-
Artykuły
Wielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Jon Frederickson i jego książka „Kłamstwa, którymi żyjemy”, czyli o poznaniu samych siebie oczami psychoterapeuty
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytelnicy wybrali Książki Roku 2025. Oto zwycięzcy
LubimyCzytać97 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 13 marca 2026
LubimyCzytać512
„Zabiłam Anię”, czyli rzecz o kontrowersyjnych przekładach
„Zabiłam Anię”, wyznała ostatnio tłumaczka Anna Bańkowska, wzbudzając swoim nowym przekładem oburzenie wielu polskich miłośników twórczości Lucy Maud Montgomery. Monice Adamczyk-Garbowskiej, która z Kubusia Puchatka uczyniła Fredzię Phi-Phi, zbulwersowany Stanisław Lem groził morderstwem „tępym nożem”. A od nazwiska Jerzego Łozińskiego ukuto neologizm „łozim”, oznaczający tłumaczenie mało zręczne czy też ekstrawaganckie, aż nazbyt odbiegające od oryginału. Niełatwo zmienić przyzwyczajenia czytelników; nowe przekłady, stojące w opozycji do tych mocno zakorzenionych w literackiej tradycji, przyjmowane są niechętnie i podejrzliwie. A w tle jak echo powtarza się mało trafiony cytat przypisywany Wolterowi, że tłumaczenia są jak kobiety – albo piękne, albo wierne.
Nie ma już zatem Zielonego Wzgórza ani pokoiku na facjatce, zniknęła Małgorzata i krople walerianowe, nie uświadczymy swojsko brzmiących imion i nawet Ania nie będzie Andzią, tylko Anne bez „e”. Żarty o „szczytującej Ani”, tłumaczce szukającej taniego poklasku czy zniszczonym dzieciństwie obiegły Internet lotem błyskawicy. Z drugiej strony jednak za Anną Bańkowską stoi grupa zwolenników, którzy cieszą się, że oto wreszcie polscy czytelnicy usłyszą prawdę objawioną: Ania (czy też Anne) nie mieszkała tak naprawdę na żadnym wzgórzu, a pod zielonym dachem, czyli tym nieszczęsnym „szczytem”.
O co chodzi z tymi nieścisłościami? Dlaczego nowe tłumaczenie najbardziej znanej powieści kanadyjskiej pisarki wzbudza równie wielkie emocje? I dlaczego, tak naprawdę, wznowienie książki wydaje się nie tyle usprawiedliwione, co wręcz konieczne? Fakty są takie: autorka najbardziej rozpowszechnionego przekładu powstałego na początku XX wieku, Rozalia Bernsteinowa, podczas swojej pracy nie miała dostępu do licznych źródeł dotyczących twórczości Montgomery czy samej Wyspy Księcia Edwarda, jakie istnieją obecnie (i z których tak chętnie korzystała Bańkowska, na przykład by rozwiać wątpliwości dotyczące chociażby rosnących w Kanadzie roślin). Co więcej, Bernsteinowa, jako tłumaczka języków skandynawskich, bazowała głównie na przekładzie szwedzkim, gdzie szczyty dachów zmieniono już na ładniej brzmiące wzgórze – ku niezadowoleniu samej Montgomery, która tej nieścisłości w tytule zagranicznych wydań swojej powieści poświęciła krytyczny wpis w dzienniku. Kolejni tłumacze, nawet jeśli za Bernsteinową nie przepadali i sięgali po oryginalne źródła, nie mieli odwagi „przeprowadzić” Ani ze wzgórza na równinę. I chociaż chcieli zbliżyć się do materiału źródłowego – jak Paweł Beręsewicz, który przywrócił w większości imiona oryginalne, a przy okazji uwspółcześnił język powieści (momentami aż za bardzo) – samego tytułu ruszyć się już nie odważyli.
Bańkowska, idąc jego śladem, również bez litości wyeliminowała Karolka, Józię czy Mateusza, tłumacząc, że nikt w Kanadzie nie nosi przecież polskich imion. Swojska Małgorzata Linde stała się znów Rachel Lynde (co w polskim „klasycznym” przekładzie zmieniono, by nie nasuwało żydowskich konotacji), Józia Josie, a Maryla Marillą. Przez lata tłumacze cieszyli się całkowitą swobodą w przekładaniu nazw własnych. Obco brzmiące imiona w książkach dla dzieci (ale nie tylko – wystarczy wspomnieć przekłady książek Jane Austen wybitnej Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, gdzie pojawiają się chociażby Eleonora i Katarzyna zamiast Elinor i Catherine) z zasady spolszczano lub całkowicie zmieniano, zdając się całkowicie na wyczucie tłumacza. W „Opowieściach z Narnii” mamy więc Łucję (Łusię) zamiast Lucy (Lu), w „Małej księżniczce” Rózię, a nie Becky. O prawdziwym szczęściu może mówić zatem Harry Potter, który – mimo że wpadł w ręce kochającego spolszczenia Andrzeja (nomen omen) Polkowskiego – nie został ostatecznie Henrykiem Garncarzem. Bańkowska swoją decyzję motywuje powszechną obecnie zasadą, by imion nie tłumaczyć i uszanować fakt, że są elementem danej kultury. Choć sama przyznaje, że mówiąc o książkowej bohaterce, wciąż używa prywatnie imienia „Ania” – niektórych przyzwyczajeń nie da się bowiem tak łatwo wyplenić.
