-
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Dlaczego poziom czytelnictwa w Polsce nie rośnie? Raport Biblioteki Narodowej
Iza Sadowska15 -
Artykuły
Wakacje pełne magii - weź udział w akcji recenzenckiej i przenieś się do magicznego świata
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać378
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Ze Śmiercią mi do twarzy - wygraj książkę "Chłopcy 2. Bangarang"
Kiedy Chłopcy wraz z Dzwoneczkiem wyruszają w drogę, nikt nie jest w stanie przewidzieć jak skończy się taka przygoda. Niektóre są niewinne, inne mogą skończyć się bardzo źle. To konkurs dla fanów mocnych wrażeń i silnych nerwów. Opiszcie największą przygodę życia (niekoniecznie waszego), która może zakończyć się spotkaniem ze Śmiercią! Czekamy na teksty o objętości do 2000 znaków ze spacjami.
Nagrody
Dla autorów pięciu najciekawszych tekstów mamy po egzemplarzu książki.
Chłopcy 2. Bangarang
Autor : Jakub Ćwiek
Regulamin
- Konkurs trwa od 23 do 29 września włącznie.
- W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów opinii, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 2000 znaków ze spacjami.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytac.pl i Wydawnictwo SQN.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [47]
Ja też dziś dostałam książkę. Jeszcze raz dziękuję bardzo ;)
Ja też dziś dostałam książkę. Jeszcze raz dziękuję bardzo ;)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamRównież właśnie otrzymałam książkę :) Dziękuję.
Również właśnie otrzymałam książkę :) Dziękuję.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamKsiążka (razem z plakatem) właśnie przyszła. Dzięki jeszcze raz! :) Nawiązując do trwającego konkursu właśnie wdycham zapach nowości i papieru.
Książka (razem z plakatem) właśnie przyszła. Dzięki jeszcze raz! :) Nawiązując do trwającego konkursu właśnie wdycham zapach nowości i papieru.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamGratuluję Wszystkim :)
Gratuluję Wszystkim :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
BlueSugar: Pierwszy wygrany konkurs na LC... Ciesze sie niezmiernie :) Dziekuje i gratuluje pozostalym zwyciezcom ;D
Mój też. I pierwsze opowiadanie, które tu napisałam. I dziękuję reszcie za zupełnie inne spojrzenia na temat, było tu dużo naprawdę dobrych prac.
BlueSugar: Pierwszy wygrany konkurs na LC... Ciesze sie niezmiernie :) Dziekuje i gratuluje pozostalym zwyciezcom ;D
Mój też. I pierwsze opowiadanie, które tu napisałam. I dziękuję reszcie za zupełnie inne spojrzenia na temat, było tu dużo naprawdę dobrych prac.
Bożę !!!! Kolejna wygrana :D Naprawdę się nie spodziewałam, bo wiele prac na pewno było lepszych od mojej :) dziękuję
Bożę !!!! Kolejna wygrana :D Naprawdę się nie spodziewałam, bo wiele prac na pewno było lepszych od mojej :) dziękuję
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamGratuluję! :)
Gratuluję! :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDziękuję serdecznie! Kompletnie się nie spodziewałam!
Dziękuję serdecznie! Kompletnie się nie spodziewałam!
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamPierwszy wygrany konkurs na LC... Ciesze sie niezmiernie :) Dziekuje i gratuluje pozostalym zwyciezcom ;D
Pierwszy wygrany konkurs na LC... Ciesze sie niezmiernie :) Dziekuje i gratuluje pozostalym zwyciezcom ;D
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamGratuluję! miłego czytania :)
Gratuluję! miłego czytania :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Nagrody w konkursie otrzymują:
OssieS
Alfa
Klaudia
Miss_Joker
BlueSugar
Gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami osobiście.
Nagrody w konkursie otrzymują:
OssieS
Alfa
Klaudia
Miss_Joker
BlueSugar
Gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami osobiście.
Konkurs zakończony! Dziękujemy za wszystkie teksty. Laureatów ogłosimy w środę.
Konkurs zakończony! Dziękujemy za wszystkie teksty. Laureatów ogłosimy w środę.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Pamiętam chłód bijący od jego ciała i sine usta. Nie wyglądał, jakby spał - jego pierś się nie unosiła a płatki nozdrzy nie drgały wydychając powietrze. Powietrze było ciężkie od żalu i płynących z nieba łez. Tak zapamiętałam śmierć, tak zapamiętałam brak życia.
Wiele, wiele lat później.
Szybki, wyćwiczony oddech sportowca. Pełne blasku spojrzenie i radosny okrzyk zwycięzcy - głosy gratulujące świetnego wyniku i tłum prowadzący go ku podium. Śmiech dowcipkujących przyjaciół. Życie pompowane przez szybko bijące serca. Kocham życie.
Troje muszkieterów, troje zawodników orienteringu sportowego. Trzy wiadomości od Śmierci.
Śmierć. SMS pierwszy: "Rak mózgu. Do zobaczenia!". Chemia, słowa otuchy i słabo ukrywane przerażenie. Cisza. To kolejny bieg po lesie. Pełna pogoda ducha przeplatana zwątpieniem i strachem. Chłopak mozolnie kreśli mapę na kolejne zawody. Wierzy, że w ich pobiegnie. Ma marzenia i plany. Jeszcze nie odpisał Śmierci. Śmierć uśmiecha się pod nosem: pozwodzę go, złamię. Mija czas. Hart ducha tego zawodnika jej imponuje. Wysyła lakoniczną wiadomość: "Remisja".
Krew mieni się w słonecznym blasku. Na asfalcie leży nieruchome ciało. Zmiażdżenie głowy przez nieuważnego kierowcę, wylew krwi do mózgu i utrata wzroku. Stan krytyczny. Drżenie rąk. Odzyskanie przytomności. Uśmiechnięte usta przybierają grymas bólu, gorzknieją. SMS od Śmierci: "Sorry, to jeszcze nie twój czas. Kiedyś się spotkamy, kochasiu!". Świst wypuszczanego powietrza i uczucie ulgi.
Niebezpieczny ślizg i jęk. Chłopak podaje dłoń tonącemu w bagnie przeciwnikowi. Śmierć wydyma usta: jeszcze nie tym razem...
Pamiętam ciepło promieniujące od jego ciała i zaczerwienione usta. Wyglądał, jakby spał z unoszącą się równomiernie piersią i delikatnym świstem powietrza wydobywającym się z lekko uchylonych ust. Rozgrzewał powietrze swoim oddechem, pomrukiem przebijał ciszę. Wciąż go pamiętam: wciąż będzie żywy.
