-
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać406 -
Artykuły
Przeczytaj fragment książki „Zbrodnia w rezydencji“
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Tylko że życie nie zna słowa „kiedyś”. Życie zna tylko „teraz” - Gabriela Gargaś radzi
LubimyCzytać4 -
Artykuły
Jak czytać Harry’ego Hole? Kolejność książek Jo Nesbø i dlaczego warto zacząć dziś
Iza Sadowska12
Biblioteczka
2026-03-13
2026-03-04
2026-02-28
2026-02-27
To mój pierwszy kontakt z twórczością Autorki i zaiste bardzo satysfakcjonujący. Mariaż gatunków jest to ciekawy, bo mamy czarny kryminał (w dziewiętnastowiecznym kostiumie szerlokowym z gazowymi latarniami) połączony z fantastyką. Humoru jest tutaj tyle samo, co gore'u, postaci są barwne i błyszczą na stronie (i to nawet te kompletnie poboczne jak choćby handlarz trutką).
To jednak, co zrobiło na mnie największe wrażenie i w czym się rozsmakowałam najbardziej to sceneria. Naprawdę czuć, że Lunde to miasto żywe i zamieszkałe, pełnoprawny wręcz bohater, a nie dekoracja z trójką statystów.
Wspaniale mi się czytało wszystkie te sceny spacerowe, gdzie zwyczajnie przyglądamy się miastu i ludziom oraz unikamy zarobienia w łeb otwartym oknem na parterze.
Ach, zdecydowanie, gdyby podano mi flaczki, też dostałabym szału.
To mój pierwszy kontakt z twórczością Autorki i zaiste bardzo satysfakcjonujący. Mariaż gatunków jest to ciekawy, bo mamy czarny kryminał (w dziewiętnastowiecznym kostiumie szerlokowym z gazowymi latarniami) połączony z fantastyką. Humoru jest tutaj tyle samo, co gore'u, postaci są barwne i błyszczą na stronie (i to nawet te kompletnie poboczne jak choćby handlarz...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-22
Po nasyceniu się twórczością Tiffany Roberts i koniecznym odpoczynku wróciłam.
Cóż, nawet przez ten cały czas (rok z okładem) wciąż doskonale pamiętałam wszystkie te chwyty Autorów. Niektóre witałam z uśmiechem na twarzy, jak starego znajomego, niektóre jednak wciąż były tak samo niestrawne, jakbym dopiero co odłożyła ich poprzednią książkę.
Z uśmiechem czytałam wszystkie wspomnienia o tym, że protagonistka jest zapaloną czytelniczką [monster] romansów (taka samozwrotność pojawiała się we wszystkich książkach, których akcja rozgrywa się w znanej nam rzeczywistości), tłumaczenie demonowi jak się korzysta z Google, szczegółowe opisy jak się wchodzi do domu, co się robi i co się gdzie kładzie (kronikarska powinność spełniona).
Podtrzymuję więc moją tezę, że są to tak naprawdę instrukcje obsługi życia na ziemi dla nieludzkich kochanków!
Wzdychałam na „mine”, które pojawia się błyskawicznie, i tym podobne posesywne „smaczki”.
Jak to zwykle bywa, nasza bohaterka musi się znaleźć w zagrożeniu przemocą seksualną ze strony ziemskich fagasów, z którego ratuje ją nasz gwiezdny kochanek.
Miałam tu powidoki z „Yearning for her” (tu też wszystko zaczyna się od nieudanej randki).
Za to przynajmniej antagonistka pojawia się na stronie i jest z nią jakieś starcie! (Oczywiście całe swoje back story w monologu wykłada nam protagonista, a szczegóły są strategicznie zatajane w jego POV właśnie po to).
Chyba potrzebuję jednak dłuższej przerwy...
Po nasyceniu się twórczością Tiffany Roberts i koniecznym odpoczynku wróciłam.
Cóż, nawet przez ten cały czas (rok z okładem) wciąż doskonale pamiętałam wszystkie te chwyty Autorów. Niektóre witałam z uśmiechem na twarzy, jak starego znajomego, niektóre jednak wciąż były tak samo niestrawne, jakbym dopiero co odłożyła ich poprzednią książkę.
Z uśmiechem czytałam wszystkie...
2026-02-16
Tak, przeczytałam tę książkę po raz trzeci. A co?
Tak, przeczytałam tę książkę po raz trzeci. A co?