Burzę, jaka przetoczyła się po opublikowaniu informacji o „Anne z Zielonych Szczytów”, można porównać do tej sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy Monika Adamczyk-Grabowska przechrzciła Kubusia Puchatka na Fredzię Phi-Phi. Pierwsze polskie tłumaczenie Ireny Tuwim, co nie jest tajemnicą, mocno odbiega od oryginału. I to na tyle, że niektórzy żartowali, by nazwać je „adaptacją” lub historią „na motywach” książki A. A. Milne'a czy też dopisać Tuwim jako współautorkę.
Irena Tuwim, siostra Juliana, kobieta niezwykle utalentowana, nie uważała, że tłumacz jest jedynie wiernym sługą autora, i dawała się ponieść inwencji twórczej, do materiału źródłowego mając stosunek dość swobodny. Była też zwolenniczką spolszczania imion i nazwisk, aby bohaterowie książek stawali się bliżsi młodszym czytelnikom – chociaż Agnieszka, jak nazwała Mary Poppins w pierwszym przekładzie powieści, zupełnie się nie przyjęła. Kierując się tą zasadą, obce zwyczaje i odwołania kulturowe w książkach zwykle pomijała lub zmieniała, jeśli uznała, że będą niejasne dla rodzimego czytelnika.
Tłumaczenie Adamczyk-Grabowskiej jest znacznie bliższe oryginałowi, mniej infantylne (co zarzucano powszechnie Tuwim), ale przyjęte zostało z taką wrogością, że skazano je na zapomnienie i dziś przytacza się je głównie, by zakpić z koszmarnie brzmiącego tytułu. Fredzia – mająca wyraźnie kobiece brzmienie, co mogło wywołać u czytelników konfuzję – nawiązywała do imienia Winnie, które Milne zaczerpnął od niedźwiedzicy Winniepeg z londyńskiego ogrodu zoologicznego. Tyle że sam autor o swoim bohaterze pisał wyraźnie w formie męskiej i najczęściej nazywał go po prostu „Pooh”. O ironio, przekład Tuwim, w opinii wielu polskich krytyków lepszy od oryginału, sama tłumaczka uważała za nieudany – jej znajomość angielskiego nie była wtedy na najwyższym poziomie – i nie kryła zdziwienia, że został w kraju tak dobrze przyjęty.
Last but not least – przy kontrowersyjnych tłumaczeniach nie sposób nie wspomnieć o Jerzym Łozińskim i jego przekładzie trylogii J. R. R. Tolkiena. Ileż razów otrzymał od czytelników za zbytnią ingerencję w oryginalny tekst, zniszczenie klimatu Śródziemia, sprzeniewierzenie się intencjom autora i zignorowanie jego wskazówek dla tłumaczy. Bilbo Bagosz z Bagoszna, Łazik, Samlis Gaduła, Tajar, Włość, krzaty… To tylko kilka przykładów z radosnej translatorskiej twórczości Łozińskiego. I choć pojawiły się głosy broniące ich autora – że spolszczenie części nazw ma sens, w końcu w języku angielskim znaczą coś konkretnego (sam Tolkien stworzył poradnik, które określenia według niego powinny zostać przetłumaczone) – tak nie są one zbyt liczne. Krytyka, zwłaszcza ze strony zwolenników Marii Skibiniewskiej i jej tłumaczenia, uchodzącego do dziś za kanoniczne, była miażdżąca, dlatego w kolejnym wydaniu przywrócono oryginalne imiona. Nawet to nie zatarło jednak negatywnego wrażenia. Niedługo później Łoziński naraził się czytelnikom po raz kolejny, tym razem przekładając „Diunę” Franka Herberta. Znów wytknięto mu infantylnie przetłumaczone neologizmy oraz kompletne niezrozumienie klimatu powieści, a określenie „łozizm” z powodzeniem funkcjonuje w pewnych kręgach po dziś dzień.
