rozwińzwiń

Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych

Okładka książki Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych autora Crick Mark, 8374696241
Okładka książki Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych
Crick Mark Wydawnictwo: Prószyński i S-ka literatura piękna
93 str. 1 godz. 33 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Kafka's soup
Data wydania:
2008-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2008-01-01
Liczba stron:
93
Czas czytania
1 godz. 33 min.
Język:
polski
ISBN:
8374696241
Tłumacz:
Anna Bańkowska
Średnia ocen

6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych

Średnia ocen
6,8 / 10
33 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych

avatar
3281
515

Na półkach: , ,

Lektura tej małej książeczki to prawdziwa uczta. Dla ducha - pieszczonego inteligentnymi i zabawnymi pastiszami stylu i języka kilkanaściorga z wielkich twórców literatury; dla umysłu - rozpoznającego owo naśladownictwo i udawanie; a wreszcie dla samego ciała, które, stymulowane smakowitymi opisami kulinarnymi, tu i ówdzie dokręca śrubkę, przyśpiesza wytwarzanie enzymów trawiennych i już gotowe zasiąść przy stole z widelcem w jednej, a nożem w drugiej ręce, domagając się praktycznego kontaktu z opisywanymi daniami.

Dla mnie już początek książeczki był mocnym uderzeniem - przepis na uwielbianą przeze mnie jagnięcinę, którą na swój męski, cyniczny i idealistyczny sposób serwuje sam Raymond Chandler. Potem było zabawnie i sympatycznie, ale prawdziwą namiętność i płomień rozbudziła we mnie str. 34. Proszę państwa, receptura na coq au vin! I pierwsze jej zdanie: "Ojciec Antonio del Sacrament del Altar Castaneda siedział w ogrodzie i obserwował gasnący dzień". Zatem nie dość, że takie wspaniałości, to jeszcze jeden z moich ukochanych pisarzy, Gabriel García Márquez! Jestem miłośniczką i dobrej literatury, i dobrego jedzenia, więc autor, Mark Crick, kupił mnie w całości.

Dodatkową atrakcją są ilustracje autora, każda w innej stylistyce, dopasowanej do imitowanego twórcy. I tak np. J.L. Borges dostał obraz surrealistyczny, Steinbeck - ilustrację naturalistyczną ale nie pozbawioną poezji, a Chaucer - średniowieczny witraż (z przezabawnym i odbierającym mu nieco dostojeństwa motywem kuchennym).

"Zupa Franza Kafki" chce być czytana. "Zupa Franza Kafki" chce być wypróbowana i zjedzona. W dodatku wszystkie potrawy z tego literackiego menu można pochłonąć bez przerwy, jedną po drugiej, i nie grozi to ani przejedzeniem, ani nadwagą. A po lekturze... Fartuszki na brzuszki, noże w dłoń, marsz do kuchni i do dzieła!

Lektura tej małej książeczki to prawdziwa uczta. Dla ducha - pieszczonego inteligentnymi i zabawnymi pastiszami stylu i języka kilkanaściorga z wielkich twórców literatury; dla umysłu - rozpoznającego owo naśladownictwo i udawanie; a wreszcie dla samego ciała, które, stymulowane smakowitymi opisami kulinarnymi, tu i ówdzie dokręca śrubkę, przyśpiesza wytwarzanie enzymów...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
576
94

Na półkach: ,

Smakowita literacko i kulinarnie "Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych". I nie dość, że genialnie napisana przez Marka Crick'a to jeszcze przez niego świetnie zilustrowana (polecam szczególnie fotografię na stronie 59 - czy widzicie na niej potencjalni czytelnicy, więcej niż jajka zbicie?).

Nie chcę powtarzać tego co napisali inni na temat tej książki, dlatego polecam bardzo trafną opinię mojej LC-znajomej, czytankianki: http://czytankianki.blogspot.com/2012/01/od-kuchni.html Ze swojej strony pragną podkreślić jeszcze jeden walor tego małego cacka: tłumaczenie, dokonane przez Annę Bańkowską. Dla mnie majstersztyk. Polecam z czystym sumieniem "Zupę Franza Kafki" i... smacznego!

Smakowita literacko i kulinarnie "Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych". I nie dość, że genialnie napisana przez Marka Crick'a to jeszcze przez niego świetnie zilustrowana (polecam szczególnie fotografię na stronie 59 - czy widzicie na niej potencjalni czytelnicy, więcej niż jajka zbicie?).

