego,
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo tojeśli nie rozciągnąć tego na pół książki?
Dla równowagi końcowe trzy rozdziały są wystarczająco zaskakujące.
Usłyszałem w latach liceum, zobaczyłem w księgarni na początku studiów, kupiłem w 1996, zacząłem czytać ale przynudzało.
Solidnie zabrałem się za czytanie po 'półkowaniu' przez ponad ćwierć wieku, po ukończeniu dwóch fakultetów humanistycznych, w okolicy 50 urodzin, dając sobie rok, po pięć-osiem stron dziennie.
Czytałem wielopłaszczyznowo, dyktując sobie niemal 150 stron cytatów bądź ważnych bądź fin-de-siecle'owo poetyckich, bądź też finezyjnie żartobliwych, a dzięki potędze Internetu oglądając wspominane dzieła sztuki rzeźbiarsko-malarskiej, czytając streszczenia utworów literackich pojawiających się w powieści, słuchając omawianych utworów muzycznych na YouTube, zapoznając się ze szczegółami opisywanych wydarzeń politycznych we Francji (Wikipedia),zwiedzając miejscowości z poziomu Google Street View (przecudna Normandia!) i w międzyczasie wizytując Paryż i jego główne muzea wczesną, deszczową wiosną, próbując kremu Brulee w La Perouse.
Lektura, tak czytana, niewiarygodnie poszerzyła moje horyzonty i wiedzę o Francji, nie tylko przełomu XIX/XX wieku, ale i współczesnej.
Wspaniałe opisy salonów, zabawy "światowej", wreszcie wreszcie nieuniknionego, powodowanego przez zmiany społeczne starzenia się i zanikania tychże.
I te zdania kwitnące od wielowątkowych komentarzy do wtrąceń między aluzjami, rojące się od przecinków co dwa-trzy słowa.
Dla mnie Arcydzieło, również w przekładzie trzech tłumaczy, w tym nieodżałowanego wirtuoza języka, Tadeusza Boya-Żeleńskiego!
Usłyszałem w latach liceum, zobaczyłem w księgarni na początku studiów, kupiłem w 1996, zacząłem czytać ale przynudzało.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSolidnie zabrałem się za czytanie po 'półkowaniu' przez ponad ćwierć wieku, po ukończeniu dwóch fakultetów humanistycznych, w okolicy 50 urodzin, dając sobie rok, po pięć-osiem stron dziennie.
Czytałem wielopłaszczyznowo, dyktując sobie niemal 150 stron...
Mimo iż od początku czytania towarzyszyła mi świadomość, że Proust pisał ten cykl w prawie całkowitej samotności, jak pisał Józef Czapski – „w pokoju korkiem wybitym”, to jednak wydawało się, że na początku cyklu zanurzenie autora w swojej wyobrażonej, pięknej, quasi-autobiograficznej narracji było niemal całkowite. Wtedy w czytaniu był tylko zachwyt, niemalże inny stan świadomości. Wtedy rzeczywiście można było zachwycić się za okładkowym opisem „pięknem niektórych zdań…” Pierwszy poważny zgrzyt nastąpił w części trzeciej (Strona Guermantes),kiedy harmonia frazy ustąpiła zgiełkowi obrzydliwego życia politycznego paryskiego salonu, płytkiego i pustego, wypełnionego mnóstwem nieznaczących intryg. Wciąż jednak umysł Prousta wydaje się być TAM, w miejscu i czasie wydarzeń, które opisywał. Jeszcze piąta część (Uwięziona) przynosi reminiscencje chłodnego i lekkiego, a zarazem poetyckiego stylu znanego czytelnikowi z plaż Balbec z drugiego tomu pod wdzięcznym tytułem „W cieniu zachwytających dziewcząt.”
W części szóstej następuje zasadnicza zmiana. Zamiast kreowanych przez autora wrażeń i obrazów widzę już tylko pustą ścianę wygłuszoną korkiem. W pewnym sensie czytanie o tym, jak „Nie ma Albertyny” wydało mi się z początku bardzo komiczne. Bo rzeczywiście nie było jej ustawicznie, z tym, że ze zmieniającą się intensywnością, tak samo jak w poprzedniej części sytuacja nie zmieniała się prawie od pierwszej do ostatniej strony. Z tym, że w „Uwięzionej” rozterki głównego bohatera, wychodzące wciąż od tych samych błędów, można było jeszcze tłumaczyć z jednej strony przez ułomność natury ludzkiej, a z drugiej poprzez pozór symetrycznego uczestnictwa drugiej strony konfliktu. Wobec nieobecności Albertyny bohater został sam, ale gorączka jego myśli pędzi nadal. Marcel coraz mniej zwraca uwagę na brak odpowiedzi od świata zewnętrznego. Czytanie części szóstej przypomina trochę czuwanie przy umierającym przyjacielu, który co prawda ma nadal mój szacunek ze względu na swoje przeszłe dokonania, ale właśnie w swojej ostatniej godzinie stał się budzącym śmieszność, żałosnym egotykiem, który do zaoferowania nie ma już nic.
Czy jednak ostatnie słowa przyjaciela, słowa, nad którymi już nie może panować, nie pomogą mi zrozumieć lepiej sensu jego życia?
Mimo iż od początku czytania towarzyszyła mi świadomość, że Proust pisał ten cykl w prawie całkowitej samotności, jak pisał Józef Czapski – „w pokoju korkiem wybitym”, to jednak wydawało się, że na początku cyklu zanurzenie autora w swojej wyobrażonej, pięknej, quasi-autobiograficznej narracji było niemal całkowite. Wtedy w czytaniu był tylko zachwyt, niemalże inny stan...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSpontanicznie kultywowany i chwalebnie cyniczny eksperyment z dziedziny psychologii subiektywnej zapisany w postaci algebraicznych pierwiastków zwróconej wstecz matematyki zazdrości, z tym samym współczynnikiem natręctwa i przesady co wcześniej, ale ze znakiem minusa zamiast plusa, który nakazuje czytelnikowi przeżywać budowany z mozołem system niepokojów narratora jeszcze raz, ale od końca.
Spontanicznie kultywowany i chwalebnie cyniczny eksperyment z dziedziny psychologii subiektywnej zapisany w postaci algebraicznych pierwiastków zwróconej wstecz matematyki zazdrości, z tym samym współczynnikiem natręctwa i przesady co wcześniej, ale ze znakiem minusa zamiast plusa, który nakazuje czytelnikowi przeżywać budowany z mozołem system niepokojów narratora jeszcze...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to