A które z tłumaczeń szczególnie utkwiły w Waszej pamięci? Zapraszamy do dodawania odpowiedzi w komentarzach!
komentarze [35]
Ja szukam jakichś opinii nt. nowych tłumaczeń Mistrza i Małgorzaty. Wydań tej powieści jest od groma, tłumaczeń też. Które z nich jest warte uwagi? Interesuje mnie zwłaszcza to wydanie Znaku z 2016 i najnowsze ze Świata Książki - tłumaczenie Jana Cichockiego. Ktoś coś?
Ja szukam jakichś opinii nt. nowych tłumaczeń Mistrza i Małgorzaty. Wydań tej powieści jest od groma, tłumaczeń też. Które z nich jest warte uwagi? Interesuje mnie zwłaszcza to wydanie Znaku z 2016 i najnowsze ze Świata Książki - tłumaczenie Jana Cichockiego. Ktoś coś?
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamRóżnice tłumaczeń między 'Pierścień' Nivena a jego kontynuacjami, których czytać się nie da.
Różnice tłumaczeń między 'Pierścień' Nivena a jego kontynuacjami, których czytać się nie da.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamOdnoszę wrażenie, że za każdym razem kiedy pojawia się nowy przekład jakiejś klasycznej, kanonicznej pozycji, to najmniej w całej dyskusji chodzi o książkę. Wydawnictwo liczy na darmową promocję, bo cóż lepiej przyciąga nabywców niż naprzemienne fale zachwytów i świętego oburzenia. Tłumacz zaś łechta swoje ego podejmując się zadania trudnego, kontrowersyjnego i dobrze wyglądającego w CV, a następnie opowiadając w wywiadach jak to odważył się na radykalne zmiany. Właściwie to rozumiem, każdy che sie wypromować, nie każdy przekład przyjęty od lat jest najlepszy. Żal mi tylko samej Ani :)
Odnoszę wrażenie, że za każdym razem kiedy pojawia się nowy przekład jakiejś klasycznej, kanonicznej pozycji, to najmniej w całej dyskusji chodzi o książkę. Wydawnictwo liczy na darmową promocję, bo cóż lepiej przyciąga nabywców niż naprzemienne fale zachwytów i świętego oburzenia. Tłumacz zaś łechta swoje ego podejmując się zadania trudnego, kontrowersyjnego i dobrze...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejUważam, że Łoziński w tym zestawieniu wypada wręcz śmiesznie, bo jak Bańkowska chciała przywrócić oryginalnego ducha Anne, podobnie Adamczyk-Grabowska, tak Łoziński w ogóle nie chciał przywracać oryginalnego ducha, czy cokolwiek. On chciał nadać nowego, słowiańskiego ducha tekstowi, co uważam za wyjątkowo okropny zabieg (chyba też dlatego czuję lekką niechęć do tego, co zrobiła Irena Tuwim z Kubusiem Puchatkiem; ignorowała to, co jej nie pasowało, a chyba tak to nie powinno wyglądać?). Łoziński był do tego stopnia bezczelny, że w dodatkach, gdzie Tolkien pisał właśnie o tłumaczeniach podmieniał nazwy angielskie na polskie, żeby wyglądało to bardziej "swojsko". Po prostu karygodne postępowanie i nie tak powinno się tłumaczyć. Mam nadzieję, że Łoziński nauczył się na błędach, bo z tego co widzę, tłumaczeniami zajmuje się nadal.
Uważam, że Łoziński w tym zestawieniu wypada wręcz śmiesznie, bo jak Bańkowska chciała przywrócić oryginalnego ducha Anne, podobnie Adamczyk-Grabowska, tak Łoziński w ogóle nie chciał przywracać oryginalnego ducha, czy cokolwiek. On chciał nadać nowego, słowiańskiego ducha tekstowi, co uważam za wyjątkowo okropny zabieg (chyba też dlatego czuję lekką niechęć do tego, co...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejDużo hałasu o nic. Zmiany imion, nazw i tyle.
Dużo hałasu o nic. Zmiany imion, nazw i tyle.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Moim zdaniem nowe tłumaczenie "Ani" to tylko kosmetyka. Zupełnie inaczej rzecz ma się z tłumaczeniem "Alicji w Krainie Czarów" - to już 12 zupełnie innych przekładów, inne wiersze, inne nazwy postaci, inne wybory w tłumaczeniu dwuznaczności lub trójznaczności tekstu Carrolla.
