Wydawnictwo JPF od jakiegoś czasu już inwestuje w starsze tytuły które kiedyś były mega popularne. Jednym z nich jest właśnie Pięść gwiazd Północy która była nawet najlepiej sprzedająca się mangą. Wydanie w twardej oprawie jak zwykle świetnie się prezentuje. Sama historia choć prosta to przyjemna. Chętnie śledzimy kolejne przygody naszego głównego bohatera który niczym Saitama z One Punch Man pokonuje kolejnych wrogów zdawałoby się bez trudu. Zaskoczyło mnie szybkie pokonanie pewnego Pana którego brałem za głównego przeciwnika z którym nasz bohater będzie się zmagał całą serię (coś jak w JOJO). Jestem ciekawy kolejnych tomów :)
Kiedy tylko usłyszałem, że „Pięść Gwiazd Północy” w końcu zostanie wydana w Polsce, wiedziałem, że muszę ją mieć na półce. To klasyk, którego przez lata znałem bardziej z anime, niż z faktycznego czytania. I teraz, z każdym kolejnym tomem, czuję, jak spełniam swoje małe fanowskie marzenie.
Tom szósty wciągnąłem od razu. Historia może i nie jest specjalnie skomplikowana, ale właśnie w tym tkwi jej siła – nie oczekuję tu głębokiej analizy psychologicznej postaci ani filozoficznych refleksji nad upadkiem cywilizacji. Chcę krwi, ciosów, dramatycznych póz i bohatera, który rozwala przeciwników siłą woli (i palca) – i dokładnie to dostaję. Zero rozczarowania.
Uwielbiam kreskę w tej mandze. Jest klasyczna, ciężka, bardzo szczegółowa – momentami wręcz przerysowana – i to działa idealnie w tym postapokaliptycznym klimacie. Oczywiście, zdarza się, że niektóre kadry są mało czytelne, szczególnie w dynamicznych scenach walki, ale to absolutnie nie odbiera mi przyjemności z czytania. Wręcz przeciwnie – czuję się, jakbym zanurzał się w retro brutalność lat 80., gdzie wszystko było większe, głośniejsze i bardziej „na serio”.