Nie chcę powtarzać tego co napisali inni na temat tej...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1805
95

Na półkach:

Dobry literacki żart. Dla miłośników kulinariów i nie tylko. ;)

Dobry literacki żart. Dla miłośników kulinariów i nie tylko. ;)

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

89 użytkowników ma tytuł Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych na półkach głównych
  • 48
  • 41
24 użytkowników ma tytuł Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych na półkach dodatkowych
  • 16
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dom z papieru Carlos María Domínguez
Dom z papieru
Carlos María Domínguez
Ta urocza książeczka trafi przede wszystkim do zawołanych bibliofilów, takich, którzy mają - skromnie mówiąc: niczym ja - całe ściany w książkach, a ich treści w sercu. Analogie do Borgesa - jak najbardziej zasadne. Ktoś tu przyjechał do Urugwaju, żeby zwrócić książkę komuś, kto wysłał ją do koleżanki z Cambridge, ale ta umarła, zanim ją otrzymała. Nie bez znaczenia jest, że zginęła ona pod kołami samochodu, zaczytana w poezjach Emily Dickinson… A sprawa wiąże się z pewnym, dość oryginalnym, miłośnikiem książek z Ameryki Płd. i - krótko - samej wykładowczyni. Ten przelotny romans miał nie byle jakie skutki - książkowe. Potem ten ktoś uciekł od życia w ustronne miejsce, gdzie warunki życia kompletnie prymitywne a swój dom… Ale nie, to trzeba doczytać, wraz z buzującymi emocjami. Fabuła jest nieco banalna - ukazana tu miłość do książek z pewnością taką nie jest. Rzadko można spotkać się z tak oryginalnym podejściem do zadrukowanych stronic, razem sklejonych bądź zszytych - tych przedmiotów fascynacji nas wszystkich na LC. Niemniej jednak z bólem, jakiego tu zaznają książki - a my razem z nimi - trzeba się pogodzić, bo on niejako egzystencjalny… Idealna lektura na lato; lekka a inteligentna, kulturowo głęboka. Książkożercy - do lektury! Nieco cytatów - a wszystkie o książkach..! “Odkąd sięgam pamięcią, kupowałem książkę za książką. Założyć bibliotekę to jak stworzyć życie. Nigdy nie jest to suma poszczególnych książek”. “Nie potrafię zasiąść do czytania książki, nie mając jednocześnie 20 innych, aby uzupełnić na przykład interpretację jednego rozdziału. Nie znam większego szczęścia niż pogrążyć się na kilka godzin dziennie w ludzkim czasie, który inaczej byłby dla mnie obcy”. “Książka, której nie można znaleźć, to książka, która nie istnieje”. “Wyjaśnił mi, ile pracy wkłada w to, żeby nie zestawiać na tej samej półce dwóch autorów skłóconych ze sobą. Na przykład nie ośmielał się umieścić książki Borgesa obok książki Garcii Lorki”. “Zobaczył na łóżku około 20 książek skrupulatnie ułożonych w taki sposób, że odtwarzały wraz z wypukłościami ludzką sylwetkę. Zapewnia, że można było wyróżnić głowę otoczoną małymi książeczkami w czerwonych okładkach, tors, kształt rąk i nóg. Kobieta? Mężczyzna? Sobowtór?”. “Zadawałem sobie wielokrotnie pytanie, po co trzymam książki, które tylko w jakiejś dalekiej przyszłości mogą mi się przydać, tytuły odległe od moich zwykłych zainteresowań, takie, które kiedyś przeczytałem i które przez wiele lat nie otworzą ponownie swoich stron może nawet nigdy! Ale jak pozbyć się na przykład +Zewu krwi+, nie niszcząc jednocześnie jednej z cegieł dzieciństwa czy +Greka Zorby+, który pieczęcią płaczu położył kres mojej młodości”. “Myślę, że nie weźmie mi za złe, jeżeli powtórzę jedno z jego wyrażeń, nieco wulgarnych: +Ja się pieprzę z każdą książką, a jeżeli nie zostawiam na niej śladu, to znaczy że nie mam orgazmu+. Mnie natomiast gryzmolenie zawsze wydawało się barbarzyństwem”. “Zła proza, gdy towarzyszy jej dobry koncert, może wydawać się znacznie lepsza, niż jest. (...) Lubię, jak podczas lektury Goethego rozbrzmiewa w tle któraś z oper Wagnera lub powiedzmy kiedy Baudelaire'owi towarzyszy Debussy. To część podróży i mogę pana zapewnić, że przyjemność jest wówczas większa, pod każdym względem. Może pan wie, że kiedy czytamy po cichu, emitujemy dźwięk liter na nieuchwytnej częstotliwości”. “Żartowaliśmy, mówiąc, żeby dodawać świece tylko do dzieł poprzedzających wynalazek światła