Zainteresowanych odsyłam tutaj
https://lubimyczytac.pl/publicystyka/6503/perypetie-z-przekladem-alicji
Moim zdaniem nowe tłumaczenie "Ani" to tylko kosmetyka. Zupełnie inaczej rzecz ma się z tłumaczeniem "Alicji w Krainie Czarów" - to już 12 zupełnie innych przekładów, inne wiersze, inne nazwy postaci, inne wybory w tłumaczeniu dwuznaczności lub trójznaczności tekstu Carrolla.
Zainteresowanych odsyłam tutaj
https://lubimyczytac.pl/publicystyka/6503/perypetie-z-przekladem-alicji
A propos nowych przekładów to z niecierpliwością czekam na Ulisses[bookLink]4987261|Ulisses[/bookLink] czyli nowe tłumaczenie Macieja Świerkockiego (do tej pory był tylko dostępny przekład Macieja Słomczyńskiego).
Tłumacz wydał także wspomnienia - przewodnik
Łódź Ulissesa czyli Siedem lat i osiemnaście godzin z Jamesem Joyce'em w Dublinie i nie tylko[bookLink]4987262|Łódź Ulissesa czyli Siedem lat i osiemnaście godzin z Jamesem Joyce'em w Dublinie i nie tylko[/bookLink], które także chętnie przeczytam.
Wciąż czekam także na polski przekład "Infinite Jest" D.F. Wallace'a, nad którym tłumaczka Jolanta Kozak pracuje od 2016 roku i końća nie widać. Przekład jeszcze przed publikacją został ostro skrytykowany przez innych tłumaczy - znawców prozy Wallace'a.
A propos nowych przekładów to z niecierpliwością czekam na Ulisses[bookLink]4987261|Ulisses[/bookLink] czyli nowe tłumaczenie Macieja Świerkockiego (do tej pory był tylko dostępny przekład Macieja Słomczyńskiego).
Tłumacz wydał także wspomnienia - przewodnik
Łódź Ulissesa czyli Siedem lat i osiemnaście godzin z Jamesem Joyce'em w Dublinie i nie tylko...
Niestety, nie czytałam w oryginale. Za to przyznam, że mam na półce irlandzkie wydanie "Finnegans Wake", ale to jest taki hardcore, że nawet "po polsku" (umownie, bo w tekście jest wiele neologizmów i hybryd wyrazowych złożonych z kilku języków) to jest wyzwanie...
Równoległe czytanie? To jest pomysł, choć z doświadczenia powiem, że jest to dość uciążliwe...
Niestety, nie czytałam w oryginale. Za to przyznam, że mam na półce irlandzkie wydanie "Finnegans Wake", ale to jest taki hardcore, że nawet "po polsku" (umownie, bo w tekście jest wiele neologizmów i hybryd wyrazowych złożonych z kilku języków) to jest wyzwanie...
Równoległe czytanie? To jest pomysł, choć z doświadczenia powiem, że jest to dość uciążliwe...
Przekład literacki jest trudnym zajęciem, w szczególności przekład poezji. Nie od dziś wiadomo, że istnieją utwory nieprzetłumaczalne. Że tłumacz stoi w rozkroku między wiernością przekazu a pięknem słowa. Że z kilku znaczeń danego słowa wybiera jedno, podczas gdy inne konotacje giną w tłumaczeniu. W idealnej sytuacji tłumacz sam jest artystą słowa, a nie tylko wyrobnikiem. Przytoczmy dla przykładu Tuwima, Boya-Żeleńskiego, czy Barańczaka. Niekwestionowanym guru tłumaczy jest Karl Dedecius, a i jemu zdarzyło się przetłumaczyć "szczaw" jako zwykłe "Kräuter", czego nie potrafię mu wybaczyć do dziś. Nawet wielcy stają przed wyborem.
Przekład literacki jest trudnym zajęciem, w szczególności przekład poezji. Nie od dziś wiadomo, że istnieją utwory nieprzetłumaczalne. Że tłumacz stoi w rozkroku między wiernością przekazu a pięknem słowa. Że z kilku znaczeń danego słowa wybiera jedno, podczas gdy inne konotacje giną w tłumaczeniu. W idealnej sytuacji tłumacz sam jest artystą słowa, a nie tylko wyrobnikiem....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Chciałbym, aby tłumaczenie było wierne i piękne, ale jeśli zachowanie obu warunków jest niemożliwe to poświęciłbym piękno na rzecz wierności.
"Ani..." nie czytałem, bo nie mój klimat, więc nic mnie nie wzburza w żadnym jej tłumaczeniu.
Ale dwa wspomniane w tekście tytuły znam, oczywiście to "Władca..." i "Diuna".
"Władcę..." mam Skibniewskiej. Tłumaczenie Łozińskiego znam wyłącznie z krytycznych opinii i artykułów. Znając Skibniewską nie byłbym w stanie przyjąć pomysłów Łozińskiego. Chociaż... gdybym spróbował, z ciekawości... Czemu nie?