SMS od Śmierci: "Jeszcze zobaczymy!".
Pamiętam chłód bijący od jego ciała i sine usta. Nie wyglądał, jakby spał - jego pierś się nie unosiła a płatki nozdrzy nie drgały wydychając powietrze. Powietrze było ciężkie od żalu i płynących z nieba łez. Tak zapamiętałam śmierć, tak zapamiętałam brak życia.
Wiele, wiele lat później.
Szybki, wyćwiczony oddech sportowca. Pełne blasku spojrzenie i radosny okrzyk...
Śmierć przechadzał się po galerii handlowej. Wstąpił do drogerii, przejechał się ruchomymi schodami, powąchał książki w księgarni, a na końcu trafił do sklepu obuwniczego. Przyjrzał się glanom (jego własne miały już kilka wiosen i straciły nieco ze swego pierwotnego wyglądu) oraz zwykłym trampkom (a tak dla odmiany, bo i budżet nieco uszczuplony), po czym przeszedł do działu z butami damskimi. Ominął kapcie, balerinki i sandałki na płaskiej podeszwie i zatrzymał się przy regale ze szpilkami, koturnami, platformami i tego typu narzędziami tortur. Lucek świetnie się spisał, posyłając na Ziemię swoich projektantów – pomyślał i wyszczerzył się z zadowoleniem. Zboczenie zawodowe nie pozwoliło mu przejść obojętnie obok kiwających się na piętnastocentymetrowych szpilkach nastolatek i postanowił przyjrzeć im się bliżej. Po chwili namysłu wybrał kościstą blondyneczkę o nogach do samej ziemi, która w czarnych pantofelkach z czerwoną podeszwą prezentowała się wyjątkowo beznadziejnie – na myśl przywodziła jedynie klauna na szczudłach – i dyskretnie wywabił ją na pewną odległość od rozchichotanych przyjaciółeczek. Wyciągnął zza paska swój najnowszy nabytek (kosę, model Demon 2013) i przystawił ją do szyi nieszczęśniczki.
- Nie uważasz, że w tych ślicznych bucikach można się bardzo łatwo zabić? – wyszeptał jej wprost do ucha.
- Przynajmniej umrę w pięknych butach! – odwarknęła i z kaczą gracją wróciła do koleżanek.
Śmierć uśmiechnął się lubieżnie.
- Skoro tak chcesz, to pozostaje mi tylko spełnić twe życzenie – wymruczał i wyszedł ze sklepu, planując po drodze niewinny wypadek blondyneczki.
Śmierć przechadzał się po galerii handlowej. Wstąpił do drogerii, przejechał się ruchomymi schodami, powąchał książki w księgarni, a na końcu trafił do sklepu obuwniczego. Przyjrzał się glanom (jego własne miały już kilka wiosen i straciły nieco ze swego pierwotnego wyglądu) oraz zwykłym trampkom (a tak dla odmiany, bo i budżet nieco uszczuplony), po czym przeszedł do...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Bajeczka o tym, jak w pewnym liceum zrezygnowano z zajęć na strzelnicy.
Był piękny, słoneczny dzień, rok szkolny się kończył, więc frekwencja na zajęciach sukcesywnie malała. Lekcje przysposobienia obronnego rządziły się jednak swoimi prawami – feministyczna nauczycielka swoim specyficznym humorem przyciągała niemal wszystkich uczniów, poza tym tego właśnie dnia towarzystwo z klasy II miało wybrać się na długo oczekiwane zajęcia na strzelnicy. Nikt nie chciał odpuścić wydarzenia, o którym rozmawiano od miesiąca. Wszyscy uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni ruszyli dziarsko spod szkoły, a na miejscu sprawnie podzielili się na pary. Po krótkiej demonstracji ze strony instruktora dobyli wiatrówek i zabrali się do własnych prób. Prym wiedli chłopcy, traktowali bowiem sprawę poważnie, jednak prawdziwą furorę zrobiła P., trzykrotnie wykonując niemal bezbłędny strzał – nikt nie wiedział, że miała ojca wojskowego…
Tymczasem przy stanowisku numer 6 do strzału przymierzała się M., klasowa piękność. Dziwnie wyglądało, gdy chwytała wiatrówkę dłońmi z nienagannym manicurem i kilkakrotnie próbowała dobrze ułożyć ją sobie na ramieniu. Oczywiście wszystko to pod okiem najlepszej przyjaciółki, która piskliwym głosikiem wyrzucała z siebie setki rad. Wreszcie M. nacisnęła na spust, przymykając oczy czekając na huk i odrzut,jednak… nic takiego się nie stało. Obie dziewczyny, w dużym szoku rozpoczęły oględziny broni. M. podniosła ją i wycelowała w przyjaciółkę, pstrykając cynglem, gdy ta zaglądała do lufy. Instruktor podbiegł dokładnie w momencie, gdy opuszczała broń kolbą w dół, energicznie stukając nią o ziemię. Nie rozumiała oczywiście, dlaczego wiatrówka została jej wyrwana, a zajęcia zakończone w trybie natychmiastowym. Nawet gdy nauczycielka bardzo plastycznie zobrazowała jej skutki takiej lekkomyślności (mózg na ścianie, dziura w głowie, śmierć na miejscu), zdawała się być raczej obrażona, niż wdzięczna…
Jaki z tego morał? Strzelba głupia, nie wie, kiedy powinna wypalić…
Bajeczka o tym, jak w pewnym liceum zrezygnowano z zajęć na strzelnicy.
Był piękny, słoneczny dzień, rok szkolny się kończył, więc frekwencja na zajęciach sukcesywnie malała. Lekcje przysposobienia obronnego rządziły się jednak swoimi prawami – feministyczna nauczycielka swoim specyficznym humorem przyciągała niemal wszystkich uczniów, poza tym tego właśnie dnia...