elektrycznego. (...) Nigdy w odniesieniu do autorów z 20. wieku, bo w takim wypadku zapalał światło elektryczne i, oczywiście, zmieniał też muzykę”. “Dla bibliofila każda myśl o ogniu jest jak marzenie, który obraca się w popiół. To coś, o czym wiemy, że się czai, jest realne i może nas na zawsze zniszczyć. Unikamy nawet wzmianki o nim, mając nadzieję, że w ten sposób nie wywołamy wilka z lasu”. “Pozostawiamy kolegę siedzącego w salonie, a kiedy wracamy, znajdujemy go niezmiennie stojącego i węszącego wśród naszych książek”. “Ale nadchodzi chwila, w której tomy przekraczają niewidzialną granicę, jaką im się wyznacza, i dawna duma przeradza się w uciążliwe brzemię, gdyż odtąd przestrzeń zawsze będzie stanowiła problem. – Ile ma pan tu książek? – spytałem. –Prawdę mówiąc, straciłem rachubę. Ale przypuszczam, że około 18 tysięcy”. “Widziałem książki podłożone pod zbyt krótką nogę stołu, przekształcone w stolik nocny, spiętrzone w kształcie wieży i przykryte serwetką; wiele słowników prasowało i przyciskało przedmioty znacznie częściej, niż były otwierane, i niemało książek przechowywało listy, pieniądze i sekrety ukryte na regałach. Ludzie też mogą zmieniać przeznaczenie książek”. “Tłucze się wazon, psuje ekspres do kawy czy telewizor. Tymczasem książka nie niszczy się tak szybko, chyba że przyczynia się do tego właściciel, wyrywając z niej kartki czy ją paląc”. “Za czasów ostatniej argentyńskiej dyktatury wojskowej ludzie nierzadko palili swoje książki w toaletach i wannach czy zakopywali je w ogródkach. Mając do wyboru książki lub własne życie, stawali się katami”. “Książki (...) szły do nieba zamienione w popiół, który rozwiewał się w powietrzu. Stosunki ludzkości z tymi trwałymi przedmiotami, zdolnymi przekroczyć jeden wiek, dwa, dwadzieścia, pokonać, że tak powiem, piasek czasu, nigdy nie były niewinne”. “Kiedy babcia widziała jak czytam w łóżku, za każdym razem powtarzała mi: +Zostaw to, książki są niebezpieczne+. Przez wiele lat uważałem ją za ignorantkę, ale czas dowiódł rozsądku mojej niemieckiej babki”. “Książka zaczynała rozmiękać w deszczu, rozpłaszczać się na płycie z czarnego marmuru, zsuwać ku powolnej, lecz pogodnej śmierci, jak statek cicho zawijający do portu”. “Często jest mi trudniej pozbyć się jakiejś książki niż zdobyć nową. Nikt nie chce stracić książki. Wolimy zgubić pierścionek, zegarek czy parasol niż książkę, której już nie będziemy czytali, ale która zachowuje, w samym brzmieniu tytułu, jakąś dawną i być może utraconą emocję”. “Nadchodzi chwila, w której tomy przekraczają niewidzialną granicę, jaką się im wyznacza, i dawna duma przeradza się w uciążliwe brzemię, gdyż odtąd przestrzeń zawsze będzie stanowiła problem”. “Nie będzie mógł znów powiedzieć jakiemuś zachwyconemu gościowi: +Nie, nie przeczytałem ich wszystkich. Towarzyszą mi od wielu lat. Mam coś, co na pewno się panu spodoba+. Ale może powiedzieć: +Są nadal moimi przyjaciółmi. Dają mi schronienie. Cień latem. Osłaniają mnie od wiatrów. Książki są moim domem+”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na87 miesięcy temu
Goła pionierka Michaił Kononow
Goła pionierka
Michaił Kononow
„Goła pionierka” Michaiła Kononowa czekała dwadzieścia lat na półce, by zostać wydaną. Nie pomogły tutaj nawet zmiany ustrojowe i wprowadzenie nowego porządku. Powieść uznano za obrazoburczą i wyjątkowo niepoprawną politycznie, autor bowiem demistyfikuje wiele z radzieckich i rosyjskich świętości. Wielkie eskapady, huczne zwycięstwa i waleczność sołdatów z Armii Czerwonej to w jego powieści wynik terroru wewnętrznego i krwawych gróźb. Obrońca ojczyzny, wyzwoliciel okupowanych terenów, staje się zwykłym, przerażonym mężczyzną, często ledwie dorosłym chłopaczkiem, dla którego gwałt na nieletniej Musze nie jest niczym strasznym. Przecież i tak może lada moment zginąć, a dziewczyny w żaden inny sposób nie krzywdzi. Największa wartość na froncie? Zapalniczka, którą można podarować komuś za przysługę, zdobyczna para bawełnianych, białych majtek, dzięki których obdarowana dziewczyna rzuci się wojakowi nie tylko na szyję. Kononow nie żałuje nikomu ani niczemu. Oblężenie Leningradu, w historiografii