Z kolei "Diunę" zacząłem czytać w tłumaczeniu Łozińskiego, bo nie wiedziałem, że spotkało ten tytuł to, co "Władcę...". A więc nie znam Fremenów, tylko Wolan (uzasadnienie zmiany było takie, że free men to wolni ludzie i stąd Wolanie. Hmmm...). Nie znam czerwi, tylko piaskale (dla mnie może być). I pewnie wiele innych różnic. I w sumie nie wiem czy spotkała mnie krzywda, czy też nie ma to znaczenia. Zasadniczo znając tłumaczenie M. Marszała tylko z porównań postrzegam je jako inne, a nie gorsze czy lepsze.
Zapewne jednak z fanem "Diuny" według Marka Marszała mógłbym się czasem nie zrozumieć w dyskusji bez głębszych wyjaśnień.
Ale chodzi mi o to, że znając te dwa przykłady, dowiedziawszy się o tak radykalnych różnicach, jestem skonfundowany. A nie wiem czy wydawcy powinni robić takie rewolucje, żeby czytelnik był w konfuzji.
Może warto dawać dużymi literami na okładce "NOWY PRZEKŁAD"? To przynajmniej będzie sugestia dla czytelnika, że są inne. Bo skąd mam wiedzieć czy ma to duże znaczenie czy niewielkie?
Bo czy inne jest lepsze, czy gorsze to nawet językoznawcy, tłumacze miewają problemy z oceną.
Chciałbym, aby tłumaczenie było wierne i piękne, ale jeśli zachowanie obu warunków jest niemożliwe to poświęciłbym piękno na rzecz wierności.
"Ani..." nie czytałem, bo nie mój klimat, więc nic mnie nie wzburza w żadnym jej tłumaczeniu.
Ale dwa wspomniane w tekście tytuły znam, oczywiście to "Władca..." i "Diuna".
"Władcę..." mam Skibniewskiej. Tłumaczenie Łozińskiego...
Co do tłumaczenia Jerzego Łozińskiego to faktycznie irytowały mnie spolszczone formy nazw własnych, imion itd, ale cała reszta jak dla mnie przyjemniejsza do czytania niż wydanie Marii Skibniewskiej, które było chyba bardziej dosłowne. Chociaż może powinienem odświeżyć sobie pamięć, gdyż "Władcę" po raz ostatni czytałem w 2004 roku (to był mój trzeci raz).
PS: Nigdy nie byłem psychofanem "Ann z zielonych szczytów", więc nowe tłumaczenie w ogóle mi nie przeszkadza ;)
Co do tłumaczenia Jerzego Łozińskiego to faktycznie irytowały mnie spolszczone formy nazw własnych, imion itd, ale cała reszta jak dla mnie przyjemniejsza do czytania niż wydanie Marii Skibniewskiej, które było chyba bardziej dosłowne. Chociaż może powinienem odświeżyć sobie pamięć, gdyż "Władcę" po raz ostatni czytałem w 2004 roku (to był mój trzeci raz).
PS: Nigdy nie...
Tak jak Anne była Anią od zawsze, jak Elizabeth Bennet Elżbietą, tak i Juliet z Kapuletów Julią.
Od zawsze w tłumaczeniach pojawiały się różnorakie spolszczenia nazw własnych, po to, żeby były zrozumiałe dla lokalnego czytelnika. Proponuję ćwiczenie umysłowe dla wątpiących w zasadność tego - wyobraźmy sobie bohaterów azjatyckich. Przecież już transliteracja na nasz alfabet jest ingerencją dźwiękową (problem jest realny, dajmy na to Kim Ir Sen i Kim Il Sung to tak samo poprawne przekłady). Widać od ręki, że nie ma tłumaczenia nie wymagają interwencji. W przypadku imion indiańskich dosłowne tłumaczenie może być nawet wskazane, żebyśmy lepiej mogli zrozumieć działanie tamtejszych kultur. Z innej strony - w "Świecie Zofii" przekład imienia jest tak naturalny jak niezbędny, żeby czytelnik doszedł do jego wymowy metaforycznej, a imię głównej bohaterki właściwie już w oryginale jest przekładem, tyle że z starogreckiego.
To że obecnie wiele osób w Polsce zna angielski i jest w stanie zrozumieć dźwięki stojące za imionami bohaterów nie znaczy, że transkrypcja imion per se jest błędna.
Tak jak Anne była Anią od zawsze, jak Elizabeth Bennet Elżbietą, tak i Juliet z Kapuletów Julią.
Od zawsze w tłumaczeniach pojawiały się różnorakie spolszczenia nazw własnych, po to, żeby były zrozumiałe dla lokalnego czytelnika. Proponuję ćwiczenie umysłowe dla wątpiących w zasadność tego - wyobraźmy sobie bohaterów azjatyckich. Przecież już transliteracja na nasz...
Jakiś czas temu czytałem pracę stricte naukową, gdzie autor właśnie dokonywał transliteracji z cyrylicy i niestety miałem spory problem z odgadnięciem, o jakie słowo chodzi, nawet posiłkując się słownikiem rosyjskim. Na pewno dużo łatwiej jest osobom, które znają już dany język, jak w tym przypadku rosyjski. Z tym Kim Il Sungiem spotkałem się jakiś czas temu i trochę mnie przyznam zbiło z pantałyku, bo przyzwyczajony byłem do już dość powszechnie stosowanego u nas Kim Ir Sena. Z tłumaczeniem nazw własnych to są różne opinie, jedni są przeciwni, a inni jednak tłumaczą, można kręcić nosem, ale to wydaje mi się też zależy po prostu od tego, jak do danego tekstu podchodzi tłumacz, i na pewno nie jest to błąd. Np. obecnie czytam polski przekład książki o Wietnamie Hastingsa, i autor przekładu zdecydował się spolszczyć skrótowiec partyzantki Viet Congu z V.C. na W.C., osobiście pozostałbym przy pierwotnej nazwie, która jest powszechnie stosowana w literaturze i dokumentach opisujących ten konflikt (czasem zamiennie z Charlie od Victor Charlie), ale nie mam z tym większego problemu, bo taką decyzję podjął tłumacz książki. Ale też pamiętam takie kuriozalne przekłady dosłowne, jak np. tłumaczenie słowa 'quarterback' na "ćwierćbak" 😅 Uważam, że np. umieszczanie w nawiasach nazw własnych w oryginale jest fajne, szczególnie jak czytający zna dany język, często się spotykam z takim zabiegiem u nas w książkach historycznych i jestem zdecydowanie za. Chociaż również pamiętam, jak swego czasu czytałem "Krwawy południk", to autor przekładu w ogóle nie tłumaczył kwestii w języku hiszpańskim, więc trzeba było sobie samemu tłumaczyć, ale przy obecnych możliwościach to nie jest żaden problem. Jednak znam osoby, które takie zabiegi skutecznie zniechęcają do lektury.
Jakiś czas temu czytałem pracę stricte naukową, gdzie autor właśnie dokonywał transliteracji z cyrylicy i niestety miałem spory problem z odgadnięciem, o jakie słowo chodzi, nawet posiłkując się słownikiem rosyjskim. Na pewno dużo łatwiej jest osobom, które znają już dany język, jak w tym przypadku rosyjski. Z tym Kim Il Sungiem spotkałem się jakiś czas temu i trochę mnie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
@PedroP
Jeśli chodzi o trasliterację z rosyjskiego, to zamiast do słownika rosyjskiego trzeba było zajrzeć na stronę https://sjp.pwn.pl/zasady/307-76-A-Transliteracja-wspolczesnego-alfabetu-rosyjskiego;629696.html
Zasady transliteracji różnych języków i alfabetów na alfabet łaciński (a właściwie rozszerzony łaciński) są dośc jasne i przeważnie określone formalnymi normami np. ISO. Nieco inaczej wygląda sprawa transkrypcji. Przypominam, że transkrypcja w przeciwieństwie do transliteracji, ma na celu oddanie wymowy słów języka zapisywanego w niełacińskim alfabecie w innym konkretnym języku. Dla języka polskiego łatwo można znaleźć chyba tylko zasady transkrypcji języków słowiańskich pisanych cyrylicą i języka greckiego.
Muszę przyznać, że dla mnie najbardziej wkurzające jest używanie w różnych polskich artykułach i książkach transkrypcji (nie transliteracji) języków z innym alfabetem w wersji angielskiej zamiast polskiej.
@PedroP
Jeśli chodzi o trasliterację z rosyjskiego, to zamiast do słownika rosyjskiego trzeba było zajrzeć na stronę https://sjp.pwn.pl/zasady/307-76-A-Transliteracja-wspolczesnego-alfabetu-rosyjskiego;629696.html
Zasady transliteracji różnych języków i alfabetów na alfabet łaciński (a właściwie rozszerzony łaciński) są dośc jasne i przeważnie określone formalnymi normami...