Kto by powiedział, że niewinna i jakże dziecięca zabawa może zakończyć się śmiercią? Będąc małą dziewczynką, tata jadąc po mamę do pracy czasem zostawiał mnie w domu z bratem. Naszą ulubioną zabawą była gonitwa. Chyba nie ma nic piękniejszego jak ucieczka przed młodszą siostrą, która przy okazji krzyczy na całego. Niestety, pewnego dnia zabawna gonitwa mogła mieć dla mnie tragiczne zakończenie. Dzień jak co dzień, gonitwa niczym nie różniła się od pozostałych, tego typu zabaw. Biegaliśmy po całym mieszkaniu. Od balkonu po przed pokój, zwiedzając każdy, nawet najdrobniejszy zakamarek. W pewnym momencie mój brat zaczął szybciej biec w kierunku naszego pokoju. Starałam się nie ustępować mu kroku i również przyspieszyłam tempo. Biegłam tuż za nim. Nagle, bardzo niespodziewanie, gdy mój brat wbiegł do pokoju, zamknął drzwi prosto przed moim nosem. Największy problem był w tym, że drzwi były oszklone i z całym impetem uderzyłam pięścią w ich szklaną część. Co było dalej? Cała szyba na mnie spadła i tym samym mnie pocięła. To było coś okropnego. Cała zabawa nagle się skończyła, nie wiedziałam co robić, brat również. Czułam ból, z każdą sekundą większy. Zaczęłam płakać odruchowo i zaczęła się tragedia. Brat zadzwonił do mamy, byli już w drodze do domu. Biegałam po całym mieszkaniu, oboje bardzo się baliśmy, że tata będzie zły za zniszczenie drzwi. Po chwili zorientowałam się, że mam ręce w krwi, nerwowo wycierałam je ścierką do naczyń. Nie wiem dlaczego tak zrobiłam. Brat wypatrywał rodziców w oknie. Gdy przyjechali, zaczął ich głośno wołać. Mama wzięła mnie na ręce i owinęła kocem. Zobaczyła, że mam pocięte ręce i szybko pojechaliśmy do szpitala.
To był dzień, którego nie zapomnę do końca życia. Zwykła zabawa mogła skończyć się tragedią, na szczęście skończyło się na szyciu i kilku śladach, które będą przypominać mi o momencie w którym mogłam stanąć twarzą w twarz ze śmiercią.
Kto by powiedział, że niewinna i jakże dziecięca zabawa może zakończyć się śmiercią? Będąc małą dziewczynką, tata jadąc po mamę do pracy czasem zostawiał mnie w domu z bratem. Naszą ulubioną zabawą była gonitwa. Chyba nie ma nic piękniejszego jak ucieczka przed młodszą siostrą, która przy okazji krzyczy na całego. Niestety, pewnego dnia zabawna gonitwa mogła mieć dla mnie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Poranne promienie słońca padały na jasne włosy Justynki. Zakryła głowę kołdrą na dźwięk budzika, nim zdecydowała się ubrać. Mama zaserwowała jej pyszne kakao z kanapkami z dżemem. Dziewczyna zjadła w pośpiechu. Musiała pokonać kilkukilometrową drogę do szkoły. Najczęściej towarzyszyła jej Agata z sąsiedniego domu, ale tym razem zachorowała. Justyna usłyszała w drzwiach:
- Uważaj na siebie – po czym wsiadła na rower i odjechała.
Łaskotał ją wiatr w plecy, uśmiechała się do siebie i mrużyła oczy w słońcu, radośnie podśpiewując. Nagle usłyszała nadjeżdzający samochód. Silny wstrząs zawładnął jej ciałem. Obraz zniknął.
Patrzyła, ale nie widziała. Ciemność panoszyła się w ciasnym bagażniku. W panice kopała i biła pięściami, dopóki klapa nie wpuściła światła. Nad nią stał mężczyzna o stalowo – błękitnych oczach i bladej twarzy, okolonej czarnym kapturem. Pochwycił ją i próbował wywlec z auta. Dziewczyna broniła się dzielnie, a jej krzyki roznosiły się po lesie, dopóki dłonie przestępcy nie zacisnęły się na jej smukłej szyi. Ziemia otwierała się przed nią, gdy zza drzewa wyskoczył leśniczy. Uderzył mężczyznę w głowę, a następnie wycelował w niego strzelbę. Justynka została uratowana, a sprawcą zajęła się policja.
Poranne promienie słońca padały na jasne włosy Justynki. Zakryła głowę kołdrą na dźwięk budzika, nim zdecydowała się ubrać. Mama zaserwowała jej pyszne kakao z kanapkami z dżemem. Dziewczyna zjadła w pośpiechu. Musiała pokonać kilkukilometrową drogę do szkoły. Najczęściej towarzyszyła jej Agata z sąsiedniego domu, ale tym razem zachorowała. Justyna usłyszała w drzwiach:
-...
I znowu bohaterem opowieści zostanie kot mojego brata (który, jak widać, prowadzi bardzo intensywne życie). Kilka lat temu spał spokojnie w sporej wielkości hali i ten właśnie moment wybrał sobie sąsiad na wizytę w towarzystwie dwóch psów - łajki syberyjskiej (Borysa) i bliżej nieokreślonego rodzaju mieszańca (Budrysa). Kot nie miał zbyt wielkiego pola manewru w kwestii ucieczki, a ludzie (mimo usilnych prób) nie potrafili opanować szaleńczego pościgu jaki się na ich oczach rozgrywał. Wreszcie udało się Budyniowi (wiele wyjaśniające imię kota) wcisnąć w jakąś wąską szparę między ścianą i małą szafą, ale miejsca tam niestety nie wystarczyło dla ogona - dumy każdego mruczka. Jego połowa została w paszczy Budrysa. W wyniku tej przygody Budyń do dziś musi zadowalać się krótkim ogonem, który stał się jego znakiem rozpoznawczym. Dodam jeszcze, że obu psów nie ma już na tym świecie, a on żyje sobie już dziesiąty rok i ma się całkiem nieźle. Można chyba powiedzieć, że swego czasu nie tylko spotkał się ze Śmiercią, ale i ją przechytrzył :)
I znowu bohaterem opowieści zostanie kot mojego brata (który, jak widać, prowadzi bardzo intensywne życie). Kilka lat temu spał spokojnie w sporej wielkości hali i ten właśnie moment wybrał sobie sąsiad na wizytę w towarzystwie dwóch psów - łajki syberyjskiej (Borysa) i bliżej nieokreślonego rodzaju mieszańca (Budrysa). Kot nie miał zbyt wielkiego pola manewru w kwestii...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Każdego dnia gdy na Ciebie spoglądam, wiem, że kolejne minuty spędzone z Tobą to niekończąca się przygoda. Słyszę jak się śmiejesz. Ty jesteś moją przygodą.
Są trzy możliwe odpowiedzi na pytanie: dlaczego to czytasz? Jak to się stało, że dostałaś w swoje łapki ten list? Po pierwsze, mogłaś mnie nie posłuchać i jednak otworzyć zapieczętowaną kopertę. Po drugie, już mnie nie ma na tym świecie, a kochany Tata wszystko powoli próbuje Ci wytłumaczyć i dlatego dał Ci ten list. Trzecia opcja jest taka, że już nie słyszę i nie widzę i dałam Ci znak, że możesz to wszystko przeczytać.
Moja przygoda zaczęła się dokładnie jedenaście lat temu, gdy dowiedziałam się, że Twoje serduszko zaczęło już bić. Siedziałaś sobie cichutko w moim brzuszku i tylko jedna rzecz mogła zasnuć mgłą to całe szczęście. Powrót raka. Nie przestraszył się moich gróźb, że nie mam czasu teraz na spory z nim, bo muszę się opiekować Tobą. Dlatego nasza walka nie była równa. Jednak Ty mi pomogłaś. Już po 8 miesiącach byłaś ze mną. Wtedy zaczęła się nasza przygoda. Każdego dnia czerpaliśmy garściami całe piękno świata. Gdy byłam w lepszej formie wyjeżdżaliśmy na krótkie wycieczki za miasto. Gdy czułam się gorzej naszą przygodą było zwykłe czesanie Twoich włosów i układanie zamków z klocków. Nawet gdy czasami moje oczy zasnuwała ciemność, albo nie zawsze usłyszałam co do mnie mówisz, byłaś moją podporą. Jak na małe dziecko bardzo mądrą i cierpliwą. Chcę, żebyś wiedziała...
-Lilka, czemu grzebiesz w rzeczach mamy? - Podskoczyła na dźwięk głosu ojca i schowała list. Przestraszonym wzrokiem podążyła za jego plecami. Zobaczyła w drzwiach mamę. Stała uśmiechnięta z założonymi na piersiach rękoma.
-Oj Lil, tak myślałam. Powód numer jeden: krnąbrność. Inne opcje z Twoją ciekawością nie miały szans.
O tak, moja piękna przygoda. Największa przygoda, która mogła zakończyć się Śmiercią. Zabrano mi wzrok ale zyskałam za niego kolejne dni. Kolejne chwile na utrwalanie niezapomnianych przygód.
Każdego dnia gdy na Ciebie spoglądam, wiem, że kolejne minuty spędzone z Tobą to niekończąca się przygoda. Słyszę jak się śmiejesz. Ty jesteś moją przygodą.
Są trzy możliwe odpowiedzi na pytanie: dlaczego to czytasz? Jak to się stało, że dostałaś w swoje łapki ten list? Po pierwsze, mogłaś mnie nie posłuchać i jednak otworzyć zapieczętowaną kopertę. Po drugie, już mnie nie...
Niemalże poznałam Śmierć - lecz nie przyszła ona po mnie...
Miałam jakieś 6 lat, gdy pierwszy raz zawitałam w progi prawdziwej polskiej wsi. Pola pełne zbóż, skupiska krów i mnóstwo zabawnego ptactwa, biegającego po podwórzu jak szalone i dziobiącego z uporem w ziemi, zachwyciło mnie w jednej setnej sekundy. I jeszcze ta ogromna przestrzeń do brojenia - dla małego dziecka to prawdziwa gratka.
Jednak gospodarstwo mojej babci nie płynęło tylko mlekiem i miodem - jeden z uroczych kurczaczków stracił nóżkę i reszta rodzeństwa wraz z mamą kurą odtrąciły go, uznając za chorego. Poruszyło to me dziecięce serce i wzięłam maluszka pod swoje skrzydła, nazywając go imieniem ulubionego wróbelka - Ćwirek.
Urządziłam mu miłe legowisko w wyłożonym watą pudełeczku, aby miał o co się grzać. Karmiłam go cierpliwie, choć często odmawiał posiłku. Całe dnie wolałam spędzać z nim, niż z innymi zwierzętami, bo choć ślicznych kurczaczków na podwórzu były tuziny, to Ćwirek był tylko jeden.
Po kilku dniach mój trud opłacił się - mój kaleki przyjaciel nabrał sił i nie dość, że grzecznie jadł, to jeszcze sam dawał radę podskokami dotrzeć do jedzenia! Z czasem wróciła mu cała chęć do życia i brak nóżki w cale mu w niczym nie przeszkadzał - Ćwirek (albo jak się okazało później - Ćwirka) wyrosła na wspaniałą kurę, która potrafiła odnaleźć się w każdej sytuacji.
Pewnie zastanawiacie się, gdzież tu spotkanie ze Śmiercią? Otóż widziałam się z nią nie raz i omal nie zabrała mi Ćwirka. Gdybym nie odganiała jej troską i miłością do owego malca bez wątpienia wpadłaby i nie tylko spotkałaby się z moim kochanym kurczaczkiem, ale zabrałaby go do siebie. Na szczęście zrezygnowała, ostatecznie zniechęcona jego chęcią do życia.
I tak oto, największa dziecięca przygoda małego kurczaczka i małej dziewczynki nie zakończyła się spotkaniem ze Śmiercią, choć było naprawdę blisko.*
*historia oparta na faktach ;)
Niemalże poznałam Śmierć - lecz nie przyszła ona po mnie...
Miałam jakieś 6 lat, gdy pierwszy raz zawitałam w progi prawdziwej polskiej wsi. Pola pełne zbóż, skupiska krów i mnóstwo zabawnego ptactwa, biegającego po podwórzu jak szalone i dziobiącego z uporem w ziemi, zachwyciło mnie w jednej setnej sekundy. I jeszcze ta ogromna przestrzeń do brojenia - dla małego dziecka...
Miała to być wycieczka jakich wiele – Chłopcy i Dzwoneczek postanowili wybrać się do opuszczonego Lunaparku. Trzeba przyznać, że nie wyglądał zachęcająco… Zardzewiałe balustrady, zarośnięty pnącym chmielem diabelski młyn i kolejka górska o krzywych i zarośniętych torach.
- Uwielbiam takie mroczne miejsca – wyszeptała Dzwoneczek uśmiechając się promiennie.
Nie przeszkadzało jej, ze już zapada zmierzch, wokół kręcą się komary, a chłopcy przestępują z nogi na nogę zastanawiając się „co dalej”. Ta niepewność nie trwała jednak długo. Diabelski młyn prowokował swą tajemniczością, więc postanowili wspiąć się na jedną z ławeczek i popatrzeć na to smutne i szare miejsce z innej perspektywy. Już po chwili siedzieli zauroczeni wpatrując się w przestrzeń i zastanawiając jak długo utrzyma ich ta zardzewiała ławka w kształcie filiżanki.
Ciszę przerwał odgłos szybkich kroków. W stronę kolejki górskiej kroczył wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna w czarnym płaszczu. Dotarł do jednego z wagoników, oparł się o niego nonszalancko i zaczął powoli i dokładnie czyścić swój rewolwer. Chłopcy i Dzwoneczek wstrzymali oddech, przykucnęli, żeby było ich widać jak najmniej i obserwowali rozwój wydarzeń. W pewnym momencie powietrze rozdarł huk wystrzału i mężczyzna w płaszczu z dymiącą lufą zaczął biec przed siebie. Wagonik z Chłopcami i Dzwoneczkiem nie wytrzymał ciężaru i spadł z wysokości dwóch metrów dokładnie pod jego nogi. Mężczyzna upadł na ziemię wypuszczając z ręki rewolwer i próbował uwolnić nogę spod monstrualnej filiżanki.
Dzwoneczek lekko poturbowana zaczęła biec, jednak drogę zagrodził jej barczysty blondyn przystawiając pistolet do skroni.
- Koniec ucieczki, maleńka… Poczekamy na Twoich chłoptasiów i jedziemy. Zobaczymy czy umiecie fruwać – powiedziawszy to uśmiechnął się pokazując krzywe zęby.
Zanim powiedział więcej został zastrzelony, podobnie pan w płaszczu… Nie macie pojęcia co są w stanie zrobić zmartwieni rodzice! Zapłakana Dzwoneczek skryła się w ramionach ojca.
Miała to być wycieczka jakich wiele – Chłopcy i Dzwoneczek postanowili wybrać się do opuszczonego Lunaparku. Trzeba przyznać, że nie wyglądał zachęcająco… Zardzewiałe balustrady, zarośnięty pnącym chmielem diabelski młyn i kolejka górska o krzywych i zarośniętych torach.
- Uwielbiam takie mroczne miejsca – wyszeptała Dzwoneczek uśmiechając się promiennie.
Nie przeszkadzało...
Wiecie jak to jest w domu dziecka? Zapewne nie… Ja wiem. Spędziłam tam całe 18 lat mojego życia, bo moja szanowna mamusia wolała zostawić mnie na progu śmierdzącego sierocińca niż splugawić swe ręce wychowywaniem mnie… Albo była panienką z dobrego domu i ukrywała ciążę przed konserwatywnymi rodzicami. Koncepcji mam wiele, każda jednakowo prawdopodobna, jednak ważne jest to, że musiałam spędzić całe dzieciństwo w jednym pokoju z 6 dziewczynami i pilnować własnych rzeczy o każdej porze dnia i nocy. Nie jestem dumna z tego, czego nauczył mnie ten ośrodek, ale lepiej poznać przemoc i umieć się bronić, niż później zostać zaskoczonym przez złodzieja torebek w czarnej bramie.
Najważniejszy jest jednak dzień, w którym z tego ośrodka mnie w końcu wygonili… Muszę przyznać, że nigdy nie byłam wzorem do naśladowania i pozbyli się mnie z czystą rozkoszą. Trudno im się dziwić - też bym się cieszyła, gdybym mogła uwolnić się od samej siebie… Nie miałam jednak co ze sobą zrobić, więc poszłam więc w moje ulubione miejsce – rynek. Miałam jednak pecha – sprzedawca zauważył jak „pożyczam” od niego jabłka i zaczął mnie gonić tłum rozwścieczonych sprzedawców i konsumentów.
Wybawił mnie motocykl. A konkretniej jego przystojny właściciel. Tak czy tak groziło mi niebezpieczeństwo, więc wolałam wybrać nieznanego przystojniaka.
W tym momencie zaczęła się moja prawdziwa przygoda. Okazało się, że ów uroczy chłopak jest przewodnikiem gangu i zgarnął mnie na motocykl tylko przy okazji… Za nami jechało tyle policji, jakbyśmy dokonali co najmniej ataku terrorystycznego. Najgorsze było dopiero przede mną. Mój towarzysz podróży nie przejmował się policją i roześmiany lawirował między budynkami unikając zgrabnie strzałów niebieskich gumisiów. Byłam przerażona, ale zafascynowana odwagą pięknego blondyna. Zgubiwszy ich w ponaddźwiękowym tempie odwrócił się do mnie i przedstawił zmieniając na zawsze moje życie:
- Jestem Dawid. Może miałabyś ochotę na piwo, skoro pierwsze lody przełamane?
Miałam.
Wiecie jak to jest w domu dziecka? Zapewne nie… Ja wiem. Spędziłam tam całe 18 lat mojego życia, bo moja szanowna mamusia wolała zostawić mnie na progu śmierdzącego sierocińca niż splugawić swe ręce wychowywaniem mnie… Albo była panienką z dobrego domu i ukrywała ciążę przed konserwatywnymi rodzicami. Koncepcji mam wiele, każda jednakowo prawdopodobna, jednak ważne jest to,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejGdyby śmierć była tak przyjemna i smaczna jak cukierki, pewnie zażywałybyśmy ją jak pigułki kilka razy dziennie. Ona jednak czai się z ukrycia i przychodzi niespodziewanie, zazwyczaj nieproszona. Dyskutowały dziewczyny, opatulone od stóp do głów, stąpały po grubym lodzie ciemną nocą, która nie zapowiadała nic dobrego. Trzeszczący lód gdzieś w otchłani morza niósł echo tak przerażające, jak ryk groźnego zwierzęcia. Lekki śnieg prószył im po twarzy, sapały z wysiłku powstałego po paru kilometrach trasy, nogi drętwiały, a one szły dalej zostawiając niewidoczny już brzeg plaży. Uciekały! Miały dość! Tam po drugiej stronie czekało nowe słońce, życia sens, jak to mawiały: ptaków śpiew! Od północy wiał silniejszy wiatr, przynosząc deszcz ze śniegiem. Częściej słychać było linię łamiącą karłowaty lód, trzeba się było spieszyć. Związane liną w odpowiedniej odległości maszerowały równo, bez obaw, już nie śpiewały, nie miały sił. Nagle trzask, szarpnięcie, krzyk i już były pod wodą. Nie pozostał żaden ślad, tylko słychać było ryk zwierzęcia coraz bliższy, łakomy...
Gdyby śmierć była tak przyjemna i smaczna jak cukierki, pewnie zażywałybyśmy ją jak pigułki kilka razy dziennie. Ona jednak czai się z ukrycia i przychodzi niespodziewanie, zazwyczaj nieproszona. Dyskutowały dziewczyny, opatulone od stóp do głów, stąpały po grubym lodzie ciemną nocą, która nie zapowiadała nic dobrego. Trzeszczący lód gdzieś w otchłani morza niósł echo tak...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
-Mogłeś się zabić wariacie!
Krzyczy na mnie przyjaciółka, gdy dopływam do brzegu rzeki.
-Żyje.- Odpowiadam lekko urażony, nie pierwszy raz skaczę z tego mostu, ale ona widziała to po raz pierwszy.-Przesadzasz.
-Jesteś debilem.- Ciągle krzyczy i wymachuje nerwowo rękami.-Co cię napadło. Idziemy spokojnie i ty nagle skaczesz do rzeki z MOSTU! Przestraszyłeś mnie na śmierć. Obiecaj, że nigdy więcej tego nie zrobisz.
-Obiecuję, że nigdy więcej nie zeskoczę z mostu bez zapowiedzi.- Mówię z wilczym uśmiechem.
-Nie o to mi chodzi.- Mówi z rezygnacją, odwraca się na pięcie i idzie w stronę szosy.
-Poczekaj!- Wołam za nią, ale ona się nie zatrzymuje.
Po kilku sekundach ruszam za nią.
-Wiesz jaki jestem!- Krzyczę, gdy widzę jak wchodzi na drogę.
-I właśnie o to chodzi.- Odwraca się w moją stronę.- Nie interesuje cię co się stanie gdy umrzesz. Wystarczy jedna chwila nieuwagi i śmierć zapuka do twoich drzwi.
Energicznie się odwraca i robi szybki krok na asfalt. Nagle nie wiadomo skąd pojawia się czarny sportowy samochód i w nią uderza. Siła zderzenia jest tak duża, że jej ciało leci bezwładnie kilkanaście metrów i uderza w pień drzewa. Słyszę tylko dźwięk łamanego kręgosłupa i wiem, że to koniec.
-Mogłeś się zabić wariacie!
Krzyczy na mnie przyjaciółka, gdy dopływam do brzegu rzeki.
-Żyje.- Odpowiadam lekko urażony, nie pierwszy raz skaczę z tego mostu, ale ona widziała to po raz pierwszy.-Przesadzasz.
-Jesteś debilem.- Ciągle krzyczy i wymachuje nerwowo rękami.-Co cię napadło. Idziemy spokojnie i ty nagle skaczesz do rzeki z MOSTU! Przestraszyłeś mnie na śmierć....
Dotknęłam tafli lodu. Tak niewiele dzieliło mnie od uwolnienia. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Dlaczego mnie nie ratują?! Słyszałam głosy, czułam myśli, ale jakby nie swoje. Wiedziałam już co się ze mną dzieje...
Było tak niewinnie. Mroźny spacerek wzdłuż naszego jeziora. NIE. Paczka przyjaciół, kilka skrętów. Śmiechy, wariacje. BRAK ZDROWEGO ROZSĄDKU.
-Ej! Kto jest odważny i wejdzie na jezioro do tego tam drzewa? - krzyknął Callum i pokazał palcem miejsce, o które mu chodziło.
- Ja idę. A co z wami tchórze? - powiedziała Kelly.
- Poczekajcie! To głupi pomysł! - mówiłam, ale już nikt mnie nie słuchał.
Trzy dziewczyny i czterech chłopaków ustawiło się w odległościach jednego metra od siebie. CZEMU BYŁAM TAKA GŁUPIA? "Lis, nie bądź tchórzem" - myślałam. "Wszyscy idą, to ty też możesz. Nic się nie stanie."
- Trzy! Dwa! Jeden! Start!
I pobiegliśmy. TRAWKA NAMIESZAŁA NAM W MÓZGACH. Patrzyłam jak Kelly, Mia, Callum, Rob, Stev i Josh biegną kilka metrów przede mną. Rozglądałam się ze strachem. Już prawie wszyscy byli na miejscu. Roześmiani, uśmiechnięci... ALE NIE JA. Nagle usłyszałam trzask. Lód załamał się pode mną. Nie wiem czy do mnie biegli, czy nie. Próbowałam się ratować, ale wpadłam w panikę. Dotknęłam tafli lodu. Tak niewiele dzieliło mnie od uwolnienia. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Dlaczego mnie nie ratują?! Słyszałam głosy, czułam myśli, ale jakby nie swoje. Wiedziałam już co się ze mną dzieje... Umierałam.
Miesiąc później obudziłam się w szpitalu. Wszystko było białe. A oni stali przede mną ze spuszczonymi głowami, łzy spływały im po policzkach. Ale ja jeszcze nie wiedziałam, że parę dni później znów będę na nich patrzeć, a oni znów będą tak stać tylko wszystko będzie czarne, a ja będę miała wrażenie, że widzę wszystko z góry...
Ta "przygoda" nie tylko mogła, ale i SKOŃCZYŁA się śmiercią.
Oj, Lis. Chyba nie było warto...
________
Ilość znaków: 1873
Dotknęłam tafli lodu. Tak niewiele dzieliło mnie od uwolnienia. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Dlaczego mnie nie ratują?! Słyszałam głosy, czułam myśli, ale jakby nie swoje. Wiedziałam już co się ze mną dzieje...
Było tak niewinnie. Mroźny spacerek wzdłuż naszego jeziora. NIE. Paczka przyjaciół, kilka skrętów. Śmiechy, wariacje. BRAK ZDROWEGO ROZSĄDKU.
-Ej! Kto jest...
Chciałem zostać kierowca TIR-a. Ukończyłem potrzebne kursy, zdałem egzaminy , zdobyłem niezbędne kwalifikacje. Nnie miałem jednak doświadczenia a to zniechęcało moich potencjalnych pracodawców. Miałem za to asa w rękawie w postaci ambicji i determinacji. Dzięki temu znalazłem pracodawcę, który zaproponował mi pracę w obsadzie dwuosobowej. Miałem jeździć z doświadczonym kierowcą. Okazało się, że będziemy wozić świnki „świniobusem” jak nazywał naszego TIR-a mój współtowarzysz niedoli. Podjąłem rękawicę rzuconą przez los. Jeździłem tydzień. To była zarówno największa przygoda życia jak i szkoła życia.
Smród jaki nam towarzyszył był niesamowity, przez tydzień nie było mowy o kąpieli, a to co zobaczyłem było wstrząsające. Martwe świnie leżące przed chlewniami, ścisk biednych stworzeń, bród, namacalna wręcz rozpacz pracujących tam ludzi. Widziałem. chlewniach, pijane załogi, które „opiekowały” się biednymi zwierzętami, katowanie ich przy załadunku . Musieliśmy codziennie myć nasze auto po rozładunku. Polegało to na wchodzeniu do ciasnych boksów i wymywaniu pozostałości po pasażerach Jednocześnie mieliśmy bonus w zapachu świńskich odchodów i wymiocin.
Jedliśmy przez tydzień konserwy i chleb. W kabinie zamias drzewek zapachowych trzymaliśmy wielkie kostki takie jak stoją w toaletach lub przedpokojach. Kierowca, z którym jechałem okazał się być doświadczonym prze los człowiekiem . Mimo wielu rozczarowań miał w sobie pogodę ducha, empatię i ludzkie serce. Chciałem rzucić to „intratne i twórcze” zajęcie już pierwszego dnia . Pomyślałem jednak , że nie zostawię mojego współtowarzysza na lodzie.
Może nie była to historia kończąca się śmiercią choć jednak cos po niej we mnie umarło. Nauczyła mnie też, że żadna praca nie hańbi, że zawsze warto być człowiekiem. Że każde doświadczenie wnosi coś pozytywnego do naszego życia. Nawet to najbardziej odrażające.
Chciałem zostać kierowca TIR-a. Ukończyłem potrzebne kursy, zdałem egzaminy , zdobyłem niezbędne kwalifikacje. Nnie miałem jednak doświadczenia a to zniechęcało moich potencjalnych pracodawców. Miałem za to asa w rękawie w postaci ambicji i determinacji. Dzięki temu znalazłem pracodawcę, który zaproponował mi pracę w obsadzie dwuosobowej. Miałem jeździć z doświadczonym...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Rozmowa na czacie
ŚMIERĆ: Witam
Dytis: Cześć
Ś: Jak mija dzień?
D: Bywalo gorzej...
Ś: Coś się stało?
D: Nic takiego...
Ś: Ok
Ś: Słuchaj, jadę na kilkudniową wycieczkę szkolną do Książkowic Górnych, by m.in zwiedzić muzeum Książki i Czytelnictwa. Spotkamy się w przerwie obiadowej?
D: Jasne!
*ŚMIERĆ wylogowany*
Dziewczyna o nicku Dytis na to spotkanie szła jak na ścięcie. Bała się tego spotkania, w końcu po drugiej stronie komputera mógł być każdy. Miały się spotkać pod kościołem, niedaleko pomnika płaczącego anioła, a znakiem rozpoznawczym miał być pluszowy żółw. Po pół godziny czekania zauważyła śliczną dziewczynę o długich blond wlosach, ubraną w granatowe spodnie i czarny golf. Przy torbie miała przypięty brelok z żółwiem. Pomachała do Dytis zmierzając ku niej z drugiej strony chodnika. Zaabsorbowana spotkaniem Śmierci, Dytis szybko zaczęła przechodzić przez jezdnię, nie zauważając, że tuż przed nią jedzie rozpędzony szkolny autobus...
Rozmowa na czacie
ŚMIERĆ: Witam
Dytis: Cześć
Ś: Jak mija dzień?
D: Bywalo gorzej...
Ś: Coś się stało?
D: Nic takiego...
Ś: Ok
Ś: Słuchaj, jadę na kilkudniową wycieczkę szkolną do Książkowic Górnych, by m.in zwiedzić muzeum Książki i Czytelnictwa. Spotkamy się w przerwie obiadowej?
D: Jasne!
*ŚMIERĆ wylogowany*
Dziewczyna o nicku Dytis na to spotkanie szła jak na...
Roberta poznałam w Miami. Przeprowadziłam się tam z rodzicami, kiedy miałam 15 lat. Zawsze różniłam się od rówieśników. Chociaż znałam angielski bardzo dobrze, nie dogadywałam się z amerykańskimi dzieciakami.
Siedziałam na plaży pisząc wypracowanie w skupieniu. Zachodzące słońce raziło niemiłosiernie. Nagle znalazłam się w cieniu. Podniosłam głowę i ujrzałam jego. Stał przede mną przemoczony. Strząsnął wodę z włosów wprost na moje wypracowanie.
Przedstawił się, ale go nie słuchałam. Byłam wściekła, że zniszczył tę nic niewartą kartkę. Nakrzyczałam na niego, zabrałam rzeczy i odeszłam. Nazajutrz czekał pod moim domem. Odprowadził mnie do szkoły. Robił to codziennie. Uczyłam go polskiego, a on mnie hiszpańskiego.
Na moich oczach z niewyżytego nastolatka stał się 23-letnim zawodowym surferem. Nigdy nie opuściłam żadnych jego zawodów. Zawsze go wspierałam, ale te fale mi się nie podobały. Miały być największymi od 50 lat. Odradzałam mu wyjazd, ale mnie nie słuchał. Na pytanie, czy z nim pojadę, po raz pierwszy odparłam „nie”.
Słyszałam, gdy o czwartej wstawał z łóżka. Udawałam, że śpię nawet wtedy, gdy poczułam jego usta na moim policzku. Potem tylko trzaśnięcie drzwiami i odgłos silnika milknący w oddali.
Kochał surfing. Był spełnionym człowiekiem. Na półce trzymam jego wszystkie 33 puchary. Nie było mnie przy nim, gdy fala go zakrywała. Nie było mnie, gdy się nie wynurzał. Siedziałam w domu obrażona i nie przejmowałam się tym, co robi. Zaczęło się ściemniać i właśnie wtedy zrozumiałam, że nie wróci. Gdy jego przyjaciel pojawił się w drzwiach, wybuchłam płaczem. Wiedziałam.
Nie znaleziono jego ciała. Na zawsze spocznie w swoim ukochanym oceanie, który mi go odebrał. Szkoda, że nie zna naszego syna, Roberta Juniora. Mam nadzieję, że będzie równie wspaniały i że także spełni swoje marzenia.
Moje nieszczęsne przemoczone wypracowanie zawiesiłam w ramce nad łóżkiem. Codziennie przypomina mi o tym, że te nieplanowane spotkania mogą odmienić całe nasze życie.
Roberta poznałam w Miami. Przeprowadziłam się tam z rodzicami, kiedy miałam 15 lat. Zawsze różniłam się od rówieśników. Chociaż znałam angielski bardzo dobrze, nie dogadywałam się z amerykańskimi dzieciakami.
Siedziałam na plaży pisząc wypracowanie w skupieniu. Zachodzące słońce raziło niemiłosiernie. Nagle znalazłam się w cieniu. Podniosłam głowę i ujrzałam jego. Stał...
Mam coś z nosem. Nigdy nie wiem kiedy nagle kichnie. I w tamtej właśnie chwili też tak się stało. Bandyci nie zastanawiali się nawet chwilę.
- Wy z lewej, a reszta z prawej - natychmiast zadysponował szef, a sam ruszył na wprost odbezpieczając pistolet.
To był wielki zabałaganiony magazyn. Ułatwiło mi to ukrycie się, ale nie mogło uchronić przed zemstą. Teraz kiedy wiedziałem wszystko nie mogli mnie wypuścić stąd żywego. To było oczywiste.
Bez nadziei na ratunek obejrzałem się za siebie. Wszystkie okna były zakratowane i żadnych drzwi. Twarda betonowa podłoga. I nagle dostrzegłem na niej wyłaniający się spod kartonów właz. Uczepiłem się tej nadziei jak ostatniej deski ratunku i odsuwałem kartony. Nie było ich wiele. Chwyciłem uchwyt i z całej siły pociągnąłem w górę. Pokrywa odskoczyła. Prześladowcy byli jednak tuż, tuż. Nie zastanawiałem się długo. Zamachnąłem się i cisnąłem plecakiem jak najdalej od siebie w przeciwny kąt magazynu. Od razu usłyszałem jaki wywołał rumor padając pewnie na niezabezpieczone szkło. Zacząłem schodzić po szczeblach pod włazem. Ten zaś zamknąłem nad sobą.
Wokół mnie panowały ciemności, a z dołu dobiegał szum wody. Zacząłem szybciej schodzić. Hałas narastał. Nagle mój but znalazł się w wodzie. O dziwo zapach był znośny. Wyjąłem latarkę z kieszeni. Zdumiała mnie wielkość pomieszczenia. To nie był zwykły ściek lecz spora rzeka przelewająca się pod wysokim stropem. Mogłem tylko zanurzyć się i dać ponieść nurtowi. Zajaśniał silny snop światła z góry, a za nim seria wystrzałów. Jeden z pocisków boleśnie trafił mnie w ramię. Na szczęście nurt poniósł mnie szybko dalej. Rzeka stawała się coraz bardziej rwąca. Mogłem tylko niezdarnie utrzymywać się na powierzchni, a ona robiła ze mną to co chciała. Już chwilę później zderzyłem się z twardą betonowym brzegiem. Zakręty zdawały się mnożyć w nieskończoność, a ja nic nie mogłem poradzić.
Nagle rozległ się warkot motorówki. I wtedy... obudziłem się na podłodze przedziału sypialnego.
Mam coś z nosem. Nigdy nie wiem kiedy nagle kichnie. I w tamtej właśnie chwili też tak się stało. Bandyci nie zastanawiali się nawet chwilę.
- Wy z lewej, a reszta z prawej - natychmiast zadysponował szef, a sam ruszył na wprost odbezpieczając pistolet.
To był wielki zabałaganiony magazyn. Ułatwiło mi to ukrycie się, ale nie mogło uchronić przed zemstą. Teraz kiedy...
- Kto to?
- To pewnie jakiś dres. Spójrz na ten czarny kaptur na głowie zasłaniający oczy.
- Ej, coś się nie zgadza. Zobacz! Ma długi, ciemny płaszcz łopoczący na wietrze. To nie może być żaden dres.
- Punk? Oni lubią takie zestawienia.
- Może. Coś się tam błyszczy! Co on niesie na plecach?
- I wszystko jasne. Widzisz kosę? Zobacz jak błyszczy się ostrze. To emo... Zaraz zacznie krwawy seans użalania się nad sobą i całym światem.
- Chodź zagadamy do tego dziwaka!
- Nie no co Ty, to jakiś psychol!
- Nie bądź frajer!
Po pięciu minutach dwaj chłopcy dogonili postać w płaszczu. Szli za nią, depcząc po jej szurającym po ziemi odzieniu. Przestraszona, odwróciła się i spojrzała chłopcom prosto w oczy. Każdy z nich poczuł wtedy, że jest coraz słabszy, że ma coraz mniej sił. Upadli na ziemię. W tej chwili tajemnicza postać odwróciła wzrok i zasłoniła oczy kościstą dłonią.
- Co się dzieje, stary?
- Nie mam pojęcia – odpowiedział Marek patrząc na sinego kolegę.
- Spójrz na swoje ręce. Żyły przebijają ci się przez coraz cieńszą skórę. Stary, mu um...
- My umieramy – dokończył kolega.
- Hahaha! Nie, kochani, to dopiero początek waszej przygody. Zacznijmy więc – powiedziała Śmierć - Musicie robić to, co ja robię codziennie. Wywoływać u ludzi płacz, cierpienie, niemoc. Możecie ich przygotować na zakończenie ich życia bądź też dopaść nagle. Możecie sprawiać lub skracać ból. Możecie również przynosić ukojenie. Co wybieracie?
Chłopcy milczeli.
- Co wybieracie? – zapytała ponownie Śmierć dotykając Wojtka lodowatym palcem.
- NIC! – krzyknęli obaj chłopcy i zaczęli uciekać. Liczyli na to, że Śmierć ich nie dopadnie.
- Wojtek, biegnij jak Bolt, Usain Bolt! – krzyknął Marek.
- Ty idioto! Bolt to krótkodystansowiec, a przed nami całe życie.
Śmierć z żałością pokiwała głową i powiedziała:
- Prędzej czy później będziecie moi, głupcy!
I zaczęła na nowo swoim posuwistym krokiem przemieszczać się po ulicach różnych osiedli, dzielnic, miast zbierając żniwo ludzkich dusz.
- Kto to?
- To pewnie jakiś dres. Spójrz na ten czarny kaptur na głowie zasłaniający oczy.
- Ej, coś się nie zgadza. Zobacz! Ma długi, ciemny płaszcz łopoczący na wietrze. To nie może być żaden dres.
- Punk? Oni lubią takie zestawienia.
- Może. Coś się tam błyszczy! Co on niesie na plecach?
- I wszystko jasne. Widzisz kosę? Zobacz jak błyszczy się ostrze. To emo... Zaraz...