radzieckiej i rosyjskiej nazywane blokadą, temat niemal święty, o którym należy wyrażać się z szacunkiem, tak dla obrońców, którzy przeżyli, jak i tych, którzy polegli. Blokada, jakiej świat jeszcze nie widział, długa, wyniszczająca, odbierająca ludziom zdrowie fizyczne, zmysły, życie. Często temat okryty warstwą tabu, której nie wolno poruszać, tak jak kanibalizm, który szerzył się wówczas w oblężonym mieście. Kononow wyjątkowo obrazowo pokazuje jaką wartość zyskiwał martwy człowiek, niezdolny już do obrony. Tym bardziej, jeśli jego ciało pozostało młode, jędrne i świeże. Muszyny koszmar był koszmarem tysięcy leningradczyków. Obrywa się także marszałkowi Żukowowi, i to podwójnie. Jeden z bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, tu przedstawiony jako generał Zukow, zobrazowany jest jako szaleniec, który w ramach kary potrafi zabić co trzeciego żołnierza, ustawiając wcześniej wszystkie jednostki w rzędzie. Przecież człowiek sam w sobie nic nie znaczy, a śmierć w tym przypadku jest właśnie jednostkowa. I to nic, że boisko do siatkówki, na którym odbywa się egzekucja, zmienia się w usłaną trupami czerwoną kałużę. Generał Zukowa to szaleniec, który w jednej chwili jest patriotą i zatwardziałym komunistą, a w drugiej bez namysłu targa portret Dzierżyńskiego, by zamiast niego wieźć przez kraj i wojnę nastoletnią Muchę. W ten oto sposób autor w „Gołej pionierce” rozprawia się z najważniejszymi mitami wojny, burząc i niszcząc ustalony dawno temu ład. Lecz nie są to jedyne powody, dla których powieść Kononowa czekała tyle na akceptację i wydanie. Równie ważna jest postać samej Muchy. Czternastoletnia dziewczyna, w chwili przyjęcia do jednostki wojskowej 2-3 lata młodsza, od razu staje w zwielokrotnionej roli. Po pierwsze jest wzorcową pionierką, wyuczoną w zgodzie z radziecką myślą, to też sprawy obrony kraju i wspierania towarzyszy niedoli traktuje jako obowiązek i realizuje bez sprzeciwu. Po drugie, Mucha z czasem zostaje artylerzystką, dosłowną i metafizyczną, swoimi onirycznymi rajdami nad Leningradem oczyszczając niebo z wrogich jednostek. Po trzecie, Mucha w swojej kompanii traktowana jest jak Bogurodzica. Zdaniem niektórych jej zdaniem jest urodzenie nowego Rosjanina, żołnierza lepszego niż inni, który stanie na czele armii i poprowadzi kraj do zwycięstwa, zgodnie z wolą nie tylko generała Zukowa, lecz i samego Stalina. Z tego powodu Muchę otacza się w jednostce swego rodzaju czcią, a jej godności broni mieszkający z nią w jednym pomieszczeniu starszy żołnierz, Łukicz. Jedyny, który w Musze widzi nie kochankę, lecz córkę. Po czwarte, Mucha dla radzieckich żołnierzy staje się walkirią i aniołem śmierci jednocześnie. Jak zauważają niektórzy, wszyscy mężczyźni, którzy odwiedzają Muszyne łóżko, którym Mucha oddaje swoje ciało, uwagę i czas, giną bardzo szybko, jeśli jeszcze nie w tym samym dniu, to najpóźniej w następnym. Z tego powodu wielu boi się przyjść do niej i prosić o chwilę przyjemności, obawiając się, że nawet z dala od frontu zbłąkana kula ich dosięgnie, a Mucha, jak germańska bogini, jako ostatnia dotknie ich żywego ciała i jako pierwsza przechwyci ich martwą duszę, której lżej będzie ulecieć po chwili spędzonej z kobietą. „Goła pionierka” to bardzo trudna lektura. Przedziwny, wymyślny język, będący połączeniem radzieckiej nowomowy ze staroruskimi bajaniami, galopująca do przodu fabuła, nagle skręcająca, zawracająca, wznosząca się w górę, to znów pędząca na ziemię, jakby śmierci się nie bała, przeplatanie się realizmu magicznego z oniryzmem, a do tego brutalna rzeczywistość wojenna – oto mieszanka, jaką stworzył Kononow. Mieszanka, która rozpędza się bardzo powoli, ociężale, na początku nawet niezrozumiale, a dopiero po czasie rozjaśnia nam umysły i ukazuje całą swoją zawartość. Tutaj wielki szacunek należy się tłumaczowi, Janowi Gondowiczowi, który nie dość, że stanął na wysokości translatorskiego zadania, to jeszcze wyłapał specyfikę języka oryginału i stworzył językowe arcydzieło, oddając pełnię ducha powieści. Dzieło Michaiła Kononowa to niejednoznaczna powieść. Tytuł i główny wątek sugerować mogą coś zupełnie innego, niż treść zawiera naprawdę. A ta pełna jest radzieckich i rosyjskich mitów, wciąż żywych w narodzie, z którymi rozprawia się z pomocą ciała, umysłu i duszy nastoletniej Marii Muchinej. Dziewczyny, której jedynym marzeniem było umrzeć tak, by jej frontowi towarzysze mogli ponieść jej trumnę, okrytą białymi kwiatami. Dziewczyny, która ze zwykłej pionierki przemieniła się w postać, która oficjalnie nie miała prawa zaistnieć – radziecką świętą. Po bardziej szczegółową recenzję zapraszam do siebie - https://kulturalnynihilista.pl/gola-pionierka-michail-kononow-rosja-cz-23/