To jest ciekawa uwaga. Jako osobę znającą w miarę dobrze rosyjski zawsze mnie bawi, że ludzie tak się oburzają na spolszczenia angielskich imion, bo to ,,zabija klimat", a nikt nie komentuje tego, że oryginalnie powinien być Aleksiej Karenin, a nie Aleksy, czy Ewgienij (chociaż wymowy i tak się nie da w polskim dobrze oddać) Oniegin, a nie Eugeniusz :)W serii o Mikołajku też mamy spolszczone imiona, o brzmieniu oryginalnych dowiedziałam się z napisów końcowych filmu.
To jest ciekawa uwaga. Jako osobę znającą w miarę dobrze rosyjski zawsze mnie bawi, że ludzie tak się oburzają na spolszczenia angielskich imion, bo to ,,zabija klimat", a nikt nie komentuje tego, że oryginalnie powinien być Aleksiej Karenin, a nie Aleksy, czy Ewgienij (chociaż wymowy i tak się nie da w polskim dobrze oddać) Oniegin, a nie Eugeniusz :)W serii o Mikołajku...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejPowtórzę się jak pod ostatnim artykułem - wydaje mi się, że wydawnictwu naprawdę pasuje to ,,darcie szat" i krytyka, bo napędza popularność i sprzedaż - ten kupi na złość ,,konserwatystom", a ten, żeby skrytykować, ktoś tam z ciekawości sztuką przekładu ;) Oryginalne imiona już były w różnych tłumaczeniach Anii, Rachelę pamiętam, Marilla się pojawiła chyba nie w kontekście opiekunki bohaterki, ale jej córki już tak, były oburzenia na zrobienie z Jima Kuby ;) Ewidentnie wydawnictwo samo napędza rozgardiasz takimi artykułami, tekstami o ,,zabijaniu Anii", o tym, że są tak wystawieni na krytykę i że poprzedni czytelnicy czytali wersję z błędami... I ja po części ich rozumiem, bo trochę interesuję się promocją i domyślam się, że sprzedanie kolejnego już wydania tej samej książki na pewno jest wielkim wyzwaniem. Ale w takim razie może przyznajmy, że cieszymy się, że o książce się mówi i jest obecna w mediach, a nie narzekajmy na niedobrych ,,starych czytelników", którzy płaczą za Anią mieszkającą na szczytach wzgórz ;)
Powtórzę się jak pod ostatnim artykułem - wydaje mi się, że wydawnictwu naprawdę pasuje to ,,darcie szat" i krytyka, bo napędza popularność i sprzedaż - ten kupi na złość ,,konserwatystom", a ten, żeby skrytykować, ktoś tam z ciekawości sztuką przekładu ;) Oryginalne imiona już były w różnych tłumaczeniach Anii, Rachelę pamiętam, Marilla się pojawiła chyba nie w kontekście...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejWidzę ciąg dalszy nachalnego reklamowania pani Bańkowskiej i jej dzieła. Teraz nie mam już wątpliwości, że to zorganizowana akcja.
Widzę ciąg dalszy nachalnego reklamowania pani Bańkowskiej i jej dzieła. Teraz nie mam już wątpliwości, że to zorganizowana akcja.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJestem przeciwniczką tłumaczenia nazw własnych, w większości przypadków wystarczy wyjaśnienie znaczenia nazwy, o ile ma to jakieś znaczenie dla fabuły. Jeden z niewielu wyjątków (poza bajkami) to dla mnie przełożenie nazw w Świecie Dysku, ale tutaj dobrą robotę zrobił Piotr Cholewa, który świetnie oddał klimat książek i styl autora, a ja zostałam jego fanką. Właśnie dlatego, że zrobił coś, czemu jestem przeciwna, a teraz mogę przyznać, że miał rację. Jestem skłonna dać szansę "Anne", która do postaci pasuje bardziej. Powinniśmy oddzielać sentyment od jakości tłumaczenia, a z szumu medialnego na temat tej książki przebija się sporo informacji zapowiadających wersję lepszej jakości, bardziej zgodną z oryginałem. Doceniajmy, że ktoś wprowadza poprawki zamiast udziwnień. W każdym razie - nie krytykujmy autorki tłumaczenia tylko dlatego, że w dzieciństwie czytaliśmy o Ani, więc w naszych głowach nie ma miejsca na żadną zmianę.
Jestem przeciwniczką tłumaczenia nazw własnych, w większości przypadków wystarczy wyjaśnienie znaczenia nazwy, o ile ma to jakieś znaczenie dla fabuły. Jeden z niewielu wyjątków (poza bajkami) to dla mnie przełożenie nazw w Świecie Dysku, ale tutaj dobrą robotę zrobił Piotr Cholewa, który świetnie oddał klimat książek i styl autora, a ja zostałam jego fanką. Właśnie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejCzy to "coś" w języku polskim naprawdę nazywa się szczytami? W dodatku w liczbie mnogiej? Bo dla mnie to zwykłe poddasze. I gdyby się tego trzymać nie byłoby żadnych wieloznaczności.
Czy to "coś" w języku polskim naprawdę nazywa się szczytami? W dodatku w liczbie mnogiej? Bo dla mnie to zwykłe poddasze. I gdyby się tego trzymać nie byłoby żadnych wieloznaczności.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
@Jerzy Woliński Dokładnie to "the top end of the wall of a building, in the shape of a triangle, where it meets the sloping parts of a roof" czyli po naszemu górny koniec ściany budynku w kształcie trójkąta, gdzie styka się ze spadzistymi częściami dachu
@Jerzy Woliński Dokładnie to "the top end of the wall of a building, in the shape of a triangle, where it meets the sloping parts of a roof" czyli po naszemu górny koniec ściany budynku w kształcie trójkąta, gdzie styka się ze spadzistymi częściami dachu
No zgoda. Ale przecież ona nie mieszkała w tej ścianie, tylko za nią na poddaszu ;)
No zgoda. Ale przecież ona nie mieszkała w tej ścianie, tylko za nią na poddaszu ;)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJa wiem 😜Ale nie wiem czy wiedziała to to pani tłumacz. Dokładnie mieszkała na "poddaszu przy szczytowej ścianie budynku" wg nowego tłumaczenia. Czyli jeśli mamy na poddaszu trzy pomieszczenia, to nie mieszkała w środkowym 😝
Ja wiem 😜Ale nie wiem czy wiedziała to to pani tłumacz. Dokładnie mieszkała na "poddaszu przy szczytowej ścianie budynku" wg nowego tłumaczenia. Czyli jeśli mamy na poddaszu trzy pomieszczenia, to nie mieszkała w środkowym 😝
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamNie rozumiem tego darcia szat. Jeżeli ktoś jest zwolennikiem starszej wersji, nie musi przecież wcale zawracać sobie głowy nową i od razu uważać jej za świętokradztwo, a twórca z kolei przepraszać za śmiałość dokonania tego „morderstwa” [sic!]. Tłumaczenia Barańczaka na przykład przez wielu uważane są za lepsze, bardziej oddające humor chociażby. Nowe spojrzenie na tekst może wydobyć z niego coś cennego, czego wcześniejszy tłumacze nie wychwycili. Moim zdaniem byłoby świetnie, gdyby powstał chociażby nowy polski przekład „Opowieści podręcznej", bo obecna wersja jest moim zdaniem słaba i nie ma tego flowu co oryginał. Co do Ani bądź Anne, to nigdy nie była moja ulubiona lektura i przeczytałam bez większych emocji i chyba z lekkim znudzeniem, nie pamiętam, bo to dawno było, wyłącznie pierwszy tom.
Nie rozumiem tego darcia szat. Jeżeli ktoś jest zwolennikiem starszej wersji, nie musi przecież wcale zawracać sobie głowy nową i od razu uważać jej za świętokradztwo, a twórca z kolei przepraszać za śmiałość dokonania tego „morderstwa” [sic!]. Tłumaczenia Barańczaka na przykład przez wielu uważane są za lepsze, bardziej oddające humor chociażby. Nowe spojrzenie na tekst...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
@Sonia Miniewicz Swojska Małgorzata Linde stała się znów Rachel Lynde (co w polskim„klasycznym” przekładzie zmieniono, by nie nasuwało żydowskich konotacji)
Rozumiem że ma pani na to jakieś opracowania, dowody czy tak se to pani napisała żeby wierszówkę zwiększyć??????
@Sonia Miniewicz Swojska Małgorzata Linde stała się znów Rachel Lynde (co w polskim„klasycznym” przekładzie zmieniono, by nie nasuwało żydowskich konotacji)
Rozumiem że ma pani na to jakieś opracowania, dowody czy tak se to pani napisała żeby wierszówkę zwiększyć??????
Na pewno jej Pani nie zabiła. Raczej próbowała "zabić" Anię, bo nie sądzę aby się to Pani udało, gdyż fani pierwowzoru z pewnością na to nie pozwolą. Nigdy nie skuszę się na ten nowy przekład, bo nie odczuwam takiej potrzeby.
Na pewno jej Pani nie zabiła. Raczej próbowała "zabić" Anię, bo nie sądzę aby się to Pani udało, gdyż fani pierwowzoru z pewnością na to nie pozwolą. Nigdy nie skuszę się na ten nowy przekład, bo nie odczuwam takiej potrzeby.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamZapraszam do dyskusji.
Zapraszam do dyskusji.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam