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-02-06
Spin-offy nie mają obowiązku zadowalać wielbicieli serii oryginalnych i ugłaskiwać ich obecnością ukochanych bohaterów. Zdarzało mi się, że miałam o ten naddatek zresztą wąty, bo nowi bohaterowie i historia potrafiła tracić (jak w dylogii „The Stolen Heir” Holly Black). Jestem jednak trochę zdruzgotana tym, że dostajemy tutaj tak mało Harper. W tym tomie bohaterka nawet nie pojawia się na pół zdania w przeciwieństwie do dosłownie wszystkich innych, którzy mają choćby wejście w rozwiązaniu akcji. Nie wspomnę już nawet o Lii Marze, która jest w zasadzie postacią prawie cały czas obecną w narracji Callyn i Aleka (tak, Alek dorabia się POV). Wchodziłam jednak w tę serię, wiedząc, że siłą rzeczy będzie jej sporo (a to bohaterka, której nie trawię), ale zostałam ugłaskana próbami odkupienia mojego ulubieńca Rhena w oczach publiczności.
Przede wszystkim jednak dostałam nowych bohaterów w tym ansamblu, których historia i relacje były zajmująco prowadzone. Nieśli oni tę historię bezwysiłkowo. Jakże więc mi przykro, że to wielkie zwieńczenie było średnio satysfakcjonujące.
To swoją drogą ciekawe, że serię oryginalną, „The Cursebreakers”, dociągnęłam do końca z poczucia obowiązku, ale zostałam summa summarum nagrodzona. Tutaj czytałam bez poczucia obowiązku, to i nagrodzona też nie zostałam.
Trzymamy się wprawdzie jakiegoś tam realizmu, bo niektóre spiny rozchodzą się po kościach i nie ma w zasadzie wielkich odkupień. Jest sporo dynamicznej akcji, pościgów i walk, ale jednak książka wydała mi się jakaś taka powolna i jakby nic się w niej nie działo. Zwłaszcza w kontekście finału 2. tomu. Była też zaskakująco cienka, bo liczyła sobie ledwie 400 stroniczek! Do tego dekoncentrujące były te wszystkie lustrzane odbicia z serii pierwszej (vide antagonistka kręcąca wąsa, słabsza mimo wszystko od Lilith, która też za mocna nie była, odbitka Iisak / Nakiis, Callyn i Alek, którzy jakoś tak bliscy się robią pod niektórymi względami Harper i Rhenowi).
I to rozwiązanie akcji... Niby w okolicach przewidzianego przeze mnie łowienia ryb w przeręblu, ale jednak wybałuszyłam na to gały...
Wow, warto było rujnować życie Rhenowi w pierwszej serii... Naprawdę.
Gdzie jest jego miesiąc miodowy, ja się pytam!
Justice for Rhen!
Spin-offy nie mają obowiązku zadowalać wielbicieli serii oryginalnych i ugłaskiwać ich obecnością ukochanych bohaterów. Zdarzało mi się, że miałam o ten naddatek zresztą wąty, bo nowi bohaterowie i historia potrafiła tracić (jak w dylogii „The Stolen Heir” Holly Black). Jestem jednak trochę zdruzgotana tym, że dostajemy tutaj tak mało Harper. W tym tomie bohaterka nawet nie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-31
2026-01-25
Ależ to było edżi!
Nie sposób jednak nie docenić tego, że autorka poszła na całość bez zawahania. Pomijając już fakt, że znalazła sobie publiczność tak wierną, że promowanie tej powieści jako romasowej nie budzi jej obawy o wkurzenie czytelników, a przynajmniej tych randomowych. Jest to szalenie ciekawy casus, bo gdybym naprawdę musiała gatunkowo zaklasyfikować książkę, to nazwałabym ją thrillerem erotycznym. Takie "9 i pół tygodnia" tylko z gorsetami i dekoracją z pozłacanego wieku (choć w toku opowiadania ten Nowy Jork jakoś zyskuje więcej "ciała").
Wątek kryminalno-policyjny dostajemy tutaj tylko dla ozdoby, żeby doraźnie wygenerować jakieś napięcie inne niż tylko erotyczne. Bohaterowie dążą niby do odkrycia wzajemnych tajemnic, ale pierwszoosobowa narracja raczej ukrywa prawdę głównie przed czytelnikiem i gdy w finale dochodzi do licznych ujawnień, część z nich wypada trochę jak objawienie, dokładanie do bagażu, o którym i tak wiemy, że nasza para dźwiga.
Można by zresztą dywagować nad BDSM w wykonaniu bohaterów emocjonalnie potrzaskanych, pragnących kary, doświadczonych w przemocy i przez przemoc, ale nie będę się już nad tym pochylać, żeby nie zaliczyć gleby, bo i tak akurat trochę ćmi mnie głowa.
Jest to w zasadzie historia o totalnym zepsuciu klasy posiadającej, manipulacji informacją i przekonaniu bogaczy o ich bezkarności. Problematyzuje nam się też wątek klasowy, co jest samo w sobie godne uznania w obecnym klimacie polityczno-ideowym.
Doceniam również odwagę w zaserwowaniu nam dość odrzucającej, antypatycznej bohaterki. To miła odmiana po wydmuszkach, by nie powiedzieć formach odlewniczych, z ostatnich moich lektur.
Ależ to było edżi!
Nie sposób jednak nie docenić tego, że autorka poszła na całość bez zawahania. Pomijając już fakt, że znalazła sobie publiczność tak wierną, że promowanie tej powieści jako romasowej nie budzi jej obawy o wkurzenie czytelników, a przynajmniej tych randomowych. Jest to szalenie ciekawy casus, bo gdybym naprawdę musiała gatunkowo zaklasyfikować książkę,...
2026-01-21
Jest to w zasadzie ✨️pornos terapeutyczny✨️
By zapracować na awans klasowy (od niewolnika do wolnego człowieka) nasz śmiertelnik Oli uzdrawia straumatyzowanych Ragnarökiem nordyckich bogów kutasem. Oraz ciepłym, czułym terapeutycznym słowem.
Nie lękajcie się, nie jesteście sami. I jesteście wystarczający.
Nie wiem, o czym myślałam, że będzie ta książka, ale chyba uznałam, że ten synopsis to jakaś bajeczka przekoloryzowana i nie zawierzyłam.
Nie chciała się ta, krótka bądź co bądź, książka skończyć. Zawartość fabularna była dość nikczemna. Liczba scen erotycznych zawrotna, jak kilka smutów zebranych do kupy. Nudziłam się więc trochę.
Czego się jednak nie robi dla rudych...
Jest to w zasadzie ✨️pornos terapeutyczny✨️
By zapracować na awans klasowy (od niewolnika do wolnego człowieka) nasz śmiertelnik Oli uzdrawia straumatyzowanych Ragnarökiem nordyckich bogów kutasem. Oraz ciepłym, czułym terapeutycznym słowem.
Nie lękajcie się, nie jesteście sami. I jesteście wystarczający.
Nie wiem, o czym myślałam, że będzie ta książka, ale chyba uznałam,...
2026-01-19
Odsłuch tego audiobooka sponsoruje Audible, które dało mi darmowy credit.
Czy dopiero co pisałam, że wyczerpałam się jako czytelniczka Emmy? Owszem. Była jednak wciąż we mnie ciekawość, jak książka wydana tradycyjnie różni się od jej indie powieści.
Otóż wcale.
Co więcej, jako żywo przypomina zlepek kilku innych, a już zwłaszcza „The Demon Mark”, które, ciekawie się składa, Autorka wydała w bardzo zbliżonym czasie do zapowiedzi tej powieści. Envy to w zasadzie The Deathless One, jeśli chodzi o kuriozalność rozkminy.
Jest to przy tym upudrowana na female rage historia o kompleksie Pigmaliona i nic tego nie ratuje, bo rzecz to koniunkturalna do znudzenia.
Ryczący alfa samiec, największy facet na ziemi, shadow daddy starożytny bóg traci rozum dla nierozgarniętej drobniutkiej dzierlatki, królewny, która wprawdzie mu pyskuje (a boi się poza tym wszystkiego i wszystkich), ale przynajmniej traktuje go jak osobę, a nie zasób magiczny, jest wobec niego łagodna (gdy akurat nie dziamgocze, że nie jest wiedźmą i że go nie wskrzesi), czego on przez pierdylion lat życia nie uświadczył. Nikt nie był dla niego nigdy miły, choć on ratował tonące dzieci i karmił ubogich, że już o jakości rypania nie wspomnę, bo z Jessaminą miał najlepszy seks ever. Gratuluję, warto było.
Naszego bohatera zajmuje głównie fapanie do bohaterki (również, kiedy jest martwa i nieprzytomna), a to, co go w niej najbardziej podnieca, to jego własny wpływ na jej zachowanie i reakcje. Nie sposób zatem nie uznać, że po prostu podnieca go władza, którą nad nią ma. A sam rzekomo był przedmiotem władzy innych (bo jako kontakt w tym obwodzie magicznym był wykorzystywany przez wiedźmy do zasilania ich energią), a nigdy nie podmiotem. Taki to potężny bóg.
Nie pamięta nawet czarów, które zapisał w swoim kajecie, łącznie z tym, który ma być remedium na zarazę zombie, i do głowy mu nie przyszło, że można użyć magii związania boga przeciwko niemu samemu. To znaczy, jak już w końcu przyzna, że to w ogóle możliwe, bo upierał się, że nie... (Choć w dzienniczku sam to zanotował był).
Trzeba mieć priorytety właściwie ustalone, a liczy się uwiedzenie kobitki. I może jeszcze jakaś tam zemsta, ale to później.
Mówi za to, że to on decyduje o życiu i śmierci Jessaminy. Zabrania jej, w ramach wsparcia duchowego ofkors, słuchania jej przybranego ojca i poddania się jego wpływowi, bo ma być pewna siebie i nieuległa wobec innych...
Cicho siedź, stary durniu, i się nie pogrążaj.
Jessamina jest natomiast typem kompletnej życiowej niedorajdy, czego by nie zapowiadała ekspozycja tej postaci. Bohaterka niczego nie umie, nic jej nie wychodzi, włóczy się bez celu i nie ma za bardzo żadnego planu, a jak już jakiś opracuje, to sprowadza się do wejścia na pałę na teren mafii i darcia się: „Halo, halo, jesteś tu?”.
Może lepiej, żeby jednak nie odbijała swojego królestwa i niczym nie rządziła... Niech to zjedzą zombie.
Odsłuch tego audiobooka sponsoruje Audible, które dało mi darmowy credit.
Czy dopiero co pisałam, że wyczerpałam się jako czytelniczka Emmy? Owszem. Była jednak wciąż we mnie ciekawość, jak książka wydana tradycyjnie różni się od jej indie powieści.
Otóż wcale.
Co więcej, jako żywo przypomina zlepek kilku innych, a już zwłaszcza „The Demon Mark”, które, ciekawie się...
2026-01-17
Dwa sentymentalne słodziaki dają sobie szansę na miłość i uzdrowienie przez relację.
Trenują się też analnie.
No dobra, tylko jeden jest trenowany.
Ależ tu jest wszystko terapeutyczne i pluszowe. Jest nawet grupa wsparcia zagrzewająca ich do walki o szczęście.
Na koniec dostają też kotka.
Dwa sentymentalne słodziaki dają sobie szansę na miłość i uzdrowienie przez relację.
Trenują się też analnie.
No dobra, tylko jeden jest trenowany.
Ależ tu jest wszystko terapeutyczne i pluszowe. Jest nawet grupa wsparcia zagrzewająca ich do walki o szczęście.
Na koniec dostają też kotka.
2026-01-12
2026-01-06
2026-01-05
2026-01-04
2025-12-27
2025-12-13
Tessonja jest moim zeszłorocznym odkryciem. To autorka z każdą książką coraz lepsza i sprawniejsza, co niebywale mnie cieszy.
Kiedy dowiedziałam się o tej serii, nie byłam jednak szczególnie podekscytowana, bo ani wampiryzm jakoś nieprzesadnie mnie kręci, ani tym bardziej motyw magii cieni (zaprzęganej również do scen erotycznych), do cna wyeksploatowany przez romantasy i już wstępnie powodujący u mnie ziewanie, a niekiedy wręcz przewracanie oczami. I jeszcze to całe "sinner"... O rany... No krzywiłam się. Za książkę zabrałam się na zlecenie psiapsi, której mam w zwyczaju opowiadać o swoich lekturach, czy tego chce, czy nie. Tu wyraziła entuzjastyczną chęć, więc była to moja zapłata za te wszystkie wiadomości głosowe, które dzielnie odsłuchuje.
Bardzo się cieszę, że się zdecydowałam, bo bawiłam się znakomicie i nacieszyłam uszy (bo czytałam nausznie) znakomitą ekspozycją postaci, zajmującym światotwórstwem, łączącym oryginalność z dobrze rozpoznanymi motywami, i wcale ekscytującą przygodą. Samantha Brentmoor, zmiotła mnie z planszy swoimi umiejętnościami lektorskimi. Nie słyszałam jeszcze tak seksownych męskich głosów w wykonaniu kobiety, choć nasz Dominic brzmiał czasami jak Smerf Ważniak. Wciąż w sumie bardziej mi leżała taka interpretacja niż to ustawiczne seksowno-podkurwione wiedźmińskie chrypienie Christiana Leathermana. Doceniłam go jednak za sprawą odczytu rozdziału horrorowego. Zdecydowanie zwiększył moje zaangażowanie w scenę i wypadło to smakowicie krepowo!
Spodziewałam się pewnych zaskoczeń, ale swoje przypuszczenia potwierdziłam z przyjemnością, bez wyższościowego cmokania na banalność. W zasadzie jestem na tyle ukontentowana zakończeniem, że mogłabym potraktować książkę jako samodzielną. Ma to taką zaletę, że nie jestem załamana faktem, że muszę czekać rok na kolejny tom.
Solidna robota.
Tessonja jest moim zeszłorocznym odkryciem. To autorka z każdą książką coraz lepsza i sprawniejsza, co niebywale mnie cieszy.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKiedy dowiedziałam się o tej serii, nie byłam jednak szczególnie podekscytowana, bo ani wampiryzm jakoś nieprzesadnie mnie kręci, ani tym bardziej motyw magii cieni (zaprzęganej również do scen erotycznych), do cna wyeksploatowany przez romantasy i...