KulturalnyNihilista - awatar KulturalnyNihilista
oceniła na74 lata temu
Sto butelek na ścianie Ena Lucia Portela
Sto butelek na ścianie
Ena Lucia Portela
Podchodziłam do tej powieści kilkakrotnie, niczym przysłowiowy pies do jeża. I kilka miesięcy temu wybrałam się z przyjaciółmi na Kubę. Przyznam, że wydawało mi się iż mam jakieś pojęcie, jak wygląda ziemia zaorana przez komunistów, ale nie do aż takiego stopnia. Byliśmy w kilku miejscach, ale to Hawana jest tyglem totalnego smutku, degradacji, niszczenia, a jednocześnie miastem pubów, barów, restauracji, pięknych do oszalenia dziewcząt i przystojnych chłopców. Muzyka to chyba jest wszędzie. A z nią taniec. Zeta z jej pulchnym ciałem i wielkim sercem, nie przejmująca się przyszłością, żyjąca popędami i chwilą, całkiem nieźle sobie radzi mentalnie z tym depresyjnym zabiedzonym i zagłodzonym miejscem, jakim jest Kuba. Wychowana przez ulicę i ojca geja, zaskoczonego rychłym po porodzie zgonem żony, Zeta jednak trafia na odpowiednie przyjaciółki. Sama lojalna do granic, nie zwraca uwagi na drobne niedogodności czy uchybienia ze strony tych, których kocha. Depresyjny i agresywny, niczym zamknięty w klatce zwierz partner narratorki upokarza ją, bije niemal do zabicia, a ona przy nim trwa. I robi swoje. Urządza się w tym biednym, zatłoczonym ludźmi beznadziejnym życiu z humorem i zintelektualizowanymi spostrzeżeniami. Świetna książka. Nie do końca namawiam na wycieczkę na Kubę przed jej przeczytaniem, tam też można trafić jedynie do luksusowego all inclusive i nie zobaczyć nic destrukcyjnego. Ale chociaż obejrzyjcie dokument na Netflix: „Cuba libre”. To delikatnie zaznaczy problem beznadziei, w jakiej znaleźli się Kubańczycy i jeszcze bardziej to podrasuje entuzjazm życia Zety
Iza - awatar Iza
oceniła na81 rok temu
Mojry Marek Soból
Mojry
Marek Soból
„Nikt, kto przeżył obóz, kto spędził w nim wiele lat, tak jak ja, nikt taki nie jest całkiem normalny, zawsze będą do niego wracały wszystkie te nieznajome ciała leżące na kupach”. - „Mojry” - Marek Soból▪️. Trzy kobiety, trzy Mojry, trzy różne światy a łączy je .... miłość, cierpienie, ból, przeznaczenie, wiara, samotność i kobiecość▪️🌱Pierwsza z nich to, starsza pani mieszkająca we Francji a duszą i sercem oddana we władanie magicznemu miastu jakim jest Kraków, bo pamięta stary Kazimierz, kominy i Holokaust i czasy, które bolały ale były tak piękne, bo przepełnione miłością, ze warto do nich wracać▪️🌱Druga kobieta -mojra, to pielęgniarka z dziecięcego oddziału onkologii, gdzie smierć mówi jej „dzień dobry” i drwi z niej w każdej sekundzie. Cierpi po stracie miłości, nie potrafi się odnaleźć, szuka ukojenia, zrozumienia i empatii▪️Dziki i namiętny taniec, łączy ja z pierwsza mojrą. Gdzie łzy znajdują swoje ukojenie, gdzie choć na chwilę zapomina o przeszłości▪️🌱 Trzecia mojra, to polska kurtyzana, która jak nikt inny rozumie co to bieda, przemoc, brak perspektyw na przyszłość, brak rodziny, miłości i dzieci▪️ Paradoksalnie znajduje nic porozumienia z drugą mojra. Ta znajomość to coś więcej niż tylko kobieca solidarność▪️Te, trzy współczesne boginie, łączy siła i nadzieja, walka i odwaga. Ta książka daje tyle siły i wiary, ze na długo zostaje w pamięci▪️ Porusza i zmusza do refleksji▪️🌱Książka od mężczyzny dla kobiety▪️
Bożenka Wykurz - awatar Bożenka Wykurz
ocenił na86 lat temu
Przed zstąpieniem do piekieł Doris Lessing
Przed zstąpieniem do piekieł
Doris Lessing
To chyba ta chwila, kiedy przebudziwszy się z intensywnie barwnego snu, nadal pozostaję pod przemożnym wpływem jego subtelnie przepływających prądów. Lektura powieści zakończona ale jej czar nie prysł. Z nabytą wiedzą stoję niczym współczesny Odyseusz po wędrówce w głębiny swojej jaźni. Próbuję zrozumieć coś istniejącego, niedostrzegalnego jednak wcześniej dla moich zmysłów sprzed emocjonalnych wypraw z Doris Lessing. Gdybym chciał spojrzeć zgodnie z chłodną percepcją naszych czasów, to zapewne dostrzegłbym paranoidalny przypadek, wciśnięty w ramy ścisłych rubryk nauki o ludzkiej psychice. Jednak wszystko co przeżyłem, znajduje się poza Czasem współczesnego świata. Ta mozaika ogromnych i ciągle zabudowywanych przestrzeni staje się dopełnieniem moich snów, bo przyznam się do tego, że część z nich już kiedyś wyśniłem. To nauka dla mnie, jak przestać definiować zdarzenia według utartych wzorców. "Przed zstąpieniem do piekieł" trzeba zdobywać dryfując, wykorzystując odpływy światła i przypływy cienia. Należy przyjąć, że nic nie jest tym, czym się wydaje. To szczególny stan wyobraźni, uruchamiany wtedy, kiedy twórczyni lub twórca literackiego dzieła nakłada warstwami swoje bogactwo, zdając sobie sprawę z pulsacji tej całej nowej materii, często wręcz czytelnika oślepiającej. Jednak chociaż w tym wypadku stajemy przed problemem lub dobrodziejstwem istnienia wielu form, to można się tu czuć rześko. W każdym razie przed moimi oczami rozpościerała się jedynie jasna przestrzeń. Oczywiście aby wysiłki zostały ukoronowane, to trzeba spojrzeć na to wszystko pod pewnym specyficznym kątem. Tak wspaniałych widoków nie wolno przecież wystawiać na łut szczęścia, wskazane jest wtedy chociaż minimalne wyostrzenie zmysłów. Bohater angielskiej pisarki znajduje się wciąż w drodze, spełnieniu jego największych oczekiwań towarzyszy ogromne uczucie napięcia. Nie spodziewałem się wielu wskazówek dotyczących sposobu, w jaki obydwaj mamy uniknąć niewyobrażalnie groźnego nurtu. Poszukujący celu Charles Watkins tęsknił za przyjaznym lądem a ja za jednocześnie kreślonymi przez Doris Lessing kilkoma liniami, kiedy to rozciągnięty na wszystkie strony Czas wymaga tworzenia pomostów, rozpiętych w sieci wymagających ogromnego zaangażowania zależności. Mam wrażenie, jakby antybohaterowie tej powieści karali za nadmierną wrażliwość i zabraniali dopatrywania się w każdym zdaniu innego znaczenia. A przecież w "Przed wstąpieniem do piekieł" wyraźnie wyczuwa się obecność czegoś, co kiedyś istniało a obecnie jest nie do odnalezienia. Tło dla mojego niezwykłego poruszenia stanowi przyroda i muszę przyznać, że nawet kiedy w powieści noblistki zapada mrok, to niezwykłe widoki nie giną. Jest w tym jakaś ożywcza substancja, napierająca na potrzebę dopasowania rytmu życia do odmiennych wzorców. Kiedy przez uchylone wrota tej powieści widzi się zawarte jeden w drugim odległe światy w skali mikro i makro, to aż nie chce się zamykać na te wszystkie wspaniałości oczu. Gdyby część akcji książki nie działa się w szpitalu, to pewnie miałbym wrażenie, że przez cały czas mam do czynienia z nieziemskimi istotami. A jednak w tej osadzonej w klimacie psychologicznego fantasy akcji powieści czai się jak najbardziej ludzka groźba, nieobliczalny wir wszelkiego stworzenia z konsekwencjami podyktowanymi przez błędy ludzkości. Przekonajcie się sami, jak płynny jest ten sen, z którym przyszło mi się zmierzyć.
czytający - awatar czytający
ocenił na103 lata temu
Męka kartoflana Janusz Rudnicki
Męka kartoflana
Janusz Rudnicki
MĘKA KARTOFLANA. ...czyli z każdej granicy strony. Czego w tej książce nie ma? Elektryzujące sytuacje spotkania Polaków z Niemcami, rozwijające się siłą rozpędu pamięci o wojnie – są. Portret staczającej się alkoholiczki – jest. Wieśniaccy Polacy, którzy wyrwali się poza granice „matecznika” - są. Wulgaryzmy – całe kopy. Absurd i groteska – im dalej, tym więcej, aż do zbrojenia ziemi krzyżami przeciwko szatanowi. No i Bruno Schulz. „Męka kartoflana” jest zbiorem opowiadań Janusza Rudnickiego, które jako takie muszą reprezentować różny poziom. Poniżej kilka słów o wybranych. Szczególnie dla mnie interesujące są utwory koncentrujące się na przemyśleniach Rudnickiego dotyczących twórczości Schulza oraz zapisków Nałkowskiej i Dąbrowskiej. Autor „Męki kartoflanej” nie uznaje w tym przypadku kompromisów i uderza wszystkim co ma w pisarzy, można powiedzieć, pierwszej wielkości wśród gwiazd naszej literatury. Nie obawia się krytykować autorów, co chwilę rzuca cytatami i sprawnie porusza się po niemałym przecież dorobku pisarzy. Jego impresje są zupełnie inne od powszechnie znanej praktyki interpretacyjnej. Rudnicki śmiało sobie poczyna z sylwetkami pisarzy i bezlitośnie czepia się szczegółów, wytyka usterki, powtarzalność i nieautentyczność. Czyta się to wszystko jednym tchem, momentami aż trudno nadążyć za porywającym stylem autora. Jest to doświadczenie odświeżające w stosunku do prac krytyków piejących z zachwytu nad twórczością „klasyków”. A jednak nie odnosi się wrażenia, że Rudnicki kopie leżącego. Nie znęca się on nad opisywanymi sylwetkami, lecz jego krytyka jest rozmyślnie rozdmuchana i jednak podszyta szacunkiem do wziętych na warsztat, czy też pod ostrze pióra, pisarzy. Opowiadania portretujące alkoholiczkę Uschi aż kipią od fizjologii. Ociekają potem, brudem i wymiocinami. Ciężko powiedzieć, jak w wielu miejscach książki, gdzie kończy się inspiracja prywatnymi doświadczeniami Autora, a zaczyna wyobraźnia. Pisarz stworzył tutaj bardzo plastyczny obraz fiksacji i nienawiści maskującej fascynację. Co do reszty utworów, skwitować je można terminem „groteska”. Sytuacje z życia codziennego nagle nabierają innego znaczenia i zdarzyć się może dosłownie wszystko. Ulubionym chwytem Rudnickiego jest przepis następujący: wrzucić do jednego worka grupę wybraną z zestawu Polacy/Niemcy w scenerii Polski/Niemiec, zamieszać, potrząsnąć i spróbować, co z tego wyszło. A wychodzi zazwyczaj napędzająca bohaterów tajona nienawiść, skrywana uraza i maskowane kompleksy. Polacy przedstawiani przez Rudnickiego, to ci, których znamy, choć znać byśmy nie chcieli. Reprezentują sobą szerokie spektrum negatywnych stereotypów. Każdego można określić etykietą złodzieja, degenerata, idioty. Obrywa się od Rudnickiego Polakom, obrywa przy każdej okazji. „Taś, taś, Polaczki!”, pisze Rudnicki i przywabione stadko stawia w coraz dziwniejszych sytuacjach. Groteska króluje, absurd goni absurd, pojawia się romantyczna symbolika wraz z zestawem wszelkich rekwizytów od rozdętej martyrologii, wielkiej sprawy narodowej i patriotyzmu. Rudnicki całą tę graciarnię polskiej literatury wsmarowuje w błoto, dając chyba wyraz swoim przekonaniom na temat poruszania tych kwestii w książkach. „Męka kartoflana” zaczyna zalatywać Gombrowiczem i wszystkim, co z tego wynika. Warto przeczytać, ze względu na dystans Autora do świata, ludzi, siebie samego, a szczególnie wobec pisarstwa. Dla kogo? Dla spragnionych komentarzy do twórczości Schulza, nieoklepanych i świeżych. Dla zafascynowanych relacjami polsko-niemieckimi. Dla Polaków z dystansem do siebie. Nie dla tych, którzy: mają alergię na potoczysty styl strumienia świadomości; nie trawią romantyzmu nawet obśmiewanego; nie przepadają za groteską; bulwersują się dostrzeganiem śmieszności w mitach narodowych; obrażają się za krytykowanie Schulza; wieszczów.
jaccobus - awatar jaccobus
ocenił na79 lat temu
Zadyma w dzikim sadzie Kiran Desai
Zadyma w dzikim sadzie
Kiran Desai
Wszystkiemu winne pijane małpy. Pomimo że książka została napisana w latach siedemdziesiątych, jest zaliczana przez hindusów i nie tylko do klasyki powieści hinduskiej. Może dlatego, że świetnie oddaje klimat i ducha Indii, ducha pełnego wewnętrznych sprzeczności, mieszanki tradycji i nowoczesności. Indie, najludniejszy kraj na świecie, gdzie trudno jest o intymność i samotność, a domy są wielopokoleniowe. Nie inaczej jest w maleńkim górskim indyjskim miasteczku, z ciasnymi, brudnymi uliczkami, gdzie każdy o każdym wie wszystko, a życie jest nudne i jednostajne. W takim miasteczku, w dziwnych okolicznościach przychodzi na świat Sampath. Jego ojciec jest urzędnikiem państwowym i pragnie dla swego pierworodnego syna tego samego, a nawet żeby osiągnął więcej niż on. Sampath jednak uczyć się nie chce. Sfrustrowany ojciec załatwia mu pracę na poczcie, zajęcie nudne, a jedyna rozrywka to czytanie cudzych listów. Ta nuda go przytłacza i po wywołanej na ślubie szefa zadymie ucieka. Nie ucieka jednak daleko, a zostaje w pobliżu miasteczka, wdrapuje się na drzewo i tam mieszka. On ucieka od świata, ale czy świat go nie dogoni? W świecie zachodnim można by traktować Sampatha jako nieudacznika, ale w Indiach, gdzie tylu dziwnych świętych mężów, on staje się kolejnym z nich. Sampath staje się lokalną atrakcją. Nie może narzekać, karmią go, siedząc na drzewie, może się umyć i załatwiać inne potrzeby, otoczony opieką rodziny. Przybywają do niego tłumy po poradę i błogosławieństwo. Sampathowi przydało się czytanie cudzych listów. Jego ojciec, który kiedyś go tak ganił, teraz dzięki niemu zarabia ogromne pieniądze i ciągle rozwija rodzinny biznes. Niestety sielankę przerywają małpy, święte zwierzęta w Indiach, które wprowadzają chaos. Sampathowi pozostaje zejście z drzewa lub ucieczka jeszcze dalej. Kiran Desai z przymrużeniem oka wspaniale oddaje świat hinduski i mentalność jego mieszkańców. Poznajemy plejadę barwnych postaci, których zachowanie nas zaskakuje. W barwny sposób opisuje świat mnie obcy, pełen zachwycających zapachów i smaków, ale też smrodu, kurzu i upału. Można podejść do tej powieści filozoficznie, czyli poszukiwanie swojego miejsca na świecie i sensu życia. Tyle tylko, że taka historia mogła się wydarzyć tylko w Indiach. Jednak jest to powieść iskrząca się od humoru, który czasami dla europejczyków jest absurdalny. Czytając ją, bawiłam się znakomicie, ten rodzaj humoru mnie odpowiada. Recenzja w serwisie "Na kanapie"
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na71 rok temu
Powracający głód Jean-Marie Gustave Le Clézio
Powracający głód
Jean-Marie Gustave Le Clézio
Powieść „Powracający głód” wydał Jean-Marie Gustave Le Clézio J.-M.G Le Clézio (ze względu na trzy imiona pisarza – taki skrót) w 2008 roku, czyli w tym samym, w którym otrzymał literacką Nagrodę Nobla. To uwaga porządkująca bowiem w jakiejś polskiej krytyce wyczytałem, że „Powracający głów” jest słabą powieścią, co dowodzi, że wszystkie książki noblistów, które piszą zaraz po otrzymaniu najważniejszego wyróżnienia literackiego, są słabe. Zdaję sobie sprawę, że portal lubimyczytac.pl, gdzie najwyższe oceny zdobywają nędznej jakości kryminały, może nie jest najlepszym miejscem, aby zachwalać wysoką literaturę, lecz nie rezygnuję z żadnej szansy, aby pokazać, że poza romansidłami i kryminało-horrorkami istnieje także prawdziwa Literatura, prawdziwa Proza. I taką prozę J.-M.G Le Clézio (ze względu na trzy imiona pisarza – taki skrót) pisze. „Powracający głód” to historia w Historii, historia kilkunastoletniej dziewczynki Ethel w latach tuż poprzedzających II wojnę światową, która zmieniła świat. Jest wiele elementów osobistych, intymnych w tej opowieści. Historia Ethel pokrywa się z historią matki autora, pochodzącej – jak bohaterka jego powieści – z Mauritiusu. W „Powracającym głodzie” czytamy o ojcu Ethel, który przenosi się do Paryża, gdzie liczy na karierę i rozwój biznesu. Po początkowych sukcesach, doznaje dotkliwej porażki. Ale nie jest to saga rodzinna, chociaż wykreowana przez Le Clézio postać Ethel jest jednym z najpiękniejszych portretów literackich, jakie noblista stworzył – krucha, ulotna, niczym wrażenie z wystawy obrazów wielkich mistrzów. A scena, w której dziesięcioletnia Ethel wchodzi na wystawę w Bois de Vincennes, trzymając swoją dłon w reku pradziadka, jest przepyszna. Jest rok 1931. Trzy lata później pradziadek umiera. Świat bankrutujących rodziców wywraca się do góry nogami. Podczas jednej z rozmów w salonie Ethel po raz pierwszy słyszy nazwisko Hitler. Le Clézio pisze o człowieku w żarnach Historii, lecz nie w tonach tragicznych, a bardziej nostalgicznych. Portretuje świat (druga część powieści, o życiu w Nicei – nędza, głód, rozpad więzi społecznych),bolejąc nad przemijaniem, utratą przyjaciół, młodości i nadziei. To naprawdę piękna powieść. Wprawdzie nieco statyczna, ale czuje się w niej, że ma się do czynienia z klasyką, która powstaje na naszych oczach.
Jacek Jarosz - awatar Jacek Jarosz
ocenił na83 lata temu

Cytaty z książki Zupa Franza Kafki. Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych